Kiedy obudziłam się ze snu, szarpały mną skrajne emocje. Od chęci mordu, po irracjonalny, niczym niepoparty strach. Widząc nad sobą broń, strach znikł, wypchnięty gdzieś głęboko przez wściekłość. Furia. Dość krótka zresztą, bo nie zdążyłam się poruszyć, gdy zimne spojrzenie brązowych oczu wyprało ze mnie wszystko. Od nienawiści, po strach. Byłam pustą, ludzką skorupa wpatrującą się w te tęczówki i zastanawiająca się nad tym, kim jest ten człowiek i dlaczego tak się zachowuje. Potem wróciło inne pytanie:
Kim jestem ja? Dlaczego do mnie celuje? Podniosłam się do pozycji siedzącej, wyciągnęłam przed siebie dłonie. Zgięłam machinalnie palce, by upewnić się, że te kończyny są moje. I były. To nie były trójpalczaste łapska. To nie było moje ciało. Zerwałam się z pościeli, mimo sprzeciwu mężczyzn. Runęłam na podłogę, jednak nie pozwoliłam się dotknąć. Kopnęłam najbliższego prosto w krocze, czując narastającą furię. To nie było moje ciało! Słyszałam krzyki, przekleństwa, ale wszystko było takie odległe. Dobiegłam do drzwi, napierając na nie całym ciałem. Wiedziałam jak je otworzyć, ale nie potrafiłam utrzymać równowagi na dwóch nogach. Dwóch?! Przecież ja...
... Zamarłam, dotykając zimnego metalu. Chłód bił od podłogi, przenikając przez skórę, mrożąc krew. Stałam, chociaż nie pamiętałam jak zrywam się na nogi. Nie pamiętałam jak wstałam. Nie pamiętałam jak się obudziłam. Ostatnie co pamiętałam to... Strach? Chłód? Głód?
Odwróciłam się niepewnie i zobaczyłam zwijającego się z bólu Mordercaia, oraz stojącego, zaskoczonego Hammerlocka. On patrzył na mnie, ignorując przekleństwa, a ja na niego, ignorując wyzwiska. Poruszyłam niepewnie wargami, jakbym chciała coś powiedzieć. Nie zrobiłam tego, tylko oparłam się o drzwi i osunęłam na podłogę, podwijając kolana pod brodę.
- Co się stało? - spytałam, a mój głos w moich uszach zabrzmiał dziko. Jakaś drapieżna nuta czyhała w najniższych tonach. Chyba tylko ja to wyczułam, bo Hammerlock zbliżył się do mnie, owijając mnie szlafrokiem.
- Spałaś - powiedział prostodusznie. Biło od niego ciepło, ale wiedziałam, że mnie okłamuje. Kłamał. Kłamał! Wściekłość ogarnęła moje ciało, a ja go odepchnęłam. Stracił równowagę i wyrżnął na ziemię, a ja wstałam, celując w niego palcem.
- Kłamiesz! - zasyczałam z furią. Nim którykolwiek z nich zareagował, znalazłam się nad staruszkiem. Zacisnęłam szczupłe palce na jego szyi, ograniczając dopływ powietrza. Nienawidziłam, gdy mnie okłamywali. Nienawidziłam. Złapał mnie za nadgarstki i z przerażeniem przekonał się, że nie zamierzam puścić. Rządza mordu w moich oczach przeraziła go.
Nagle poczułam, jak jakieś silne ręce łapią mnie w pasie i podciągają do góry. Puściłam starca, ale nie zamierzałam poddać się bez walki. Kiedy ten drugi postawił mnie na ziemi, na zgiętych nogach, jakbym miała zaraz się przewrócić, wyprostowałam się nagle, uderzając głową wprost w jego twarz. Nie krzyknął ani nic, tylko zrobił krok do tyłu. Doskoczyłam do niego, popchnęłam, a gdy ten wyrżnął o ziemię, usiadłam na nim i również jego próbowałam poddusić.
W przeciwieństwie do staruszka, ten nie zamierzał poddać się w obawie, że mnie skrzywdzi. Kiedy dostałam z pięści w twarz, zamroczyło mnie. Nawet nie wiem kiedy przewalił mnie na plecy. Chciał zablokować mi ręce, ale nie zdążył i paznokcie przeorały skórę na twarzy. Furia w jego oczach napędzała moją. Jego nienawiść przeciwko mojej. Walka o śmierć i życie. Z mojego gardła wydobył się dziki dźwięk, coś jak śmiech. Szamotaliśmy się chwilę na ziemi, sapiąc ze zmęczenia. Żadne nie chciało się poddać.
Ten drugi coś krzyczał, ale mój rywal w ogóle się tym nie przejmował. W ułamku sekundy stanął na nogi, złapał mnie za szlafrok i przycisnął do ściany, uniemożliwiając wszelką ucieczkę. Mierzył we mnie wściekłym spojrzeniem, próbując przerazić bliskością. Nie obawiałam się ani jego, ani tego, co mógł mi zrobić - bo nie mógł nic. Czekałam cierpliwie, aż zbliży moją twarz na tyle blisko, by jego usta były w zasięgu moich warg. Dekoncentracja. To była kwestia ułamków sekund.
Zamarł, gdy go pocałowałam. Delikatne, subtelne muśnięcie warg sprawiło, że cała jego czujność wyparowała. Hympf. Samce... Odepchnęłam go z dziecięcą łatwością, ale nim zdążyłam zrobić cokolwiek, uziemił mnie ponownie. Było mi obojętne, że mnie całuje. Było mi obojętne to, gdzie błądziły jego ręce. Było...
... W pierwszej chwili, byłam pewna, że to szalony, pojebany sen jakich miałam w trzy dupy w ciągu swojego życia. W drugiej wiedziałam, że to nie sen. W trzeciej instynktownie moje kolano znalazło się między jego udami, a gdy rozluźnił uścisk, odepchnęłam go. Wyrżnął na ziemię, zwijając się z bólu.
- Pojebańcu! - wydarłam się na całe gardło, celując w niego palcem. Nie potrafiłam ukryć tego jak bardzo drżą mi ręce. Dyszałam wściekła, wpatrując się w niego i zamarłam, słysząc jak się śmieje. Spojrzałam na Hammerlocka, który spoglądał na całą scenę spomiędzy palców, którymi próbował przesłonić widok. Jak zawstydzone dziecko. Wyprostowałam się, owijając szczelniej szlafrokiem i wyszłam z pokoju, ceremonialnie trzaskając drzwiami.
