Rozdział 11 – Spełniona obietnica
Czasami w życiu należało dokonać wyboru – uciec przed przeszłością, albo stawić jej czoła. A czasami, tak jak teraz, los dokonywał wyboru za ciebie.
Ktokolwiek reżyserował film pod tytułem „życie Yuuriego Katsukiego", miał fatalne poczucie humoru. Albo był zwyczajnie złośliwy. Przeszłość ścigała japońskiego łyżwiarza przez cały dzisiejszy dzień, aż wreszcie przestała być jedynie wspomnieniem i zmaterializowała się w postaci ludzkiego ciała.
To nie był sen, ani halucynacja. Facetem, który zaczepiał Jurija naprawdę był Jack Wronkov. Zmienił się, odkąd Katsuki ostatnim razem go widział – bardzo schudł i przefarbował włosy na rudo – ale to nadal był on. I wszystko wskazywało na to, że wciąż nienawidził łyżwiarzy figurowych.
- Jaki dziewczęcy podpis! – palec futbolisty powoli przesuwał się po autografie Plisetskyego – Widzę, że podpisujecie się równie pedalsko, jak jeździcie.
- Wyjdźmy na zewnątrz i przekonajmy się, kto tutaj jest dziewczyną. – gniewnie odszczeknął nastolatek.
Serce Yuuriego łomotało jak u zapędzonego w kozi róg zwierzęcia.
Jeśli wierzyć temu, co mówił Phichit (czy raczej: co mówił Facebook), po zakończeniu kariery sportowej Jack raz na jakiś czas rozładowywał energię, pastwiąc się nad przypadkowo spotkanymi dzieciakami. Najczęściej tymi, które ośmieliły się grać w piłkę na jego „dzielni". I nie chodziło, rzecz jasna, o pastwienie słowne. Były chłopak Jennifer i nie odstępujący go na krok „przyboczni", Luke i Rick, obchodzili się z biednymi nastolatkami równie „delikatnie", jak z workami treningowymi. No, chyba że ofiary miały dość rozumu, by wyczuć niebiezpieczeństwo i uciec.
W tym wypadku jednak nie było takiej możliwości. Kto jak kto, ale Plisetsky z całą pewnością nie podkuli swojego dumnego tygrysiego ogona. A już zwłaszcza nie po tym, gdy skradziono mu szejka!
Yuuri doskonale wiedział, co powinien teraz zrobić. Powinien podejść do imiennika i wyprowadzić go z knajpy, zanim sprawy zajdą za daleko. Albo przynajmniej ostrzec gniewnego nastolatka, że nie ma do czynienia z nieszkodliwymi gburami, ale z groźnymi oprychami, którzy nie zawahają się czegoś mu złamać. Biorąc pod uwagę fakt, że był łyżwiarzem figurowym, prawdopodobnie byliby skłonni złamać mu więcej niż jedną kończynę…
Ale skoro tak – to dlaczego Katsuki nadal tkwił w tym samym miejscu? Dlaczego nie mógł się ruszyć?
Doskonale wiedział, dlaczego. To strach. Strach przed zostaniem rozpoznanym. Strach przed stanięciem oko w oko z ubranym w ludzką skórę demonem przeszłości. Strach przed tymi wszystkimi obrazami, które mógłby ujrzeć. Zakrwawiony Viktor… chłód lodu po potknięciu się o pluszowego pudla… zdanie, które padło w toalecie. Katsuki myślał, że już doszedł z tym wszystkim do ładu. Był pewien, że do pewnego stopnia wygrał z przeszłością. A teraz przeznaczenie zdawało się kpić z niego, poddawać go próbie.
A więc twierdzisz, że pokonałeś swoje lęki? Udowodnij to! – zdawało się mówić.
Czasu na podjęcie decyzji było coraz mniej. Atmosfera przy barze coraz bardziej się zaogniała.
- Nie chcemy wychodzić na dwór, dobrze nam tutaj. – Luke powiedział, puszczając nastolatkowi oko – Mamy wobec ciebie pewne plany.
Yuuri zaczął rozglądać się po otoczeniu. Gdzie się podziali pozostali klienci? O matko, nie było nikogo! Kiedy to się, u licha, stało? Kiedy wszyscy wyszli? I kiedy tabliczka na drzwiach została przekręcona na komunikat „zamknięte"?!
Okej, jakimś cudem pozbyli się pozostałych gości. – Katsuki pomyślał, przełykając ślinę – Ale w takim razie, dlaczego nie pozbyli się mnie? Ech, pewnie po prostu mnie nie zauważyli. Ja i Yurio chcieliśmy mieć święty spokój, więc usiedliśmy w najciemniejszym zakątku.
W każdym bądź razie, oczyszczenie terenu ze świadków mogło oznaczać tylko jedno – trójka osiłków bardzo poważnie szykowała się na Jurija.
To pozbawiło Japończyka resztek wątpliwości. Natychmiast wstał z krzesła. Nie mógł siedzieć bezczynnie, gdy ktoś zasadzał się na jego przyjaciela! Yurio z całą pewnością by się nie wahał - pośpieszyłby z pomocą „obsmarkanemu wieprzkowi". A Katsuki był od niego starszy! To on powinien ratować młodego Rosjanina, nie na odwrót.
Pytanie tylko… jak się do tego całego „ratowania" zabrać? Nawet jeśli dołączy do Jurija, Jack i jego koleżkowie będą mieli przewagę liczebną. Wsparcie… trzeba wezwać wsparcie!
Yuuri sięgnął po telefon.
Niech to szlag, rozładowany!
Boże, czemu akurat w takim momencie?! I co miał teraz zrobić? Wybiec z knajpy i szukać pomocy wśród przechodniów? Cholera, nie było żadnej pewności, że ktoś w ogóle się zgodzi! Nawet gdyby jakaś uczynna dusza wezwała policję, to wszystko zajęłoby za dużo czasu. Do przyjazdu posiłków z Plisetskyego mogła zostać mokra plama.
Japończyk zrozumiał, że nie miał wyjścia – musiał zrobić coś, w czym był najgorszy: wskoczyć w sam środek cyklonu i improwizować. Strach o bezpieczeństwo przyjaciela był silniejszy, niż strach przed zmierzeniem się z przeszłością! Nawet jeżeli Jack rozpoznałby Yuuriego, to…
I wtedy w głowie Katsukiego pojawił się pomysł. Szalony, głupi, niebezpieczny pomysł. A zarazem… jedyny pomysł mogący zapewnić Jurijowi bezpieczeństwo.
Jack z całą pewnością wolałby podręczyć mnie, niż jakiegoś anonimowego łyżwiarza. – uświadomił sobie Yuuri – Prawie na pewno wciąż mnie nienawidzi. Jeżeli zmuszę go, by skupił się na mnie…
Plisetsky zyskałby szansę na ucieczkę. I czas na wezwanie wsparcia. Jeżeli Yuuri podtrzyma rozmowę z futbolistą wystarczająco długo… jeżeli wytrzyma do przybycia pomocy… może nawet uda mu się wyjść z tego wszystkiego bez szwanku?
Modląc się, by optymistyczny scenariusz się sprawdził, Japończyk ruszył w stronę baru. Sprzeczka zdążyła się już przeobrazić w konkurs w rzucaniu wyzwiskami. A przynajmniej ze strony młodego Rosjanina. Jack, Luke i Rick obserwowali pieklącego się blondynka z wyraźnim rozbawieniem.
- To ostatnie ostrzeżenie, pojebańcy! Albo, kurwa, oddajecie kasę za szejka i wypierdalacie sprzed moich oczu, albo skopię wam te wypchane gównem łby!
- Ach, patrzcie, jaki zadziorny! Jak złe kociątko!
„Kociątko" najwyraźniej skojarzyło się Jurijowi z Aniołkami. Nastolatek miał identyczną minę, gdy bardzo chciał przywalić jednej z obsesyjnych fanek, ale wiedział, że nie może. Tym razem jednak nie miał do czynienia z dziewczynami, więc nie musiał się hamować. Bez wahania strzelił Jackowi w brzuch.
Nie, poprawka. Nie „strzelił". Próbował strzelić. Futbolista w ostatniej chwili uchylił się i złapał za szczupły nadgarstek. W oczach nastolatka pojawił się wyraz zdziwienia.
- Zobaczmy, jak bardzo można ci wygiąć rękę. – Jack wyszeptał głosem przesyconym grozą.
Yuuri wkroczył na scenę dosłownie w ostatniej chwili.
- Kopę lat! – powiedział donośnym głosem.
Podziałało. Wszyscy trzej opryszkowie obrócili głowy, by sprawdzić, kto przeszkodził im w zabawie.
Plisetsky wykorzystał moment nieuwagi, by uwolnić nadgarstek z uścisku. Jednak zamiast ponowić szarżę, cofnął się kilka kroków do tyłu.
Dzięki Bogu wyciągnął wnioski z nieudanego ataku. – z westchnieniem ulgi pomyślał Katsuki – Miejmy nadzieję, że będzie też dość bystry, by wyciągnąć wnioski z tego, co będę mówił. Bogowie, sprawcie, żeby tak było.
Rozpoznanie twarzy z dawnych lat nie zajęło futboliście dużo czasu.
- Proszę, proszę. – Jack uśmiechnął się w taki sposób, że Yuuriemu dreszcz przeszedł po karku – Zobaczcie, kogóż to przywiało z powrotem do Detroit! Czy to nie przypadkiem mój ulubiony Japończyk?
Wspomniany Japończyk zebrał całą odwagę, jaką miał i zapytał spokojnie:
- Możemy porozmawiać?
Futbolista nieznacznie odsunął się i gestem, który dla kogoś z zewnątrz wydałby się uprzejmy, wskazał krzesło przy barze.
- Ależ oczywiście! Może się z nami napijesz?
Kompletnie ogłupiony Jurij wodził wzrokiem od swojego imiennika do Jacka. Ostatecznie zatrzymał się na Katsukim. Wzburzone zielone oczy domagały się wyjaśnień.
Jednak Yuuri nie miał czasu, by cokolwiek wyjaśniać. Był zbyt zajęty odgrywaniem swojej roli. Chciał, żeby to wyglądało właśnie tak:
Nie znam tego dzieciaka. Wcale nie próbuję wyrwać go z opresji. Po prostu byłem w knajpie, zobaczyłem was i postanowiłem, że wygarnę wam, co o was myślę. Siedem lat temu nie miałem odwagi, ale teraz mam!
Rzecz jasna każde z powyższych zdań było gówno prawdą (a już na pewno to dotyczące odwagi!), ale Jack nie musiał tego wiedzieć. Jeżeli zinterpretuje sytuację tak, jak chciał tego Yuuri, wszystko powinno pójść gładko.
- Pogadajmy w cztere oczy. – poprosił Katsuki – Albo… - policzył w myślach – w osiem oczu, jeśli tak wolisz. Luke i Rick mogą zostać. Ale nie chcę rozmawiać przy jakimś obcym dzieciaku. Każ mu spadać!
Futbolista przewrócił oczami.
- To twój szczęśliwy dzień. – znudzonym tonem zwrócił się do nastolatka – Spadaj, młody!
Jurij, rzecz jasna, ani drgnął. Wciąż gapił się na imiennika.
- Głuchy jesteś? Wypad!
Zero reakcji.
Po raz pierwszy, odkąd się poznali, Japończyk zapragnął dać temu dzieciakowi solidnego klapsa w tyłek. Noż do ciężkiej cholery! Przeklęty małolat mógłby chociaż raz ruszyć głową, zamiast non-stop pozostawać w trybie rozjuszonego tygrysa! Czy on nie widzi, że Yuuri próbuje ich z tego wyciągnąć? Niech nie zgrywa twardziela, tylko biegnie po pomoc!
- Może trzeba go trochę poturbować, by zrozumiał, że ma zjeżdżać? – głośno zastanawiał się Rick.
Och, nie! Tylko nie to! Ugh… drastyczna sytuacja wymagała drastycznych środków.
- Ty! – Yuuri krzyknął do imiennika – Nikt cię tutaj nie chce, więc wypierdalaj stąd, głupi gówniarzu!
Jeeeezuuuuuu! – jego wewnętrzne „ja" nerwowo obgryzało paznokcie – Gdyby mi ktoś powiedział, że powiem coś takiego do Jurija Pliset…
JEBUT!
Nie dokończył tej myśli. W przeciągu jednej marnej sekundy przypomniał sobie, dlaczego nigdy nie zwrócił się w taki sposób do Jurija Plisetskyego.
Nie, to nie była japońska uprzejmość. Wrodzona łagodność też nie.
To była podeszwa trampka w panterkę. Gdzieś między bólem w czole i przerażeniem, że jego plan spalił na manowcach, w głowie Katsukiego pojawiła się myśl, że – o kurwa! – Yurio był dość rozciągnięty, by kopnąć wyższego od siebie kolesia w głowę.
Nigdy… - obiecał sobie rozpłaszczony na podłodze Japończyk – Już NIGDY nie nazwę go gówniarzem!
Tak mocno przygrzmocił zadkiem w podłogę, że miał ochotę płakać. A to dopiero był początek. Jurij wskoczył imiennikowi na brzuch i złapał go za przód bluzy. Zielone oczy były tak wkurwione, że patrząc na nie, nawet Lucyfer narobiłby w portki.
- Jeśli myślisz, że po prostu stąd pójdę, to ci, kurwa, ODJEBAŁO! – Lodowy Tygrys ryknął takim tonem, jakby miał za chwilę przegryźć Japońskiemu Prosiakowi tętnicę.
- Iiiiiik!
- Nie wyjdę stąd, dopóki, kurwa, nie odzyskam forsy za szejka i dopóki mi, kurwa nie powiesz, co to za skurwiele i skąd ich, kurwa, znasz!
Trzy „kurwy" w jednym zdaniu. – Katsuki uświadomił sobie z przerażeniem – O matko, mam przesrane…
Jego plan od samego początku był skazany na porażkę. Kretyn… noż, cholera, skończony kretyn! W tym wieku być takim kretynem… jak bardzo trzeba być naiwnym, by łudzić się, że Plisetsky pozwoli wyprosić się z knajpy? Ech, nawet Viktor nie był tak głupi.
- Och, a więc wy się znacie, Katsuki? – zachichotał oparty o barek Luke.
- To twoja dziewczyna? – spytał Rick.
Yuuri zaklął w myślach. Tak wystraszył się wybuchu imiennika, że na moment zapomniał o tamtej trójce. Szlag!
Ech… czy Jurij nie mógłby po prostu kopnąć ich w głowy? Nie mógłby ich znokautować, tak jak znokautował starszego kolegę?
Może i mógłby. – stwierdził Katsuki – Gdyby ważyli połowę mniej. I gdyby nie było ich trzech.
- Nie słyszałeś pytania? – niecierpliwił się czarnowłosy kumpel futbolisty – Spytałem, czy to Twoja dziewczyna.
- Nie zadawaj mu głupich pytań, Rick. – na twarz Jacka powrócił złośliwy uśmieszek – Przecież wszyscy wiemy, jak bardzo leci na Nikiforova. Zapomnieliście już, jak wyczyścił tyłkiem lód, gdy myślał, że jego rosyjski książulek miał wypadek?
To stwierdzenie nie wstrząsnęło Yuurim tak, jak myślał, że wstrząśnie. Może dlatego że był zbyt zajęty zastanawianiem się, jak wybrnąć z tej nieciekawej sytuacji.
Plisetsky, natomiast, chyba właśnie załapał, z kim mieli do czynienia. Wściekłe spojrzenie, którym do tej pory obrzucał przyszpilonego do podłogi imiennika w jednej chwili zostało zastąpione szokiem.
- Katsudon, - zaczął, głosem niewiele głośniejszym od szeptu – czy to jest…?
Japończyk zawzięcie milczał. Ale nie dlatego że się wstydził. Chodziło bardziej o to, że nie potrafił przewidzieć reakcji imiennika:
Opcja numer jeden – Yurio zacznie kierować się rozumem i zrezygnuje z roszczeń związanych ze skradzionym szejkiem i ogólnie z wkurwianiem osoby Jurija Plisetskyego.
Opcja numer dwa – pragnienie wpierdolenia trójce osiłków (albo dokopania im w jakiś inny sposób) jeszcze się wzmoże.
- Nie. – Japończyk spróbował wywieść przyjaciela w pole – To nie jest gość o którym myślisz.
Naiwne to było. Oj, naiwne!
- Ej, ty jesteś Jack Wronkov? – Jurij zwrócił się do futbolisty po rosyjsku.
Jack zamrugał.
- Skąd wiesz, jak się nazywam?
Nastolatek zacisnął zęby. Powoli podniósł się z podłogi i wyciągnął do imiennika rękę. Yuuri był nieco zszokowany, więc nie zareagował od razu.
- No już, wstawaj! – szeptem syknął Jurij.
No nie wierzę! Czyżby opcja numer jeden?
Wydając z siebie westchnienie ulgi, Japończyk przyjął dłoń i pozwolił podciągnąć się do pozycji stojącej.
Po upewnieniu się, że Wieprzek niczego sobie nie złamał, Plisetsky obrócił się do futbolisty.
- Słyszałem, że masz popierdoloną osobowość, ale nie sądziłem, że masz również brzydką gębę. – przerzucił się z powrotem na angielski.
Booooooooże! Jednak opcja numer dwa!
- Y-Y-Yurio… - Katsuki zaczął drżącym głosem – Błagam, chodźmy stąd…
- Nigdzie nie idziemy, Katsudon! – jakimś cudem młody Rosjanin był trzy razy bardziej wkurwiony niż przedtem – Zostaniemy i im wpierdolimy!
- Że co?! N-nie mówisz poważnie! N-nie mamy żadnych szans!
- Oczywiście, że, kurwa, mamy! Właściwie to nie musisz nic robić! Po prostu pilnuj mi tyłów. Sam się z nimi rozprawię…
- CO?!
- Za pierwszym razem zaatakowałem lekkomyślnie. Zaskoczył mnie. Już nie popełnię tego błędu…
- T-to… TU ZUPEŁNIE NIE O TO CHODZI!
Na tym etapie Yuuri był bliski histerii.
Nie mógł uwierzyć… zwyczajnie nie mógł! Ten dzieciak oszalał! Jak on może myśleć, że dołoży tym facetom?! Cholera, wcześniej prawie złamali mu rękę!
- Yurio…
Katsuki położył obie dłonie na ramionach imiennika i wbił w nastolatka zdesperowany wzrok.
- Yurio, proszę… nie chcę, byś z mojego powodu wdawał się w jakąś głupią bójkę!
- A ja nie chcę, byś zgrywał pieprzonego Jezusa! – Jurij wysyczał tonem pełnym jadu – Wiem, co ci chodzi po głowie. Chcesz im odpuścić, tak? Pójść stąd, jak gdyby nigdy nic!
Gniewnie strącił z ramion dłonie Japończyka.
- Oczywiście, że chcę im odpuścić! – krzyknął Yuuri – Oni mnie nie obchodzą! To, co zrobili, nie ma już dla mnie znaczenia!
Dopiero, gdy to powiedział, uświadomił sobie, że to prawda. Rzeczywiście nie dbał w tej chwili o przeszłość. W ogóle nie dbał o przeszłość! Dbał o…
- Twoje zdrowie ma dla mnie znaczenie! – szeptem zwrócił się do imiennika – Yurio, Skate America jest za tydzień! Chcesz ryzykować karierę, tylko po to, by przywalić nic nie znaczącemu kolesiowi?
- Nie chcę przywalić nic nie znaczącemu kolesiowi! – zielone oczy Plisetskyego były gniewne i nieustępliwe – Chcę przywalić skurwysynowi, który sobie na to zasłużył!
Yuuriemu na moment odebrało mowę. Boże, to zdanie… gdzieś już je słyszał! Tylko gdzie?
- Wiem, że nawaliłeś się przed zawodami i że kogoś uderzyłeś. – usłyszał w myślach swój własny głos.
- Nie uderzyłem „kogoś", Yuuri. Uderzyłem sukinsyna, który zasłużył sobie na to każdym…
A ten drugi głos należał do… należał do…
- Viktor pobił kogoś w przeddzień swojego programu dowolnego… - odezwał się Jurij.
Zupełnie jakby słyszał wewnętrzne rozterki imiennika!
- … a świat się od tego nie zawalił!
Katsuki zagryzł dolną wargę.
To prawda, świat się nie zawalił, ale…
- Żaden powód nie jest dobry, by rzucać się na kogoś z pięściami! – zmierzył nastolatka surowym spojrzeniem – Nie naprawisz tego, co się kiedyś stało, narażając się na zranienie! Nie zgadzam się, byś mścił się w moim imieniu.
- Nie pytam cię o zdanie! Nie jesteś moim rodzicem, by mówić mi, co mi wolno, a czego…
- Ej, chłopaki! – niespodziewanie rzucił Jack – Zamiast się kłócić, powinniście zwracać większą uwagę na otoczenie!
Yuuri i Jurij obrócili głowy… i z wrażenia aż podskoczyli!
Luke trzymał kurtkę, którą Plisetsky wcześniej powiesił na krześle. Natomiast w dłoni Ricka znajdowała się malutka książeczka. Wydała się Katsukiemu dziwnie znajoma. Zaraz! Czy to był…?!
Boże. To był paszport Jurija.
- Ty pieprzony skurwielu… - pierwszym odruchem młodego Rosjanina była furia – zaraz tak ci dowalę, że…
- Hola, hola! – w drugiej dłoni czarnowłosego dryblasa znikąd pojawiła się zapalniczka.
Płomień niebezpiecznie przybliżył się do krawędzi paszportu, a Plisetsky zatrzymał się w połowie kroku. Dłonie nastolatka zacisnęły się w pięści.
- Na twoim miejscu panowałbym nad nerwami, kiciusiu. – ostrzegł Rick.
- Na twoim miejscu odłożyłbym zapalniczkę. – w odpowiedzi wysyczał Jurij – Uszkodź chociaż skrawek kartki, a nie żyjesz, złamasie!
Jack wysunął się przed kolegów.
- Chyba źle zrozumieliście nasze intencje. – przyjacielsko rozłożył ręce – Katsuki, przecież wiesz, że nie jestem jakimś bezmyślnym brutalem. Twój kumpel niepotrzebnie się rzuca. Chcę jedynie pogadać.
Część strachu w sercu Yuuriego została zastąpiona przez szok.
Pogadać?
- Nie będziemy z tobą o niczym gadać, pomyleńcu! – Plisetsky warknął, wściekle wymachując pięścią – Oddawaj paszport!
- Oddam. – obiecał futbolista – Ale mam warunek. Przestań się rzucać, kurduplu i wysłuchaj, co mam do powiedzenia. Nie rób żadnych gwałtownych ruchów, bo z twojego bezcennego dokumenciku zostanie kupa popiołu. Mam dla was propozycję. Chcę prosić Katsukiego o pewną przysługę.
- Prosiak nie będzie ci robił żadnych przysług, złamasie!
Ramiona nastolatka trzęsły się od niemożności rozładowania gniewu. Zielone oczy nie odrywały nienawistnego wzroku od paszportu.
Ale Jurij musiał być mimo wszystko ciekawy tajemniczej propozycji, bo zmusił się do uspokojenia oddechu. Jego imiennik też był ciekawy.
Są od nas więksi i silniejsi. – pomyślał, z zaintrygowaniem wpatrując się w Jacka i jego kumpli – Z łatwością mogliby nas załatwić. Pobić nas. Upokorzyć. Połamać nam ręce i nogi. Mogliby zrobić cokolwiek, a wybierają… pogawędkę? O co tu chodzi?
- Moja propozycja jest następująca: oddamy pyskatemu smarkaczowi paszport i pieniądze za szejka. W ramach rekompensaty kupimy mu jeszcze coś innego. Drugiego szejka albo loda. Czegokolwiek sobie zażyczy. Przeprosimy go za naśmiewanie się z jego rysunku i za wszystko inne. A ja, Katsuki… padnę na kolana i przeproszę cię za to, co zrobiłem siedem lat temu.
- Eeeee?!
Z ust dwójki Yurich wyszedł zszokowany okrzyk. Japończyk i Rosjanin posłali sobie nawzajem spojrzenia pod tytułem:
„Czy ty coś z tego rozumiesz?!"
Pierwszy otrząsnął się Plisetsky. Pokręcił blond głową. Wbite w imiennika zielone oczy mówiły wyraźnie:
„Nie, Katsudon. To jest zbyt proste!".
Yuuri zacisnął wargi, przełknął ślinę i niepewnie przytaknął. Jego młody przyjaciel miał rację. To było zbyt proste.
- Czego chcesz w zamian? – zwrócił się do Jacka.
- Już to mówiłem: przysługi.
Słowo „przysługa" przypomniało Katsukiemu scenę z przeszłości.
Właściwie to jest coś, co mógłbyś dla mnie zrobić… Wiem, że za tydzień bierzesz udział w jakimś ważnym wydarzeniu… Skate America, tak? I, jeśli to możliwe, to… zastanawiałem się… czy nie załatwiłbyś mi biletów?
Po kręgosłupie Japończyka przeszedł dreszcz. Gdy ostatnim razem zrobił Jackowi przysługę, konswekwencje okazały się… fatalne. Żeby nie powiedzieć: tragiczne.
- Dowiemy się wreszcie, o jaką przysługę chodzi? – zniecierpliwionym tonem spytał Jurij.
- To tajemnica, dzieciaku. – futbolista puścił nastolatkowi oko – Tylko Katsuki usłyszy, czego dotyczy moja prośba. Chcę z nim pogadać sam na sam. Wolałbym, żeby nikt nie dawał mu żadnych… hm… lekkomyślnych rad.
Młody Rosjanin otworzył usta, by zaprotestować, ale wnuk Wronkova wszedł mu w słowo.
- Jeżeli Katsuki zgodzi się porazmawiać ze mną na osoboności, to zaraz po rozmowie oddamy ci paszport.
- Niezależnie od tego, czy zgodzę się na przysługę? – niepewnie spytał Yuuri.
- Niezależnie od tego, czy zgodzisz się na przysługę. – ze złośliwym uśmieszkiem potwierdził Jack.
Katsuki wbił wzrok w podłogę. Ta propozycja wydawała się całkiem uczciwa. Uczciwa, rozsądna i niewinna, a mimo to… mimo to…
- To mi się ani trochę nie podoba, Katsudon. – szepnął Jurij.
Japończyk zerknął na imiennika.
A więc nie tylko ja mam co do tego złe przeczucia.
- Coś mi to śmierdzi! – burkliwym szeptem dodał Plisetsky – On coś knuje!
- Powiedział, że odda ci paszport, nawet jeśli odmówię. Wszystko, co muszę zrobić, to z nim pogadać…
- Pogadać! Katsudon, z tego na pewno nie wyniknie nic dobrego! Nie po to przez godzinę naprawialiśmy twoją psychikę, byś miał teraz…
- Twój paszport jest ważniejszy niż moja psychika! A poza tym…
Yuuri wziął głęboki oddech.
- Nie pozwolę, by znowu coś mi wmówił. – oznajmił, z determinacją patrząc imiennikowi w oczy – Nie dam się omamić. Odkąd trenuję z Viktorem, jestem silniejszy. Odkąd… odkąd porozmawiałem z tobą, jestem silniejszy!
Spojrzenie Plisetskyego nieznacznie złagodniało.
- Może… może właśnie tak ma być, Yurio? – ciągnął Japończyk – Może los chce, bym zmierzył się z przeszłością? Może to sposób, bym mógł udowodnić sobie, że… że już się nie boję! Chcę przynajmniej dowiedzieć się, co on ma mi do powiedzenia. Yurio, proszę, pozwól mi to załatwić!
Nastolatek westchnął ponuro.
- No dobra. – mruknął, wpychając dłonie do kieszeni spodni – Dobra, okej. Łapię. Kumam, o co ci chodzi. Ech, przynajmniej odzyskam paszport… Ale uważaj, jasne? Jeżeli ta cała przysługa nie będzie ci pasowała, nie zgadzaj się na nią! Zrozumiano?!
- P-pewnie! N-nie musisz mówić mi takich rzeczy.
- I miej się na baczności! Nie wierz w nic, co on powie! Jeśli będzie próbował wcisnąć ci jakieś kłamstwo o Viktorze, udaj, że nic nie słyszałeś. Jeśli poprosi, byś znowu załatwił mu bilety na Skate America, każ mu spierdalać!
- O-oczywiście… Jezu, Yurio, spokojnie! Przecież ja wiem, że…
- Wolę dmuchać na zimne, Prosiaku! Ten skurwiel ma wypisane na gębie „udaję niewiniątko, ale knuję coś niedobrego". Po prostu traktuj każde jego słowo jako próbę manipulacji. Obiecaj mi, że cokolwiek powie o Viktorze albo kimkolwiek innym, nie uwierzysz!
- Dobrze, obiecuję. A ty obiecaj mi, że kiedy oddadzą ci paszport, pożegnamy się z nimi i pójdziemy stąd.