Siedział na ziemi, wpatrując się w zamknięte drzwi. Zerknął na Hammerlocka, który stał oparty o ścianę, trzymając się za ręce. Mijała sekunda za sekundą, aż nagle Mordercai podniósł się na nogi, usiadł na łóżku, poklepał po spodniach za paczką fajek, odpalił skręta, spojrzał w sufit i zaczął się śmiać.
- Co to, kurwa, było? - zapytał i spojrzał na przyjaciela. - "Będzie osłabiona, nie wiadomo czy przeżyje", tak? No kurwa, chyba nie. W życiu nie widziałem, by tak zacięcie walczyła!
- Mord, ona chciała nas pozabijać - powiedział poważnym głosem Hammerlock, ale przyjaciel go nie słuchał, tylko się śmiał i zaciągał. Po chwili jednak umilkł, spojrzał na drzwi i uśmiechnął się.
- Poprawka. Ciebie zabić, mnie zgwałcić.
- Zauważ, że potem by cię zabiła - powiedział wściekły Hammerlock, rzucając przyjacielowi spojrzenie. On zauważył, że coś było nie tak w tej całej sytuacji, a lekceważące podejście Morda, który uważał to za coś całkowicie normalnego, irytowało go do granic.
- Zauważ, przyjacielu, że umarłbym spełniony i szczęśliwy.
- Człowieku! Czy ty w ogóle zwróciłeś uwagę co tu się działo?! - wrzasnął, całkowicie wytrącony z równowagi - To było...
- Zajebiste. - Mord uśmiechnął się bezczelnie, gdy to mówił. Nie kontynuował tego tematu, tylko podniósł się, skrzywił z bólu i ruszył niepewnie w kierunku drzwi. Zszedł po schodach z wielkim trudem. Wbrew wszystkiemu, zauważył zmianę w zachowaniu dziewczyny i nie uważał tego za zły symptom. Koniczyna okazała się rosiczką, która dopiero pokazuje ostre ząbki. I miał nadzieję, że przekona się o tym na własnej skórze. To mogło znacznie urozmaicić jego nudną egzystencję. A gdyby zabawa zrobiła się zbyt niebezpieczna, zabiłby ją. Tak dla zasady. Wściekniętego skaga się dobija, a rosiczkę wyrywa.
Na parterze dostrzegł Lucky, która piła energicznie wódkę.
- W ten sposób to wykończysz wątrobę, mała - zawołał do niej, a ta posłała mu mordercze spojrzenie. Zupełnie inne od tego, które serwowała mu w pokoju. Te było tylko grą pozorów - tamte obietnicą.
- Płuczę usta - odpowiedziała, a kącik jej ust uniósł się delikatnie do góry.
- Aż tak świetnie całuję? - Wyszarpnął jej butelkę i sam pociągnął łyk.
- Nie, zrzygałam się - odpowiedziała przesłodkim głosikiem, odwracając się. Mord zamarł na krótką chwilę, by przepłukać usta i przełknąć cały alkohol, wzdychając z zadowoleniem.
- Póki nie rzygnęłaś do butelki, mnie jest wszystko jedno - przyznał szczerze. Zabrał butelkę ze sobą, ubrał się w skóry i wyszedł na zewnątrz, do samochodu. Usadowił się wygodnie na miejscu pasażera, włączył radio i z zadowoleniem słuchał muzyki, pociągając alkoholu z butelki. Nie wiedział, ile czasu upłynęło, gdy jego komunikator odezwał się. Przez szumy i trzaski usłyszał wyraźny głos Rolanda.
- Mord? Odbiór?
- Czego? - warknął do mikrofonu, obserwując Krwawca stąpającego po masce samochodu.
- Wracacie niedługo, prawda?
- Może.
- Na bagnach jest małe zamieszanie. Otrzymaliśmy sygnał S.O.S z kilkunastu wiosek jednocześnie. Jesteśmy w drodze od kilku godzin. Dołączacie?
Mordercai nie odpowiedział od razu, tylko zamknął oczy i wziął głęboki wdech. W New Heaven znów będzie musiał użerać się z Heleną, znów będzie upał, skagi, walka o przetrwanie. Będzie musiał tolerować całą bandę kretynów, którzy krążą mu pod nogami. No i będzie musiał uzupełnić zapasy.
- Johanson pędził bimber, nie? - zapytał, a otrzymawszy twierdzącą odpowiedź, uśmiechnął się. - Do zobaczenia.
Pakował samochód, podczas gdy Lucky siedziała na masce i pisała w swoim małym notesie. Oznajmił jej, że jadą na bagna. Nie potaknęła, nie zaprzeczyła, tylko poszła się spakować bez słowa. Hammerlock był przeciwny temu wyjazdowi, uznając, że dziewczyna musi odpocząć. Ta jednak nie sprawiała wrażenia zmęczonej czy przerażonej. Mało tego - była chętna do podróży i ponownego spotkania z ekipą. Kiedy wszystko było już w samochodzie, kiwnął Hammerlockowi na pożegnanie i usiadł za kierownicą. Lucky natomiast żegnała się bite dziesięć minut, by na samym końcu przytulić mężczyznę, pocałować w policzek i ruszyć do samochodu.
- Namiętne pożegnania? - zagadnął, a ona przewróciła teatralnie oczyma. Nie powiedziała jednak nic, tylko rozsiadła się wygodnie w fotelu. Odpalił silnik i ruszyli w dół zbocza. Podróż do promu minęła im w milczeniu - on skupiał się na niebezpiecznej jeździe, ona rozmyślała. Żadne z nich nie miało ochoty na głębszą konwersację, a tym bardziej przekomarzania.
Prom już na nich czekał, więc jedyne co im pozostało, to zaparkować i zdrzemnąć się. Mordercai uwalił się na siedzeniu i zamknął oczy, a na Lucky wyciągnęła notes i zaczęła w nim skrobać.
iWpis któryś tam. Byłam w śpiączce przez jakiś czas, a mam wrażenie, że wcale nie spałam. Jest to możliwe? Nie wiem, czy mi się coś śniło. Nie pamiętam tego, co działo się w domu Mordercaia. Wiem, że u niego byłam, a jednocześnie wszystko jest zamazane, niekształtne, jak sen. Jednak to nie był sen. Potwierdzili, że tam byłam. Żadne z nich nie powiedziało mi, co się stało, chociaż po raz kolejny mam wrażenie, że wiem, a jednocześnie nie potrafię sobie przypomnieć.
Te skrajności mnie wykańczają, tylko mnożąc pytania. Jedno, za drugim. W podświadomości o czymś wiem, ale jednocześnie nie potrafię sobie przypomnieć skąd. I do tego złe przeczucia. Nie opuszczają mnie ani na krok. Teraz, w domu...
Czuję wyraźną wściekłość, która gdzieś tkwi wewnątrz mnie. Furię. Nienawiść. Znam ją, jest częścią tej mnie, która żyła poza Pandorą. Wiem o tym, czuję to. Powinnam się obawiać jej. Powinnam. Lecz tak naprawdę czuję, że to dobra nienawiść. Irracjonalnie to brzmi. Jakbym... Oszalała? Witaj Pandoro, cóżeś ze mną uczyniła? Psychicznie chorą kobietę w towarzystwie psychicznie chorego alkoholika. Dobrałaś nas, doprawdy.
Nikt Cię taką nie uczynił - byłaś taka. /i
Popatrzyłam na ostatnie zdanie napisane moją dłonią z moim charakterem pisma. Jednak nie pamiętam, bym je pisała. Nie pamiętam. Spojrzałam za okno i dostrzegłam, że już zmierzcha. Siedem godzin? Minęło już siedem godzin? Zaskoczona spojrzałam na zegarek i przekonałam się, że minęło już sześć, a nie siedem. Ostatnie co pamiętam, to to, jak wchodziłam na pokład. Dopiero co odpływaliśmy.
Spojrzałam na Mordercaia, który spał w najlepsze. Następnie rozejrzałam się po pokładzie, by przekonać się, że marynarze spoglądają w naszą stronę w niepewnością i lękiem. Powinnam być zaniepokojona ich zachowaniem, ale coś wewnątrz mnie ucieszyło się na ten widok. I właśnie to mnie przeraziło najbardziej. Zaczynałam mieć obawy co do tego, kim jestem.
- Wyglądasz, jakbyś miała się popłakać - usłyszałam głos Morda. Nie odpowiedziałam, tylko odwróciłam się tak, by nie dostrzegł mojego rozdarcia. To była tylko i wyłącznie moja sprawa.
- Jak tam chcesz - odburknął i otworzył drzwi. Obserwowałam kątem oka, jak wychodzi i idzie do kapitana. Rozmówił się z kilkoma marynarzami, który wskazywali na mnie palcem i mówili coś. Mordercai przeważnie się śmiał. Nie wiem, czy oni mówili coś zabawnego, czy też on uznawał to za zabawne. Dowiedziałam się, gdy wrócił i zajął swoje miejsce.
- Co robiłaś jak spałem? - spytał, a ja wzruszyłam ramionami. Nim zdążyłam zareagować, złapał mnie za kark, przyciągnął w swoją stronę i wbił lufę w gardło.
- Pytałem, co robiłaś jak spałem? - warknął. Przełknęłam ślinkę, mrużąc oczy. Zaczął mnie irytować. Zaczął. Dalszą konwersację przerwał fakt, że statek właśnie zacumował.
- Jedźmy lepiej - odpowiedziałam ze spokojem. Gdyby mógł, zabiłby mnie spojrzeniem. Odłożył broń, rzucił jakimś wyzwiskiem i odpalił silnik. Kolejną godzinę siedziałam twarzą do szyby, obserwując zmieniające się otoczenie i rozmyślając o ostatnim zdaniu z mojego dziennika. Wszystko było coraz dziwniejsze. Nagle komunikator ECHO zaskrzeczał agonalnie, a przez szumy usłyszeliśmy wyraźny głos Salvadora.
- Jedziecie na bagna, si?
- Si - odpowiedziałam, gdy wyszarpnęłam mikrofon z ręki Mordercaia.
- No, to podjedźcie pod nas.
Na mapie terenu widziałam, że są niecałe trzydzieści kilometrów od nas. Jedyne. Nie musiałam nawet instruować Mordercaia - zmienił kierunek, zmierzając prosto w ich stronę. Dojechaliśmy tam w kilkanaście minut - w ciągu tej trasy całkowicie zmieniła się sceneria. Złota pustynia zamknęła nas w swej paszczy, a gwieździste niebo wyglądało niezwykle. Jednak było coś, co nie dało mi spokoju. Na orbicie mniejszej planety, będącej odpowiednikiem ziemskiego księżyca unosiła się gigantyczna stacja kosmiczna w wyraźnym kształcie litery bH/b. Jak w moim śnie.
- Ciekawe co znaczy to H. - Zagadnęłam, spoglądając w niebo. Nie spodziewałam się, że Mordercai po prostu odpowie.
- Jakiś czas temu słyszałem, że na Pandorze będzie główna siedziba korporacji zbrojnej Hyperion. Widocznie to ich główna stacja.
- Hyperion...? - Szepnęłam. Ta nazwa nie wydała mi się obca. Wręcz przeciwnie, była bliska, znajoma i co gorsza, budziła we mnie irracjonalny lęk. Miałam złe przeczucia.
- Czym się zajmuje Hyperion? - spytałam.
- Trudno rzec. Pomijając to, że robią najbardziej dupiatą broń pod słońcem, a jednocześnie są gigantem zbrojnym przez swoją niewysoką cenę... Coś tam było, ale nie słuchałem. W zamian za współprace otrzymamy konkretną dostawę broni, żywności, leków.
- Skąd to pytanie?
- Ciekawość - burknęłam. Z jednej strony nie kłamałam, ale z drugiej była to tylko mdła wymówka. Nie wiem, czy mi uwierzył, ale nie drążył tematu.
- Jest kilkanaście twórców broni na Pandorze - powiedział nagle. - Nie znam się dokładnie na specyfikacji poszczególnych, ale przykładowo Maliwan jest specjalistą od broni żywiołów. Ogniste, kwasowe czy elektryczne pociski to u nich podstawowe wyposażenie. Ja preferuję tylko i wyłącznie Jacobsa, bo ma najlepszą celność, co sobie cenię przy snajperkach. I mają piękny wygląd - rewolwery i snajperki o klasycznym, drewnianym zdobieniu. Jest jeszcze Dahl, Atlas...
- Nie musisz wymieniać wszystkich nazw broni - mruknęłam.
- To nie w tym problem. Firmy zbrojeniowe, które są na Pandorze, prowadzą jakieś badania finansowane przez broń, którą produkują. Błędne koło. Dahl zajmuje się badaniami pod ziemią. Bada jądro planety i takie tam. Jacobs jest głównym sponsorem badań na bagnach. Hyperion też chce mieć swój wkład w badania, a tylko czas pokaże jaki i w jakich.