Oczy młodego Rosjanina rozszerzyły się w oburzeniu.
- Chyba, kurwa…
- Yurio, proszę! – błagalnym tonem wyrzucił z siebie Japończyk – Pomyśl o tym w ten sposób: Jack już od wielu lat nie gra w futbol. Niczego nie osiągnął. Ja mam srebrny i złoty medal Grand Prix i jestem Mistrzem Olimpijskim. – Plisetsky wzdrygnął się na wspomnienie Igrzysk – Sam fakt, że moja kariera potoczyła się tak, jak się potoczyła, jest dla niego wystarczającym upokorzeniem. Mszczenie się na nim w jakikolwiek sposób nie jest potrzebne. Nie chcę, byś się na niego rzucał. Nawet… nawet nie dlatego że mi go żal. On nie jest wart twoich pięści, Yurio!
W rzeczywistości Yuuri nie chciał narażać imiennika na niebezpieczeństwo. Jednak wcześniejsze wydarzenia nauczyły go, że podobne argumenty nie przekonają Plisetskyego. Może… skoro „boję się o ciebie" nie działało, to należało zamiast tego powiedzieć „szkoda twojego czasu"?
Lodowy Tygrys wciąż trząsł się ze złości, ale ostatecznie uległ.
- Zgoda. – to słówko z trudem przeszło mu przez gardło – Niech ci będzie, Katsudon. Skoro oglądanie, jak wpierdalam trzem skurwysynom, to treść zbyt drastyczna dla twojego delikatnego japońskiego żołądka, to ten jeden jedyny raz zrobię wyjątek. Ale… - w tym momencie Jurij groźnie zwęził oczy – mają mi oddać paszport. Tak jak mówiłem wcześniej: jeżeli przypalą choćby skrawek, gorzko tego pożałują! Kasę za szejka jestem w stanie podarować, ale paszportu nie! Jeżeli go uszkodzą, będą musieli wziąć odpowiedzialność za to, czego będę musiał nasłuchać się od Yakova! Nie podaruję im!
Katsuki odetchnął z ulgą.
Przynajmniej obiecał, że się na nich nie rzuci! – pomyślał, łapiąc się za pierś – Jezu, gdy odgrażał się, że im dołoży, całe życie stanęło mi przed oczami! Boże… aż strach myśleć, co zrobiłby mi Pan Feltsman, gdyby na mojej warcie ktoś skrzywdził Jurija! Pfft! Zaraz? Pan Feltsman? JA SAM nie mógłbym z tym żyć!
- Porozmawiam z tobą. – zwrócił się do Jacka.
Uśmiech na twarzy futbolisty stał się jeszcze szerszy.
- Ale macie stanąć w takim miejscu, żebym was widział! – autorytarnym tonem warknął Jurij – Możecie sobie szeptać, albo pisać tajne liściki, ale chcę was, kurwa, widzieć! Zerwij z głowy Prosiaka choćby jeden włos, a nie żyjesz, złamasie! Dotarło?!
- Ach, prawdziwy kocur obronny! – przewracając oczami zażartował Jack – Tu chyba będzie dobrze? Co, Katsuki? – wskazał na drugi koniec stołu.
Japończyk bez słowa pomaszerował w stronę wyznaczonego miejsca. Przefarbowany na rudo Amerykanin wkrótce do niego dołączył.
- Upewnię się tylko, że nikt nas nie słyszy. – powiedział, puszczając Yuuriemu oko – A zwłaszcza blond lalunia.
Z drugiego końca pomieszczenia nie rozległo się „Słyszę wszystko, skurwielu!". A zatem rzeczywiście znajdowali się poza zasięgiem słuchu Rosyjskiego Tygrysa. Plisetsky stał ze skrzyżowanymi rękami i w milczeniu czuwał nad bezpieczeństwem przyjaciela. Lodowate spojrzenie zielonych oczu nawet na moment nie odrywało się od Jacka.
- No więc? – odezwał się Yuuri – Czego ode mnie chcesz?
Oczekując na odpowiedź, nawet na chwilę nie przestawał się trząść.
Jednak, o dziwo, Jack nie powiedział… nic. Zamiast tego wyjął smartfona. Gruby palec szybko przesuwał się po dotykowym ekranie.
Czyżby kolejny sfałszowany artykuł? – Katsuki zastanowił się z niepokojem – Ale… chyba nie byłby aż tak głupi, by myśleć, że ta sama sztuczka zadziała dwa razy?
W końcu futbolista odnalazł to, czego szukał. Z miną, z której trudno było cokolwiek wyczytać, podał rozmówcy telefon. Dłoń Japończyka drżała tak bardzo, że chyba tylko cudem nie upuściła urządzenia na podłogę.
Yuuri zamknął oczy, wziął głęboki oddech, policzył do dziesięciu, a potem wypuścił powietrze i spodziewając się najgorszego, zerknął w dół.
Tajemniczym plikiem okazał się… filmik.
- Poznajesz? – bezbarwnym tonem spytał Jack.
Owszem. Katsuki bez problemu odgadł, co to za nagranie. Nawet nie musiał naciskać „play". Rozpoznał kostium ze złotawymi taśmami układającymi się w literę „X". Tylko raz miał na sobie ten strój.
To był filmik z programu dowolnego. Tego programu dowolnego! Romeo i Julia, Skate America, zakrwawiony Viktor…
Yuuri czekał, aż jego serce przyśpieszy, a na ciele wystąpią kropelki potu. Jednak nic takiego się nie stało. Pierwszą myślą, która przyszła Japończykowi do głowy, była:
To wszystko? Tylko tyle? Spodziewałem się czegoś znacznie gorszego.
- Chcesz, żebym to obejrzał?
Nie bał się tego zrobić. Nie umiał tego wyjaśnić, ale się nie bał. Może był to efekt rozmowy z Jurijem? Może deklaracja stawienia czoła przeszłości?
W każdym bądź razie, Yuuri nie odczuwał już lęku. Przypomniał sobie wcześniejsze słowa Phichita:
Nie rozumiem, dlaczego panikujesz. Przecież minęło tyle lat! Od tamtego incydentu zdobyłeś srebrny i złoty medal Grand Prix, wygrałeś Olimpiadę i pobiłeś całą masę rekordów… nie uważasz, że gdy weźmie się to wszystko pod uwagę, to tamta historia wydaje się bardziej zabawna niż straszna?
Tak. Teraz to rozumiał. Mając w pamięci tyle wspaniałych programów – chociażby „Erosa" albo „Yuuri on Ice" – Japończyk mógł obejrzeć swoją największą porażkę bez uczucia goryczy.
Chciał nacisnąć przycisk „play", ale Jack uniósł dłoń.
- Nie musisz tego oglądać. W końcu wiesz, co się zdarzyło. Uczestniczyłeś w tym, czyż nie?
Katsuki otworzył usta ze zdziwienia. Chciał zapytać, co w takim razie ma zrobić, jednak wtedy coś sobie uświadomił.
- Zaraz… a właściwie to… skąd masz ten filmik? Przecież…
- … twój kumpel postarał się, by wszystkie nagrania z zawodów zniknęły? – lodowatym tonem dokończył futbolista – W tamtym czasie miałem w swoim posiadaniu bardzo nowoczesny telefon. Dostałem go po znajomości. Nie było wtedy takich na rynku. Oprogramowanie nijak miało się do pozostałych systemów, więc jakimś cudem oparło się wirusowi twojego znajomego. Mimo to nie opublikowałem nagrania. Byłem pewien, że kiedy to zrobię, twój koleżko wpuści do sieci udoskonalonego pożeracza danych. A nie miałem ochoty na kolejną czystę kompa… zresztą, nadal nie mam. Dlatego nie zamierzam wrzucać filmiku do sieci. Jednakże…
Serce Yuuriego zabiło niespokojnie. To ciche „jednakże" ani trochę mu się nie podobało.
- …gdyby nagranie zostało wysłane z konta kogoś innego…. powiedzmy, z twojego… wówczas nie musiałbym się martwić, nie uważasz?
Ramiona Japończyka rozluźniły się.
- A więc chcesz, bym opublikował filmik, tak? – zapytał spokojnie – Chcesz, żebym zrobił to ze swojego konta?
Ponownie – logika podpowiadała, że powinien być zestresowany, a mimo to, wcale nie był.
A więc Jack życzył sobie, by świat zobaczył wywracającego się na lodzie Yuuriego? Żeby zobaczył go potykającego się o pluszowego pudla. Być może nawet walczącego z Rodrigo o komórkę (kto wie, jak długie było to nagranie).
Ech… rzecz w tym, że świat widział już znacznie ciekawsze rzeczy. Chociażby pamiętny finał, podczas którego Yuuri wylądował na ostatnim miejscu. Albo odbijający się od barierki nos Katsukiego. Albo „pocałunkowy nokaut", który, dzięki wspaniałomyślności Phichita, urósł w internecie do rangi legendy. Nie wpominając już o innych rzeczach (udostępnionych, rzecz jasna, również przez Phichita). Sporo tego było… oj, sporo!
Zawalenie programu dowolnego? Potknięcie się o zabawkę? Pfft! Toż to małe piwo!
Od czasu porannego ataku paniki, psychika Yuuriego ewoluowała. Japończyk dojrzał wreszcie do etapu „czym ja, tak właściwie, się zamartwiałem?". Szorstko-wulgarna terapia rosyjskiego tygrysa była o wiele skuteczniejsza, niż mogłoby się wydawać.
- W porządku, zrobię to. – Katsuki oświadczył, wzdychając.
Ech, miejmy to już za sobą.
- Nie tak prędko. – Jack położył mu dłoń na nadgarstku – Nie chcę, żebyś publikował nagranie.
Pod wpływem dotyku futbolistu, Yuuri gwałtownie cofnął się do tyłu. Po drugiej stronie pomieszczenia, Plisetsky poruszył się niespokojnie.
- Wszystko w porządku! – krzyknął do niego Japończyk.
Dał sobie chwilę na uspokojenie, po czym zwrócił się do Jacka.
- Skoro tak, to czego ode mnie chcesz?
Futbolista odpowiedział uśmiechem, który wydał się Yuuriemu dziwnie mroczny. Wielka dłoń sięgnęła do kieszeni żakietu. Pod wpływem tego gestu, Katsuki zatrząsł się ze strachu.
- Spokojnie, nie mam broni. – kpiąco powiedzał Jack.
Co to jest? Co on tam ma?! Kolejny plakat? Ale przecież…
Nie, nie plakat. Długopis. Kartka i długopis. Zębami przytrzymując nakładkę piśmidła, były chłopak Jennifer zapisał jakieś zdanie. A potem pochylił się nad uchem Yuuriego.
- Chcę, żebyś wysłał ten filmik, - zaczął zakrapianym zimną radością szeptem – przez prywatną wiadomość Viktorowi Nikiforovowi. Razem z tymi słowami.
Gdy ujrzał zapisany po rosyjsku tekst, Japończyk na moment przestał oddychać.
„To przez ciebie moja kariera wyglądała tak, jak wyglądała. Nienawidzę cię!"
Boże… to zdanie… ten plan… to nawet nie była złośliwość. Jak bardzo trzeba być złym, by zażądać czegoś takiego?
- Nie zrobię tego! – Yuuri oznajmił bez zastanowienia.
- O? Widzę, że nauczyłeś się rosyjskiego. Na twoim miejscu jeszcze bym to przemyślał. – futbolista odparł zdawkowym tonem.
Dłoń Katsukiego zacisnęła się na telefonie. Pierwszy raz, od momentu, gdy ujrzał Jacka, Japończyk nie był przerażony. Był wściekły.
- Jesteś nienormalny! – rzucił, wojowniczo patrząc dryblasowi w oczy – Ty w ogóle próbowałeś kiedykolwiek radzić sobie z problemami w inny sposób, niż poprzez wyżywanie się na innych? Co byś z tego miał, gdybym się zgodził? Powiedz, co by ci to dało? Wskrzesiłoby twoją karierę? Jeżeli miałeś takie podejście do sportu, już kiedy zaczynałeś przygodę z futbolem, to nic dziwnego, że ci nie wyszło.
Przez chwilę Jack wyglądał, jakby chciał przywalić rozmówcy. Yuuri zamknął oczy i przygotował się na cios. Ale nie żałował tego, co powiedział. Jeśli już… żałował, że nie powiedział tego Jackowi siedem lat temu.
Uderzenie nie nastąpiło. Japończyk ostrożnie uchylił powieki.
- Twierdzenie, że sukces w sporcie zależy od podejścia, to zwykła naiwność, Katsuki. – futbolista wycedził ostrym jak brzytwa tonem.
- A od czego? Od mszczenia się na ludziach, których nie lubisz? Czemu aż tak bardzo uparłeś się, żeby mnie zranić? Jest cała masa osób, których mógłbyś nie lubić. Dlaczego właśnie ja?
- Chyba nie dokońca się rozumiemy, Katsuki. Tym razem nie chodzi o ciebie.
- Nie o mnie? A więc o ko…
Jeszcze zanim dokończył zadawanie pytania, Yuuri znał odpowiedź. Plan Jacka mógł ugodzić tylko w dwie osoby. A skoro nie chodziło o Yuuriego, to… ale przecież… nie, to niemożliwe! Niemożliwe, prawda?
- Chodzi ci o Viktora? – Katsuki wydusił z niedowierzaniem – Ale… ale dlaczego? Czego od niego chcesz?
- Czego od niego chcę? – Jack powtórzył, mierząc Japończyka lodowatym spojrzeniem – Sprawiedliwości, Katsuki. Ludzie tacy jak ty, czy ja, wylewają z siebie siódme poty, by cokolwiek osiągnąć, a on dostaje wszystko za darmo. Gdybyś miał więcej rozumu w głowie, też nienawidziłbyś Nikiforova.
- Nigdy nie znienawidzę Viktora. – Yuuri wyszeptał, nie opuszczając wzroku – Nigdy. A już na pewno nie z takiego powodu! Viktor nie dostaje wszystkiego za darmo… podobnie jak inni, musiał wiele poświęcić, żeby znaleźć się na szczycie.
- Pfft, a ten dalej swoje! Nadal fantazjujemy o rosyjskim mistrzuniu, co? Powiedz… przez te wszystkie lata zdobyłeś się chociaż na odwagę, by się do niego odezwać?
To pytanie zdziwiło Yuuriego. A więc Jack… nie wiedział o zaręczynach? Nie słyszał całej tej sensacji? O tym, jak Viktor rzucił wszystko, by trenować pewnego japońskiego solistę, a potem się w rzeczonym soliście zakochał? Czy raczej – przed. Prawdopodobnie durzył się w Yuurim jeszcze przed rozpoczęciem wspólnych treningów. Ale mniejsza o to. Czy Jack nie wiedział o tym wszystkim?
Cóż – najwyraźnie nie. Może nie interesował się nowinkami z łyżwiarskiego światka? Byłoby to dosyć dziwne, biorąc pod uwagę, kogo miał za dziadka. Ale nie niemożliwe.
Yuuri wahał się, czy poinformować futbolistę o aktualnym stanie rzeczy (czytaj: wyjaśnić, skąd na jego palcu wzięła się obrączka), ale ostatecznie postanowił tego nie robić. Jeżeli Jack miał coś do Viktora, to lepiej nie dostarczać mu tego typu informacji.
- Tak, rozmawiałem z nim. – Katsuki powiedział wymijająco – Rozmawiałem z Viktorem wiele razy.
- I nie wyciągnąłeś z tych rozmów żadnych wniosków? – parsknął Jack – Nie zauważyłeś, że twój kochany idol to arogancki, zapatrzony w siebie laluś?
- Viktor nie jest taki. Nic o nim wiesz.
- A ty coś o nim wiesz, Katsuki? Wiedziałeś o tym, że w przeddzień programu dowolnego nawalił się w trzy dupy?
Dzięki Bogu za Milę i za to, że wspomniała o tym incydencie. Dzięki temu słowa futbolisty nie wywołały aż takiego szoku. Swoją drogą… ciekawe, skąd Jack dowiedział się o kacu Nikiforova? Chociaż, w sumie… czy to miało jakiekolwiek znaczenie?
- Tak, słyszałem o tym. – Japończyk potwierdził opanowanym tonem – Viktor popełnił błąd. To jeszcze nie powód, by nazywać go zapatrzonym w siebie arogantem. Pewnie wkurza cię, że na kacu pobił rekord świata, co? Wkurza cię, że potrafił wziąć się w garść, gdy ty nie byłeś w stanie? Mógłbyś się od niego wiele nauczyć.
- A ty mógłbyś nauczyć się, że lepiej nie podskakiwać większym od siebie. – na twarz futbolisty powrócił złośliwy uśmieszek – Muszę przyznać, że nie spodziewałem się po tobie takiej śmiałości. Aż jestem ciekawy, co działo się z tobą przez ostatnie siedem lat… ale mniejsza o to. Znacie się z Nikiforovem? To świetnie. Nawet lepiej, że dostanie wiadomość od kogoś kogo zna, a nie od anonimowego fana. Zaloguj się na swoją pocztę.
- Powiedziałem ci już: nie zrobię tego! Nigdy nie zgodzę się, byś skrzywdził Viktora moimi rękami! Możesz mi połamać wszystkie kończyny, ale tego nie zrobię!
- Hm… czemu uważasz, że połamałbym właśnie twoje kończyny?
Spojrzenie futbolisty na moment spoczęło na Juriju. Plisetsky odpowiedział błyskiem mordu w oczach. Natomiast do serca Yuuriego powrócił strach.
Boże. Czy on grozi, że…
- Jak myślisz, co zrobi twój smarkaty kolega, gdy spalimy mu paszport?
Z ust Japończyka wyszło zaskoczone sapięcie.
- O-obiecałeś, że mu go oddacie! Powiedziałeś, że oddacie mu paszport, nawet jeśli nie zgodzę się na przysługę! Dałeś słowo!
- No cóż, kłamałem. Chyba nie pomyliłeś mnie z jakimś durnym rycerzem Okrągłego Stołu, co, Katsuki? Nie byłbyś dość naiwny, by sądzić, że dotrzymam słowa, prawda? Ech, Katsuki, Katsuki… No ale wracając do rzeczy: jak myślisz, co zrobi twój kolega, gdy spalimy mu paszport?
Wścieknie się, że nie dotrzymałeś obietnicy. – z przerażeniem uświadomił sobie Yuuri – Wpadnie w szał. Rzuci się na was. Nawet nie muszę zgadywać, że to zrobi, bo sam mi to powiedział.
- Gdy się na nas rzuci, będziemy musięli się bronić. Zgadzasz się ze mną? A w samoobronie łatwo stracić panowanie nad sobą. Jak myślisz… jak to się może skończyć?
Zrobicie mu krzywdę. Złamiecie mu coś. Boże… nie, błagam. Proszę, tylko nie to!
- Ta… po twojej minie wsnioskuję, że dobrze wiesz, jak to się skończy.
- Nie mieszaj go do tego! – z rozpaczą wyrzucił z siebie Yuuri – On nie ma z tym nic wspólnego! Nie rób mu krzywdy… jeśli już musisz kogoś zranić, to zrań mnie! To o mnie Jennifer mówiła, że jestem sto razy lepszym sportowcem od ciebie. To do mnie coś masz, nie do niego! Jest nieletni. Jeśli zrobisz mu krzywdę, będziesz miał kłopoty.
- Och, naprawdę? To on mnie zaatakuje, ale to ja będę miał kłopoty?
- Błagam, nie możesz…
- No już, nie panikuj! Wiem, że za tydzień jest Skate America, więc nie będę jakoś szczególnie brutalny. Stacy musi komuś kibicować, prawda? Nie mogę pozbawić jej możliwości wspierania ulubionego łyżwiarza. Nie martw się. Nie wyeliminuję twojego kolegi z zawodów. Po prostu… ukarzę go za złe sprawowanie. Niegrzeczne dzieci trzeba karać. Sprawił mi sporo kłopotów. Zmuszę go, by mi to zrekompensował.
- Z-zrekompensował?
- By dotarczył mi odrobiny przyjemności. Zapomniałeś już, jak bardzo lubię blondwłose ślicznotki?
Kolana Katsukiego tylko resztkami woli utrzymywały resztę ciała. Jakby wszystkie mięśnie zostały zastąpione przez watę. Gardo nieprzyjemnie ścisnęło się, skutecznie utrudniając oddychanie. Yuuri czuł, że zaraz zemdleje.
Nie… to się nie dzieje. – próbował sobie wmówić – Jack nie może być AŻ TAK zły. Nie zrobiłby czegoś takiego. Robił już wcześniej paskudne rzeczy, ale to…
Boże. Spojrzenie futbolisty wysyłało następujący przekaz:
„Jestem zdolny do wszystkiego."
Co robić? O Boże, co robić? Przecież musiało istnieć jakieś wyjście? Może Jack jednak nie ośmieli się… w końcu to poważne przestępstwo, znacznie poważniejsze niż zwykłe pobicie… nie zaryzykowałby! Z drugiej strony, czy Yuuri miał prawo ryzykować?
Japończyk wyobraził sobie, co futbolista i jego koleżkowi mogliby zrobić z Plisetskym. I natychmiast tego pożałował, bo przerażająca wizja sprawiła, że jeszcze bardziej zakręciło mu się w głowie.
- Lepiej mi tutaj nie mdlej, Katsuki! – warknął Jack – Nie ma dla mnie znaczenia, czy będziesz patrzył na to, co robimy. Jeśli nie zrobisz tego, o co poprosiłem, rozprawię się ze smarkaczem. Nawet jeśli stracisz przytomność. Chociaż na twoim miejscu jednak bym się ogarnął. W końcu tylko ty możesz ocalić gówniarzowi tyłek. No już, loguj się na pocztę! Nie mamy całego dnia!
Drżące palce Yuuriego rzeczywiście włączyły aplikację. Najwolniej, jak tylko się dało. Palce ruszały się wolno, za to myśli galopowały z prędkością światła. Analizowały różne scenariusze, usiłując znaleźć rozwiązanie… plan B… cokolwiek! Cokolwiek, co pozwoliłoby ocalić Juirija, bez konieczności wysyłania Viktorowi tej potwornej wiadomości. Viktorowi… o Boże, Viktor!
Wyobrażenie sobie trójki osiłków znęcających się nad Plisetskym nieźle wstrząsnęło Yuurim. Jednak nie do tego stopnia, by bez wahania wykonał polecenie Jacka. Nie był w stanie tego zrobić… nie w sytuacji, gdy wyraźnie widział w myślach szczupłą sylwetkę ukochanego.
Viktor pewnie wciąż siedział w pralni. Albo poszedł jeszcze gdzieś indziej, by odreagować kłótnię z narzeczonym. Może z nudów przegląda pocztę? A jeśli przeczyta wiadomość, zanim spotka się z Yuurim? Jeśli pomyśli, że ta wiadomość to kontynuacja kłótni? Jeśli wywnioskuje, że Yuuri… Boże.
Jack prawdopodobnie nie zdawał sobie sprawy z potencjalnych konsekwencji swojego planu. Zapewne chodziło mu jedynie o to, by duma Viktora dostała lekkiego prztyczka w nos. Gdy tymczasem… tymczasem…
Yuuri nie chciał o tym myśleć. Wiedział, że najlepiej byłoby po prostu spełnić okrutne żądania. Zacisnąć zęby i wybrać mniejsze zło. Zrobić to, zanim w sercu pojawią się wątpliwości. Ale nie mógł tego zrobić, ponieważ… ponieważ myślenie o narzeczonym było silniejszego od niego! Zależało mu na sercu Viktora bardziej niż na własnym.
Nie mogę mu tego zrobić! – myślał rozpaczliwie – Nie po Barcelonie! Kiedy zrozumiałem, jak bardzo nim to wtedy wstrząsnęło… gdy zrozumiałem, jak bardzo był zraniony… obiecałem sobie, że już nigdy nie zrobię mu czegoś takiego. Obiecałem sobie, że nie będę tchórzem!
Teraz też nie był tchórzem. Ostatnia racjonalna część umysłu Yuuriego… malusieńka część jego umysłu, która nie załamała się pod wpływem presji, była pewna, że spełnienie prośby Jacka nie byłoby tchórzostwem.
Gdyby futbolista groził Japończykowi połamaniem nóg, wybiciem wszystkich zębów albo jakikolwiek innym uszczerbiem na zdrowiu, Katsuki by odmówił. Pal sześć Skate America i karierę. Nie był tchórzem. Gdyby chodziło tylko o niego, odmówiłby bez wahania. Problem w tym, że nie chodziło o niego…
Jak, u licha, Yuuri miał to zrobić? Jak mógł wybrać między Jurijem i Viktorem?! Jakim trzeba być człowiekiem, by zmusić kogoś do podjęcia takiej decyzji?
Musisz to zrobić. – drżącym głosem przekonywał rozsądek Japończyka – Z Viktorem będziesz mógł porozmawiać… wyjaśnić mu to wszystko. Złamane serce Viktora da się jeszcze naprawić… ale ciała Jurija już nie! Albo psychiki Jurija, jeśli Jack… jeśli Jack…
- Co się tam, u licha, dzieje, Katsudon?!
Plisetsky niecierpliwie tupał nogą. Ale Katsuki nie patrzył na imiennika. Tym, co sprawiło, że miał ochotę zwymiotować ze strachu, nie był gniewny wyraz twarzy nastolatka…ale miny stojących niebezpiecznie blisko młodego Rosjanina koleżków futbolisty.
Luke i Rick zapewne dobrze znali szczegóły planu przywódcy. Gdyby Yuuri wykonał jakiś gwałtowny ruch, od razu obezwładniliby Plisetskyego.
- N-nic się nie dzieje, Yurio! M-mam wszystko pod kontrolą. Z-zostań tam gdzie jesteś. Z-załatwię tylko to, o co poprosił Jack i zaraz do ciebie przyjdę.
Dzięki Bogu wybuchowy dzieciak spełnił prośbę. Jezu, chociaż raz! Dzięki Bogu.
- Dobra decyzja. – cmokając odezwał się Jack – Chociaż troszeczkę żałuję. To naprawdę ładny chłopiec…
Dłonie Yuuriego tak się trzęsły, że chyba tylko cudem nie upuściły telefonu. Japończyk nie myślał już jasno. Był tak roztrzęsiony, że ledwo pojmował, co się wokół niego działo. Tylko jednego był pewien… tylko o jednym teraz marzył: pójść stąd i nie oglądać Jacka już nigdy więcej! Uciec jak najdalej od tego zła… tej podłości… okrucieństwa… wyrachowania. Każda sekunda w towarzystwie tego kolesia była torturą.
Nie chcę już nigdy go oglądać! – Katsuki pomyślał, bliski płaczu – Nie chcę patrzeć na jego gębę i wyobrażać sobie, co mógłby zrobić Jurijowi! Nie chcę patrzeć na niego, wiedząc, do czego mnie zmusił! Wcześniej zmusił mnie, bym zepsuł mój debiut seniorski… a za chwilę zmusi mnie, bym skrzywdził kogoś, kogo kocham najbardziej na świecie! Viktor, przepraszam! B-błagam, wybacz mi! Boże, już nie mogę… niech to wszystko się skończy!
Wiadomość do Viktora była już otwarta. Yuuri załadował filmik. Pozostawało jedynie wpisać tekst.
„To przez ciebie moja kariera wyglądała tak, jak wyglądała. Nienawidzę cię!"
Japończyk wciąż nie wpisał ani jednej literki. Czekał, aż Jack go ponagli, ale tamtem milczał. Może preferował obserwowanie zmagań Katsukiego w ciszy? Yuuri wolałby, żeby Jack coś powiedział… może wtedy łatwiej byłoby to zrobić?
„To przez ciebie moja kariera wyglądała tak, jak wyglądała. Nienawidzę cię!"
Ze zdjęcia profilowego spoglądał na Katsukiego uśmiechnięty Viktor. Srebrnowłosy mężczyzna puszczał oko do kamery. To Yuuri zrobił mu to zdjęcie. Płatki sakury, zamek Hasetsu w tle… Makkachin u boku swojego pana… japoński łyżwiarz doskonale pamiętał tamtą scenę.
„To przez ciebie moja kariera wyglądała tak, jak wyglądała. Nienawidzę cię!"
Opuszka palca wisiała nad literą „t", ale nie była w stanie nacisnąć przycisku. Yuuri był pewien, że kiedy już wpisze tę pierwszą literę, to z pierwszym słowem i całym zdaniem pójdzie mu o wiele łatwiej. Ale nie mógł… nie był w stanie wpisać nieszczęsnej literki!
Boże… Jack zaraz zacznie się niecierpliwić! Jak… jak Yuuri miał to zrobić? Boże, nie potrafił… ciało nie chciało go słuchać! To ciało należało do Viktora. Yuuri należał do Viktora! Każdy neuron… każdy mięsień w jego ciele buntował się przeciwko temu zadaniu. Ale jeśli tego nie zrobi, to Jack…
Na ramię Yuuriego niespodziewanie opadła czyjać dłoń. Japończyk zareagował na to przerażonym piskiem. Komórka wysunęła mu się z palców. Przy zderzeniu z kafelkowym podłożem, urządzenie wydało cichy trzask. Obraz na ekranie został zastąpiony przez ciemność.