Nie odpowiedziałam już nic więcej, tylko westchnęłam, przecierając twarz dłonią. Ostatnie zdanie przez jego wypowiedziane spotęgowały moje złe przeczucia. Podświadomie wiedziałam, że Hyperion nie wróży nic dobrego. Mało tego, jakaś część mnie czuła, że byłam częścią tego... Czegoś. Czegoś - nie wiedziałam do końca czego. Byłam rozbita bardziej, niżbym chciała. Brak pamięci doskwierał mi bardziej, niż na początku, bo wiedziałam, że moje luki mogą uratować czyjeś życie, lub je zniszczyć.
Dość szybko dojechaliśmy na miejsce, gdzie czekał znudzony Salvador i jak się okazało, Zero. Wsiedli do tyłu, ale nie słuchałam ich żartów i rozmów. Spoglądałam na wielkie bH/b unoszące się na niebie, które wzbudzało we mnie zbyt wiele emocji. Nie reagowałam na ich docinki, rozmowy, uwagi. Przynajmniej do chwili, aż usłyszałam głos Salvadora.
- Przerżnęliście się już? - Wiadomym było, kogo pyta.
- Obawiam się, że wolałbym poruchać dziurę w górze lodowej, niż naszą królową śniegu.
Nie bacząc na to, że jedziemy sto dwadzieścia na godzinę po stromych zboczach, pustyni i niebezpiecznym terenie, przyjebałam mu z pięści prosto w szczękę. Puścił kierownicę i wcisnął hamulec z zamiarem rzucenia się na mnie, ale ja już byłam gotowa. Siedziałam w poprzek pojazdu, opierając się plecami o drzwi, a gdy odwrócił się w moją stronę, kopnęłam mu z buta w twarz.
Kiedy cofałam nogę, złapał mnie za kostkę i pociągnął w swoją stronę. Zahaczyłam o drążek zmiany biegów, a silnik zajęczał i zgasł. Szarpałam się z nim chwilę, po czym przygwoździł mnie do siedzenia. Zablokował mi dłonie, usiadł okrakiem i pochylił się nade mną, śmiejąc się. Patrzyłam mu nienawistnie oczy, obserwując jak ze złamanego nosa cieknie mu krew, a na czole ma ślady po błocie.
- Czy ty cieszysz się z zaistniałej sytuacji, czy też to ręczny mi się wbija? - szepnęłam. Ten leżący na mnie uśmiechnął się i zamierzał odpowiedzieć, gdy pierwszy odezwał się ten z tyłu.
- Ej, jak tak wygląda wasze nie-rżnięcie... Lucky, nie-przerżniesz mnie? Proszę?
- Nie - warknęłam. Mord puścił mnie, a ja usiadłam i otworzyłam drzwi. Przeszłam po piasku, wyszarpałam krasnoluda z samochodu, zajęłam jego miejsce i bez słowa zatrzasnęłam drzwi. Mordercai się śmiał, a Zero wyświetlił emotkę *o*
Zamknęłam oczy, opierając głowę o szybę. Wiedziałam, że Zero i Salvador się na mnie patrzą, a Mordercai zerka w lusterko. Nie powiedziałam nic, nie odezwałam się ani słowem, na co wszyscy czekali. Uchyliłam powieki i zerknęłam na Zero, który gestykulował coś zawzięcie do Morda, a ten miał kamienny wyraz twarzy i oczy bez emocji. Salvador spoglądał to na jednego, to na drugiego z uśmiechem obłąkanego. Postanowiłam zdjąć buty, bo te robiły się już bardziej niż niewygodne, a następnie utkwiłam spojrzenie w krajobrazie, krzyżując ręce pod biustem. Usłyszałam westchnienie.
- Młoda, obraziłaś się? - zagadnął Mordercai, a ja posłałam mu krótkie spojrzenie, po czym wróciłam do obserwowania pustyni. - Jeśli sądzisz, że cię przeproszę, to...
- Odpal ten pierdolony silnik i jedźmy już - przerwałam mu. Dalsza droga odbyła się w ciężkiej atmosferze i przytłaczającej, bardzo wymownej ciszy. Radio nie grało, żwir chrzęścił pod kołami, wiatr szalał po samochodzie, wpadając przez otwarte okna i uciekając przez szyberdach. Ja notowałam sobie w notesie, Salvador czytał coś, a Zero... Trudno powiedzieć, czy rozmyślał, czy też spał. Przez jego hełm nie widziałam nic. Z zawziętego skrobania wyrwało mnie pytanie Mordercaia.
- Gunz, umiesz czytać? - Wiedziałam, że niskiego, barczystego mężczyznę zwano również Guznerker Zazwyczaj nosił on niebieskie, podniszczone jeansy, pomarańczowy t-shirt z symbolem Vault Hunterów i szelki z magazynkami. W czasie morderczego słońca nosił również jeansową kurtkę. Bawiła mnie jego gęsta, ostro ścięta broda, bardzo podobna do tej, którą miał Mordercai. Włosy miał krótkie i postawione na irokeza - zważywszy, że trudno było na Pandorze o kosmetyki, zastanawiałam się, czego używa jako zamiennika żelu.
- No, - zabrzmiał hiszpański akcent Salvadora - nie potrafię, ale oglądam obrazki.
Wszyscy zaśmiali się cicho pod nosem. Nawet ja parsknęłam, a kiedy Gunz spojrzał na mnie wkurzony, ja uniosłam brwi i patrzyłam w sufit, jakby był on niewiarygodnie interesujący.
- Daj to... - Mordercai wziął i zerkając na drogę, przeczytał tytuł książki na głos. - Ilustrowany kurs gotowania ludzi.
Teoretycznie, było to zabawne. Jednak znając tego człowieka i przewinienia, za które siedział przestało to być zabawne.
- Gunz, po co chcesz gotować ludzi? - spytał Mord i nawet w jego głosie wyczuło się nutę powątpiewania.
- Jesteś tym, co jesz, si? Si. Chcę być człowiekiem, a nie skagiem, si? Si.
- Ale czekaj, skąd myśl, że jesteś skagiem? - wtrąciłam, a Salvador posłał mi pełne litości spojrzenie.
- Ty to jednak jesteś głupia. Śniadanie - skag, obiad - skag, kolacja - skag. W międzyczasie też skag. Na okrągło skagi i skagi. Nie chcę obudzić się któregoś dnia jako pierdolony skag! Chce być człowiekiem. I chuj.
Logika tego człowieka była zatrważająca , ale dostrzegłam w niej lukę, która mogła odciągnąć go od szalonego pomysłu kanibalizmu. Co prawda uznawałam to za głupie, irracjonalne i prymitywne, a przede wszystkim, komiczne w swej tragiczności.
- Czekaj. Czy jeśli ja żywię się kaktusami, to jestem kaktusem?
- Ha! Głupia wpierdala kaktusy? - Zignorowałam to, że człowiek uważający, że obudzi się któregoś dnia jako skag uważa mnie za głupią.
- Pytam teoretycznie - mruknęłam. Mord i Zero drżeli, dusząc w sobie śmiech.
- Jak? - I po co ja to mówiłam?
- Po prostu pytam. - Zbyłam go, bo tłumaczenie teoretycznego pytania było ponad moje siły.
- Wpieprzasz kaktusy to jesteś kaktus. Masz igły w tamtych okolicach? Nic dziwnego, że Mord chodzi wkurwiony. - Po raz kolejny zignorowałam obelgę, uznając ją bardziej za docinek w kierunku Mordercaia.
- Skoro ja jestem kaktus, a ty mnie zjesz, to nie zjesz człowieka, tylko kaktusa, tak?
- Si. - Potaknął, jeszcze nie rozumiejąc mojego toku.
- Jedząc kaktusa, jesteś kaktusem. - Podsumowałam.
- Co?
- Ja jem kaktusy, to jestem kaktus. Ty zjesz mnie, to jesteś kaktus. - Wyjaśniłam najprościej, jak potrafiłam. Salvador milczał krótką chwilę, analizując to, czego się dowiedział. W świetle jego logiki było to twierdzenie prawdziwe, według mojej - abstrakcyjne i głupie.
- Skagi pożerają ludzi, więc są ludzkie, Salv. Bez obaw, nie obudzisz się jako zwierzę - powiedział Mordercai, śmiejąc się i ocierając kciukiem łzę, która płynęła po policzku. Zdusiłam w sobie chęć polemiki, że skagi jedzą ludzi-kaktusy, więc są kaktusami - zwłaszcza że Gunz sam na to nie wpadł. Temat został zakończony, a ja śmiejąc się w duchu, zapisałam całą dyskusję w dzienniku, kończąc ją podsumowaniem iWszyscy jesteśmy kaktusami/i.
W pewnej chwili zdrzemnęłam się,a gdy otworzyłam oczy, ukazał mi się bezkres wody. Jechaliśmy wąską, błotnistą mierzeją na wyspę będącą jednym, wielkim bagnem. Z każdej strony... Jezioro? Morze? Woda sięgała aż po horyzont, zlewając się z szarym niebem. Ciężkie chmury unosiły się nad nami, a rzęsisty deszcz uderzał w szybę z taką częstotliwością, że wycieraczki nie nadążały ze zbieraniem wody. Wszyscy drzemali poza kierowcą.
Pochyliłam się nieco i szepnęłam cicho, tuż za głową Mordercaia.
- Zmienić cię? - Widząc, jak drgnął nerwowo, uśmiechnęłam się zadowolona.
- Jesteśmy już blisko - odpowiedział. Nie powiedziałam nic więcej, tylko usiadłam wygodnie po turecku. Wyjrzałam przez okno i jedyne, czego w tej chwili pragnęłam, było poza moim zasięgiem. Po półgodzinie przestało padać, a powietrze było rześkie i ciepłe.
Wioska, do której dojechaliśmy wywarła na mnie niewiarygodnie wrażenie. Pojedyncze domki na palach stały w różnych miejscach na SAMYM ŚRODKU JEZIORA, a połączone były drewnianymi kładkami i pomostami. Wszystko na różnej wysokości tworzyło trzypiętrowe miasteczko na głębokiej na kilka metrów wodzie, zabezpieczonej przed stworzeniami z lądu. Wszystkie budynki i pomosty oświetlone były lampkami choinkowymi o różnych barwach - takimi stale świecącymi, jak i migającymi. Generator z prądem pływał na małej łódeczce, połączony siecią kabli, co wydało mi się nie tylko głupie, ale i genialne w swej prostocie. Coś próbuje podpłynąć do wioski? Wrzućmy generator, niech się usmaży! Gotowany skag w przystawce z rybkami!
Nim wysiedliśmy z pojazdu, Mordercai wyciągnął broń.
- Bądźcie czujni. Wioska się świeci, generator pływa, ale coś jest nie tak - powiedział i naładował rewolwer, po czym mi go dał. Kiwnęłam głową, ale kątem oka zobaczyłam "?" od Zero. Zapewne pytał się, dlaczego Mord ma moją broń. Właśnie - dlaczego? Nie zwróciłam uwagi, że nie miałam jej przy udzie. Wolałam jednak nie odgrzebywać zdechłego psa, tylko wysiadłam z pojazdu. Czwórką stanęliśmy przed pomostem prowadzącym do wioski. Most "zwodzony" był opuszczony, co tylko zdwoiło mój niepokój.
- Rozdzielamy się... - Zaczął Mord, a ja bez słowa złapałam Zero za rękę i pociągnęłam za sobą. Nie stawiał oporu, tylko szedł potulnie jak baranek. W wiosce na rozwidleniu ruszyliśmy w prawo, a Gunz z Mordem w lewo. Drewniane deski trzeszczały pod stopami i były jedynym źródłem dźwięku w całej wiosce. Zero poruszał się bezszelestnie, wymijając mnie i idąc przodem. Na każdym skrzyżowaniu uliczek zatrzymywaliśmy się i rozglądaliśmy, niepewni, co zastaniemy. W końcu rozdzieliliśmy się i ruszyłam samotnie piętrem chatek. Z lękiem zerkałam w puste, brudne okna. Światło w budynkach było bardziej złowrogie od ciemności.
Moją uwagę przykuł cichy i bardzo krótki szum. Przełknęłam ślinkę. To miejsce posiadało swoje piękno, ale miałam złe przeczucia. Bardzo złe. Uniosłam broń i ruszyłam w kierunku schodów prowadzących na wyższe partie wioski. Cisza, która teraz mnie otaczała, była jeszcze bardziej złowróżebna. Wioska umarła. Wiedziałam o tym. Czułam to każdym milimetrem ciała.
Stąpałam ostrożnie po spróchniałych deskach, przeczuwając, że w każdej chwili któraś może pęknąć, ja stracę równowagę i runę w dół. Przy odrobinie szczęścia wpadnę do wody, a przy nieszczęściu złamię sobie kark o poręcz kładki niżej. Ewentualnie obie sytuacje na raz. Nagle coś usłyszałam. Był to krótki szum, którego nie potrafiłam zlokalizować. Jednak coraz bardziej dźwięk wydawał mi się znajomy. Muzyka. Dobiegał z chaty, która jako jedyna była nieoświetlona, a drzwi delikatnie uchylone. Odmienność tego budynku sprawiła, że włos zjeżył mi się na karku, a palce instynktownie zacisnęły na broni. Nie mogłam zignorować tego miejsca. Musiałam wejść do środka i przekonać się, że żadne niebezpieczne zwierzę nie znajduje się wewnątrz.