Nieeee! – Katsuki pomyślał z paniką – I co ja teraz zrobię?!
Był gotów osunąć się na podłogę i odpłynąć w nicość. W końcu chyba lepiej stracić przytomność, niż patrzeć na to, jak Jack krzywdzi Jurija? Kiedy jednak Japończyk miał pozwolić ciału się poddać, zdał sobie z czegoś sprawę.
Spoczywająca ne jego ramieniu dłoń nie należała do Jacka. Ta dłoń była zbyt szczupła i zbyt zadbana. Właściciel owej dłoni nosił obrączkę. Boże, czy to…
- Yuuuuuri, rozumiem, że jesteś na mnie obrażony, ale to jeszcze nie powód, by reagować w taki sposób!
JEZU! A więc jednak… o Boże! To naprawdę on! To naprawdę…
Katsuki gwałtownie się obrócił. Jednak nie zdążył nawet przyjrzeć się przybyszowi, gdy dwa palce popukały go w czoło.
- Yuuri, powiedz mi, do czego służy telefon?
Do Japończyka to pytanie nawet nie dotarło. Był zbyt zajęty gapieniem się w pozostającą w trybie „udaję surowego trenera" twarz Viktora Nikiforova.
Bogowie… Bogowie, dziękuję, że nie musiałem wysyłać tej okropnej wiadomości! – jęczał w myślach – Boże, Viktor tu jest. O Boże, jakoś z tego wyjdziemy. O Boże, nie musiałem wysyłać tej strasznej wiadomości. O Boże, jest nas trzech. Jakoś to będzie. O Boże, Viktor tu jest.
Nagle twarz Viktora zniknęła. Yuuri z początku uznał, że to dlatego że tylko wyobraził sobie Viktora, właśnie tak, Viktor był zapewnie jedynie halucynacją i to dlatego zniknął… jednak po chwili okazało się, że Viktor wcale nie zninął. Po prostu Viktor podstawił narzeczonemu telefon pod nos. Smartfon z obudową „Stammi Viccino" przesłonił Japończykowi wizję.
- To jest komórka. – Viktor powiedział tym samym tonem, co Felstman, gdy tłumaczył coś Plisetskyemu, a Plisetsky miał to w dupie – To się odbiera. Widzisz, Yuuri? Widzisz ten zielony przycisk? Jak myślisz, po co on jest? Jest zielony, więc oznacza podjęcie działania. Tym działaniem jest naciśnięcie przycisku, czytaj odebranie telefonu…
Czy Yakov nie prowadził kiedyś z Jurijem identycznej rozmowy? Na bank tak było. Tydzień temu. Zbyt zajęty graniem z imiennikiem na konsoli, nastolatek zignorował dwadzieścia telefonów od trenera. A Viktor powtarzał teraz słowo w słowo wykład Feltsmana. Z tą różnicą, że nie podnosił głosu. Poza tym, w niebieskich oczach było więcej rezygnacji niż gniewu.
- … czytaj oszczędzenie nerwów zmartwionemu narzeczonemu, czytaj mnie. Yuuri, masz odbierać moje telefony! Boże, jeśli nie chcesz ze mną rozmawiać, to odbierz tylko po to, by powiedzieć „spierdalaj"! Nie będę zły, naprawdę. Możesz kazać mi spierdalać, ale… Yuuri?
Wyglądało na to, że Viktor nareszcie zauważył, w jakim stanie był jego ukochany. Katsuki czuł się jak ktoś, kto przez godzinę uciekał przed stadem rozszalałych wilków i dopiero teraz zgubił pogoń. Potwornie bolała go głowa i ledwo był w stanie złapać oddech. Nawet mimo przybycia Viktora… nawet mimo obecności ukochanego, nie był w stanie się uspokoić.
Zamknął oczy. Coś ciepłego dotknęło jego policzka. Japończyk odruchowo wtulił się w szczupłą dłoń.
- Yuuri. – szepnął zatroskany głos – Yuuri, co się… AŁA!
Dłoń Viktora opuściła policzek ukochanego. Hałas sprawił, że Katsuki zmarszczył czoło i powoli rozchylił powieki.
Z grymasem na twarzy, srebrnowłosy mężczyzna masował obolały tyłek.
- Mógłbyś chociaż raz nie witać mnie kopniakiem. – z wyrzutem spojrzał na Plisetskyego.
- Ile, kurwa, można siedzieć w pralni?! – awanturował się Jurij, energicznie wymachując rękami – Sam sobie czyściłeś ten płaszcz, czy jak?!
- Była kolejka, okej? – usprawiedliwiał się Viktor – Zresztą, jeśli chcieliście, żebym szybko wrócił, to wystarczyło normalnie zadzwonić. Ja odbieram telefony, nawet jeśli z kimś się pokłócę. Odpisałeś mi to, co zwykle, więc uznałem, że wszystko gra.
- Ta, grało. – nastolatek wydał z siebie ciche parsknięcie - Jeszcze piętnaście minut temu mogliśmy z Katsudonem tańczyć, tak zajebiście nam grało!
- A…haaa? Więc co się zmieniło?
- Ci kolesie zabrali mi…
- MASZ! TO TWÓJ PASZPORT, PROSZĘ!
Jack niespodziewanie podbiegł do młodego Rosjanina i wcisnął mu do ręki skradzioną książeczkę. Zanim Plisetsky w ogóle zajarzył, co się stało, futbolista zrobił coś jeszcze bardziej szokującego:
- S-S-Stacy! – krzyknął drżącym głosem – M-mogłabyś wrócić z zaplecza? Chcę zamówić szejka! T-truskawkowego! I… i… coś jeszcze! C-co byś chciał kolego? Z-zamówię ci cokolwiek!
Nastolatek nie odpowiedział. Gapił się na osiłka z miną pod tytułem:
„Co to, kurwa? Prima Aprilis?!"
Luke i Rick również wyglądali na zdezorientowanych. Chcieli coś powiedzieć, ale Jack posłał im ostrzegawcze spojrzenie.
- Eee… Yurio? – odezwał się Viktor – Kto to jest?
- To…
- PRZEPRASZAM, ŻE ŚMIAŁEM SIĘ Z TWOJEGO RYSUNKU!
- HAH?! Co ty, KURWA, wyrabiasz?! Puszczaj moje nogi, złamasie!
Yuuri wybałuszył oczy. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi.
Jack Wronkov klęczał przed Jurijem Plisetskym. Najpierw wypchał kieszenie nastolatka studolarowymi banknotami (cholera, aż tak wysokie odsetki za „pożyczkę na szejka"?!), a potem błagalnie objął kolana wściekłego blondynka, szepcząc coś nerwowo po rosyjsku. Lodowy Tygrys, rzecz jasna, nie był tym wszystkim ani trochę zachwycony.
- Kurwa, głuchy jesteś?! Przestań mnie obłapiać! O co ci, kurwa, chodzi?!
- Yyy…Yuuri? - palec wskazujący Viktora dźgał narzeczonego w bok – Nic z tego nie rozumiem. O co tu chodzi? Czy on się zaleca do Juraczki?
Dłoń Katsukiego z głośnym plaśnięciem wylądowała na czole. Japończyk w jednej chwili odzyskał jasność umysłu. Ech… nie ma to jak Viktor i jego błyskotliwa ocena sytuacji.
- Nie. – Yuuri stwierdził ze zbolałym wyrazem twarzy – Nie o to chodzi.
- W takim razie, o co?
Katsuki westchnął. Nie chciał teraz wyjaśniać tego wszystkiego narzeczonemu. Nie chciał tłumaczyć, kim był Jack i co się przed chwilą stało. Czy raczej – co mogło się stać. To było po prostu… zbyt wiele. Co prawda strach wywołany szantażem futbolisty w dużym stopniu go opuścił, ale Yuuri wciąż czuł się tym wszystkim przytłoczony. Chciał dokładnie tego samego, co chwilę temu.
Wyjść stąd. Znaleźć się jak najdalej od młodego Wronkova i wszystkiego, co było z nim związane. Nie musieć już nigdy więcej oglądać twarzy tego… tego… ech, Yuuri nawet nie potrafił wymyślić dobrego określenia. W każdym bądź razie – nie chciał widzieć Jacka na oczy. Już nigdy więcej!
- Powiem Ci później. Yurio!
Noga Plisetskiego zawisła w powietrzu. Jurij przymierzał się do kopnięcia futbolisty w głowę, gdy imiennik go zawołał.
- Oddał paszport, oddał kasę i przeprosił. – Japończyk rzucił zmęczonym tonem – Zostaw go w spokoju. Chodźmy stąd.
- Ale ten skurwiel…
- Obiecałeś!
Nastolatek zazgrzytał zębami, jednak posłusznie opuścił nogę. Jack posłał Katsukiemu pełne wdzięczności spojrzenie, po czy wstał i pobiegł do kolegów.
Yuuri zamrugał. Co nagle strzeliło temu kolesiowi do głowy, że w ekspresowym tempie przerzucił się z szantażowania na przepraszanie (i oddawanie paszportów i obrzucanie wcześniejszego obiektu drwin forsą)? Może jakieś rozdwojenie jaźni, czy coś? Ech, nieważne… Yuuri miał to gdzieś. Jego stanowisko pozostawało niezmienne. Po tym, co przeszedł, chciał jedynie pójść stąd i znaleźć jakieś przytulne miejsce do odreagowania całego dzisiejszego dnia. A, i jeszcze pogodzić się z narzeczonym.
- Już nigdy niczego ci nie obiecam. – mruknął Jurij – Dobra, kurwa, idziemy stąd!
- Hę? – Viktor przekrzywił głowę – Ale ja nie chcę wychodzić. Chcę się czegoś napić. Poza tym, umówiliśmy się tutaj z resztą. Dlaczego mamy stąd iść?
Katsuki nie zdążył nawet wpaść w panikę, gdy Jack krzyknął:
- NIE MA PROBLEMU! W-w-w takim razie my stąd pójdziemy! P-prawda, chłopaki?
- Stary, co ty robisz? – z głupią miną spytał Rick – Co się stało?
- Cicho bądź! To on…
- Co? Jaki „on"?
Futbolista zagarnął głowy kolegów i zaczął im coś tłumaczyć przyciszonym tonem. Yuuri wyłapał z tej rozmowy tylko krótkie fragmenty:
- … wtedy, w knajpie…
- … co? Nie… przecież…
- … mówię ci, że to on! Nie pamiętasz…
- … kiedy… inaczej wyglądał…
- … włosy! Ściął włosy!
- … ale… ale…
- Przyjrzyjcie się dokładniej, matoły!
Luke i Rick zerknęli na Viktora. W odpowiedzi Viktor podrapał się po głowie. Miał minę pod tytułem: „Kto? Ja?"
A potem – zupełnie jak w filmie o duchach, gdy główny bohater otwierał drzwi, by sprawdzić, kto pukał, i uświadamiał sobie, że, o Boże, za drzwiami nikogo nie było – twarze przybocznych Jacka przeszły przez następujące fazy: obojętność, niedowierzanie, zrozumienie i paniczny strach.
- Ach! K-k-która to godzina? – wyjąkał Rick – Chyba musimy już iść! C-co nie chłopaki?
- P-pewnie! – tym samym drżącym głosem zgodził się Luke – M-mamy tyle rzeczy do zrobienia!
Cała trójka osiłków ruszyła w stronę wyjścia. Nie zdążyli zrobić dwóch kroków, gdy Viktor złapał Jacka za kołnierz.
- Chwileczkę!
Kumple futbolisty zerwali się do biegu.
- NIE! – były chłopak Jennifer rozpaczliwie wymachiwał rękami – B-błagam, nie! Nie zostawiajcie mnie samego!
- Wiesz, Katsudon, ja zaczynam myśleć, że on ma coś z głową. – z szejkiem w dłoni, Plisetsky oparł się o ścianę obok imiennika – Zachowuje się tak kretyńsko, że nawet odechciało mi się wpierdolenia mu. Może trzeba z nim do szpitala? Ej, Viktor, lepiej go nie dotykaj! Jeszcze czymś się zarazisz!
Srebrnowłosy mężczyzna zignorował ostrzeżenie młodszego kolegi. W tej chwili pochylał się nad Jackiem.
- Czy my się znamy? – spytał tonem wyrażającym głębokie zaciekawienie.
- N-n-nie! – futbolista odpowiedział piskliwym głosem – N-no co ty! G-gdzie niby mielibyśmy się spotkać?
- Hm… wydaję mi się, że skądś cię kojarzę.
- N-na pewno mnie z kimś pomyliłeś!
Jurij obserwował całą scenę głośno siorbiąc napój ze słomki. Im dłużej patrzył, tym bardziej wydawał się zaintrygowany.
- Ej, Katsudon? Nie masz takiego wrażenia, że ten złamas boi się Vik… Katsudon?
Yuuri również był ciekawy, skąd brały się pozbawione sensu reakcje Jacka, ale dominującym uczuciem w jego sercu wciąż był wstręt. Wstręt związany z faktem, że ten koleś nadal był w tym samym pomieszczeniu.
- Jesteś strasznie blady, Prosiaku. – ostrożnym tonem zauważył nastolatek.
- J-jestem… jestem po prostu zestresowany, Yurio.
- Ale czym? Przecież nic się nie dzieje. Sytuacja opanowana. Skurwiel ukorzył się. Tak, jak powiedziałeś, oddał kasę i paszport. W dodatku dostałeś to, co chciałeś. – w tym momencie młody Rosjanin skrzywił się – Zgodziłem się zostawić go w spokoju. Za chwilę go tu nie będzie.
Ech, gdyby tylko Jurij wiedział. Gdyby wiedział, czego miała dotyczyć „przysługa"… i gdyby wiedział, jakimi sposobami Jack zamierzał wyegzekwować wykonanie owej „przysługi".
- P-po prostu chcę, by stąd poszedł. – wyszeptał Katsuki - Nie mogę na niego patrzeć. Niedobrze mi…
Przez ułamek sekundy w zielonych oczach pojawił się wyraz troski. Plisetsky westchnał z irytacją.
- VIKTOR! – wydarł się do starszego kolegi – Zostaw tego psychola i zajmij się swoim Prosiakiem! Bo zaraz wkurwię się i zażądam od ciebie wynagrodzenia za każdą minutę, gdy musiałem go niańczyć!
Viktor przerwał wypytywanie futbolisty i posłał nastolatkowi zdziwione spojrzenie. Wcale nie wyglądał, jakby zamierzał spełnić prośbę.
- Viktor, proszę cię, zostaw go. – błagalnym tonem odezwał się Yuuri.
Nie chcę go widzieć. Nie chcę myśleć o tym, co kazał mi zrobić. Teraz chcę tylko ciebie… Twojego ciepła, twoich ramion, twojej uwagi. Boże, tak bardzo tęskniłem. Chcę cię przeprosić i powiedzieć, że cię kocham.
Niebieskie oczy znalazły brązowe oczy i za sprawą tego spojrzenia chyba… jakimś cudem… ostatnie myśli Japończyka zostały telepatycznie przetransportowane do narzeczonego.
- Zostaw go. – szeptem powtórzył Yuuri.
O niebiosa, Viktor posłuchał! Niechętnie, bo niechętnie, ale ostatecznie puścił futbolistę. Katsuki miał ochotę płakać ze szczęścia.
Jack natychmiast pognał w stronę wyjścia. Yuuri obserwował go, czekając aż wybiegnie z knajpy… aż zniknie w tłumie.
Jednak przeznaczenie miało inne plany. Dokładnie w tym momencie do środka wmaszerowała Mila Babicheva. Jedną ręką obejmowała ramię wysokiego młodzieńca, a w drugiej trzymała kubek kawy. Para była zbyt zajęta wkładaniem sobie języków do ust, by zwracać uwagę na otoczenie.
Futbolista też nie patrzył, gdzie idzie. Pędząc na pełnej prędkości zderzył się z rudą Rosjanką.
- HEJ! – krzyknęła z oburzeniem.
Oblubieniec Babichevy – nazwany chyba wcześniej „Kawiarenkowym Ciachem" – od razu doskoczył do Jacka. Od tyłu złapał dryblasa za łokcie, przez co miotający się winowajca stracił jakiekolwiek szanse na ucieczkę.
- Jak śmiałeś staranować w ten sposób moją królewnę!
- T-to było niechcący! – spanikowanym głosem odparł futbolista.
Miał powody, by się bać. Kawiarenkowe Ciacho było odeń o głowę wyższe. I miało dwa razy większe muskuły.
- Natychmiast przeproś!
- P-przepraszam!
- Ugh! – masując krzyż, Mila podniosła się z podłogi – Wylałam sobie kawę na koszulkę!
- Nie przejmuj się, kochana! – z pasją wyrzucił z siebie Oblubieniec – Ten palant pożałuje, że cię skrzywdził!
- Ech, no dobra, już nie przesadzaj! Jakoś specjalnie się nie uszko…
Babicheva patrzyła na futbolistę nienaturalnie rozszerzonymi oczami.
- Och, no nie mogę! – klasnęła w dłonie – Przecież to Jackuczka! O, Vitya! Vitya, zobacz, nasz stary znajomy!
- Kurde, czyli jednak nie wydawało mi się. – Viktor mruknął do siebie – Byłem pewien, że gdzieś już go widziałem. Ale nie mogłem sobie przypomnieć, gdzie. Właściwie to nadal nie pamiętam…
Mila przewróciła oczami.
- No chyba sobie żartujesz! – wzniosła ręce ku niebu – Chyba mi nie powiesz, że zapomniałeś kolesia, któremu siedem lat temu obiłeś mordę?
Jurij popluł się szejkiem. Yuuri też się popluł – własną śliną.
Katsuki był przekonany, że on i jego imiennik pomyśleli dokładnie to samo:
Że…. COOOOOO?!
- Pobiłeś go?! – Plisetsky wysapał, posyłając Viktorowi domagające się wyjaśnień spojrzenie.
Nikiforov zmarszczył czoło, zmrużył oczy i wyciągając szyję jak struś zmierzył Jacka uważnym wzrokiem.
- Eee… właściwie to nie jestem pewien. – stwierdził, drapiąc się po skroni – Koleś, którego pobiłem wyglądał inaczej.
- Ano, miał inne włosy. – Mila pokiwała głową – Ale to nadal on.
- Jesteś pewna? Wydaje mi się, że tamten koleś wyglądał zupełnie inaczej. Na pewno był taki bardziej… no… napakowany?
- Noż cholera jasna! Ty i twoja skleroza! Ugh… dobrze, że ciocia Babicheva wszystko dokumentuje!
Wściekłym ruchem wyciągnęła z kieszeni komórkę.
- No dobra, przyjrzyj się… - burknęła, podstawiając Viktorowi telefon.
Yuuri i Jurij również zbliżyli się, by popatrzeć. Mila wcisnęła „play".
Filmik okazał się kompilacją czterech nagrań.
Scena pierwsza: bitwa alkoholowa. Brązowowłosy Viktor (chyba miał na sobie perukę?) z głośnym trzaskiem przycisnął rękę Jacka do blatu. Zgromadzony tłum zareagował na to rykiem apaluzu.
- Tajest! – triumfator uniósł dłoń z dwoma palcami – Rosja: trzy! Ameryka: zero! Dawać czwarty kieliszek!
- Vi-vi! Vi-vi! Vi-vi!
- Tina, ja już nie mogę… - Jack szeptał do złotowłosej dziewczyny – To jakiś potwór! Dwanaście rund, a on nawet nie czuje, że cokolwiek wypił! B-błagam… mam dosyć…
- Weź się w garść, łamago! – w głosie Tiny nie było nawet grama współczucia – Jesteś od niego dwa razy silniejszy… przestań się wygłupiać i po prostu zacznij wygrywać pierdolone wrestlingi!
- N-nie mogę… b-błagam, ja już nie chcę… n-nie podoba mi się to! On NIE jest normalny… on mnie PRZERAŻA!
W tym momencie Viktor przerażał także Yuuriego.
Japończyk jeszcze nigdy nie widział narzeczonego w takim stanie. Facet, który w tej chwili wlewał sobie do gardła cztery kieliszki wódki (cztery za jednym zamachem!), był pijany, ale nie pijany w zwykły dla siebie sposób. W niebieskich oczach adrenalina mieszała się z wściekłością. Viktor cały czas grał pod publikę – krzykami w kierunku widzów i teatralnymi ruchami rąk usiłował zrobić z bitwy alkoholowej niezłe show – jednak oczy nie pasowały do całości. Spojrzenia, które łyżwiarz pod przykrywką posyłał przeciwnikowi, były zimne i nienawistne.
- V-Vivi! – krzyknął nagle czyjś głos – F-Fetlsman zadzownił do Georgija!
Narzeczony Yuuriego obrócił głowę. Stojący w kącie Popovich bełkotał do słuchawki nieudolne kłamstwo.
- On… yyy…. założył się z popem o to, kto więcej razy odmówi „Ojcze Nasz".
Z ust Viktora wyszło dramatyczne westchnienie. Nikiforov najwidoczniej doszedł do wniosku, że trzeba w jakiś sposób potwierdzić wersję kolegi. Natychmiast wstał z miejsca, wzniósł dłonie ku niebiosom i tonem gorliwego katolika wyrecytował:
- Yakovie nasz, któryś jest w hotelu, świeć się łysino twoja, przyjdź doinformowanie twoje, bądź wkurwienie twoje jako na lodzie tak i poza lodem, wódki naszej powszedniej daj nam dzisiaj, i odpuść nam figury obowiązkowe, jako i my NIE odpuszczamy złośliwym skurwysynom, i nie ciągnij nas za owłosienie, ale nas zbaw od złego Ministra Sportu. Amen.
- O matko… - bąknał Jurij.
- Ta, wiem. – Mila pokiwała ze zrozumieniem głową.
Scena druga: atak tygrysów. Knajpa, w której kręcono filmik, przypominała teraz wioskę Asteriksa. Wszyscy się naparzali… wszyscy! Panował taki chaos, że Yuuri nie był nawet w stanie stwierdzić, którzy uczestnicy jatki stali po stronie Jacka… no cóż, Viktor na pewno NIE stał po stronie Jacka. Klnąc na prawo i lewo, próbował wyrwać się trzem przytrzymującym go facetom.
- Jeszcze, kurwa, nie skończyłem, macie mnie, kurwa, puścić, połamię skurwielowi kości, Georgi, kurwa, zostaw moje nogi, macie mnie zaraz, kurwa, postawić, kurwa, nie wyjdę stąd, dopóki ta kanalia…
- Vitya, błagam, uspokój się wreszcie! – błagał rudy facet, w którym Yuuri rozpoznał fizjoterapeutę Petersburskiego Klubu Łyżwiarskiego.
- Jezu, skąd on ma tyle siły?! – to z kolei powiedział menadżer.
Kamera przesunęła się nieznacznie w lewo. Jakiś starszy pan udzielał kibolom instrukcji. Zaraz! Czy to był…
- W jaja go! – krzyczał dziadek Jurija – Jak uczyłem, że trzeba bić… w jaja gnojka, w jaja! Cholera, zaraz sam ci pokażę, jak to należy… chwila, mam telefon!
Wnętrzem łokcia podduszając czarnowłosą ofiarę (Jezu, to był Rick!), Kolia sięgnął po komórkę.
- Juraczka, dziadzio jest zajęty. – odezwał się troskliwym tonem – Gdzie jestem? Ja… tego… na herbatce ze znajomymi. Właśnie tak, jestem na herbatce. Po meczu wpadliśmy do Dimy. Siedziby na kanapie i oglądamy „Modę na Sukces". Ej, Dima! Jura cię pozdrawia!
Zawołany przez pana Plisetskyego staruszek nie odpowiedział - był zbyt zajęty naparzaniem Luke'a laską. Kolia wzruszył ramionami.
- Dima też cię pozdrawia! To pa, Juraczka!
- Kurwa mać! – wydyszał zszokowany Jurij – Więc te wszystkie herbatki to był pic na wodę?! Kurwa mać, moje dzieciństwo zostało zbudowane na kłamstwie…!
Scena trzecia: taksówkowy koncert. Wściekłość Viktora należała już (na szczęście!) do przeszłości. Podobnie jak brązowa peruka. Trzymając się za ramiona, srebrnowłosy Nikiforov i podrygujący uszami Myszki Miki Popovich, śpiewali własną wersję grającego w tle Smerfnego Hitu:
- Gdy go brak… świat jest jak… jest jak talia bez kart! I jak kolce bez róż… i jak kijki bez nart! No bo, cóż… jeden jest… Papa Feltsman, każdy wie. Kocha was… kocha mnie… kocha dzieci!
- Masakra. – Jurij z niedowierzaniem przecierał oczy – Ile oni dokładnie wypili?! Przecież to jest przerażające!
- Przerażające jest to, że Georgi śpiewał to na trzeźwo. – westchnęła Mila – Poczekaj, teraz będzie najlepsze.
Wówczas zaczęła się scena czwarta i atmosfera zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni.
Ciemność. Hotelowy korytarz oświetlony jedynie przez zwisającą z sufitu gołą żarówkę. Szalejąca za oknem śnieżyca. Dobiejące z oddali dyszenie… odgłos kroków… wyskakujaca zza zakrętu długowłosa sylwetka.
Viktor wyglądał jak ktoś, kto właśnie pobił rekord świata w wytrzeźwieniu. Był cały mokry – z początku Yuuri założył, że od potu. Po chwili jednak okazało się, że od wody. Czyżby chwilę temu brał prysznic? I to w ubraniu?! Katsuki nie miał czasu zbytnio się nad tym zastanowić, bo z ciemności rozległo się:
- Viii… tenka!
Z ust bliskiego zawału ze strachu Viktora wyszedł spanikowany kwik. Srebrnowłosy mężczyzna zaczął rozglądać się po otoczeniu w poszukiwaniu kryjówki. W końcu zanurkował pod malutkie biureczko, na którym leżały stosy gazet. Ledwo się tam zmieścił. Obejmując dłońmi kolana, mruczał coś pod nosem. Chyba modlitwę.
W czerni rozbłysła para czerwonych oczu. Zapewne wina kamery – kręcenie filmu przy słabym świetle czasami dawało taki właśnie efekt. W każdym bądź razie, oglądająca nagranie para Yuurich zatrzęsła się ze strachu.
- Vitenka! – przesłodzony głosik przywodził na myśl przyzywającego niesfornego psiaka pana – Gdzie jesteś, synku? Chodź do Yakova!
Katsuki i jego imiennik głośno jękneli. Skoro oni był tak przerażeni, to co dopiero musiał czuć schowany pod biurkiem Viktor…
Yakov Feltsman wreszcie wyłonił się z ciemności. W ręku trzymał skórzany pas. I nikt nie miał wątpliwości, jak zamierzał go użyć.
- Buddo Miłosierny… - wymsknęło się Yuuriemu.
Pas rytmicznie uderzał w otwartą dłoń.
- Vitenka! No wyjdź, malutki… nie chowaj się! Nieładnie chować się przed trenerem, wiesz? No choooodź! Obiecuję, że nie uszkodzę cię… trwale. Ach, chyba cię zwęszyłem! Chwilka… i… MAM CIĘ!
- Iiiiiiik!
Biureczko przeleciało przez połowę korytarza. Jedna po drugiej, gazety odbiły się od głowy Viktora, a potem spadły na podłogę. Zesrany ze strachu Nikiforov nawet tego nie zauważył. Patrzył na trenera. Wyglądając przy tym tak, jakby patrzył w oczy śmierci.
I, w sumie, nie było czemu się dziwić – Feltsman rzeczywiście wyglądał jak chodząca śmierć. Sadystyczny uśmieszek… oczy rozszerzone, jak u szaleńca… no i ten pas. O matko, pas! Pas cały czas uderzał w otwartą dłoń sędziwego trenera. Srebrnowłosy winowacja obserwował to, jak zahipnotyzowany.
- Zgrzeszyłeś, Vitenka. – cmokając oznajmił Feltsman – Jest w tobie diabeł. Zły diabeł, który każe ci robić złe rzeczy. Ale nic się nie martw, bo twój troskliwy trener zaraz go z ciebie wypędzi. Zaraz zabiorę się za odprawianie egzorcyzmów.
- Z-zgaduję, że nie przy pomocy święconej wody? – piskliwym głosem spytał Viktor.
- Ach, jakiś ty dowcipny, Vitenka… nawet w swojej ostatniej godzinie!
- D-dlaczego od razu w ostatniej?! Y-Yakov, no co ty… p-porozmawiajmy!
- Och, ależ będziemy rozmawiać! Mój pas będzie rozmawiał z twoim tyłeczkiem.
- Ale mój tyłeczek nie chce rozmawiać w taki sposób…
- Vitenka, Vitenka… twój tyłeczek i tak będzie musiał odbyć tę rozmowę. Jutro, z lodem. Jutro będziesz miał takiego kaca, że lód i tak zostawi na twoim tyłeczku kilka siniaczków, więc po co czekać do jutra?
- YAAAAKOOOOV!
- Yakov? Kim jest Yakov? Nie znam żadnego Yakova. Zapomniałeś, że teraz jestem egzorcystą?
- Zliiiituuuuj się!
- Co ważniejsze, Vitenka… bardzo jesteś przywiązany do tych spodni?
Feltsman bezceremonialnie przełożył sobie Viktora przez kolano. W każdej innej sytuacji wyglądałoby to przekomicznie: siedzący na krześle starszy pan z przerzuconym przez kolano, wyższym od siebie dwudziestodwulatkiem.
- Ech, chyba nie jesteś… - mruknął Yakov – No dobrze, przygotuj się na wizytę w piekle.
- W PIEKLE?! Ale dlaczego od razu w piekle?! A Czyściec?! Co z Czyśćcem?! Ja chcę do Czyśćca!
Wierzgając nogami jak rozwydrzony dzieciak, Viktor bił Fetlsmana po łydkach.
- Domagam się drugiej szansy w Czyśćcu!
- Czyściec jest dla grzecznych chłopców, Vitenka. A ty nie jesteś grzecznym chłopcem. Hm… niech pomyślę. Ile razy powinienem ci wprać?
- MIŁECZKA, RATUJ! Oddam ci wszystkie pluszaki z pokazu, tylko zrób coś!
- Ech, no i masz… - rozległ się głos trzynastoletniej Babichevy – Ej, trenerze! A nie sądzi trener, że spranie mu teraz tyłka byłoby tak jakby… no… mało edukacyjne?
To przykuło uwagę Feltsmana. Przerażający trener spojrzał prosto do kamery. Na widok pary bezlitosnych ślepi, trzy, z czterech oglądających filmik osób, wydały przerażony pisk.
- No bo niech trener pomyśli… - ciągnęła młodsza Milka – jeśli trener zbije go teraz, to będzie miał dokładnie zero motywacji, by wyjść jutro na lód. To tak jak sprać komuś tyłek, za to, że się nie uczył, ale jeszcze przed sprawdzianem. Natomiast, jeśli… eee… na przykład… pójdziecie na układ, że w sytuacji, gdy jego tyłek upadnie na lód, wykona pan karę… a jeśli nie upadnie, to nie?
- Tak! – Viktor jakimś cudem uwolnił się z uścisku i teraz czołgał się przed trenerem – Właśnie tak! C-co ty na to, Yakov? N-nie musisz bić mnie teraz! M-możesz mnie zbić, gdy naprawdę na to zasłużę! W sensie… ehehe… no wiesz, jeśli nie spierdzielę programu, to częściowo odkupię winy? P-p-prawda?
Feltsman zastanowił się chwilę.
- A więc twierdzisz, że nie dotniesz tyłkiem lodu? – zagrzmiał, palcem gładząc powierzchnię pasa.
- Ani. Jednym. Pośladkiem! – Viktor przysiągł to z gorliwością, jakiej Yuuri jeszcze u niego nie widział – Do końca Rostelecomu!
- Rostelecomu? – prychnął Yakov – O nieeee, Vitenka. Za takie przewinienie będziesz mi musiał zaoferować coś więcej.
Srebrnowłosy winowajca przełknął ślinę.
- D-do końca Grand Prix? Sezonu?
- Kariery, Vitenka. Kariery.
- CO?! Do końca kariery mam nie dotknąć…
- Wiesz, zawsze mogę sprać ci tyłeczek teraz. Jeśli…
- NIE! Zgoda… zgoda! Do końca kariery nie upadnę pośladkami na lód! O-obiecuję! P-przysięgam!
- Och, no i miodzio! Wobec tego mamy umowę! – pogodny uśmiech Yakova (fałszywy, warto zaznaczyć) w przeciągu sekundy został zastąpiony obiecującym zemstę grymasem – A TYLKO SPRÓBUJ JESZCZE KIEDYŚ NAWALIĆ SIĘ PRZED ZAWODAMI, A TAK ZŁOJĘ CI DUPĘ, ŻE WŁASNA MATKA CIĘ…
- DOSYĆ! – współczesny Viktor panicznie klikał w ekran, próbując wcisnąć „stop" – W-wystarczy! Miłeczka, starczy już, pamiętam!
Babicheva strzeliła srebrnowłosego kolegę po łapach, po czym opanowanym ruchem wyłączyła filmik.
- No i czego tak panikujesz? – spytała, złośliwie się uśmiechając.
- Żartujesz sobie?! – dysząc ciężko, Viktor wytarł pot z czoła – Wiesz, jaką ja miałem po tym traumę?! Po dziś dzień mam koszmary z udziałem tamtego dnia… po dziś dzień! Ugh… nie musiałaś mi tego pokazywać! Z moją pamięcią nie jest aż tak źle. Pamiętałem, co się wtedy stało, tylko nie pamiętałem, jak wyglądał tamten koleś.
- Ale teraz już pamiętasz?
- Ech… zrób jeszcze jedno zbliżenie na jego twarz.
Podczas gdy Mila włączyła odpowiednie ujęcie i pomagała Panu Zapominalskiemu porównać dawnego Jacka z obecnym, Jurij pochylił się nad uchem imiennika.
- To teraz już wiemy, dlaczego Viktor nigdy nie wywalił się na zawodach.
- Prawda. – nieobecnym głosem potwierdził Japończyk – Wiemy.
- No i znamy tożsamość rusałki… pfft! A ja głupi wierzyłem, gdy Yakov mówił mi, że Viktor zawsze był ostoją spokoju. Ten futbolista od siedmiu boleści ma niezły talent do wkurwiana ludzi…
Plisetsky nie przestawał mówić, ale Yuuri go nie słuchał. Wpatrywał się w ukochanego. Patrząc na tego mężczyznę, miał wrażenie, że patrzy na brakującą część historii.
Dawno temu w Detroit był sobie futbolista i był sobie łyżwiarz. Futbolista został zdradzony przez najlepszego przyjaciela. Chciał, by inni doznali podobnego bólu, więc przygotował intrygę w celu pognębienia łyżwiarza. Po porażce łyżwiarz zaczął się zastanawiać, czy więzi z innymi łyżwiarzami to rzecz negatywna, czy pozytywna. Odpowiedź otrzymał od człowieka, którego podziwiał od dziecka.
Tymczasem, dawno temu w Moskwie był sobie mistrz. Mistrz nad mistrzami. Ów mężczyzna – za sprawą dziwnego kaprysu przeznaczenia - natrafił w knajpie na oprawcę przyszłej miłości życia. I, ze znanych tylko sobie powodów, postanowił zaryzykować karierę, by wspomnianemu oprawcy dokopać. To powinno zniszczyć Viktora – ale, zamiast tego, jeszcze go wzmocniło. Mistrz ewoluował – pobił rekord świata. Znalazł się na szczycie i obiecał, że pozostanie tam, dopóki starczy mu sił. Dotrzymał obietnicy.
To wszystko brzmiało tak absurdalnie i nieprawdopodobnie… prawie tak absurdalnie i nieprawdopodobnie, jak Yuuri pochłaniający kilkanaście lampek szampana i błagający Viktora, by został jego trenerem.
Katsuki przypomniał sobie, co czuł, gdy dowiedział się, co zaszło podczas bankietu w Szoczi. W tej chwili czuł się podobnie, ale jednak… inaczej. Pomyśleć, że nie tylko on miał talent do dokonywania przełomów w karierze pod wpływem alkoholu. Pomyśleć, że Viktor…
- … ani razu nie przegrał, odkąd pobił tamten rekord. – wzdychając, stwierdził Jurij – Czy raczej, odkąd pobił tamtego kolesia. Aż jestem ciekaw, o co im poszło.
- O to, że gnojek jest zakompleksioną gnidą i tchórzem. – wycedził Viktor.
Plisetsky i jego imiennik aż podskoczyli. Jednak srebrnowłosy mężczyzna nie patrzył w ich stronę. Lodowate niebieskie oczy były zafiksowany na Jacku. Wyglądało na to, że trener Yuuriego wreszcie dostrzegł podobieństwo między twarzą z przeszłości i tą, którą widział przed sobą.
- Myślisz, że nadal nienawidzi łyżwiarzy figurowych? – głośno zastanowiła się Mila.
- Myślę, że nienawidzi każdego, komu coś wychodzi. – pogardliwym tonem stwierdził narzeczony Katsukiego – Skoro…
- Te, ziom! To chyba twoje?
Do knajpy wmaszerował nieoczekiwanie groźnie wyglądający typ. Ciało i ubranie miał naszpikowane igłami. Jedynym, co nie pasowało do całości, był niesiony pod pachą płaszcz. Zaraz, to przecież… o kurde! To był płaszcz Viktora!
- Zupełnie o nim zapomniałem! – wypięlęgnowane dłonie roztargnionego łyżwiarza z cichym plaskiem wylądowały na policzkach.
- Weź się trochę ogarnij, ziom. – facet (w myślach ochszczony przez Yuuriego jako Jeżyk) przewrócił oczami – Z miłości nie trzeba od razu tracić głowy… to tylko taka metafora. Tak ci było śpieszno do Tyłkowego El Dorado, że cisnąłeś forsę na ladę i wyleciałeś z pralni bez płaszcza. Ech, ty to masz… hę?
Przybysz dopiero teraz zauważył przytrzymywanego przez Kawiarenkowe Ciacho futbolistę.
- Eee… ziom, czy ty przypadkiem nie mówiłeś, że skończyłeś z nawalankami? Myślałem, że tamta jatka w knajpie to był jednorazowy incydent? Czemu mam wrażenie, że wszedłem w sam środek mordobicia?
- Jeszcze nie ustaliliśmy, czy dojdzie do mordobicia. – gorzko oświadczył Viktor – A tak w ogóle, to ten sam koleś, co wtedy. No wiesz… ten, o którym ci mówiłem.
- Powaga?! O cholera, co tym razem przeskrobał?
- Właśnie próbujemy się tego dowiedzieć. – Mila nie odrywała zachwyconego wzroku od Jeżyka – Vitya, co robił, kiedy przyszedłeś?
- Hm… rozmawiał o czymś z Yuurim, ale nie słyszałem o czym. – (słysząc to stwierdzenie Yuuri odetchnął z ulgą) – A potem zaczął przepraszać Jurę…
- N-no właśnie! – wtrącił Jack – J-już za wszystko przeprosiłem, więc sprawa zamknięta!
Gdy próbował wyrwać się Oblubieńcowi Mili, z kieszeni wypadła mu kartka.
- Ej, kolo, upuściłeś coś. – Jeżyk od razu schylił się, by podnieść.
- NIE! – krzyknał futbolista – Z-zostaw ją! T-to nic takiego! Z-zwykły śmieć!
Miłośnik igieł rozłożył skrawek papieru. Czytając tekst, zmarszczył nos.
- Jakiś obcy język… ej, ziom! – zwrócił się do Viktora – To chyba po twojemu?
Zanim Nikiforov zdążył zrobić krok, Mila wyrwała do przodu.
- Ja ci to przetłumaczę, skarbie! – zaświergotała, przecierając ręce.
- Hej, a co ze mną? – zaskomlało Kawiarenkowe Ciacho.
- Cicho bądź, na razie jesteś chłopakiem na pół-etatu. Jeżeli będziesz się dobrze sprawował, być może zasłużysz na pełen etat.
- A tak na marginesie, - wzdychając, wtrącił Jeżyk – ja tak jakby mam dzieci? I żonę jakby też?
- Oj tam! Ale chyba mogę ci się trochę poprzyglądać, co? – Babicheva puściła mu oko.
- Wakat kochasia obsadzisz później. – zniecierpliwionym tonem rzucił Viktor – Na razie chcę zobaczyć, co tam jest napisane.
- Uuuuch, ale z ciebie nudziarz!
Ostatecznie oboje – rudowłosa Rosjanka i jej starszy kolega – pochylili się nad kartką. Każde trzymało za jeden koniec.
- To przez ciebie… - przeczytali równocześnie - moja kariera wyglądała… tak, ja wyglądała. Nienawidzę cię!
Spojrzeli na Jacka, na kartkę, jeszcze raz na Jacka, jeszcze raz na kartkę… a potem na siebie nawzajem. Mieli identycznie skołowane miny.
- Do kogo on to napisał? – Mila podrapała się po głowie.
- Mógłby to napisać do kogokolwiek! – burknął Viktor – Biorąc pod uwagę, że nienawidzi wszystkich odnoszących sukcesy sportowców i zwala na nich winę za własne porażki…
- Hm… ale skoro tekst jest po rusku, - głośno rozumował Jeżyk – to pewnie został napisany dla jakiegoś Ruska, nie?
Strzał w dziesiątkę! – Yuuri pomyślał, przełykając ślinę.
- Do kogo to napisałeś? – narzeczony Katsukiego zwrócił się do Jacka.
- D-do niego! – futbolista odparł wskazując na Jurija.
- Do mnie? – Plisetsky spytał z głupią miną.
- O-oczywiście, że do ciebie! A-a do kogo?
Mila podrapała się po podbródku, a potem przywołała swój najlepszy uśmiech złośliwej wiedźmy i pochyliła się nad futbolistą.
– Dokuczałeś mojemu braciszkoooowiiii?
To było spojrzenie pod tytułem „jeśli tak, to już nie żyjesz". Po skroni Jacka spłynęła kropelka potu.
- T-troszeczkę… troszeczkę mu dokuczałem, ale… ale już przeprosiłem!
- Ta, zacząłeś przepraszać, gdy wszedłem do knajpy i przeraziłeś się, że cię rozpoznam. – warknął Viktor.
On też wyglądał, jakby był gotów w każdej chwili przywalić nieszczęśnikowi.
- Hm… takie przeprosiny nie są do końca szczere, wieeeesz? – torturowanie futbolisty ewidentnie sprawiało rudej Rosjance radochę.
- Okej, no to ja spadam, ziom! – rzucił Jeżyk – Umówiłem się z kumplami z gangu motocyklowego. Jakbyś potrzebował wsparcia, dzwoń. Ja co prawda jestem pacyfistą, ale chłopcy z chęcią przywalą komu trzeba… będziemy przed centrum handlowym jeszcze z jakąś godzinę. Minie trochę czasu, zanim wszyscy się zbierzemy.
- Spoko. – Viktor skinął koledze głową – Dzięki.
- Na razie i powodzenia!
Po odejściu miłośnika igieł, duet Nikiforov-Babicheva mógł wreszcie skoncentrować się na wypytywaniu Jacka. Kawiarenkowe Ciacho również się skoncentrował, ale na wzmocnieniu uścisku – podchodził do swojej roli strażnika bardzo poważnie. Być może sądził, że jeśli nie da opryszkowi zwiać, zyska wdzięczność kapryśnej ukochanej.
Tylko para Yurich nie angażowała się w zastraszanie futbolisty. Plisetsky był w trakcie pochłaniania drugiego szejka.
- M-myślisz, że zrobią mu krzywdę? – niepewnie spytał Katsuki.
Nastolatek wzruszył ramionami.
- A nawet jeśli, to co z tego?
- To jest niewłaściwe…
- Mówiłem ci, żebyś nie zgrywał Jezuska!
- N-nie zgrywam! N-nie o to chodzi… t-tłumaczyłem ci... on nie jest wart naszego czasu. Czyjegokolwiek czasu.
- Więc idź i im to powiedz.
Haha… dobry żart! Yuuri nie ośmieliłby się podejść teraz do Mili i Viktora. Gdyby spróbował powstrzymać ich przed gnębieniem Jacka, a rozmowa zaczęłaby zmierzać w niewłaściwym kierunku… na przykład w kierunku tekstu na kartce… ugh! Gdyby ultimatum futbolisty wyszło na jaw, mogłoby się zrobić naprawdę nieciekawie. Ach, jakie to szczęście, że nikt o niczym nie wie!
Japończyk nie zdążył nawet skończyć myśli, gdy rozległ się cichy skrzyp. To Jurij zahaczył o coś butem. Tym czymś okazała się komórka Jacka.
- Hm… swoją drogą, czy ten złamas czegoś ci na niej nie pokazywał?
Plisetsky schylił się po przedmiot.
- Nie! Yurio, poczekaj, to…
Za późno. Młody Rosjanin zdążył podnieść telefon. I, jak na złość, Jack czuł się dość bezpiecznie, by nie zakładać blokady. Jeden zwinny ruch kciuka i na ekranie pojawiła się zaczęta wiadomość. Lodowy Tygrys bez trudu dodał dwa do dwóch.
- Katsudon… - wysyczał, mierząc imiennika groźnym spojrzeniem.
Katsuki został złapany za kołnierz i przeciągnięty przez połowę knajpy. Upewniwszy się, że nikt nie słyszy, Plisetsky podstawił przyjacielowi telefon pod nos.
- Z własnej woli byś tego Viktorowi nie wysłał. – stwierdził lodowatym tonem – Gadaj, o czym rozmawiałeś z amerykańskim popieprzeńcem! Groził ci, tak?
- Y-Yurio…
- Gadaj, czym ci groził!
- S-słuchaj, to nie jest…
- Masz mi zaraz, kurwa, wszystko wyśpiewać, albo zapomnę o pierdolonej obietnicy i obiję skurwielowi ryj! A Viktor z Milką zapewne mi w tym pomogą… no już, gadaj!
Z ust Yuuriego wyszło pokonane westchnienie.
- Powiedział, że cię pobiją. – wyszeptał.
Nastolatek przekrzywił głowę.
- I to wszystko?
„Wszystko?" – powtórzył w myślach Katsuki – To jego zdaniem jest nic?!
- Uważasz, że powinienem po prostu to zignorować?! – gniewnie zwrócił się do imiennika – Byli trzy razy więksi od ciebie! Nie dalibyśmy im rady! A on powiedział… p-powiedział, że jeśli nie spełnię jego żądań, spali ci paszport! N-nawet jeśli obiecał nam co innego. I co miałem twoim zdaniem zrobić?! Ryzykować?! Powiedzieć: „wybacz, ale nie zrobię tego, a jeśli chcesz, możesz spróbować zgwałcić mojego przyjaciela"?! Jak mógłbym…
- Zaraz, zaraz! – z dłonią przy skroni, Plisetsky potrząsnął głową – „Zgwałcić"?
Japończyk zakrył dłońmi usta.
O matko, wygadał się! Niech to szlag, jak mógł być tak nieostrożny?! A teraz Jurij przypominał lwa ze wścieklizną. Blond grzywa aż zjeżyła się ze złości.
- JA MU, KURWA, POKAŻĘ! Pieprzony…
- Yurio, czekaj! D-dałeś słowo!
- To było ZANIM dowiedziałem się, co ten palant kazał ci zrobić! Puszczaj mnie, przeklęty jezuskowaty Prosiaku… fakt, że bronisz tego skurwiela jest śmieszny!
- Nie bronię go! To WAS chcę chronić! Ciebie i pozostałych. Przed zniżeniem się do jego poziomu…
- Kurwa mać, jeśli zniżenie się do jego poziomu oznacza satysfakcję z oglądania jego zakrwawionej mordy, to…
- Ej, uspokójcie się! Co wy robicie? – między sprzeczającymi się łyżwiarzami wyrosła szopa rudych włosów.
Mila tymczasowo zrezygnowała z dręczenia futbolisty. Z dłonią na biodrze i uniesionymi brwiami stała przed parą Yurich.
- Wieprzek nie pozwala mi wpierdolić złamasowi! – palec Plisetskiego oskarżycielsko wskazywał imiennika.
- Obiecał, że tego nie zrobi! – palec Yuuriego również wskazywał imiennika.
Twarz Rosjanki była poważniejsza niż zwykle. Babicheva pokręciła głową.
- Skoro obiecałeś, to dotrzymaj słowa. – zwróciła nastolatkowi uwagę.
- Ale…
- To poważna sprawa, Jura! Dla dobra nas wszystkich, lepiej nie zmieniaj się w żądne krwi tygrysiątko. Wystarczy, że Viktor… - w tym momencie Mila wzdrygnęła się – Wystarczy, że Viktor szuka byle pretekstu, by kolesiowi przyłożyć. Z początku wydawało mi się, że chce go po prostu nastraszyć, tak jak ja… ale teraz widzę, że jest inaczej. Wciąż gościa nienawidzi. Brr… nie chcę powtórki wydarzeń sprzed siedmiu lat! I wierzcie mi: wy też nie chcecie!
Yuuri zerknął na ukochanego i przekonał się, że Babicheva miała rację. W niebieskich oczach był ten sam mrok, co na ujęciu z knajpy. Pochylający się nad futbolistą mężczyzna wyglądał na wręcz złaknionego przemocy. Katsukiemu dreszcz przeszedł po plecach. Nie znał narzeczonego od tej strony.
Plisetsky chyba też wyciągnął wnioski z obserwacji srebrnowłosego kolegi, bo zaczął się powoli uspokajać.
- Hej, a właściwie to… - zwrócił się do Mili – Właściwie to, za co Viktor dał mu wtedy po mordzie?
Japończyk zamrugał i również wbił w Rosjankę z zaintrygowany wzrok. W sumie to… teraz, gdy jego imiennik poruszył tę kwestię… z nagrania w żaden sposób nie wynikało, co Nikiforov miał do Jacka. A musiało to być coś niebanalnego, skoro skłoniło Viktora do władowania w siebie takich ilości alkoholu i podniesienia ręki na drugiego człowieka.
- Facet opowiadał swoim znajomym o tym, co zrobił jakiemuś łyżwiarzowi. Ponoć w znaczący sposób przyczynił się do zawalenia programu dowolnego tego chłopaka. Nie pamiętam szczegółów, ale chyba chodziło o jakiegoś fana Viktora… jakiegoś Amerykanina azjatyckiego pochodzenia, czy coś? W każdym bądź razie Jackuczka poszedł do gościa tuż przed jego występem i coś tam mu pokazał… jakiś sfabrykowany artykuł o Viktorze, albo coś w tym stylu? Pamiętam, że byłam mega ciekawa tego całego łyżwiarza, ale Jack ani razu nie wymienił jego imienia. No ale mniejsza o to… gdy Vitya to wszystko usłyszał, to… ehehe… troszkę się wkurwił. A właściwie to bardziej niż troszkę. Właściwie to bardzo. W pewnym momencie tak zbajerował Jacka, że mieli od razu wyjść na patio i się bić. Ale wtedy wtrąciły się jakieś dziewczyny… stwierdziły, że Jack i Vitya mają stoczyć bitwę alkoholową. No a Jack chyba zajarzył, że Vitya nie powinien pić, bo bardzo napalił się na ten pomysł i dał Viktorowi do zrozumienia, że dopóki się nie napiją, pójście w ustronne miejsce i bójka nie wchodzą w rachubę. No a potem… ej, co to za miny? Czemu tak dziwnie na mnie patrzycie? O co chodzi?
- T-to… wcale nie chodziło o żadnego azjatyckiego Amerykańca… - wysapał Jurij – tylko o Prosiaka!
- CO?!
Mila gapiła się na Katsukiego w taki sposób, jakby widziała go po raz pierwszy.
- W sensie, że… NIE! Yuuri, to byłeś ty?!
Nie będąc w stanie wydusić z siebie żadnego dźwięku, Japończyk przytaknął.
- Jezu! – Rosjanka zakryła dłońmi usta.
Wyglądała na zszokowaną i… przerażoną?
- Posłuchajcie mnie… - położyła dłoń na ramieniu każdego z kolegów i zaczęła nerwowo przeskakiwać wzrokiem od jednego do drugiego – Viktor nie może tego wiedzieć!
- Że co?! – Plisetsky wybałuszył oczy.
- To, co słyszałeś. Viktor nie może dowiedzieć się, że wtedy chodziło o Yuuriego! A przynajmniej dopóki Jack jest w tym samym pomieszczeniu.
- Bo co? Bo da kolesiowi to, na co zasłużył?
- Bo Jack dostanie o wiele więcej, niż na to zasługuje. – podkreślił Katsuki – Już i tak dostał więcej, niż na to zasłużył. Czyli uwagę całej naszej czwórki. Zdenerwował nas, zepsuł nam dzień…
Kazał mi zrobić coś tak potwornego, że miałem ochotę umrzeć z rozpaczy.
Japończyk wziął głęboki oddech, po czym dodał:
- Nie chcę, by za jego sprawą mój narzeczony zmieniał się w jakiegoś rozszalałego zabijakę. Viktor ma szczęście, że nikt nie ścigał go za to, co się wtedy stało. Ale tym razem może być inaczej. Jesteśmy w Stanach. Tutejsze prawo jest bardzo surowe. Może i są ludzie, którzy uważają, że to romantyczne, gdy ich druga połowa mści się za nich i idzie za to do więzienia… ale ja do nich nie należę. Nie potrzebuję żadnej rekompensaty za to, co się stało.
Mila pokiwała głową.
- Słuchaj się starszego kolegi, Jura.
- A-ale… - w dalszym ciągu sprzeczał się nastolatek – t-ty nie rozumiesz, co ten złamas kazał mu zrobić! Gadał, że dobierze się do mnie, jeżeli Prosiak nie napisze Viktorowi, że go nienawidzi! I to jest twoim zdaniem normalne?! No dobra, nie mówię, by od razu wysyłać gnojka do szpitala, ale… może chociaż złamiemy mu nos, czy coś?
- Nie słuchałeś, co mówiłam. – ruda dziewczyna pokręciła głową – Jeżeli Vitya zrozumie, co się stało, NA PEWNO nie skończy się jedynie na złamanym nosie. Na nagraniach nie było tego dobrze widać, ale on naprawdę mocno… cholernie mocno go poturbował! A wtedy nie wiedział jeszcze, że ofiarą Jacka był jego kochany Yuuri. Aż strach pomyśleć, co zrobi, gdy się dowie. Juraczka, ja wiem, że ty działasz na zasadzie akcja-reakcja, czy raczej zaczepka-wpierdol, i bardzo cię za to kochamy, i to słodkie, że chcesz pomścić Yuuriego, i w ogóle, ale zastanów się. Ja też nie jestem pacyfistką. To nie tak, że nie miałabym żadnej przyjemności z zafundowania temu gburowi paru siniaczków. Problem w tym, że jeżeli którekolwiek z nas straci zimną krew, nie będzie komu powstrzymać Viktora. A, tak jak mówiłam… on czeka na byle pretekst.
Jak na zawołanie, narzeczony Katsukiego przerwał wypytywanie futbolisty i zaczął rozglądać się za pozostałymi.
- Yurio? Gdzie jesteś?
Plisetsky nie odpowiedział. Wciąż zastanawiał się nad słowami starszej koleżanki.
- A, tu się schowałeś! – Viktor stał obok Jacka i Kawiarenkowego Ciacha, niecierpliwie masując kłykcie prawej dłoni – Słuchaj, Yurio… doszliśmy z Panem Wrednym do wniosku, że najlepiej będzie, jeśli to ty wybierzesz dla niego karę. W końcu to ciebie obraził. Śmiał się z twojego obrazka, dokuczał ci, był o ciebie zazdrosny, i tak dalej, i tak dalej. No więc? Co chcesz, żebyśmy z nim zrobili? Jeśli o mnie chodzi, jestem gotowy na wszystko.
Srebrnowłosy mężczyzna powiedział to beztroskim tonem, ale Yuuri nie dał się zwieść pozorom. W niebieskich oczach nadal krył się mrok. Jack też go dostrzegał. Japończyk szedł o zakład, że to od futbolisty wyszła propozycja zostawienia Sądu Ostatecznego nastolatkowi. Odważne zagranie. Chociaż, z drugiej strony, może jednak nie? Gdy Viktor wyglądał, jakby bardzo potrzebował worka bokserskiego, powierzenie swojego losu Plisetskyemu brzmiało jak ostatnie koło ratunkowe.
Lodowy Tygrys zacisnął zęby.
- Nienawidzę zachowywać się dojrzale… nienawidzę pierdolonej dorosłości! – wymamrotał pod nosem.
Japończyk odetchnął z ulgą. Już znał decyzję imiennika.
- Możecie go puścić. – Jurij warknął niechętnie – Oddał forsę, przeprosił mnie… jeśli o mnie chodzi, może spierdalać. Zresztą, to nawet nie ja tutaj ucierpiałem, tylko Pro… - Mila zdzieliła go łokciem w brzuch – KURWA MAĆ! Tylko moja duma! Nie ja tutaj ucierpiałem, tylko moja duma! Przeklęta wiedźmo, jeszcze raz dźgniesz mnie w żebra, a przysięgam, że opowiem Lilce, jak wczoraj miziałaś się z jej siostrzeńcem…
- CO?! – w oczach Kawiarenkowego Ciacha były łzy – Miziałaś się innym?!
Babicheva przewróciła oczami.