Oddychając jak najciszej, ruszyłam w kierunku drzwi. Nagle całe podłoże zaczęło skrzypieć mocniej niż poprzednio, a mój własny oddech był głośny i chaotyczny. Czułam, jak bije mi serce i wiedziałam, że drżą mi kolana. Bałam się. Oczywiście, że się bałam. Bo coś było nie tak. Coś bardzo nie tak. Przełknęłam ślinkę i oparłam się o drewnianą ścianę. Wzięłam głęboki wdech i uchyliłam drzwi, których zawiasy zajęczały. Byłam tylko ja i cisza przerywana przez muzykę dobiegającą ze środka.
Szybkim krokiem weszłam do środka, a następnie wykonałam krok w bok, by nie stać w promieniach padającego światła i zlać się z ciemnością pomiędzy oknem a drzwiami. Czekałam, ale nic mi nie odpowiedziało. Oparłam się o ścianę i poczułam kontakt. Elektryczność. Zapaliłam lampę i przekonałam się, że jest to mała, jednopokojowa chatka z łazienką.
Na wprost wejścia stało biurko z komputerem. Z głośników leciała muzyka z playlisty, a sam wyświetlacz był wygaszony. Obrotowe krzesło stało na wprost niego, ukazując mi czarny, skórzany tył. Na lewo widziałam stolik z czterema krzesełkami, a pod ścianą łóżko jednoosobowe. Na prawo widziałam mały aneks kuchenny z drzwiami prowadzącymi do łazienki. Trzymając broń w pogotowiu, podeszłam do krzesła i obróciłam je kopniakiem. Nikt ani nic na nim nie siedziało. Odetchnęłam z ulgą. Ruszyłam myszką, by następnie wyłączyć program i system.
- Co tu robisz? - usłyszałam wesoły krzyk, a sama odskoczyłam jak oparzona. Na szczęście w porę zorientowałam sie, że to Lilith stoi w drzwiach i szczerzy się do mnie jak głupia.
- Ocipiałaś? Mogłam cię zastrzelić! - wydarłam się na nią, a ta parsknęła.
- Ty? Bez jaj. Chodź, pokażę ci coś... - I nim zdążyłam się sprzeciwić, teleportowała się w moją stronę, a następnie znalazłyśmy się ciężarówce z Hyperiona, z dala od wioski. Kierowców nie było, a samochód wbił się w pobliskie drzewo, częściowo pochłonięte przez bagno. Nie spodobało mi się to.
- Dlaczego...
- Dlaczego cię tu wzięłam? Wioskę przeszukaliśmy już dwukrotnie, jeszcze nim przyjechaliście. Potem poszliśmy przeszukiwać teren, a następnie usłyszeliśmy silnik. Domyśleliśmy się, że przyjechaliście, więc ruszyłam na twoje poszukiwania, bo jako jedyna nie przybyłaś na miejsce - oznajmiła pogodnie.
- A co to ma wspólnego z ciężarówką? - spytałam.
- Jako kobiety mamy prawo zrobić przegląd, nie uważasz?
Ciężarówka była wypełniona po brzegi kartonami z przeróżnymi rzeczami. Wraz z Lilith dorwałyśmy pudła z ubraniami, urządzając sobie małą rewię mody. Niedługi czas później dołączyła do nas Maya. Przez dwie godziny śmiałyśmy się, buszując jak po wyprzedaży "wszystko za friko". Dla siebie znalazłam broń snajperską, małą dwururkę oraz pistolet. Z ciuchów wybrałam i przebrałam się w spodnie rurki z wysokim stanem, który opinał moją talię i podkreślał jej głębię. Czarny kolor pasował do moich włosów, a co mnie cieszyło najbardziej, nikt ich nie nosił przede mną. Szara koszulka typu bokserka świetnie dopasowywała się do ciała, a dla efektu Lilith pomogła mi zapiąć szelki z innego zestawu. Czarne buty ze skóry do kolan były w moim rozmiarze i nic mnie nie obcierało - ani na pięcie, ani na łydkach. No i oczywiście kabury na udach, z którymi nigdy się nie rozstawałam.
Maya dobrała dla mnie jeszcze kurtkę-bolerko w ubarwieniu moro, a Lilith dorzuciła wojskowy, błękitny beret. Mimo moich sprzeciwów, rozczesały moje włosy i upięły w wysoki ogon, by następnie związać w ciasny warkocz, który sięgał mi do miejsca, w którym plecy zaczynają tracić swoją szlachetną nazwę.
- Wyglądasz...
- Seksi.
Spojrzałam na nie z powątpiewaniem, a te przybiły sobie żółwiki.
- Złotko, musisz się za siebie wziąć, jeśli chcesz zatrzymać Mordercaia - oznajmiła śmiertelnie poważnym głosem Lilith, a ja parsknęłam śmiechem. To było niedorzeczne.
- Że niby ja i on...? - zaczęłam, a one posłały mi podejrzliwe spojrzenie.
- A nie?
Miałam ochotę parsknąć śmiechem, zachowałam jednak poważny wyraz twarzy i usiadłam na wielkim kartonie. Dziewczyny zaczęły grzebać za ubraniami dla siebie, a ja obserwowałam je z uśmiechem, rozmyślając nad kwestią Mordercaia. To już były kolejne osoby, które się pytały, czy sypiam z... Nim.
- Dlaczego wszyscy o to pytają? - Widząc ich spojrzenia, dopowiedziałam. - No czy sypiam z Mordem. Wy, Salvador...
- To nic nie wiesz o zakładzie? - spytały, a ja myślałam, że się zakrztuszę śliną.
- Zakładzie?
- Cała Pandora kibicuje i robi zakłady - wyjaśniła Maya. Cała planeta kibicuje mi i Mordowi? To było niedorzeczne.
- Ja i Mord nic do siebie nie mamy. Tolerujemy się i tyle, jasne? - powiedziałam. Nie uwierzyły mi, ale co się dziwić. Po jakimś czasie wróciliśmy do wioski, która w dalszym ciągu była pusta. Pomijając Vault Hunterów urzędujących na największej z kładek. Roland, niepisany przywódca, czekał na nasz powrót wkurzony. Pozostała banda siedziała na skrzyniach, beczkach i schodach, rozglądając się. Grobowe miny nie wróżyły niczego dobrego.
- Gdzie zniknęłyście? Bez słowa? - Nagle otoczył nas Axton, Mordercai, Brick, Zero i Roland, z czego każdy był wkurzony. Nie ma to jak być jedną z trzech kobiet w grupie poszukiwaczy mocnych wrażeń. W tej chwili nabrałam wrażenia, że jestem bardziej maskotką niż członkiem drużyny.
- Byłyśmy przy ciężarówce - odpowiedziała Lilith. Krótkie wyjaśnienia im nie wystarczyły, ale my, kobiety, nie przejęłyśmy się tym zbytnio.
- Jak wygląda sytuacja? - zmieniła temat Maya.
- Wioska jest pusta, żadnych ciał czy krwi. Zniknęli. Okolice też są puste. Wszystko pozostawili, niczego nie wyłączyli. Jedyne, co zrobili, to nadali sygnał. I tyle - powiedział Axton.
Usiadłam na beczce jak na koniu, po czym spojrzałam w niebo. Nadchodził wieczór, do tego zanosiło się na deszcz, czyli nie najlepsze warunki do przeszukiwania bagien, które wbrew wszystkiemu, były ogromne. Milczenie przeciągało się, aż w końcu postanowiłam je przerwać.
- Plan działania? - zapytałam, spoglądając po ich twarzach. Apatyczność u tych wariatów przerażała mnie bardziej, niż furia i ogrom emocji.
- Niedługo zmierzch, a po bagnach lepiej nie chodzić o zmroku. Po śniadaniu ruszymy na poszukiwania, dzieląc się w małe grupy. Nie, nie ma solówek Mord. - Roland zerknął na Mordercaia, który miał kamienny wyraz twarzy.
- Gdzie nocujemy? - spytała Lilith, a wszyscy jednogłośnie spojrzeliśmy na budynki na najwyższym poziomie. Ledwie trzy chatki, do których można było się dostać tylko i wyłącznie za pomocą drabiny. Ja, Lilith i Maya wzięłyśmy jeden budynek, a pozostałe podzielili między sobą faceci. Następnie doszło do podziału wartowników - czternaście godzin nocy pomiędzy dziewięciu Vault Hunterów. Jednak Mordercai i Zero zostali zwolnieni, jako zwiadowcy, więc podzielono czternaście godzin przez siedmiu. Można by pomyśleć, że było to przemyślane i taktowne rozłożenie godzin. Nie, rozwiązali tę kwestię przez bardziej cywilizowany sposób. Wygrałam w ikamień papier nożyce/i jako pierwsza, więc miałam prawo wybrać sobie porę. Zdecydowałam się na ostatnie dwie godziny przed świtem.
Pierwsza zmiana padła na Salvadora. Wszyscy wrócili do samochodów, biorąc torby z niezbędnymi rzeczami, a następnie wrócili na najwyższe piętro, by podciągnąć drabinę i uniemożliwić wejście nieproszonym gościom. Życząc wszystkim dobrej nocy, udałam się do wybranej chatki. Wraz z dziewczynami udało nam się zaimprowizować trzy łóżka. Kiedy Maya szykowała jakąś kolację, ja udałam się pod prysznic. Rozplotłam warkocz i z radością wzięłam długi, gorący prysznic, nacierając skórę olejkami. Kiedy wyszłam, ubrana jedynie w biały top i czarne spodenki, Lilith wraz z Mayą ponownie uparły się, że muszą upleść mi warkocz.
Zjadłam kolację bez grymaszenia - Maya lepiej strzelała niż gotowała, a wolałam nie ryzykować. Pozmywałam talerze, porozciągałam się trochę i postanowiłam przejść po pomostach, by dotlenić się przed snem. Nie spodziewałam się spotkać kogokolwiek, a okazało się, że prawie wszyscy czerpali z ostatnich promieni słońca. Te leniwie znikało za horyzontem sprawiając, że jezioro przybrało barwę intensywnej pomarańczy, a niczym niezmącona tafla odbijała białe obłoki.
Ruszyłam powoli, rozglądając się, podziwiając widoki i rozmawiając z każdym, nawet jeśli konwersacja miała składać się z dwóch czy trzech zdań. Wyjątkiem był Mordercai. Nie chciałam z nim rozmawiać, a o on nie przejawiał chęci konwersacji ze mną.
W końcu usiadłam z widokiem na samochody, spuszczając nogi i machając nimi jak mała dziewczynka. Jedyne, czego mi tutaj brakowało, to wielkiej opony przywiązanej sznurem do jakiejś belki. Huśtawka. Nabrałam ogromnej ochoty na tę dziecięcą zabawę. W pewnej chwili przysiadł się Zero, wyświetlając uśmiech, który mimowolnie odwzajemniłam. Zapragnęłam się wygadać się z tego, co mnie męczyło, ale rozejrzałam się dla pewności, że nikt tego nie podsłucha.
- Coś się stało - szepnęłam. - Coś zaczyna się dziać. Widzę to po sobie. Zaczynam przeczuwać pewne rzeczy, które są jakby na podstawie mojego doświadczenia. Wydaje mi się, że Hyperion szykuje coś złego. Wykurwiście złego, ale nie potrafię uzasadnić co to będzie i skąd to wiem.
- iWspomnienia?/i - Napis ten unosił się chwilę na czerwono w powietrzu, a ja uśmiechnęłam się, mrugając energicznie, by powstrzymać nalatujące łzy.
- Nie wspomnienia. Coś... Innego. Poczekaj tu chwilę... - Wróciłam do chatki po notes, a kiedy usiadłam obok niego, pokazałam mu ostatni wpis. Czytał go, a kiedy skończył, spojrzał na mnie.
- Teoretycznie ja go napisałam, ale nie pamiętam tego. Moja ręka, ale nie moje myśli. W dodatku... - zaczęłam, ale umilkłam. Ktoś szedł w naszą stronę, o czym świadczyły skrzypiące deski. Mordercai minął nas bez słowa, by stanąć kilka metrów dalej i oprzeć się o barierkę. Przyglądałam mu się, zaciskając usta w wąską linię. Zero domyślił się, że nie chcę rozmawiać w tym towarzystwie. Poklepał mnie po ramieniu i wstał. Zrobiłam podobnie - on poszedł do łowcy, ja do chatki.
Leżąc w łóżku późnym wieczorem przy zgaszonym świetle, spoglądałam w sufit i rozmyślałam nad swoimi obawami, gdy usłyszałam cichy chichot od Lilith. Usłyszałam szept.
- Mordercai jest zazdrosny. - Podniosłam się na łokciach i spojrzałam na nią jak na wariatkę. - Nie patrz tak na mnie. Sama widziałam, jak błądził i cię szukał, a ty sobie siedziałaś z Zero i romansowałaś.
- Nie romansowałam! - fuknęłam, siadając na pościeli.
- Taaaa... - zamruczały wraz z Mayą, ustawiając usta do pocałunku.