- Uprzedzałam, że na razie jesteś chłopakiem na pół etatu. – oznajmiła ze słodkim uśmiechem – Awansujesz, gdy na to zasłużysz.
- Ale… ale jak mam awansować, gdy chcecie pozwolić rudemu gburowi odejść?! – Oblubieniec zaskomlał, pociągając nosem – Daj mi się wykazać, kochana! Czy nie mógłbym przynieść ci w darze jego złotego zęba?
Jack ma złoty ząb? – zdziwił się Yuuri – Kurde, tyle się działo, że nawet nie zauważyłem…
- Nie, dziękuję. – Mila wzdrygnęła się z obrzydzeniem.
- Ale, najdroższa… wylał ci kawę na koszulkę!
- Wyluzuj. Jura dostał tyle forsy, że wystarczy na pięć koszulek.
- Ale ja chcę się wykazaaaaać! Jak dotąd nic nie zrobiłem! Tylko stałem i trzymałem go, gdy twój kolega mu groził…
- Ugh! Niech ci będzie! Zapodaj gościowi dwadzieścia klapsów i przynieś mi drugą kawę. Jak to zrobisz, być może zasłużysz na drugą randkę!
Z tymi klapsami to chyba był żart – a mimo to pracownik kawiarni i tak zaczął je wymierzać Jackowi. Wyglądało to nawet zabawnie.
- Dlaczego dwadzieścia? – Viktor spytał, podchodząc do pozostałych.
- Po prostu chciałam, żeby przestał skomleć. – Mila wzruszyła ramionami.
- Swoją drogą, Yurio nieźle mnie zaszokował. Nie spodziewałem się po nim takiej dojrza…
- ANI SŁOWA! – Plisetsky posłał srebrnowłosemu mężczyźnie wściekłe spojrzenie – Ani, kurwa, słowa!
Viktor zamrugał.
- A temu co? – spytał narzeczonego.
- Chyba usłyszał dzisiaj pod swoim adresem zbyt wiele komplementów i nie może tego przełknąć. – westchnął Yuuri – Jego… eee… reputacja zbuntowanego nastolatka mocno ucierpiała.
- Reputacja, co?
Pod wpływem przenikliwego spojrzenia trenera Japończyk zarumienił się. Przypomniał mu się też pamiętny cytat z „Przeminęło z wiatrem".
W niebieskich oczach kryło się pytanie:
A więc już wiesz, w jakich okolicznościach kogoś pobiłem. I co o tym myślisz?
Viktor nie wyglądał na jakoś specjalnie zaniepokojonego, ale nie sprawiał też wrażenia kompletnie zrelaksowanego. Wyglądał, jakby bardzo… bardzo… bardzo chciał porozmawiać z Yuurim.
Yuuri też tego chciał. Teraz, gdy zrozumiał, co się stało, miał tyle pytań. Był też pewien swoich odpowiedzi. Odpowiedzi, na które czekał Viktor. Wcześniej Yuuri nie był gotowy, by ich udzielić… ale teraz już był. Nie wiedział jeszcze, jakie słowa wyjdą z ust ukochanego, ale wiedział, jakie słowa sam chciał zaoferować.
Już najwyższy czas. – zdecydował – Gdy tylko Jack stąd pójdzie, oddzielimy się od reszty towarzystwa i porozmawiamy na spokojnie.
No cóż, plany planami, ale przeznaczenie przyszykowało na dzisiaj jeszcze jedną niespodziankę. Gdy futbolista wreszcie pozbierał się po klapsach od Kawiarenkowego Ciacha i podjął kolejną próbę opuszczenia knajpy…
- Przepraszam, że musieliście czekać! – zawołał obładowany akcesoriami dla chomików Phichit– Chciałem jeszcze… AŁA!
Zderzenie. Nastąpiło zderzenie. Jack i Phichit zderzyli się ze sobą i wylądowali na tyłkach.
- Uuuuch, moje biedne cztery litery. – Taj skomlał, masując pośladek – Zaraz, co z…uff, komóreczka cała! Ach dziękuję ci, Buddo! Mój słodziutki telefonik jest cały i zdrowy! Już się bałem, że … chwila moment! TO TY!
Były współlokator Yuuriego właśnie zdał sobie sprawę, kto go staranował. Natychmiast zerwał się na równe nogi i zaczął naparzać Jacka paczką trocin.
- Ty gnido… ty kanalio! A więc nadal mieszkasz w Detroit?! Zapłacisz za to, że zhakowałeś moje konto na Tumblrze! I za to, co zrobiłeś Yuuriemu też!
Z ust Katsukiego wyszedł przerażony pisk. Szlag, ten tajski papla zaraz wszystko wygada!
- Phichit, czek…
- O nieeeee! Nie ma opcji, bym mu odpuścił! Już ja mu pokażę!
Po kilkunastu zderzeniach z czaszką futbolisty, pakunek rozerwał się. Nie chcąc tracić drogocennych trocin, Phichit zaczął się rozglądać nad innym narzędziem do udupienia ofiary. W końcu złapał kolbę dla gryzoni i wepchnął ją Jackowi do ust. Dwie sekundy później błysnął flesz telefonu. Z szatańskim uśmieszkiem, Taj wstukiwał opis pod zdjęciem.
- Zrozumiesz, co oznacza Zemsta Chulanonta, bydlaku! Tak cię załatwię, że jeszcze będziesz nas przepraszał! Mnie za zmarnowanie lat publikacji, a Yuuriego za za ten śliczny program dowolny z Romea i Jul…
- Phichit, błagam, zamknij się!
- O nie, Yuuri, nie ma opcji! Zbyt długo czaiłem się, by zrobić mu TAKIE zdjęcie! Czekałem na okazję, by udupić go w mediach społecznościowych, odkąd on udupił twoje Skate America, robiąc sfałszowany artykuł i to okropne zdjęcie z Vik… mphf uphf wkaphf?!
Ostatnie słowa zostały zniekształcone przez dłoń Japończyka. Yuuri wreszcie (o Buddo, wreszcie!) zatkał Phichitowi usta. Jednak uczynił to o kilka sekund za późno.
Na moment zapadła cisza. Wisząca w powietrzu groza przywodziła na myśl tykanie bomby. Skręcając szyję jak robot, Katsuki zerknął na ukochanego. Przez króciusieńką chwilę wydawało się, że może… może jednak nic się nie stanie? Na twarzy Nikiforova widniał wyraz niezrozumienia.
I wtedy Yuuri go dostrzegł – dokładny moment, gdy puzle w głowie Viktora ułożyły się w całość. Zaczęło się od oczu – w niebieskich tęczówkach zapłonął ogień. Potem powieki rozszerzyły się, srebrne brwi ułożyły się w gniewne łuki, a wargi zacisnęły się wcienką linię. Krążące w żyłach wzburzenie rozchodziło się po całym ciele, zaciskając dłonie w pięści tak bardzo, że musiało boleć.
Katsuki nie miał wątpliwości - ten mężczyzna jeszcze nigdy nie był aż tak wściekły. Nigdy.
- Łoch, nie mogę oddychać! – Phichit odsunął dłoń przyjaciela – No wiesz, Yuuri? Mogłeś mnie udusić! O co ci… - w tym momencie Viktor brutalnie złapał Jacka za przód bluzy - … chodziło?
Taj dostał swoją odpowiedź. Odpowiedź tak nim wstrząsnęła, że nawet nie wpadł na pomysł, by włączyć kamerkę w telefonie. Podobnie jak pozostali, gapił się na Viktora. A konkretniej – na telepiącą się ze złości rękę Viktora, która ściskała ubranie futbolisty.
- N-n-nie zrobisz mi tego samego, co siedem lat temu… p-prawda? – Jack spytał piskliwym głosem.
- Nie, nie będzie powtórki sprzed siedmiu lat. – srebrnowłosy mściciel odparł opanowanym tonem - Tym razem połamię ci wszystkie kości.
Yuuri posłał Mili spanikowane spojrzenie. Rosjanka natychmiast dopadła do kolegi.
- Vitya, a może byś się trochę uspokoił?
- Nie wchodź mi w drogę, Mila. – syknął ostrzegawczo.
- Może jednak chwilę się wstrzymasz? Pogadajmy o tym, wyjaśnijmy wszystko? Może chlapniesz sobie trochę wódki na uspokojenie?
- Nie. Tym razem wpierdolę mu na trzeźwo.
Ton Viktora był bezlitosny, jak przecinające lód ostrza łyżew. Sam Viktor sprawiał wrażenie bezlitosnego.
- JURA! Pomóż mi go przytrzymać!
Babicheva złapała Nikiforova za żakiet i nieznacznie odciągnęła do tyłu. Jack natychmiast zerwał się do biegu. Plisetsky ruszył koleżance na pomoc, ale ostatecznie do niczego się nie przydał. Żakiet Viktora był zapięty na trzy guziki – zamiast próbować wyrwać się Mili, srebrnowłosy mężczyzna złapał za poły drogocennej sztuki odzieży, rozerwał je i zwinnie wyciągnął ręce z rękawów. Guziki posypały się na podłogę.
- Rozerwał go. – z głupią miną Rosjanka gapiła się na trzymany przez siebie żakiet – No nie mogę… po prostu go rozerwał!
Gdy to mówiła, Viktor przechodził już przez drzwi. Po chwili zniknął w tłumie.
- Spróbuję z nim pogadać! – Yuuri rzucił, puszczając się w pogoń za narzeczonym – Nie idźcie za nami!
Coś mu mówiło, że będzie miał większe szanse, jeśli podejmie próbę powstrzymania Viktora sam. Pozostali nie powinni się wtrącać. To była sprawa między Viktorem i Yuurim. To od początku była sprawa między Viktorem i Yuurim. I jeżeli był ktoś, kto mógł przekonać Viktora do zmiany zdania, to tylko Yuuri.
Dysząc, Japończyk starał się doścignąć przepychającego się między ludźmi Rosjanina.
- Viktor! Viktor, czek…
Uch! O tej godzinie w centrum handlowym był największy ruch! Odległość między Katsukim i jego ukochanym wcale się nie zmniejszała. Pocieszające było chociaż to, że Jack zniknął z zasięgu wzroku. Czyżby zdołał uciec?
Ulga nie trwała długo. Viktor sięgnął po telefon.
- Hej, nadal jesteście przed centrum handlowym?
O kurde! Czy on właśnie zadzwonił do… ?
- Pamiętasz, jak mówiłeś, że twoi kumple pomogą w mordobiciu? Słuchaj, jakbyście zobaczyli tego gościa, co… aha, już go złapaliście? Zgadłeś, że nam uciekł i kazałeś go zatrzymać? Dzięki. Które wyjście? Zachodnie? Okej, niech nikt go nie rusza. Sam się z nim rozprawię.
Rozłączył się.
- Viktor, czekaj… CZEKAJ!
Yuuri wreszcie dogonił ukochanego. Z początku chciał złapać go od tyłu za ubranie… ale potem przypomniał sobie, co się wcześniej stało i zrezygnował. Viktor zapewne nie miałby oporów przed rozprawieniem się z koszulą za sto euro w taki sam sposób, jak z żakietem za dwieście euro. Nawet jeśli oznaczałoby to paradowanie pół-nago.
Katsuki zagrodził partnerowi drogę.
- Viktor… poczekaj! – wydyszał, unosząc ręce.
- Zejdź mi z drogi, Yuuri.
- Proszę… poczekaj…
- Zejdź mi, kurwa, z drogi!
Pod wpływem ostrego tonu i przekleństwa (i to jakiego!) z ust najdroższego sobie człowieka, Yuuri na moment zastygł w bezruchu. Na szczęście szybko się otrząsnął. Gdy Viktor spróbował go wyminąć, Katsuki ponownie zablokował przejście.
- Mówiłem, żebyś, kurwa, zszedł mi z drogi! – niebieskie oczy były wzburzone i niecierpliwe.
Jego złość nie jest wymierzona we mnie. – dzielnie powtarzał sobie Yuuri – Jego złość NIE jest wymierzona we mnie!
Wiedział, że jeżeli ma coś ugrać, nie może zacząć bać się Viktora. Jeżeli chociaż przez chwilę pomyśli, że ten mężczyzna byłby zdolny uderzyć go… albo skrzywdzić go w jakikolwiek inny sposób… to wszystko będzie stracone. Tak mówił Japończykowi instynkt. Jeżeli uwierzy, że Viktor to pozbawiony skrupułów brutal to będzie tak jakby… jakby Jack wygrał!
Viktor nie był brutalem. Nawet jeżeli parę lat temu stracił nad sobą panowanie, to jego prawdziwe „ja" nie było agresywne. Właśnie dlatego Yuuri powinien zachować zimną krew i spróbować znaleźć w tych oszalałych ze złości oczach prawdziwego Viktora – łagodnego, szalonego i troskliwego. Ten Viktor był tam – i to do niego Yuuri zamierzał się zwracać.
- Nie zejdę ci z drogi, dopóki się nie uspokoisz. – oznajmił przesadnie cierpliwym tonem.
- To NIE nastąpi, dopóki nie przywalę temu sukinsynowi! – Viktor wycedził przez zęby.
- NIE chcę, żebyś go bił.
- NIE pytam cię o zdanie.
- A powinieneś! – Yuuri przekonywał rozpaczliwie – To MNIE zrobił świństwo, nie tobie!
- A to jakaś, kurwa, różnica?
Mimo całej grozy sytuacji, Japończyk zaczerwienił się. Tego ostatniego zdania nie dawało się interpretować inaczej, jak… yyy… z deczka wulgarnego wyznania miłości?
- N-nie musisz znowu go bić. – Yuuri wybełkotał, masując kark – P-przecież już raz mu przywaliłeś.
- To co innego. – głos Viktora brzmiał nieco spokojniej, ale niebieskie oczy wciąż ciskały piorunami – Wtedy chodziło o to, że gnojek nie miał szacunku dla nas, dla naszego sportu i dla tego, co robimy. Zranił anonimowego łyżwiarza, więc dołożenie mu traktowałem jako moralny obowiązek. Ale tym razem nie chodzi o anonimowego łyżwiarza, tylko o ciebie, więc to dla mnie sprawa osobista!
Katsuki przełknął ślinę. Ponownie – poruszyło go, że narzeczonemu tak bardzo na nim zależało, ale… cóż… mimo wszystko Yuuri nie chciał, by Viktor zamieniał się w mściciela.
- S-skoro to sprawa osobista, to porozmawiajmy o tym. Ty i ja.
- Nie chcę rozmawiać. Chcę mu przyłożyć.
- Ale po co?
- Jeszcze się, kurwa, pytasz?!
Japończyk zrozumiał, jak jego pytanie mogło zostać odebrane i spróbował naprawić swój błąd.
- P-przepraszam! Ź-źle to zabrzmiało. Ja… wiem, że chcesz zemścić się za to, co on mi zrobił. Chciałem zapytać… tak naprawdę chciałem zapytać, co będziemy z tego mieli? To, że on wyląduje w szpitalu, a ciebie być może aresztują i zamkną?
- O to już się nie martw. Zanim mu przyłożę, założę rękawiczki.
- Boże, Viktor, POSŁUCHAJ samego siebie! Przecież wcale tego nie chcesz! Ja… ja wiem, że nie chcesz zachowywać się w taki sposób! Ile razy byś mu nie przyłożył, nie zmienisz przeszłości! A poza tym… poza tym to nie tak, że to, co się wtedy stało, ma jakiś wpływ na to, co jest teraz.
Yuuri chciał jeszcze dodać, że przemyślał sobie wszystko i doszedł do ładu z przeszłością. Był pewien, że tymi słowami wreszcie przemówi do Viktora… że wreszcie go uspokoi. Jak bardzo się pomylił.
Nie zdążył nawet dokończyć wypowiedzi, gdy narzeczony się na niego wydarł:
- JAK MOŻESZ TAK MÓWIĆ?! Ja codziennie widzę skutki tego, co ta kanalia ci zrobiła! Teraz nareszcie zaczynam rozumieć, skąd wzięła się twoja marna pewność siebie… albo ten idiotyczny strach, że zawalisz zawody, nawet gdy jesteś świetnie przygotowany! To ZA TO mam ochotę połamać skurwielowi kości! Nie za te zawody, które zepsułeś… pierdolić zawody, one są co roku… ale ten ból, który czasami widzę w twoich oczach? To spojrzenie mówiące „nie uda mi się" albo „jestem nic nie wart", chociaż jesteś zdolny do wszystkiego i znaczysz wszystko, a dla mnie nawet bardziej niż wszystko?
Głos Viktora nagle przestał być gniewny – zamiast tego stał się gorzki i rozpaczliwy.
- Jeżeli jest ktoś, kto jest odpowiedzialny za to, że tak się czujesz, to nie mogę mu wybaczyć… - srebrnowłosy mężczyzna szarpnął głową bok i zacisnął zęby – Nie jestem w stanie mu wybaczyć, Yuuri. Nie chcę mu wybaczyć. Nienawidzę go!
Gdzieś w połowie tego wywodu, Yuuri miał zamiar powiedzieć:
„Wiesz, ja od zawsze miałem problemy z pewnością siebie, a to był tylko jeden z wielu epizodów i Jack wcale nie jest odpowiedzialny za te problemy, które wymieniłeś, a przynajmiej nie aż tak".
Ale teraz był w stanie myśleć tylko o jednym:
O Boże, Viktor… ty naprawdę mnie kochasz. Niby wiedziałem o tym już wcześniej, ale…
Japończyk uniósł dłoń, po czym powoli, ostrożnie – jakby dotykał rozżarzonego węgla – dotknął barku ukochanego. Viktor w dalszym ciągu uciekał wzrokiem. Wykrzywiona w grymasie twarz koncentrowała się na bliżej nieokreślonym punkcie na prawo od Katsukiego. Yuuri miał ochotę położyć dłoń na policzku Viktora i obrócić ukochaną twarz ku sobie… ale uznał, że na razie lepiej tego nie robić. Srebrnowłosy mężczyzna wciąż był zbyt rozdrażniony. Już i tak źle zareagował na dłoń na swoim barku – gniewnie wypuścił powietrze nosem, jakby chciał wysłać partnerowi przekaz:
„Nie uspokajaj mnie, Yuuri! Nie chcę, by ktoś mnie uspokajał."
No ale przynajmniej nie strącił dłoni.
- Posłuchaj…– nieśmiało odezwał się Japończyk – Nie musisz akceptować tego, co zrobił. Nawet… nawet nie musisz mu wybaczać! Możesz go nienawidzić. Rozumiem to. Ja też go nienawidzę. W końcu chciał…
Chciał cię skrzywdzić. Próbował wykorzystać mnie, by cię zranić.
W ostatniej chwili ugryzł się w język. Gdyby poinformował Viktora o potwornym szantażu, tylko dolałby oliwy do ognia.
- Zgadzam się, że on jest kimś, kogo można nienawidzić. – powiedział zamiast tego – Ale na pewno nie jest kimś, dla kogo warto wymachiwać pięściami.
- Nienawidzenie po cichu mnie nie zadowala, Yuuri. Sam fakt, że ta szumowina miała czelność stać dzisiaj przed tobą, jakby nic się nie stało, doprowadza mnie do szału! Czy raczej… zapewne znowu się nad tobą znęcał? To nie Jurija zaczepiał, dobrze mówię? Chcę tak pogruchować mu kości, by już nigdy nie ośmielił się spojrzeć w twoją stronę. A teraz bądź tak miły i zejdź mi z drogi.
Viktor strącił dłoń i podjął kolejną próbę wyminięcia Yuuriego. Jednak Yuuri był nieugięty.
- Noż kurwa mać! – srebrnowłosy mężczyzna tupnął nogą – Ile razy jeszcze mam powiedzieć, żebyś się odsunął?!
- Viktor, proszę… - Katsuki czuł, że zbiera mu się na łzy – N-nie jesteś sobą!
- Może, kurwa, nie jestem. – Viktor przyznał, wzruszając ramionami – Ale kto na moim miejscu, by był? Pomyślałeś o tym, Yuuri? Żaden normalny człowiek nie odpuściłby parszywcowi, który skrzywdził najważniejszą osobę w jego życiu. Ty byś to zrobił Yuuri? Odpuściłbyś komuś, kto by mnie skrzywdził?
Yuuri poczuł w gardle nieprzyjemną gulę.
- O-oczywiście, że bym nie odpuścił. – powiedział cicho – Nie odpuściłbym, ale…
Cholera, powinien w tym momencie posłużyć się jakimś racjonalnym argumentem! Na pewno istniał jakiś argument, który mógłby wykazać… przekonać Viktora, że… że…
W głowie Katsukiego była pustka. Nie miał bladego pojęcia, co powiedzieć. Ale… ale przecież nie mógł tak tego zostawić! Nie mógł dopuścić do sytuacji, w której jego narzeczony drugi raz nastukałby niewartemu zachodu palantowi za to samo!
- Nie widzę żadnego powodu, dla którego miałbym zrezygnować zespraniasukinsyna do nieprzytomności. – Viktor stwierdził, wzdychając.
- J-jest powód. – drżącym głosem wyszeptał Yuuri – G-gdybyś… gdybyś tylko dał mi powiedzieć…
Srebrnowłosy mężczyzna najwyraźniej stracił cierpliwość. Zaciskając zęby, złapał narzeczonego za ramię i w dość nieelegancki sposób pociągnął za sobą. Z początku Yuuri przeraził się, że Viktor wlecze go do Zachodniego Wyjścia… okazało się jednak, że chodziło po prostu o miejsce poza zasięgiem gapiów – konkretniej wąski korytarzyk w ścianie. Chyba prowadził do kanciapy sprzątaczek, czy coś?
Viktor puścił ramię Yuuriego. Dzięki metrowi osiemdziesiąt wzrostu mógł patrzeć na Japończyka z góry.
- Dziesięć sekund, Yuuri. – wycedził tonem pod tytułem „to twoja ostatnia szansa" – Daję ci dziesięć sekund. Masz dziesięć sekund na podanie mi przekonującego powodu, dla którego powinienem się powstrzymać przed spuszczeniem gnojkowi łomotu. A potem pójdę i mu wpierdolę. Rozumiesz?
- CO?! – Yuuri wydusił oburzonym tonem – Ch… chyba żartujesz!
- Dziesięć…
O cholera, wcale nie żartował!
- … dziewięć… osiem…
Co on sobie myśli?! I to ma być dojrzała rozmowa?! Znaczy… no dobra, jest wściekły, ale mimo wszystko…!
- … siedem… sześć…
Yuuri złapał się za głowę.
O Buddo… myśl, Katsuki, myśl!
- … pięć… cztery…
W jaki sposób wcześniej przekonał Jurija? Jak wymusił na imienniku obietnicę powstrzymania się od agresji? „On nie jest wart twoich pięści" – tak to leciało? No ale Viktorowi też powiedział coś podobnego… i nie zadziałało! Cholera, co robić… co robić?!
- … trzy… dwa…
Dwie sekundy… co sensownego mógł wymyślić w dwie sekundy?!
- … jeden.
Yuuri zamknął oczy i wykrzyczał pierwszą rzecz, która przyszła mu do głowy:
- Chcę, żebyś został tutaj i mnie przytulił!
Przygotował się na odgłos kroków. Był pewien, że Viktor ruszy w stronę Zachodniego Wyjścia, by (nareszcie) dokopać Jackowi. Viktor odejdzie, a Yuuriemu pozostanie jedynie oprzeć plecy o ścianę, zwinąć się w kłębek i płakać – bo na to właśnie miał ochotę.
Ale tak się nie stało. Z przodu rzeczywiście rozległ się szelest, ale Viktor wcale nie odszedł. Twarz i dłonie Japończyka rozpłaszczyły się na czymś miękkim. Po uchyleniu oczu Yuuri ujrzał jedynie czerń. Ale to nie była ciemność. To była koszula. Nieprzyzwoicie droga czarna koszula.
Yuuri chciał spojrzeć w górę, ale nie był w stanie, bo czyjaś dłoń zbyt mocno przyciskała jego głowę do muskularnej piersi. A ta druga dłoń… ta dłoń która spoczywała na jego plecach, ściskała go dwa razy mocniej!
- Nie grasz fair. – mruknął obrażony głos Viktora – Nie. Grasz. Fair!
W odpowiedzi Katsuki jedynie westchnął. Na moment wyparowały z niego wszystkie uczucia i myśli. Na ich miejsce przyszła najcudowniejsza na świecie świadomość bycia w ramionach ukochanego.
Viktor go przytulił. Zarzekał się, że nic nie powstrzyma go przed wpierdoleniem Jackowi, a mimo to został i przytulił Yuuriego.
To nie mogło być takie proste. Nie mogło, ale jakimś cudem było. Może… może Viktor był po prostu tak zdesperowany, jak Yuuri? Może, podobnie jak Yuuri, pragnął tego typu bliskości przez cały dzień, a kiedy wreszcie nadarzyła się okazja, nie mógł się powstrzymać? Może nie potrafił odmówić, gdy Yuuri prosił go o coś takiego? Może wyczuł, że Yuuri było o włos od wybuchnięcia płaczem? Może wszystko naraz?
Nieważne. – zdecydował Yuuri – Jest przy mnie. Czuję go. Mój ukochany…
W piersi Viktora serce miotało się jak oszalałe. Jakby toczyło jakąś walkę. Jakby umysł jeszcze nie do końca zrezygnował z planu stłuczenia futbolisty, ale ciało nie chciało puścić Yuuriego.
- Nie grasz fair.
Zgoda, może i nie gram.
Palce Japończyka mocniej zacisnęły się na materiale koszuli. Wzdychając cichutko, Yuuri wtulił policzek w tors ukochanego. Boże, było mu tak dobrze… nie było innego miejsca nie świecie, w którym chciałby być. Tylko tutaj. W ramionach tego mężczyzny. W tych silnych ramionach, które ściskały go tak mocno, jakby chciały go udusić. Ale nie szkodzi. W tej chwili nie potrzebował powietrza. Potrzebował Viktora.
Minęła pełna minuta i Yuuri wyczuł, że jego ukochany zaczyna się nieco uspokajać. Serce biło coraz spokojniej, a uścisk stawał się bardziej łagodny i delikatny… już nie tak rozpaczliwy, jak chwilę temu. Przytrzymująca głowę Katsukiego dłoń zsunęła się niżej i zaczęła bawić się czarnymi włoskami na karku.
- Yuuri… - wyszeptał Viktor.
Ich oddechy zsynchronizowały się. Yuuri wiedział, że klatka piersiowa, którą czuł pod policzkiem, unosiła się i opadała w rytmie jego własnej.
Powiedz jeszcze raz moje imię. – Japończyk poprosił w myślach – Nikt nie mówi mojego imienia tak, jak ty. Tak miękko i czule. „Yuuri". Powiedz to jeszcze raz. Możesz mi to mówić bez końca. „Yuuri. Yuuri. Yuuri."
I Viktor rzeczywiście to zrobił. Ale zrobił coś jeszcze. Coś, na co Katsuki nie był przygotowany. Bardzo cicho Viktor zapytał:
- Yuuri… dlaczego mi nie powiedziałeś?
To był koniec zsynchronizowanych oddechów. Serce Yuuriego zabiło niespokojnie.
Viktor oparł brodę o głowę narzeczonego.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś?
Ton nie był agresywny – wręcz przeciwnie. Był wyjątkowo łagodny. W dodatku palce Viktora delikatnie głaskały Yuuriego po plecach.
A mimo to Japończyk odczuwał lekkie zaniepokojenie. Nie z powodu narzeczonego – bardziej z powodu samego siebie. Bo po tych wszystkich analizach, które przeprowadził w myślach, nie mógł sobie przypomnieć, dlaczego… dlaczego…
- Czego tak bardzo nie chciałeś mi powiedzieć? – w głosie Viktora zabrzmiała nuta rezygnacji – Tego, że jakiś zakompleksiony sukinsyn był o ciebie zazdrosny i sabotował twój program dowolny? Yuuri… proszę, wytłumacz mi, bo nie rozumiem. Bardzo się staram zrozumieć, co strasznego by się stało, gdybym się o tym wszystkim dowiedział, ale nie mam pojęcia. Yuuri, ty przecież… ty chyba nie myślałeś, że śmiałbym się z ciebie? Albo, że skrytykowałbym cię… czy coś? Yuuri, gdybym wiedział, od razu bym cię przytulił. Znaczy… okej, pewnie bym się trochę powściekał… nie na ciebie, ale na tego… ugh! Ale zaraz potem bym cię przytulił! Ech, właściwie to tak czy siak powinienem był cię przytulić… ale nie zrobiłem tego i bardzo cię za to przepraszam. Ale bardzo chciałem to zrobić, wiesz? Myślałem o tym przez cały dzień. A po tym, jak się pokłóciliśmy, to nawet bardziej. Ech, już nigdy więcej nie obiecam Kicibalerinie, że będę trzymał ręce przy sobie. Źle funkcjonuję, kiedy nie mogę cię przytulić.
W oczach Yuuriego zaczęły gromadzić się łzy. Wiedział, że się rozpłacze… wiedział i nie miał pojęcia, jak to powstrzymać.
No ale… jak mógłby nie rozpłakać się, gdy zrozumiał, jak bardzo dał dupy? Bo nie potrafił inaczej tego ująć – dał dupy. Spieprzył sprawę. Cała ta wcześniejsza kłótnia była jego winą. Jak zawsze, zresztą…
No naprawdę, wspaniały z niego narzeczony! Potrafił jedynie płakać. A, i jeszcze wyzywać Viktora od psychologów. A teraz… teraz, gdy okazało się, że wszystkie jego obawy były bezpodstawne… gdy Viktor był taki słodki… taki czuły… taki…
Yuuri zaczął się trząść. Ściskał koszulę ukochanego tak mocno, jakby to była tratwa ratunkowa.
- P-przepraszam. – zakwilił – Viktor, przepraszam! N-naprawdę chciałem ci powiedzieć, ale… przepraszam, ja… nie mogę sobie przypomnieć, dlaczego… chyba spanikowałem i… przepraszam! Powiedziałem ci tyle okropnych rzeczy, b-bo… bo bałem się, chociaż obiecałem sobie, że już nie będę się bał… po Barcelonie obiecałem sobie, że już nigdy nie będę… a-ale chociaż tak bardzo się starałem nie wyszło i…
Słowa, które wcześniej powstrzymywał, teraz wypływały z niego, jak wodospad.
- … i to wszystko zdarzyło się tak nagle! Gdy Phichit nagle wyjechał z tematem, czułem się taki nieprzygotowany i przerażony i spanikowany i nie wiedziałem, co sobie pomyślisz i wstydziłem się, bo to było takie okropne, nawet sobie nie wyobrażasz, i po tamtych zawodach byłem chory przez tydzień i czułem się takim słabeuszem, i nie chciałem, byś wiedział, i to było takie okropne, nawet teraz nie chcę tego pamiętać, a zwłaszcza tego, gdy ty… gdy myślałem, że ty… gdy ten plakat… to było takie paskudne i tak bardzo się bałem, ale jeszcze bardziej bałem się chwilę temu, bo chociaż myślałem, że wygrałem z przeszłością, to Jack… Jack groził, że zrobi Jurijowi krzywdę, że zrobi mu takie okropne rzeczy i kazał mi zrobić coś tak potwornego, kazał mi wysłać ci filmik z tym nagraniem i ze słowami, że cię nienawidzę i… i nie wiedziałem, co robić, bo… bo groził, że skrzywdzi Jurija i chociaż wiedziałem, że muszę to zrobić, nie mogłem… po prostu nie mogłem i… nie wiedziałem co robić… byłem taki przerażony, próbowałem coś wymyśleć, ale… ale…
- Cśśś… cichutko, już dobrze. Chodź do mnie.
Po policzkach Yuuriego spływały łzy… ale bardziej niż te łzy, Yuuri czuł wargi Viktora na swoim czole. Tak miękkie i ciepłe. Wargi Viktora – na przemian obsypujące czoło Yuuriego lekkimi pocałunkami i szepczące słowa ukojenia. Szarpiące czarną koszulę palce nieznacznie rozluźniły uścisk. Ech, Plisetsky miał rację…
- Rzeczywiście to zrobiłem. – wyszeptał Yuuri.
- Co takiego? – wargi Viktora zapytały, nie odrywając się od czoła ukochanego.
- Obsmarkałem ci koszulę…
- Nigdy jej nie wypiorę.
Poważny ton Rosjanina sprawił, że Japończyk wydał z siebie dziwny dźwięk – ni to pociągnięcie nosem, ni to parsknięcie.
- Racja. – Katsuki stwierdził, zamykając oczy i mocniej wtulając się w partnera – Ty nie umiesz prać. Pewnie ja ją wypiorę.
- Ja sobie wypraszam. Umiem prać.
- Ale jesteś zbyt leniwy, by to robić. Na jedno wychodzi.
- Yuuri, masz nie prać tej koszuli. Zabraniam ci.
- Viktor, ona jest cała obsmarkana…
- I dobrze! To już nie koszula… to trofeum! Nigdy mi się nie wypłakujesz, bo uważasz, że to niemęskie, czy coś… zwykle zabierasz Makkachina na spacer i płaczesz w parku, albo zaszywasz się w łazience. Jak już musisz płakać, to płacz przy mnie. Nie pozbawiaj mnie przywileju scałowania twoich łez.
Jakby na potwierdzenie, Viktor zdjął narzeczonemu okulary i wargami zebrał zgromadzoną w kącikach brązowych oczu wilgoć.
- To takie zawstydzające. – wyszeptał zaczerwieniony Yuuri.
- To, że płaczesz… czy to, że nie chcę wyprać koszuli?
- Jedno i drugie.
Niebieskooki mężczyzna zaśmiał się. Okulary powróciły na nos Katsukiego, a dłoń Rosjanina z powrotem utonęła w kruczoczarnych włosach. Japończyk od razu ukrył twarz w szyi ukochanego.
- Jestem twoim zbzikowanym fanem, Yuuri. – Viktor powiedział takim tonem, jakby wyznawał sekret – Chcę mieć koszulę, na której są twoje łzy. I nie wstydź się tego, że płaczesz. Wolę płacz, niż nawałnicę przeprosin… albo duszenie w sobie smutków. Ech, gdybym ci pozwolił, przepraszałbyś mnie co dziesięć sekund. O duszeniu smutków już nawet nie wspomnę.
Określenie „zbzikowany fan" o czymś Yuuriemu przypomniało.
Srebrnowłosy mężczyzna od razu wyczuł zdenerwowanie narzeczonego.
- Yuuri… - odezwał się, wyraźnie zatroskany – skoro już o tym mowa, martwisz się czymś jeszcze?
- T-tak… tak jakby.
- Czy to dotyczy mnie?
Twarz, którą Yuuri do tej pory wtulał w szyję Viktora, zsunęła się niżej i spoczęła na barku. W ramach ucieczki od bystrego spojrzenia niebieskich oczu.
- Nie chowaj się przede mną, Yuuri.
- A-ale… ale to takie głupie! I tak, dotyczy ciebie.
Rosjanin jakiś czas milczał.
- Ale… powiesz mi, prawda? Nie pozwolisz, bym zrobił coś głupiego, próbując dowiedzieć się na własną rękę?
- Tak. Tak, powiem ci. Chociaż… chociaż boję się, jak zareagujesz.
- Jeśli się boisz, spójrz mi w oczy.
To zdziwiło Katsukiego. I sprawiło, że rzeczywiście spojrzał w oczy ukochanego. Viktor nieznacznie uśmiechnął się.
- Masz piękne oczy, Yuuri. – stwierdził, odgarniając Japończykowi grzywkę z czoła – Jeśli będę w nie patrzył, jest duża szansa, że zahipnotyzujesz mnie i nie zwrócę uwagi na tę szokującą wiadomość, którą chcesz mnie uraczyć.
- To miało mi dodać odwagi?
- A nie dodało?
Yuuri również pozwolił sobie na nieśmiały uśmiech.
- T-trochę. A czy mógłbyś… czy mógłbyś obiecać mi, że nie zareagujesz dziwnie?
- Zdefiniuj „dziwnie".
- Ugh… nie wiem. Ech, to może… obiecaj, że nie przestaniesz mnie przytulać? Że cały czas będziesz mnie trzymał w ramionach?
- Okej, obiecuję.
Fakt, że Viktor zgodził się bez wahania, dodał Yuuriemy więcej odwagi, niż całe to gadanie o pięknych oczach. Katsuki wziął głęboki oddech… policzył do dziesięciu… i…
- Siedem lat temu byłem w tobie zakochany. – wyznał cicho – Nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale… naprawdę cię uwielbiałem i… i prawie na pewno byłem w tobie zakochany.
Czekając na reakcję ukochanego, odczuwał zdenerwowanie porównywalne do siedzenia w Kiss and Cry. Albo i większe. W końcu wyniki można było do pewnego stopnia przewidzieć. A Viktor… kurde… cholera wie, jak mógł zareagować!
Pięć sekund. Twarz Viktora nie wyrażała nic.
Dziesięć skund. Viktor wyglądał, jakby głęboko nad czymś myślał.
Piętnaście sekund. Kącik ust Viktora nieznacznie zaczął drgać.
Dwadzieścia sekund. Viktor odrzucił głowę do tyłu i wybuchł śmiechem.
A Yuuri omal nie zszedł na zawał. Czuł, że zaraz się rozpłacze. Znowu. Podjął próbę wyrwania się narzeczonemu, ale równie dobrze mógłby próbować uciec z uścisku węża Boa.
- P-puść mnie! M-muszę do łazienki!
- Wcale nie musisz. – Viktor wciąż nie mógł opanować chichotu – Och, Yuuri…
- ZOSTAW MNIE!
- O, nie, nie, nie! Nie ma uciekania. Nie wypuszczę cię.
Drżąc ze wstydu i upokorzenia, Japończyk nie przestawał się miotać. Oparłwszy dłonie o szeroki tors, próbował odepchnąć Rosjanina. Nadaremno.
- Ach, Yuuri. – Viktor wymruczał, mocniej przyciągając do siebie partnera – Żeby poddawać swojego narzeczonego takiej próbie! Najpierw prosić, bym obiecał, że cię nie wypuszczę, a potem w tak okropny sposób się wyrywać. No naprawdę… nieładnie, Yuuri, nieładnie!
- NIE PODDAJĘ CIĘ ŻADNEJ PRÓBIE!
W kącikach brązowych oczu zdążyły zgromadzić się nowe łzy.
- Ch-chciałem, żebyś mnie przytulił, b-bo nie sądziłem, że zachowasz się jak palant! – Yuuri wyrzucił z siebie, posyłając narzeczonemu zrozpaczone spojrzenie – Puść mnie!
- Wybacz, nie mogłem się powstrzymać.
- Oczywiście, że nie mogłeś! Ugh… mogłem przewidzieć, że… że będzieś się śmiał i… ugh! Zostaw mnie wreszcie! Chcę… chę być sam!
Czoło Viktora opadło na czoło Yuuriego. Skóra przy skórze. Czarne włosy splątane ze srebrnymi. Katsuki zaczerwienił się. Błękitne oczy zdawały się przeszywać go na wylot. Mimo to, nie odwrócił wzroku.
- Jak na chwilę przestaniesz się rzucać, - Viktor zaczął, wzdychając – to wytłumaczę ci, dlaczego się roześmiałem.
- W-wiem, dlaczego się roześmiałeś! – wyszeptał Yuuri.
Nos Rosjanina zaczepnie szturchnął jego nos.
- Nie, nie wiesz. Nie śmieję się z ciebie, tylko z sytuacji.
- Z… z jakiej sytuacji?! Z takiej, że… że byłeś moim idolem, a ja… jak jakiś psychol…
Yuuri rozłączył ich czoła. Jednak nie miał już siły, by się szamotać. Wycieńczony, oparł głowę o ramię trenera. Viktor jakiś czas milczał.
- Skoro ty jesteś psycholem…- odezwał się po chwili - to, co ja mam powiedzieć?
Zaintrygowany, Japończyk podniósł wzrok. Jego narzeczony już nie był rozbawiony, ale jakby… speszony? Skąd ta nagła nieśmiałość w niebieskiech oczach? I… zaraz, zaraz! Czy to był rumieniec?
- No wiesz… ty to przynajmniej wiedziałeś, jak wyglądam. – Viktor wymamrotał, wpatrując się w plamę na podłodze – Skoro ty podkochiwałeś się w swoim idolu i jesteś psycholem… to ja już muszę być psycholem do potęgi.
- Eee… to znaczy?
- Nie byłeś jedynym, który się zakochał. Siedem lat temu, w sensie…
Że co?! – Yuuri wybałuszył oczy – Pierwsze słyszę! Zaraz… w sensie, że on… nieeee! Na pewno coś mu się pomieszało! Ale z drugiej strony… nie wygląda, jakby żartował.
Katsuki nie wiedział, co powiedzieć. Z osłupieniem gapił się na narzeczonego.
- Młody Wronkov stwierdził, że mówisz po angielsku lepiej ode mnie, więc założyłem, że jesteś Amerykaninem azjatyckiego pochodzenia. – zabrzmiało to trochę tak, jakby Viktor się usprawiedliwiał – A ponieważ w tamtym czasie byłem niezłym leniuszkiem, nie oglądałem Skate America. Ech, wstyd mi to przyznać, ale ogólnie rzadko oglądałem programy rywali… niezła wtopa, nie? Znaczy… potem to się zmieniło, ale… coż.
Japończyk w dalszym ciągu milczał. Nie rozumiał, jak to wszystko miało się do faktu, że Viktor… że siedem lat temu Viktor…
- Nie wiem, czy umiem to wyjaśnić Yuuri. Nawet wtedy nie umiałem. Nie wiem, skąd wzięło się we mnie to uczucie, ale… gdy słuchałem, jak Jack o tobie mówił, zakochałem się w tobie. Nie zdziwiłbym się, gdyby moje zadurzenie okazało się najszybszym w historii. Bo wiesz, to stało się tak szybko, że nawet nie zauważyłem. A nie mogę powiedzieć, że było to zakochanie od pierwszego wejrzenia… no cóż, może w Soczi było… ale siedem lat temu nie, bo przecież jak mogłoby to być zakochanie od pierwszego wejrzenia, skoro nie widziałem cię i…
- Nie możesz tego wiedzieć. – Yuuri przerwał ukochanemu.
Niebieskie oczy spojrzały z powrotem na Katsukiego.
- Nie możesz tego wiedzieć. – Yuuri powtórzył, przełykając ślinę – T-to wcale nie musiała być miłość. Skoro mnie nie widziałeś i nie znałeś mojego imienia, to skąd mogłeś…
- Onanizowałem się.
Z ust Japończyka wyszedł głośny kwik. Do diabła! Tylko Viktor mógł wyskoczyć z takim tekstem w samym środku poważnej rozmowy!
- On… onani… onanizo…
Yuuriemu to słówko nawet nie chciało przejść przez gardło!
- Onanizowałem się, myśląc o tobie. Swoją drogą, okazałeś się zaskakująco podobny do wymyślonego siebie. Te okulary i w ogóle… a! Bo tak właściwie w ten sposób pozbyłem się kaca, wiesz?
Powiedział to takim tonem, jakby dyskutowali o pogodzie! Cholera, nawet minę miałnieprzyzwoitą! Zero wstydu… zero! O matko i jeszcze ten rozmarzony uśmieszek…
Yuuri miał ochotę uciec stąd i schować głowę w piasek.
- Ż-żartujesz!
Viktor zamrugał.
- Eee… nie. Nie żartuję. Jeśli chcesz, mogę ci podać szczegóły…
- NIE, DZIĘKUJĘ! – Japończyk pisnął przerażonym tonem.
- Dlaczego? Yuuri, niemal codziennie się ze mną kochasz. Chyba po tym wszystkim, co razem robiliśmy, nie powinienem cię już zawstydzać? Czy to, co robię z własną ręką jest aż tak…
- STOP! B-błagam… przestań! Przestań już mówić!
Nie muszę wiedzieć, co robisz z własną ręką! Już zdążyłem to sobie wyobrazić, dziękuję bardzo!
Prawa dłoń Viktora pogłaskała Yuuriego po policzku. Katsuki zastanowił się od niechcenia, czy to ta sama dłoń, którą Viktor… NIE! O Buddo, nie, o czym on myśli, o nie, masakra, nie, nie, nieeee!
- Jesteś jeszcze słodszy, niż sobie wyobrażałem. – Rosjanin wymruczał zmysłowym tonem.
- Aż boję się myśleć, co jeszcze sobie wyobrażałeś… - burknął Yuuri.
- Och, moja wizja była zaskakująco niewinna! Gdy masturbowałem się w Hasetsu, miałem znacznie sprośniejsze fantazje.
- NIE MUSIAŁEM wiedzieć, że masturbowałeś się w Hasetsu!
Chociaż byłbym durniem, gdybym się nie domyślił.
Viktor przewrócił oczami.
- Nie będę złośliwy i nie zapytam, co ty robiłeś u siebie w pokoju. – wyszeptał narzeczonemu do ucha – Ale zdradzę ci, że ściany są o wiele cieńsze niż ci się wydaje.
- CO?! O matko, chcę umrzeć…
- Nie umieraj. – chichocząc, Rosjanin złożył na czole partnera delikatny pocałunek – Żartowałem z tymi ścianami. Tak naprawdę nic nie słychać… niestety. No ale twoja urocza reakcja powiedziała mi wszystko! Uff, ulżyło mi. Już zacząłem się bać, że rzeczywiście się nie masturbowałeś.
- S-sposób, w jaki do tego podchodzisz jest po prostu…ugh! - Yuuri wydał z siebie oburzone parsknięcie – Uczuć do drugiej osoby nie mierzy się na podstawie tego, jak często ktoś się ma… mas… mastu… no wiesz, co mam na myśli! To, co do ciebie czułem siedem lat temu, nie było… ja nie… ech, zupełnie, nie o to chodzi! Ty nie wiesz, jak to jest. Zawsze byłeś pewny siebie. Nie to, co ja… przerażony chłopak, załamujący się z byle powodu! Wtedy kochałem cię, ale nie w ten sam sposób, co teraz. Nie chodziło o to, że byłeś atrakcyjny, tylko… znaczy się byłeś atrakcyjny, i to bardzo, ale…
Japończyk dał sobie chwilę na złapanie oddechu.
- Byłeś moją tratwą. – dokończył zmęczonym tonem – Ilekroć tonąłem, chwytałem się ciebie. Myśli o tobie. twoich występów. Odwagi, z jaką próbowałeś nowych rzeczy. Nawet jeśli się nie znaliśmy… sama twoja obecność dawała mi siłę. Bałem się, że pewnego dnia znikniesz z łyżwiarskiego świata. Ale wtedy ty udzieliłeś takiego jednego wywiadu i obiecałeś, że nie będzie już przegrywał… że pozostaniesz na szczycie i będziesz tam czekał… na kogoś.
Na mnie.
- Nie masz pojęcia, ile to dla mnie znaczyło.
- A ty wiesz, ile to dla mnie znaczyło, Yuuri? – Viktor spytał szeptem.
Coś w sposobie, z jakim to powiedział, sprawiło, że serce Katsukiego wydało kilka niespokojnych drgnięć. Kiedy Yuuri podniósł wzrok, z wrażenia omal nie osunął się na podłogę – bo takiego spojrzenia jeszcze u Viktora nie widział. Jeszcze nigdy nie patrzył w oczy Viktora, mając wrażenie, że patrzy w swoje własne.
To spojrzenie… Yuuri widywał je, jak dotąd, tylko w lustrze. I wstydził się tego spojrzenia. Wstydził się, bo wiedział, że to spojrzenie słabeusza. Spojrzenie kogoś, kto nie potrafił ukrywać uczuć. Nie przyszłoby mu do głowy, że Viktor też ma w sobie to spojrzenie. A mimo to, teraz…
Obie dłonie srebrnowłosego mężczyzny spoczęły na talii partnera. Tym razem jednak nie chodziło o to, by powstrzymać spanikowanego Japończyka przed ucieczką. Palce Viktora nieznacznie wpijały się w skórę Yuuriego. W podobny sposób tonący mógłby przytrzymywać się tratwy.
Rosjanin wziął głęboki oddech.
- Kiedy byłem w pralni, wciągnąłem się w rozmowę z jednym facetem. No wiesz… z tym gościem od gangu motocyklowego. Opowiedziałem mu, co wydarzyło się siedem lat temu. Chciałem sobie to wszystko przypomnieć. Miałem nadzieję, że dzięki temu wymyślę, co ci powiedzieć. Że wpadnę na pomysł, jak podnieść cię na duchu. I cieszę się, że to zrobiłem, bo… bo wiem już, co chciałbym ci powiedzieć. Trzy rzeczy. Chciałbym ci wyjaśnić trzy rzeczy, Yuuri. I jednocześnie… za trzy rzeczy przeprosić.
- Viktor, nie musisz…
- Yuuri, proszę! Ja… pozwól mi powiedzieć.
Zabrzmiało to tak, jakby Viktor miał zamiar pokazać ukochanemu swoją duszę. Yuuri nie był w stanie oderwać wzroku od niebieskich oczu. Chociaż one wcale na niego patrzyły. Wpatrywały się w punkt na wysokości szyi Japończyka. Nie były pewne siebie jak zwykle. Sprawiły wrażenie lekko wystraszonych.
- Pierwsza – Viktor wciągnął powietrze i bardzo powoli je wypuścił – dotyczy wywiadu, o którym wspomniałeś. Bo sądzę, że mówimy o tym samym wywiadzie. Zapewne domyśliłeś się, że… gdy mówiłem o zwracaniu się do fanów, tak naprawdę zwracałem się do ciebie…
O Buddo… a jednak! – serce Yuuriego omal nie wyskoczyło z piersi.
- … ale mniejsza o to. Nie o tym chciałem ci powiedzieć. Tak naprawdę chodziło mi o tę część, gdy wspominałem, komu zawdzięczam pobicie rekordu świata. Nie wiem, na ile dokładnie pamiętasz ten wywiad…
- Pamiętam go bardzo dokładnie. – wyszeptał Japończyk.
Viktor skinął głową.
- Twierdzisz, że nie wiem, jak to jest: wątpić w swoje możliwości… mieć kogoś, kto jest dla ciebie tratwą. I w dużym stopniu masz rację. Rzeczywiście nigdy nie wątpiłem w moje możliwości. Ale wątpiłem w inne rzeczy: na przykład w powód, dla którego wychodziłem na lód. A kiedy z tego powodu tonąłem, nie miałem tratwy, której mógłbym się chwycić.
Brązowe oczy rozszerzyły się. Yuuri nigdy nie patrzył na to w ten sposób.
- Aż do dnia, w którym usłyszałem o tobie od Jacka Wronkova.
Katsuki nie był w stanie powstrzymać zaszkoczonego sapnięcia.
- Nigdy ci tego nie powiedziałem, Yuuri. – w głosie Viktora rozbrzmiało nieznaczne poczucie winy – A powinienem. Teraz rozumiem, jak ważne było, żebym ci powiedział. Żebyś zrozumiał, że nie tylko ja daję ci siłę, ale też ty… przede wszystkim ty… dajesz siłę mnie. I dlatego chciałbym przeprosić. Przepraszam, że pozwoliłem ci myśleć, że to ja… jak wielki zbawca przyjechałem do Hasetsu i pomogłem ci się pozbierać. Podczas gdy w rzeczywistości… ja sam potrzebowałem, żeby ktoś mnie posklejał. Naiwnie założyłem, że o tym wiesz… ale przecież, skąd mógłbyś wiedzieć, skoro nigdy ci nie powiedziałem? Dwa lata temu, gdy przyjechałem do Hasetsu… miałem wtedy powtórkę kryzysu sprzed siedmiu lat. I za każdym razem… zarówno siedem lat temu, jak i dwa lata temu… osobą, która pomogła mi stanąć na nogi byłeś ty, Yuuri. Dzięki tobie pobiłem rekord świata. Dzięki tobie przypomniałem sobie, jak to jest: czerpać frajdę z jazdy na łyżwach. Siedem lat temu zainspirowałeś mnie… i nadal mnie inspirujesz. Nawet gdy coś ci nie wychodzi… nawet gdy przegrywasz… wstajesz, silnejszy niż przedtem i walczysz dalej. Jesteś jedną z najsilniejszych osób, jakie znam. Nie dlatego, że ciągle wygrywasz. Ale dlatego że po przegranej płaczesz, wycierasz łzy i jesteś gotów, by spróbować znowu. Nie wiem, czy ja byłbym w stanie podnieść się po tylu porażkach… prawdopodobnie nie. Bo widzisz, Yuuri, bycie geniuszem rozleniwia. Wypłukuje człowieka z zawziętości. Z chęci dania z siebie wszystkiego. A kiedy nie masz chęci do walki, zaczynasz odczuwać w sercu tępy ból. Masz ochotę krzyczeć, chociaż sam nie wiesz dlaczego. Gdy byłem sam, nie potrafiłem pozbyć się tego bólu. Jednak przy tobie nauczyłem się go pokonywać. Zrobiłeś dla mnie więcej niż myślisz.
Dłonie przytrzymujące talię Japończyka nieznacznie zadrżały. Katsuki instynktownie oparł dłonie na szerokim torsie, by nieco uspokoić ukochanego… i jednocześnie robił wszystko, by zapanować nad własnym rumieńcem. Jeszcze nigdy czegoś takie nie czuł. To było zupełnie tak, jakby… jakby role nagle się odwróciły.
- Druga rzecz, Yuuri… - w tym momencie Viktor uśmiechnął się smutno – to kłamstwo, którym uraczyłem cię podczas naszej dzisiejszej kłotni. Powiedziałeś, że każdy ma coś, czego może nie chcieć powiedzieć, a ja odpowiedziałem, że nie mam niczego takiego. Kłamałem.
On… kłamał?
W Yuurim zrodziło się coś dziwnego. Ale nie gniew. Ani nie ulga. Katsuki nie potrafił zdefiniować tego uczucia. Nie wiedzieć czemu, skojarzył je z pamiętną rozmową na plaży, gdy wyjaśnił Viktorowi swój odruch ukrywania słabości. Z tą różnicą, że tym razem to Viktor przyznawał się do ukrywania słabości.
- Kiedy się kłóciliśmy, tak bardzo zawziąłem się, by wymusić na tobie zwierzenia, że byłem gotów przyznać się do wszystkiego. – srebrnowłosy mężczyzna wyznał, kręcąc głową – Powiedziałem, że nie mam przed tobą sekretów, a ty zapytałeś mnie o bójkę. Pewnie myślałeś, że trafiłeś w czuły punkt… ale prawda jest taka, że trafiłeś w najmniej czuły punkt. Incydent z Jackiem to akurat jedna z rzeczy, o której powiedziałbym ci bez wahania. Miałem farta. Dałem ci możliwość zapytania o cokolwiek, a ty nie zapytałeś o to, co najbardziej mnie przeraża. Ale... powinieneś wiedzieć, że… j-jest coś takiego. T-taki temat, że gdybyś go poruszył… p-prawdopodobnie wpadłbym w panikę i zacząłbym się rozglądać za drogą ucieczki.
Cholera. Viktor się jąkał. Viktor Nikiforov potrafił się jąkać! Może to fatamorgana?
Yuuriemu przypomniała się Barcelona. I, jak na ironię, Viktorowi również.
- Ten jeden raz, gdy się przy tobie popłakałem i odgarnąłeś mi grzywkę…
Serce Japończyka wydało kilka przerażonych uderzeń. Po chwili jednak Katsuki zobaczył wyraz twarzy ukochanego i uspokoił się. Srebrnowłosy mężczyzna nie wspominał pamiętnego incydentu z goryczą, ale z nostalgią. A nawet nieznacznie się uśmiechnął.
- Godzinami zachodziłem w głowę, dlaczego zrobiłeś coś takiego. No bo wiesz… ja płaczę, a ty patrzysz na mnie jak na jakąś osobliwość w muzeum. – Viktor zaśmiał się pod nosem – Nidgy nie zastanawiałem się, jak to musiało wyglądać z twojego punktu widzenia. Byłem jeszcze dzieckiem, kiedy nauczono mnie trzymać uczucia na wodzy, wiesz? Przez dwadzieścia lat życia wypłakiwałem się tylko Yakovowi. Innym praktycznie nie pokazywałem się od… ech… no wiesz, od tej strony. Dlatego mogę ci powiedzieć… na swoje usprawiedliwienie… że weszło mi to nawyk. Odruchowo zasłaniałem się przed tobą. Chociaż nie powinienem…
- Nie musisz odsłaniać się, jeśli nie czujesz się gotowy. – szepnął Yuuri – Jeśli nie chcesz…
- Ale wymagam od ciebie, żebyś ty się przede mną odsłaniał. – Viktor podkreślił, kręcąc głową – Dopiero dzisiaj zdałem sobie z tego sprawę. Odkąd postawiłem stopę w Hasetsu… i w twoim życiu… non stop próbowałem wymusić na tobie, byś mi o sobie opowiadał.
To prawda. – w myślach zgodził się Japończyk – Twoje zaloty w pierwszych tygodniach naszej znajomości ciężko nazwać „subtelnymi".
- Ale nigdy nie dałem ci nic w zamian.
Katsuki od razu otworzył usta, by zaprotestować. Jak jego narzeczony mógł powiedzieć coś takiego? Przecież dawał Yuuriemu tak wiele!
- Viktor, ty…
- Ile razy opowiadałem ci o mojej przeszłości, Yuuri? O moich lękach? O koszmarach, które śnią mi się w nocy?
Japończyk zapomniał, co chciał powiedzieć. Z osłupieniem gapił się na Viktora.
- Podejrzewam, że częściowo się domyślasz. – srebrnowłosy mężczyzna stwierdził, wzdychając – Albo… instynktownie wyczuwasz, czym mogę się martwić. W końcu dobrze mnie znasz. Ale też jesteś bardzo… ech… wyrozumiały i taktowny. Nie lubisz, gdy ktoś wymusza na Tobie zwierzenia, więc na innych też nie naciskasz. Natomiast ja… wręcz przeciwnie. Non stop nakłaniam cię, byś opowiadał mi o swoich problemach. Jednak sam nie daję niczego w zamian. Powtarzam sobie, że gdybyś mnie zapytał, to bym ci powiedział… ale prawda jest taka, że traktuję to jako wymówkę. Dlatego ja… przepraszam, Yuuri. Sądziłem, że jeśli będę udawał dojrzałego faceta, który nie ma żadnych zmartwień, to nakłonię cię, byś się przede mną otworzył. Ale… to nie do końca tak, prawda?
Yuuri niepewnie przytaknął. Był w wielkim szoku, że Viktor tak dokładnie to wszystko przemyślał… że zdobył się na aż taki wysiłek, by spróbować zrozumieć swojego japońskiego partnera.
- Ty… chciałbyś wiedzieć o mnie więcej… prawda, Yuuri? – głos Rosjanina nieznacznie drżał – Nawet jeśli nie nakłaniasz mnie do zwierzeń… to masz pytania, prawda?
- Tak. – Japończyk odpowiedział łagodnie – Tak, mam wiele pytań.
Twoi rodzice… nigdy o nich nie mówisz. Albo Twoje lęki. Do dzisiaj nawet nie zdawałem sobie sprawy, że jakieś masz. Znaczy… czułem, że czasami czymś się martwisz, ale…
- Obiecuję, że na nie odpowiem. – niebieskie oczy były lekko wystraszone, ale i zdeterminowane – Może nie teraz… bo to chyba nie jest odpowiedni moment na tego typu zwierzenia, ale… obiecuję, że nie będę chował się za maską. Może nie odpowiem na wszystkie pytanie, od razu, ale… ale obiecuję, że będę wobec ciebie szczery! Opowiem ci więcej o sobie. Przepraszam, że nie zrobiłem tego wcześniej.
Och, Viktor. Nie przepraszaj już! Nie musisz mnie przepraszać.
Yuuri chciał wypowiedzieć tę myśl na głos, ale narzeczony mu na to nie pozwolił. Palec wskazujący Rosjanina dotnął warg Japończyka.
- Jeszcze chwilkę. – Viktor poprosił – Chciałbym… znaczy ja… została jeszcze trzecia sprawa.
Zabrzmiało to desperacko.
- Wiem… - srebrnowłosy mężczyzna zaczął, przełykając ślinę – że jestem trudny. I niecierpliwy. I zachłanny.
Wciąż zezował na szyję ukochanego. To było takie dziwne. Ten mężczyzna… mężczyzna, który nigdy nie patrzył w dół, nie mógł zdobyć się na to, by spojrzeć Yuuriemu w oczy.
- Kiedy na czymś mi zależy… na łyżwiarstwie, albo na tobie… przede wszystkim na tobie… wtedy ja… ech, nie wiem, jak to wytłumaczyć. Tak bardzo zatracam się w moim pragnieniu, że tracę z oczu wszystko inne. Kiedy zacząłem jeździć na łyżwach, chciałem być mistrzem w każdej dziedzinie. We wszystkim chciałem być najlepszy: w piruetach, skokach, sekwencjach kroków, interpretacji różnych typów muzyki… Yakov bez przerwy powtarzał mi: „Zwolnij! Poczekaj chwilę!" Ale ja nigdy nie lubiłem na nic czekać. Wiem, że to głupie… porównywać to, co do ciebie czuję, do łyżwiarstwa, ale… to pierwsze porównanie, które przyszło mi do głowy. Bo tylko dwie rzeczy pokochałem w moim życiu aż tak bardzo: łyżwiarstwo… i ciebie.
A te dwie rzeczy kochają ciebe równie mocno. – Yuuri wyszeptał w myślach – Jesteś genialnym łyżwiarzem. Nie mogłeś wybrać sobie lepszej dyscypliny sportu. Łyżwiarstwo cię kocha. Ja cię kocham.
Ale przecież Viktor to wszystko wiedział! Bo wiedział… prawda? Ale… w takim razie, dlaczego jego mina sugerowała…
- Kiedy zrozumiałem, że jesteś miłością mojego życia i że… odwzajemniasz moje uczucia… chciałem ukraść cię światu.
Japończyk zamrugał. Ukraść go światu? Viktorowi wszystko się pomieszało! Przecież to Yuuri dwa lata temu ukradł Viktora światu. Ale żeby kraść Yuuriego? To nie miało krzty sensu!
- Kiedy się w tobie zakochałem, chciałem uczynić cię moim w każdym możliwym znaczeniu. - Viktor powiedział takim tonem, jakby się wstydził – Twoje serce, twoje ciało… każde zmartwienie, każdy uśmiech, każda myśl… chciałem, by to wszystko było moje. I to najszybciej, jak się da. W końcu jestem bardzo niecierpliwy i zachłanny. Yuuri, ja… przepraszam, ja… ja wiem, że to jest niemożliwe… że związek nie działa w taki sposób, że obaj potrzebujemy przestrzeni i… i czasu… a zwłaszcza ty potrzebujesz czasu. Sam musisz wybrać moment, żeby się przede mną otworzyć… żeby podzielić się ze mną swoimi najgłębszymi myślami. Wiem to wszystko, Yuuri i staram się o tym pamiętać i zwykle mi się udaje… aż sam jestem w szoku, że nauczyłem się panować nad tym do tego stopnia… ale czasami, zwyczajnie nie wytrzymuję! To jest silniejsze ode mnie. Wcześniej, kiedy się kłóciliśmy, wiedziałem, że powinienem poczekać… do jakiejś dogodniejszej chwili, do powrotu do Chicago… wiedziałem, że jesteś niespokojny, a osaczając cię tylko pogorszę sprawę… w głębi siebie wiedziałem to, ale zwyczajnie nie umiałem się powstrzymać! Potrafiłem myśleć tylko o tym, że Phichit wie o tobie coś, czego ja nie wiem. Miałeś rację. Byłem zazdrosny… cholernie zazdrosny. Ale nie o Phichita. Uwielbiam Phichita. I Yuuko, i Nishigoriego, i Yurio i twoich rodziców… są cudowni i zależy im na Tobie. Jestem szczęśliwy, wiedząc, że kocha Cię tyle ludzi. Ale czasami… chociaż wiem, że to idiotyczne i egoistyczne i głupie… jestem zazdrosny o tych wszystkich ludzi. Bo mieli dostęp do aspektów Ciebie, których ja nigdy nie widziałem. Czasami mam ochotę podejść do nich i za pomocą jakiejś magicznej maszyny wyrwać im wszystkie twoje sekrety. Chciałbym wziąć te sekrety dla siebie, zamknąć je w skrzyni i nikomu nie pokazywać! Bo taki właśnie jestem. Z-zakochany w tobie do szaleństwa. Przepraszam, ja… ja wiem, że to może przytłoczyć.
Owszem, to mogło przytłoczyć. Ale Yuuriego nie przytłaczało, bo doskonale znał to uczucie. Natomiast… uczuciem, którego nie znał, było oglądanie obnażonego serca Viktora. Widział w myślach dokładny obraz:
Serce Viktora – czerwone, oślizgłe i zupełnie bezbronne. Japończyk trzymał je w dłoni. Czuł pod palcami niespokojne uderzenia. Gdyby zechciał, mógłby je zmiażdżyć. To byłoby łatwe. Wystarczyłoby słowo. Albo gest. Jedno słowo, jeden gest i serce Viktora pęka. Yuuri dopiero teraz uświadomił sobie, jak wielką ma władzę. Zawsze uważał, że było na odwrót… zawsze widział w wyobraźni dłoń Viktora – zanurzoną w jego piersi i zaciskającą się na jego sercu.
Myśl, że Viktor nawet nie zdawał sobie sprawy, co trzymał w ręku, powinna przynieść ulgę. Ale nie przynosiła. Była… niewłaściwa.
Wcześniej, gdy się kłócili, Rosjanin złapał Japończyka za podbródek i zadarł go do góry. Teraz drżąca dłoń Yuuriego ostrożnie dotknęła policzka Viktora.
- Popatrz na mnie. – Katsuki poprosił ukochanego.
Niebieskie oczy wreszcie zaprzestały patrzenia w dół. Spojrzenie Viktora mówiło więcej niż sam Viktor… a trzeba przyznać, że przez ostatnie pięć minut mówił całkiem sporo.
Yuuri nie planował wiele mówić. Jego dłoń powoli zsunęła się z policzka na ramię ukochanego
- Ch-chcę ci powiedzieć tylko jedno. – wyszeptał drżącym głosem – T-to prawda, że nie mogę… pokazać ci wszystkich aspektów mnie. Wszystkich myśli, lęków, wątpliwości… a przynajmniej nie od razu. T-tak jak powiedziałeś, potrzebuję czasu. Ale, mam nadzieję, że wiesz… że chociaż nie dzielę się z tobą wszystkimi sekretami…
Policzył do dziesięciu i powiedział to. Spojrzał Viktorowi w oczy i powiedział:
- … nie ma we mnie cząsteczki, nawet najmniejszej, która nie należałaby do ciebie.
Powieki Rosjanina rozszerzyły się. Było to ostatnie ostrzeżenie, jakie dostał Yuuri, zanim jego plecy uderzyły w ścianę. Głowa również grzmotnęłaby w twardą powierzchnię. Gdyby nie dłoń ukochanego, która w ostatniej chwili posłużyła za poduszkę między czarnymi włosami i betonem. Usta Viktora zaborczo wbiły się w wargi Yuuriego. Tak jak właściciel, były niecierpliwe. Niecierpliwe i zachłanne. I absolutnie cudowne.
- Yuuri. – Viktor dyszał między pocałunkami – Yuuri, Yuuri, Yuuri.
Z każdym muśnięciem warg – tak miękkich… tak ciepłych – ciało Japończyka coraz bardziej wiotczało. Pozostający w miłosnym transie Yuuri dopiero po kilkunastu sekundach przypomniał sobie o zamknięciu oczu. I o zarzuceniu rąk na szyję ukochanego.
O matko… całował Viktora codziennie, ale wystarczyło kilkanaście godzin, by zapomniał, jak to jest. Nie był w stanie się skoncentrować. Jego stęsknione ciało nie mogło się zdecydować, na czym się skupić. Czy na gładzącej bok dłoni… czy na torsie tak mocno przyciśniętym do własnego… czy na dłoni Viktora szarpiącej włosy z szortką czułością … czy na ustach.
Och, usta. Posiadanie takich ust powinno być zabronione. Mężczyźni nie miewali takich ust. Wilgotne, puszyste, delikatne… ajć!
Viktor złapał zębami dolną wargę ukochanego i nieznacznie pociągnął. Potem kilka razy potarł nosem nos Yuuriego. Oczy miał zamknięte.
- Kocham cię, wiesz? – wyszeptał, łącząc ich czoła – Bardzo, bardzo, bardzo Cię kocham. I ja też… jestem cały twój. Wiem, że pewnie mi nie wierzysz, ale…
- Wierzę. – cichutko przerwał mu Yuuri – Kocham cię i… wiem.
- Serio? – usta Rosjanina ułożyły się w zaskoczony uśmiech – Naprawdę wiesz, że jestem Twój?
- W chwilach, takich ja ta, wiem. Coraz częściej wiem. Ale nie przychodzi mi to łatwo. Każdy ma swoją bolączkę. Twoją jest cierpliwość, a moją… ech…
- Wystraszony i nieśmiały Yuuri próbujący przekonać mojego zjawiskowego i uzdolnionego narzeczonego, że następnego dnia spakuję walizki i ucieknę?
Japończyk cicho westchnął.
- Tak. Właśnie tak.
- Nie przejmuj się. Nieśmiałego i wystraszonego Yuuriego też lubię.
Katsuki zadrżał, gdy Viktor pociągnął go zębami za ucho.
- Lubię go, nawet jeśli szepcze ci do ucha niedobre rzeczy. – Rosjanin wymruczał, wargami pieszcząc ugryzione miejsce.
- O Buddo… - Yuuri zakwilił odchylając głowę do tyłu.
Viktor potraktował to jako zachętę. Niewiele myśląc, zaczął całować szyję ukochanego. Zaplątane w srebrnych włosach dłonie mocniej zacisnęły się na aksamitnych kosmykach. Z zamiarem pociągnięcia. Czy raczej odciągnięcia - głowy Viktora od swojej szyi.
Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Umysł Yuuriego może i chciał odkleić od siebie wargi Rosjanina, ale jego ciało nie miało na to najmniejszej ochoty. Zwłaszcza pewna część poniżej pasa.
- V-Viktor… słuchaj, my jesteśmy…
Katsuki usiłował coś powiedzieć. Ale jak, u licha, miał to zrobić, gdy jego własne dłonie nie chciały go słuchać?! Cholera, powinny odsunąć Viktora, zamiast jeszcze bardziej go przyciągać! Przyciśnięte do szyi wargi uformowały się w usatysfakcjonowany uśmieszek. Srebrnowłosy zbereźnik robił to wszystko z premedytacją.
- My jesteśmy… jacy, Yuuri? – zapytał rozbawionym tonem – Zdesperowani? Napaleni? Twardzi?
- Jesteśmy w miejscu publicznym! – syknął Japończyk.
- Walę to.
O Buddo! To lekceważące stwierdzenie oburzyło Yuuriego, ale jednocześnie… bardzo go podnieciło. Nie, nie, nie! Zaraz… chwilka! To wszystko działo się za szybko! Do diabła, przecież nie mogli robić podobnych rzeczy TUTAJ!
Jednym zwinnym ruchem, Rosjanin pociągnął uda narzeczonego do góry. Yuuri instynktownie splótł nogi za plecami Viktora. Instynktownie, jasne?! Świadomie to on by czegoś takiego nie zrobił! Nie ma, cholera, mowy!
- Viktor… - odezwał się, starając się brzmieć karcąco – Ja… ach… mówię poważnie! Jesteśmy na… uch… jesteśmy na widoku!
- To każ mi przestać.
- N-nie mogę!
- Wiem, że nie możesz.
Jak Yuuri mógłby powiedzieć „przestań", gdy jego męskość ocierała się o męskość Viktora w tak miły sposób?
- Twój facet to bezwstydnik i zboczeniec. – Rosjanin wydyszał, całując skórę pod uchem Japończyka – Musisz z tym żyć, Yuuri.
Ach, no naprawdę… Katsuki wciąż nie mógł uwierzyć, że właśnie z tym przyjdzie mu żyć. Z tym cudownym mężczyzną… z mężczyzną, o którym marzył od dziecka. Ach, ten człowiek całował go w taki sposób, jakby był gotów oddać mu cały świat! Gdyby ktoś powiedział Yuuriemu, że tak to się skończy… gdyby ktoś powiedział mu, że będzie się obściskiwał z Viktorem Nikiforovem w tym ciemnym korytarzyku… i to tutaj, w Detroit. Ech, to miejsce było tak pełne wspomnień. Yuuri pamiętał, jakby to było wczoraj. Pamiętał siebie jako przerażonego osiemnastolatka – samego w obcym kraju. Stęsknionego za rodziną. Drżącego przed seniorskim debiutem. Patrzącego na parę pod drzewem i zastanawiającego się, czy kiedykolwiek zazna tego typu intymności. W tamtym czasie nie ośmieliłby się nawet odezwać do kogoś, kto go pociągał. A teraz…
Odkleił ukochanego od swojej szyi.
- Viktor, postaw mnie! – nakazał zdeterminowanym głosem.
Viktor zamrugał. W niebieskich oczach kryły się szok i tęsknota. No, nic dziwnego! Zupełnie normalna reakcja, gdy Twój narzeczony bez ostrzeżenia przerywa wymianę czułości.
- Ale… - srebrnowłosy mężczyzna zaczął niepewnie – Myślałem, że… że my…
- No już, postaw mnie!
Przełykając ślinę, Rosjanin rozluźnił uścisk na udach Japończyka. Ledwo stanął na ziemi, Katsuki złapał ukochanego za nadgarstek i nie oglądając się za siebie, żwawo ruszył korytarzem.
- Eee… Yuuri? – usłyszał zza pleców głos Viktora – Co ty… gdzie my…
- Za minutkę będziemy na miejscu.
- Ale… umm… nie chcę nic mówić, ale… trochę niewygodnie mi w spodniach i…
- Wytrzymasz. Mnie też jest niewygodnie.
Yuuri nie chciał tracić czasu na tłumaczenia. Koncentrował się na jak najszybszym dotarciu do celu. Wiedział, czego chce.
Dotarli do Południowego Wejścia. Gdy wyszli z Centrum Handlowego, uderzyła w nich fala październikowego wiatru. Jednak Yuuri nie zwracał uwagi na chłód. Oczy miał zafiksowane na celu, którym był mieszczący się nieopodal park.
Szli obsypaną liściami ścieżką, dopóki Japończyk nie wypatrzył gigantycznego drzewa. Dąb był dość podobny do tego z imprezy, a zarazem dający pewne… eghm… nieznaczne poczucie prywatności. Idealny.
Czując się totalnie zbulwersowany własnym zachowaniem… a zarazem uciszając to zbulwersowanie na rzecz pulsującej w żyłach zboczonej satysfakcji, Yuuri podjął następujące działania:
Energicznym krokiem podszedł do drzewa. Plecami oparał się o konar. Bezceremonialnie wepchnął sobie dłoń Viktora do majtek, obiema rękami złapał srebrnowłosego mężczyznę za głowę i pocałunkiem zmiażdżył narzeczonemu usta. Rosjanin zdążył jedynie wyrzucić z siebie zachwycone „ŁAŁ!".
- Yuuri… - Viktor wydyszał, gdy kilkanaście sekund później ich wargi rozłączyły się – Zdajesz sobie sprawę… że to miejsce… jest jeszcze bardziej na widoku?
- Walę to.
Niebieskie oczy zaświeciły się, jak u dziecka, które przedwcześnie dostało prezent pod choinkę. Dotychczas pozostające w bezruchu palce powoli zacisnęły się na przyrodzeniu Yuuriego. Mrucząc z zadowoleniem, Katsuki odgiął głowę do tyłu. Wolna dłoń Rosjanina znalazła miejsce między czarnymi włosami i konarem.
- Cóż to się dzieje? – Viktor wyszeptał, patrząc na ukochanego jak drapieżca na zdobycz – Mój ułożony Japończyk ciągnie mnie do parku i w miejscu, gdzie wszyscy mogą zobaczyć, sam kładzie mi rękę na swoim pilnie strzeżonym skarbie? No naprawdę, Yuuri… nawet na stronce Chrisa nie opisują takich zboczeń!
- Zdemoralizowałeś mnie. Musisz z tym żyć.
- Tak, tak, tak, tak! O matko, tak! Chcę z tym żyć! Cholera, jak ja chcę z tym żyć! Błagam, powiedz mi, co muszę zrobić, żeby z tym żyć!
- Na początek zamknąć się.
Japończyk nie czekał, aż partner spełni polecenie. Pocałunkiem zamknął mu usta. Fakt, że Viktor był podjarany na maksa… i że przyciśnięta do biodra Katsukiego twardość też była podjarana na maksa, pozbawił Yuuriego resztek zahamowań.
No dobrze, byli w miejscu publicznym - pierdolić to. Był środek dnia i każdy, kto przechodził ścieżką bez trudu mógł ich zobaczyć – to też pierdolić. Ten jeden raz Yuuri był zdeterminowany pierdolić wszystko. Poza zajebistymi wargami przy swoich ustach i jeszcze zajebistszej dłoni na swoim członku.
Co to, Viktor ma monopol na nieodpowiedzialne zachowanie? Tylko jemu wolno zgrywać kichającego na wszystko bezwstydnika? Pfft! Yuuri zaraz pokaże, co to znaczy być naprawdę bezwstydnym!
Kroczem naparł na pieszczącą przyrodzenie dłoń, jednocześnie łapiąc zębami dolną wargę ukochanego. Viktor odpowiedział ciągnięciem za włosy i agresywnym całowaniem szyi… i gwałtownym szarpnięciem nadgarstka w majtkach Yuuriego. Ten pokaz dominacji przyprawił Japończyka o przyjemny dreszczyk. Viktor rzadko pokazywał mu się od tej strony – nawet w łóżku bywał raczej delikatny. Zazwyczaj obchodził się z narzeczonym jak ze szkłem. Chyba że wspomniany narzeczony otwarcie zażyczył sobie czegoś innego.
Ma w sobie więcej zwierzęcych instynktów, niż sądziłem. – Yuuri ledwo był w stanie sformułować tę myśl, biorąc pod uwagę, że kciuk Viktora dość mocno masował mu członka – Kiedy chciał przyłożyć Jackowi, był cholernie męski. Jeżeli zrezygnuje z wymachiwania pięściami i przeniesie tą swoją samczość do łóżka, to nie będę miał nic przeciwko. Lubię kiedy… oooooch! BUDDO!
Katsuki głośno jęknął. Jego rozochocony facet wybrał właśnie ten moment, by pogłaskać go po jądrach. Najpierw ledwie musnął delikatną skórę, a potem, palec po palcu, ścisnął mieszczącą się pod twardym członkiem miękkość. Japończyk zareagował na to skomleniem. Dłonie, którymi ściskał srebrne włosy, przeniosły się na szerokie ramiona.
- Cholera. Zostawiłem lubrykant w płaszczu. – Viktor mruknął rozżalonym tonem – Gdybym go nie zapomniał, już byłbym w Tobie.
- Zawsze nosisz ze sobą lubrykant? – Yuuri ledwo mógł złapać oddech.
- Nie. Tylko gdy idę gdzieś z tobą.
- Racja. Głupie pytanie.
- No co? Jestem praktyczny i gotowy na wszystko. A o tym, żeby przelecieć Cię w miejscu publicznym fantazjowałem od miesięcy.
- Od miesięcy! – parsknął Japończyk – To nie tak długo…
Ja fantazjowałem o tym już siedem lat temu.
Narzeczony najwyraźniej czytał mu w myślach.
- Swoją drogą, Yuuri… fantazjowałeś o mnie, gdy byłeś młodszy? Przerwałeś wcześniej naszą fascynującą rozmowę o masturbacji i nie zdążyliśmy tego ustalić.
Na twarzy Katsukiego pojawił się leniwy uśmieszek. Japoński łyżwiarz uwodzicielsko objął trenera za szyję.
- Nie powiem ci. – wyszeptał, spojrzeniem rzucając ukochanemu wyzwanie.
- Jesteś pewien, że mądrze jest mi odmawiać? – w niebieskich oczach migotały iskierki rozbawienia – Mam w dłoni twardy argument.
- Hm… wciąż jesteś za mało przekonujący. Nic ci… aaaach! Boże!
Twardy argument, czyli penis Yuuriego został mocno ściśnięty, a potem w baaardzo przyjemny sposób połaskotany opuszką palca wskazującego. Młodszy z mężczyzn omal nie stracił czucia w nogach. Gdyby kurczowo nie przytrzymywał się szyi ukochanego, osunąłby się na ziemię.
- Coś mówiłeś? – wykrzywione w wesołym uśmieszku usta Rosjanina zadały to pytanie centymetr od ust Japończyka – Czy ten jęk miał znaczyć „tak, Viktor, fantazjowałem o tobie" czy „nie, Viktor, nie fantazjowałem o tobie"?
- Nie… nie pamiętam, czy… oooch, błagam!
- Nie bądź kłamczuszkiem, Yuuri.
O panie… ten kciuk masujący czubek męskości!
- Z… zgoda. – Japończyk wysapał, przyciskając policzek do ucha ukochanego – Raz. Myślałem o tobie… ach… raz.
- Raz?
Maaaatko! Skąd on wie, że powinien delikatnie szarpać włosy łonowe?! Jakim cudem Yuuri tego nie wiedział?! To jego ciało i jego penis. Zanim poznał Viktora, miał dobre dziesięć lat, by odkryć, jak się tym bawić.
- No dobra… ugh… więcej niż raz.
- Więcej?
- Ugh! Myślałem o tobie… ach… wiele razy. Ale tylko jeden raz… uch… poszedłem na… Booooże… całość!
Jezus Maria, niech już przestanie droczyć się z Yuurim, tylko złapie tego przeklętego fiuta z całej siły! Sfrustrowany Japończyk sięgnął ręką w dół i przez spodnie próbował docisnąć dłoń ukochanego do przyrodzenia. Jednak Viktor był nieugięty.
- Zrobię to tak, jak lubisz, jeśli podasz mi więcej szczegółów. – obiecał, całując brew Yuuriego.
- Uuuuuugh!
- Nie marudź, bo to ci w niczym nie pomoże. I nie pchaj swoich świńskich rączek tam, gdzie nie trzeba.
Dłoń Japończyka już miała wpełznąć pod dżinsy, ale jej plany zostały pokrzyżowane. Nagle oba nadgarstki Yuuriego znalazły się nad głową. Palce Rosjanina dociskały je do drzewa, jak kajdanki.
- V-Viktoooor!
Wściekłymi ruchami bioder, Katsuki dawał ukochanemu do zrozumienia, że żąda natychmiastowego powrotu cudownej ręki do swoich majtek!
- No już, spokojnie. – Viktor cmoknął zmarszczony ze złości nosek.
Jedną dłonią przytrzymał nadgarstki Yuuriego, a drugą zaczął wsuwać z powrotem pod spodnie… ale zatrzymał się w połowie.
- Opowiedz mi o tych wielu razach. I, oczywiście, o tym jednym razie, gdy poszedłeś na całość.
- Uuuuch! Zgoda! No więc… zanim przyjechałeś do Hasetsu, nie fantazjowałem o niczym szczególnym. Co najwyżej o przytulaniu. Bardzo rzadko o całowaniu. Byłeś dla mnie czymś na kształt świętości, więc miałem opory przed robieniem z tobą czegoś więcej. Nawet we własnych myślach. Ale raz nie mogłem się powstrzymać. A potem przez cały tydzień chodziłem rozkojarzony. Miałem taką paranoję… cały czas wydawało mi się, że wszyscy wokół opanowali telepatię i że dowiedzą się, co ze mną robiłeś… w mojej wizji, w sensie.
- O? A co takiego robiłem?
Yuuri spojrzał prosto w podekscytowane niebieskie oczy.
- Grzebałeś mi w gaciach pod drzewem.
- Och!
Szczupła dłoń na powrót zanurkowała w bokserkach Japończyka.
- Czyli teraz spełniamy twoją najskrytszą fantazję? – Viktor sprawiał wrażenie absolutnie tym faktem zachwyconego.
- Coś w tym stylu.
„Spełnienie najskrytszej fantazji" należało uznać za spore niedopowiedzenie. Chodziło o coś więcej. Stojąc pod tym drzewem – z rękami unieruchomionymi nad głową, z ocierającą się o biodro męskością Viktora… i własną męskością w dłoni Viktora – Yuuri tworzył wspomnienie będące w stanie przyćmić wszystkie dotychczasowe wspomnienia z Detroit. Kiedy stąd wyjedzie, już nie będzie chłopaczkiem, który obserwował parę pod drzewem, czując mieszaninę zawstydzenia, tęsknoty i zazdrości. Tamten dzieciak to przeszłość. Dzisiejszy Yuuri Katsuki to świadomy własnych pragnień, szykujący się do zmiany stanu cywilnego facet, któremu oszalały z miłości przyszły mąż robił znacznie przyjemniejsze rzeczy, niż jakaś durna blondyna azjatyckiemu kolesiowi na imprezie Jacka.
Ach! Rzeczywistość okazała się sto razy lepsza od fantazji! Dłoń Viktora dostarczała o wiele wspanialszych wrażeń niż dłoń Yuuriego – te długie palce, gładka skóra i… och!... czubki wypielęgnowanych paznokci zahaczające o nabrzmiałego członka w taki sposób, że… aaaach, Boże! Do tego ocierające się o korę pośladki. Zapach jesieni. Łaskoczący szyję chłodny wietrzyk. I te ręce… och, Buddo, ręce nad głową Yuuriego, przytrzymywane przez Viktora z taką władczością!
Szelest liści zlał się z coraz głośniejszymi jękami obu mężczyzn. Ciągnięty za nadgarstki przez narzeczonego, Japończyk wygiął się w łuk. Dłoń Rosjanina masowała pulsującego fiuta tak szybko i mocno, jakby chciała go rozgrzać. Ciało Yuuriego stało się tak pełne kontrastów jak mapa Stanów Zjednoczonych – ręce i nogi lodowate jak Alaska, a w majtkach palący żar Arizony. Jeeezu, dlaczego wcześniej nie robili takich rzeczy na zewnątrz? To nie było fajne… to było asbolutnie fantastyczne!
Yuuri sądził, że nie będzie już lepiej. Ale właśnie wtedy Viktor zamknął oczy, zmarszczył czoło i z wyrazem twarzy dzikiego wilka zaczął gryźć sutek ukochanego przez koszulkę.
- Oooooch, Chryyyste! Vi… Vi… Vik… tor…
Młodszy z mężczyzn zdawał sobie sprawę, że zaczyna brzmieć jak kobieta, jednak miał to gdzieś. Bardziej niż na własnym piskliwym głosie, koncentrował się na ustach Viktora. Nie mogąc złapać twardniejącej brodawki, zęby Rosjanina lekko szarpały materiał. Cholera, Yuuri nigdy nie wypierze tego T-shirta!
- Gdybyś mnie zerżnął, byłoby jeszcze lepiej. – zakwilił, wypinając tors, by wspomóc napalonego wybranka w próbach ugryzienia sutka – Ale oczywiście jesteś łajzą i musiałeś zostawić płaszcz w knajpie! Wiedziałem, że ta Twoja zapominalskość kiedyś się na Tobie zemści.
- Nie wkurwiaj mnie, Yuuri! – dla podkreślenia tych słów, Viktor gniewnie naparł twardą męskością na biodro narzeczonego – Kurwa, ta koszulka…. zaraz mnie szlag trafi! No dobra! Masz nie opuszczać rąk, jasne?
Rosjanin na moment puścił nadgarstki Japończyka. Nie przerywając intensywnych działań w majtkach, jedną ręką złapał za skraj koszulki i niezdarnie ściągnął ją Yuuriemu przez głowę. Niefortunna część garderoby została ciśnięta na stertę liści. Viktor na powrót złapał pozostajęce w górze nadgarstki kochanka.
- No, teraz lepiej. – wymruczał, przyciskając wargi najpierw do jednego, a potem do drugiego beżowego pączka.
- Viktor… - tylko tyle Yuuri był w stanie powiedzieć – Viktor… Viktor… Viktor.
Boziu, ta sytuacja coraz bardziej przypominała scenę z imprezy! Azjatycki chłopak ze wspomnienia Katsukiego miał kąpielówki… jednak blond partnerka nie była dość czuła, by ustami pieścić jego tors. Nie to co Viktor. Viktor z pewnością był bardziej kreatywny niż szukająca szybkich podniet lalunia. I z pewnością bardziej namiętny.
Och, Boże! O Buddo! Jezu, niech to trwa! Niech ta przyjemność nigdy się nie kończy! Czy nie mogliby zostać tu na zawsze?
Spełnienie było blisko. To i tak cud, że Yuuri tak długo wytrzymał. Gdyby Viktor nie zdjął mu koszulki, może jakoś powstrzymałby zbierające się w dole brzucha ciepło… ale w tej sytuacji nie miał najmniejszych szans! W sytuacji, gdy ciepły język łaskotał schłodzone sutki, czyniąc je twardymi i wilgotnymi…
- V-Viktor… blisko! Ja za chwilę… p-proszę, pocałuj! – Yuuri wyrzucił z siebie desperacki bełkot.
Rosjanin bez problemu zrozumiał. Jego wargi natychmiast przylgnęły do ust ukochanego.
Pod wpływem orgazmu, ciało Japończyka zatrzęsło się, a umysł na chwilę odłączył się od rzeczywistości. Z gardła Yuuriego wyszedł okrzyk, ale został całkowicie zagłuszony przez pocałunek. Dłoń Viktora puściła nadgarstki. Pozbawione sił ręce opadły na szyję srebrnowłosego mężczyzny.
Yuuri nie był pewien, jak długo odzyskiwał jasność umysłu. Nie wiedział, jak długo tkwił przytulony do narzeczonego, dysząc, jak po maratonie. Ich spocone czoła sprawiały wrażenie sklejonych ze sobą. Podobnie jak torsy – czarna koszula Viktora przyjemnie łaskotała wrażliwe po pieszczotach sutki Yuuriego.
Pierwsza składna myśl Katsukiego dotyczyła rozkoszy partnera.
- Viktor… czy ty…?
- Nie martw się, doszedłem. – Rosjanin złożył na czole Japończyka zmęczony pocałunek – Jakąś sekundę po tobie. Albo przed tobą? Nie jestem pewien… na chwilę urwał mi się film.
- Ta… mnie też.
Yuuri coś sobie uświadomił.
- Nie widziałem, żebyś się dotknął.
- Bo się nie dotknąłem. – Viktor zaśmiał się – Prosiaczkowa magia. Twoje biodro jest bardzo podniecające. Zaczynam rozumieć, dlaczego Makkachin je obłapia. Zabawa twoją różdżką również sprawiła mi frajdę.
- Nie oskarżaj Makkachina o takie rzeczy. – uśmiechając się, Japończyk odgarnął ukochanemu włosy z czoła – Wiem, że to ty obłapiasz mnie, gdy zdarzy mi się przysnąć na kanapie. Szczekanie mi do ucha nie wystarczy, byś mógł zwalić wszystko na psa.
- Och, Yuuri! Nie daj się zwieść! Ten cwany pudel chce, żebyś tak myślał!
- Cwany pudel, co?
Miał zamiar powiedzieć, co myśli o „cwanych pudlach", ale akurat wtedy dłoń Viktora wysunęła się z jego majtek. Cały czas patrząc narzeczonemu w oczy, Rosjanin zlizał z palców białą lepkość.
- Wybacz. – powiedział z niewinnym uśmieszkiem – Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jaki jestem głodny.
- Ja też nic nie jadłem.
Nie wierząc, że to robi, Yuuri objął ustami najmniejszy palec Viktora. Uch, jego śmiałość przechodziła dzisiaj niezłą rewolucję! Z nasieniem srebrnowłosego kochanka był co prawda doskonale zaznajomiony, ale swojego własnego próbował po raz pierwszy. Smakowało… hm… niemal tak samo?
- Twój eros jest dzisiaj zjawiskowy, Yuuri. – wysuwając mały palec, Viktor przejechał opuszką po dolnej wardze Japończyka.
- Ech, z tego całego stresu chyba zaczęło mi trochę odbijać. – Katsuki westchnął, kręcąc głową.
- Lubię twój sposób radzenia sobie ze stresem.
- Uuuuch… nie mogę uwierzyć, że zrobiliśmy coś takiego w takim miejscu! Boże, przecież tutaj, w Stanach, robienie tego typu rzeczy jest surowo zabronione! Viktor, my jesteśmy przestępcami!
- Oj tam, znowu przestępcami… co najwyżej zboczeńcami, Yuuri.
Jakiś czas patrzyli na siebie w milczeniu, a potem równocześnie parsknęli śmiechem. Chichotali, dopóki z ust Japończyka nie wyszło głośne „APSIK!"
- No i masz… - Viktor zacmokał z dezaprobatą – Wspaniały ze mnie trener! Zaraz mi się tutaj przeziębisz… o, nie! Zostaw ten T-shirt! Jest cały w błocie.
Yuuri z osłupieniem zdał sobie sprawę, że narzeczony zaczyna rozpinać guziki koszuli. Mimo wszystkiego, co wydarzyło się chwilę temu, nie potrafił powstrzymać rumieńca. Widok umięśnionego brzucha i znikających w spodniach srebrnych włosków zawsze tak na niego działał.
- V-Viktor… n-nie musisz…
- Cicho bądź. Sam cię rozebrałem. Nie będę teraz uchylał się od odpowiedzialności.
Viktor puścił mu oko. Chwilę później, czarna koszula została narzucona na ramiona Yuuriego. Po zapięciu ostatniego guzika, srebrnowłosy mężczyzna objął wybranka. Kolistymi ruchami dłoni rozgrzewał mu plecy.
- I jak? Lepiej ci, zmarzluchu?
- A co z tobą?! Viktor, skończy się na tym, że to ty się rozchorujesz!
- W przeciwieństwie do ciebie, nie jestem czynnym zawodnikiem. Mogę sobie chorować. A poza tym, jestem Rosjaninem. Nie czuję zimna.
- Pfft! Jesteś Rosjaninem-kanapowcem!
- No wiesz? Ja w tak rycerski sposób chronię cię przed zimnem, a ty wyzywasz mnie od kanapowców!
- Na litość boską, załóż chociaż moją koszulkę!
- Taki miałem zamiar…
Ciesząc się jak głupek, srebrnowłosy mężczyzna nałożył ubrudzoną własność partnera.
- Trochę za ciasna w klatce… - skomentował, nieznacznie wygładzając materiał – Ale dzięki temu jest sexy.
Zdecydowanie ZBYT sexy! – w myślach pisnął Yuuri.
Wstydliwa część jego osobowości miała ochotę zakryć sobie oczy, a wewnętrzny Eros marzył tylko o tym, by patrzeć na ukochanego i się ślinić.
T-shirt, który na właścicielu leżał dość luźno, na Viktorze leżał… eghm! Niebieski materiał ciasno przylegał zarówno bicepsów na ramionach, jak i do muskularnej piersi. Przylegał do tego stopnia, że było widać sutki.
- Masakra! – Japończyk wybełkotał, łapiąc się za policzki.
- Nie przesadzaj. Nie jest aż tak ubłocona.
Tu nie chodzi o BŁOTO, człowieku!
Viktor powinien częściej nosić tę koszulkę. Pasowała mu. Idealnie dobrana pod kolor oczu.
Rosjanin najwidoczniej miał podobne odczucia, co do własnej odzieży na ukochanym.
- Ładnie ci w czarnym. – stwierdził, delikatnie ujmując brodę Yuuriego – Ładnie ci we wszystkim, co moje. Przypomniało mi się, jak miałeś na sobie mój kostium z czasów juniorskich.
- M-mnie też to się przypomniało.
Jako junior Viktor był nieco chudszy od Yuuriego. Ale też wyższy, przez co kostium wydawał się Japończykowi odrobinę za luźny. Podobnie jak ta koszula. Ona była zdecydowanie za duża.
Palce Rosjanina przesunęły się z podbródka na policzek ukochanego. Już miało dojśc do pocałunku, gdy rozległa się cicha melodyjka. Viktor sięgnął do kieszeni spodni. Yuuri zdążył rzucić okiem na wyświetlacz. Kiedy poznał tożsamość dzwoniącego, napiął się.
- Hej. – srebrnowłosy mężczyzna przywitał się z Jeżykiem – Przepraszam, że jeszcze nie przyszedłem. Coś mnie zatrzymało. Za chwilę przyj…
Przeczuwając, co Viktor zaraz powie, Yuuri położył ukochanemu dłoń na barku. Ich oczy spotkały się. Pod wpływem błagalnego spojrzenia Japończyka, Rosjanin zawahał się.
- … oddzwonię. Za chwilę oddzwonię, okej? – poprawił się, wzdychając.
Kciukiem przerwał połączenie.
- Przezwisko „Prosiaczek" już do ciebie nie pasuje. – oparł dłoń na biodrze i ze wzrokiem pod tytułem „nie odpuszczę", zerknął na narzeczonego – „Osioł". Jesteś uparty jak osioł, Yuuri.
- Mógłbym to samo powiedzieć o tobie. – Yuuri również nie zamierzał odpuszczać.
- Może i się uspokoiłem, ale nadal chcę mu przyło… mphf!
Viktor nie dokończył zdania, bo został złapany za koszulkę i brutalnie pocałowany w usta.
- Obiecaj, że mu nie przyłożysz. – Katsuki wyszeptał rozkazującym tonem.
Niebieskie oczy były pełne podziwu, ale w dalszym ciągu nieprzekonane.
- Nie będę łamał mu kości. Przywalę mu najwyżej kilka ra… mphf!
Kolejny miażdzący całus.
- Obiecaj, że mu nie przyłożysz.
- Sądzisz… - Viktor wydyszał, z trudem łapiąc oddech – że pocałunkami… wybijesz mi z głowy… ten pomysł? To nie takie… uch… proste. Wciąż mam ochotę mu… mphf!
Języki toczyły zażartą bitwę. Chociaż pocałunek miał być sposobem na uspokojenie buzujących w srebrnowłosym mężczyźnie emocji, zamienił się w rosyjsko-japońską walkę o dominację. Po skończonym starciu, na dolnych wargach obu mężczyzn zostały ślady zębów.
- Nie będziesz mi rozkazywał, Yuuri. – Viktor próbował brzmieć władczo, ale średnio mu to wyszło.
- Obiecaj, że mu nie przyłożysz.
- Do diabła, powiedziałem, że nie będziesz mi… mphf!
Po drżących dłoniach, które zacisnęły się na jego talii, Japończyk zyskał pewność, że jego narzeczony wkrótce wymięknie. Również ruchy warg się zmieniły. Viktor na początku całował agresywnie, jakby wciąż nie chciał odpuścić, ale im dłużej oddychał tym samym powietrzem co Yuuri… im dłużej ich języki ocierały się o siebie… tym więcej napięcia ulatywało z ciała Rosjanina. Aż wreszcie została tylko czułość.
- No dobra. – Vikor burknął, czołem opadając na ramię partnera – Wygrałeś. Nie wiem, co to za pierdolona czarna magia, ale wygrałeś. Obiecuję, że mu nie przyłożę. Chociaż żałuję jak jasny szlag, bo cholernie swędzą mnie pięści!
- Kocham cię.
- Okej, już nie żałuję.
Yuuri zaśmiał się. Palcami przeczesał srebrne włosy. Po wcześniejszej… eghm… zabawie pod drzewem nie były tak aksamitne, jak zazwyczaj. Kleiły się od potu. Ale w dalszym ciągu były miłe w dotyku.
Telefon Viktora ponownie zadzwonił. Ale tym razem to nie był Jeżyk. Głos Britney Spears śpiewał piosenkę „Hit me baby one more time".
- Oho! - na twarzy Rosjanina zagościł łobuzerski uśmieszek – Informacje dochodzą do Papcia szybciej niż dane do satelity!
Komórka została odsunięta metr od ucha. Yuuri pomyślał, że jego narzeczony nacisnął zieloną słuchawkę w taki sposób, jakby naciskał przycisk aktywujący bombę. Ciszę wypełniły wulgarne wrzaski po rosyjsku.
- CO TY SOBIE, KURWA, MYŚLISZ, BY ZGRYWAĆ JAKIEGOŚ PIERDOLONEGO ZABIJAKĘ, MASZ PRAWIE TRZYDZIEŚCI LAT I, KURWA, NIE UMIESZ NAD SOBĄ PANOWAĆ, CZY CI DO RESZTY ODJEBAŁO, A JAK, KURWA, PÓJDZIESZ DO PIERDLA, TO MYŚLISZ, ŻE KTO BĘDZIE MUSIAŁ CIĘ…
I tak dalej, i tak dalej. Feltsman wydzierał się dobre kilka minut. Yuuri nie wszystko z tego zrozumiał, bo nie był aż tak biegły w znajomości bardziej wyszukanych przekleństw po rosyjsku.
Viktor zareagował na ryki trenera kilkoma ziewnięciami. Cierpliwie czekał na moment, aż staruszek zmęczy się i będzie musiał złapać oddech.
- Widzę, że Kocurek i Ruda już zdążyli na mnie nakablować. – rzucił do telefonu.
- A CO MIELI, KURWA, ROBIĆ?! SKORO SAM NIE UMIESZ MYŚLEĆ, TO KTOŚ MUSI TO ZROBIĆ ZA CIEBIE! NIE MOŻESZ ZAMIENIAĆ SIĘ W ROZSZALAŁEGO DOBRERMANA ZA KAŻDYM RAZEM, GDY KTOŚ ZERWIE WŁOS Z GŁOWY TWOJEGO JAPOŃCZYKA!
Mina srebrnowłosego mężczyzny mówiła: „owszem, mogę". Mimo to Viktor przewrócił oczami i powiedział:
- Dobra, już się uspokój. Nikomu nie przyłożyłem i… ech… niestety obiecałem, że tego nie zrobię.
Nastąpiło kilka sekund pauzy. A potem Feltsman zaczął coś mówić o wiele cichszym (choć nadal wkurwionym) tonem.
- Yakov, mógłbyś powtórzyć? Odsunąłem komórkę od głowy, dlatego nie usłyszałem. No dobra, już tak się nie rzucaj… tak, tak, mówiłem ci, że obiecałem, że… co? Że gdzie jesteś? W Detroit?
Yuuri otworzył usta ze zdumienia. Natomiast Viktor odrzucił głowę do tyłu i wybuchł śmiechem.
- Ty naprawdę nie umiesz się sobą zająć, gdy nie ma nas w pobliżu. Nie mogłeś wysiedzieć w Chicago, co? Jak zwykle coś sobie ubzdurałeś i pojechałeś za nami aż do… pfft! Odwiedzasz Tatianę? Ta jasne, możesz to sobie wmawiać. Tak wiem, że oddałeś jej willę Wronkova. Wiem też, że ciotunia Tatiana miała jechać na wakacje. Po prostu przyznaj, że chciałeś nas szpiegować. A może Lilka ci kazała? No dobrze, już dobrze! Jezu, uspokój się, żartowałem…
Feltsman przez długi czas coś mówił. Yuuri nie był w stanie stwierdzić, co dokładnie, ale co najmniej dwadzieścia razy usłyszał swoje nazwisko. I – co stwierdził rumieniąc się – z dziesięć razy padło słowo „miłość". Viktor słuchał tego wszystkiego z łagodnym uśmiechem. A kiedy sędziwy trener rzucił coś, co zabrzmiało jak „no dobra, kończę, bo cośtam", srebrnowłosy mężczyzna oświadczył:
- A tak swoją drogą, Yakov… Jackuczka Wronkov znęcał się wcześniej nad twoim Juraczką. Ponoć odgrażał się, że połamie mu i kończyny i psychikę i że zademonstruje mu, na czym polega „molestowanie seksualne" w każdy, opisany na stronce Confetti Giacometti, sposób. Jackuczka Wronkov jest przetrzymywany przez gang motocyklowy obok Zachodniego Wejścia Centrum Handlowego, nieopodal jeziora Erie. Tak tylko pomyślałem, że chciałbyś wiedzieć. No to papa!
Z ust Yuuriego wyszedł przerażony kwik.
- V… VIKTOR!
- No co? – z miną niewiniątka, Viktor schował komórkę do kieszeni – Obiecałem ci, że sam mu nie przyłożę… ale za innych już nie mogę ręczyć, nie uważasz?
Japończyk przełknął ślinę.
- C-co… co pan Feltsman mu zrobi?
Rosjanin wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia. Mam nadzieję, że zdejmie pas. Chociaż najlepiej byłoby, gdyby złapał sukinsyna za fraki i zawlókł go przed oblicze dziadków. Jestem pewien, że nie zawahaliby się wysłać własnego wnuka na Syberię. Zaraz po spuszczeniu mu zasłużonego łomotu, rzecz jasna. Uwierz mi Yuuri… nie chciałbyś mieć do czynienia z babuszką Kateriną.
- Babuszka Katerina, czyli… żona pana Wronkova, tak?
- Jego żona… jego szef… jego nemezis z piekła rodem. Zwał go, jak zwał. W każdym bądź razie, straszna kobieta. Jest ci przykro, Yuuri? No wiesz… że powiedziałem Yakovowi?
Yuuri pokręcił głową.
- Nie, nie jest mi przykro. – stwierdził, kładąc ukochanemu dłonie na ramionach – Pan Feltsman wie, co robi. Jest zbyt mądry, by dać się wsadzić do więzienia. Założę się, że wymyśli, jak ukarać Jacka, nie angażując własnych pięści. A poza tym… n-najważniejsze, że na twoich pięściach nie będzie krwi.
Srebrnowłosy mężczyzna jakiś czas milczał.
- Tak strasznie ci zależało, żebym mu nie przyłożył, Yuuri. Dlaczego?
Jego głos nie był sfrustrowany. Pobrzmiewała w nim co najwyżej nuta zaciekawienia.
- Jak to „dlaczego"? – Yuuri złapał narzeczonego za oba policzki – Bo chcę, żebyś był sobą. Nie tylko ty opiekujesz się mną. S-sam to powiedziałeś. Ja też, w pewnym sensie… opiekuję się tobą. Nie dam żadnemu kretynowi satysfakcji ze sprowokowania cię.
Po tych słowach pocałował Viktora. Długo i czule.
Kiedy wreszcie oderwali się od siebie, w niebieskich oczach dało się dostrzec zrozumienie. Trochę to trwało, ale Viktor zrozumiał. Yuuri też zrozumiał. Obaj zrozumieli dzisiaj wiele rzeczy.
Może taki właśnie był sens całej tej wycieczki? Może ten dziwaczny scenariusz, który sprezentowali im Bogowie – kłótnia, słowa Jurija, konfrontacja w barze, przybycie Mili, przybycie Phichita, furia Viktora – temu właśnie miał służyć? Może musieli przejść przez to wszystko, żeby wzmocnić łączącą ich więź? Yuuri wierzył, że tak właśnie było.
- Wracajmy do Centrum Handlowego. – Viktor zarządził, obejmując ukochanego ramieniem – Kupimy sobie nowe gacie.
- Tylko nie stringi! – od razu krzyknął Japończyk.
Rosjanin cicho parsknął.
- Stringi? Och, Yuuri… nie kupiłbym ci stringów!
A gdy przeszli parę kroków, dodał pół-gębkiem:
- Przymierzyłem wcześniej te cholerstwa. Kurewsko niewygodne. Nikogo nie skazałbym na takie tortury.
Katsuki wyobraził to sobie: Viktora w stringach. Viktora stojącego przed lustrem i mruczącego z aprobatą, na widok własnego cudnego ciała… a zarazem krzywiącego się, pod wpływem nieprzyjemnego ścisku w tyłku. Reakcja Yuuriego mogła być tylko jedna: oparł głowę o bark ukochanego i wybuchł śmiechem. Viktor również zaczął się śmiać.
I tak sobie szli w stronę Centrum Handlowego: jeden w za małej koszulce, drugi w za dużej koszuli. Szli, obejmując się ramionami i głośno się śmiejąc. Nie musieli już niczym się martwić.
A przynajmniej tak im się wydawało.
XXX
- Nad czym tu się zastanawiać? Po prostu opublikuj to nagranie i tyle!
- Ugh… wiesz, że gdyby to ode mnie zależało, zrobiłbym to bez wahania! Ale uważam, że decyzja powinna należeć do Yuuriego.
- Cholera, przecież wszystko już zostało wyjaśnione! Prosiak… jak to się, kurwa, mówi?
- Doszedł do ładu z przeszłością?
- Właśnie! Doszedł, kurwa, do ładu z przeszłością! W dodatku pogodził się ze swoim lalusiem-emerytem…
- Yurio, nie nazywaj mnie emerytem. Jeszcze nie jestem w wieku Yakova.
- Skoro już mowa o Yakovie… to trochę się martwię. Od godziny nie odbiera telefonu. Próbowałam się z nim skontaktować także przez Fejsa, ale…
- ŻE CO?! Od kiedy Yakov ma Fejsa?!
Siedzieli w chińskiej knajpce. Za oknem rozciągał się widok na jezioro Erie. Słońce powoli znikało za horyzontem.
Mila i Viktor posłali zszokowowanemu Jurijowi pełne politowania spojrzenia.
- Juraczka… - Babicheva zaczęła ze złośliwym uśmieszkiem – Chyba nam nie powiesz, że nie wiedziałeś o legendarnym koncie trenera?
- Ja też nie wiedziałem, że pan Feltsman ma konto na Fejsie. – wtrącił Yuuri.
- Ale ty nie trenujesz u nas w klubie od dziesiątego roku życia.
- A czy to przypadkiem nie tak, że wy wszyscy macie absolutny zakaz korzystania z Facebooka? – z zaciekawieniem spytał Phichit – Słyszałem plotkę, że pan Feltsman nienawidzi mediów społecznościowych… i że od razu uruchamia swoje kontakty, by skasować konto, jeżeli uczeń albo pracownik ośmieli się zarejestrować?
- Oficjalnie tak. – powiedział Viktor – Ale w rzeczywistości wszyscy mamy konta na nielegalu. Nie używamy naszych prawdziwych nazwisk, tylko pseudonimów. I musimy bardzo uważać, kogo dodajemy do znajomych. Yakov od czasu do czasu usuwa nam posty. Georgi chyba nawet parę razy miał kasowane konto… gdy przesadzał z prześladowaniem byłych dziewczyn. Ale ja i Miłeczka jesteśmy grzeczni, więc od paru lat działamy na tych samych kontach. Tylko Yurio jest zacofanym dzieckiem. Pfft! Żeby nie wiedzieć o koncie Yakova…
- Sam jesteś, kurwa, zacofany! – Plisetsky kilka razy rąbnął pięściami w stół – I przestańcie pieprzyć głupoty! Skoro to wszystko prawda, to dlaczego ja nie mogę sobie założyć konta na Fejsie?!
- Bo to trzeba umieć wynegocjować, matołku. – Mila przewróciła oczami - Gdybyś raz na jakiś czas zrezygnował z udawania wściekłego małolata, przekonałbyś się, że Yakov jest zadziwiająco prosty w obsłudze.
- Oj, jest. – Viktor uśmiechnął się z czułością – A rzeczy, które wypisuje na Fejsie, mogą wyprowadzić człowieka z najgłębszej depresji.
- ON NIE MA, KURWA, KONTA NA FEJSIE! – rozwścieczony blondynek wciąż nie potrafił przyjąć do wiadomości rewelacji na temat trenera.
- Juraczka… jak nam jeszcze powiesz, że nie znasz jego hasła do banku…
- Hę? A skąd niby miałbym znać jego hasło?
Nikiforov i Babicheva wymienili zrezygnowane spojrzenia.
- Ech, kocurek matołek…
- Sam ustanowił to hasło, a nawet nie wie.
- No to już wiemy, kto w tym klubie ma najniższe IQ.
- Ja wam zaraz, kurwa, dam najniższe…
- Eee… a wracając do tematu, publikujemy filmik, czy nie? – wymachując rękami, Taj zwrócił na siebie uwagę towarzystwa. Zrobił to w samą porę, jako że Plisetsky wyglądał, jakby miał zaraz rzucić się na kolegę i koleżankę z pałeczkami.
- Yuuri? – Viktor ścisnął spoczywającą na stole dłoń ukochanego – Co chciałbyś zrobić z nagraniem?
Japończyk zawahał się.
- A sprawdziłeś chociaż, co to za filmik? – zapytał byłego współlokatora – No wiesz… odkąd zgrałeś go z telefonu Jacka? To może być jedna z tych złośliwych składanek…
- To nie składanka, tylko całe Skate America. – burknął Jurij, dla uspokojenia nerwów, pakując sobie do gardła garście makaronu – Płogłam kłótki i dłowolny.
- Skąd wiesz?
- Obejrzeliśmy go we trójkę. – wyjaśniła Mila – Gdy pobiegłeś za Viktorem.
- Obejrzeliście…
- Obłejżeliśmy pławie wszłysto, opłócz Tłojego dłowolnego. – nastolatek sprostował, z policzkami napchanymi, jak u chomika – Tłój kłumple nłe płozwolił.
- Yurio, nie mów z pełnymi ustami.
- Viktor, daj mu spokój, jeszcze się udławi. – Yuuri w porę powstrzymał wojnę między swoim narzeczonym i Plisetskim – Jestem w szoku, że od razu nie opublikowałeś nagrania. – zwrócił się do Phichita.
- Bo mam wobec tego mieszane uczucia. – Taj westchnął, jednocześnie cykając fotkę sajgonkom – Lajki lajkami, ale… ech, sam nie wiem. Może dlatego że byłem tam, kiedy to się stało? Tak jakoś… pamiętam, co się z tobą działo… jak to wszystko przeżyłeś i odechciewa mi się publikacji. Niby to dobry pomysł… pokażesz, że przezwyciężyłeś lęki, ale… ech, jakby to powiedzieć…
Jurij połknął porcję makaronu.
- Publikacja filmiku nie wydaje się fajnym zakończeniem całej tej popieprzonej historii.
Phichit pstryknął palcami.
- Właśnie! Dokładnie tak, jak powiedział Jurek! Swoją drogą, Jurku, czy mógłbym…
- NIE, nie możesz wrzucić mojego zdjęcia na Instagram!
- Och, błaaaaagam! Wyglądasz na tej fotce zupełnie jak Budda!
- Że co?! Z której, kurwa, strony wyglądam jak Budda?!
- On ma na myśli innego Buddę. – Japończyk pokręcił głową – Chomika. A jeśli chodzi o ten filmik, to… to chcę go opublikować…
Cztery osoby natychmiast otworzyły usta, by powiedzieć, co na ten temat myślą.
- … ale dopiero za tydzień.
Wspomniane osoby zastygły w bezruchu z identycznie ogłupionymi minami. Viktor otrząsnął się pierwszy.
- Za tydzień? – powtórzył zdziwionym tonem – Ale… dlaczego dopiero za tydzień?
Yuuri uśmiechnął się.
- To niespodzianka. Zaskoczę cię.
EPILOG już wkrótce :)
A tymczasem ładnie proszę o komenty!