- Rozmawiałam z nim - odparłam, plotąc ręce pod biustem, a Maya zachichotała.
- Oczywiście, plotkowaliście o modzie, co? - Słysząc te słowa, skrzywiłam się. Nie chciałam z nimi rozmawiać o Zerze, Mordercaiu i moich problemach. Lubiłam je, ale nie byłam im w stanie zaufać. Jedynemu, komu byłam w stanie zaufać był milczący typ, którego wygląd był dla wszystkich jedną wielką tajemnicą. Nikt nie wiedział kim on jest, skąd się wziął ani nawet czy potrafi mówić.
- O mój boże! Wyrywasz ich obu! - szepnęła oskarżycielsko Maya, a ja pieprznęłam jej z poduszki.
- Popierdoliło! - syknęłam. Lilith skarciła Mayę.
- Pomyśl, głupia! Oczywiście, że próbuje wzbudzić zazdrość Mordercaia przez pozorny romans z Zero!
- Żaden z nich mnie nie interesuje! - syknęłam, a one uśmiechnęły się litościwie.
- Oczywiście słonko.
- Wypieraj się dalej, ale zobaczysz, że któregoś dnia obudzisz się z Mordem w łóżku.
- Pasowalibyście do siebie.
- Tworzylibyście burzliwy związek.
Westchnęłam, ukrywając twarz w dłoniach. Miałam serdecznie dość ich, tego typu żartów i faktu, że pół Pandory myśli, że się pieprzymy. Bo tak nie było. Tolerowaliśmy się i koniec. Kropka. Lilith przysiadła się i objęła mnie ramieniem.
- Dobra, niunia, żartowałyśmy. Masz jakiś problem i Zero to dobry słuchacz. Jednak w kwestii Mordercaia sama się okłamujesz. Lubisz go. Sam fakt, że tak reagujesz na sugestię, że możesz z nim sypiać świadczy, że go lubisz. I to twój problem złociutka, bo ktoś to wykorzysta i cię zrani. Gdy postawią cię przed wyborem - obcy człowiek a Mord, pewnie wybrałabyś Morda. Dlatego on nie chce czuć i unika ludzi - powiedziała ciepło, obejmując mnie jak młodszą siostrę. Wiedziałam, że mówi szczerze i próbuje przekazać mi coś ważnego.
- Na Pandorze nie ma za wiele miłości, - zaczęła Maya - a prawie wszystkie pary są ze sobą dla samego seksu. W morzu nienawiści znajdzie się te dobre uczucia, ale nie wierz, że i ciebie one spotkają. To nie koncert życzeń a ludzie to najpodlejsze z bestii. Chcesz znać moją radę? Mordercai cię lubi i to wystarczy, byś go zatrzymała przy sobie.
- Przecież nie można być z kimś, kogo się nie kocha - powiedziałam oburzona, a one uśmiechnęły się pobłażliwie.
- Jesteś tu za krótko, by to zrozumieć. Na Pandorze albo jesteś sam, albo w grupie, albo w parze. Największe szanse mają ci, co są w parach. Małe ryzyko zdrady, małe wymagania... - Lilith zaczęła wymieniać, ale Maya jej przerwała.
- Nie licz, że osoba, którą lubisz cię pokocha. Tutaj nie ma miejsca na sentymenty. Sam fakt, że cię lubi, jest sporym ryzykiem dla niej.
- Mordercai przekonał się, że ryzyko nie jest małe i bezbronne jak szczeniak. Jednak z jakiś niezrozumiałych dla nas przyczyn, on cię lubi. Stwórzcie parę. Ty staniesz się nietykalna dla połowy ludności i wszystkich mężczyzn. Nikt nawet nie pomyśli o tym, by cię zastrzelić. - Lilith wiedziała, że jest to dla mnie atrakcyjna propozycja. Jednak... Miałabym z nim być tylko po to, by jego osoba stworzyła wokół mnie aurę bezpieczeństwa?
- A co on z tego będzie mieć? - spytałam, kalkulując wszystko.
- Seks, obiad i nagrzane łóżko. To coś, czego mu brakuje, a czego nie chce od nikogo. Jednak od ciebie by to przyjął.
- To takie... - zaczęłam, ale Lilith mi przerwała.
- Prymitywne? Ja na tej zasadzie jestem z Rolandem, a Maya z Axtonem.
Z wrażenia aż otworzyłam usta. Nigdy bym się nie spodziewała, że te dwie dziewczyny tworzą związki z pozostałymi z drużyny. Nigdy nie widziałam, by ze sobą rozmawiali, śmiali czy całowali. Nie było między nimi uczucia. Oni się tylko... Lubili. Czy to mogło mieć taką siłę?
- Na Pandorze lubić kogoś, to prawie to samo, co kochać.
- Jest to samo ryzyko, że kogoś stracisz.
- Ja... - Poczułam, jak robi mi się gorąco. - Muszę pomyśleć...
Wyrwałam się z ich uścisku, wybiegając na dwór z taką prędkością, że gdyby nie drewniana barierka, zapewne pływałabym z rybkami. Powietrze było chłodne i orzeźwiające, a deszcz lał się z nieba. Jakaś część mnie przyznawała dziewczynom rację i kusiła, by wykorzystać Mordercaia, ale MOJA część mnie mówiła, że nie mogę, że nie powinnam.
Wszystko zaczęło mnie przerastać po raz kolejny. Kiedy myślałam, że moje życie na Pandorze jest poukładane, stało się coś, co było poza granicami mojego pojmowania. Moja amnezja dokuczała mi bardziej, bo wiedziałam o czymś, ale nie potrafiłam wyjaśnić skąd. Gdybym wiedziała, gdybym pamiętała... Objęłam się ramionami i padłam na kolana. To mnie przerastało. Pandora wymagała ode mnie wyrzeczenia się człowieczeństwa, stania się wykorzystujących innych suką. Ja nie chciałam taka być. Zamknęłam oczy, zamykając się w sobie.
Minęło trochę czasu, bo deszcz przestał padać i z łatwością dostrzegłam światła przy samochodach. Latarki. Ludzie. Zerwałam się na nogi, wpatrując się w ten jeden punk. Zbliżali się. Niewiele myśląc, wpadłam do chatki, budząc Lilith i Mayę.
- Ktoś nadchodzi - poinformowałam je i wybiegłam za zewnątrz. One podążyły za mną z pistoletami. Ciemne postacie szły wąskim pomostem, a w ich rękach widniała broń. Pobiegłam do następnej chaty, otwierając z impetem drzwi. Czterech mężczyzn natychmiast podniosło się do pozycji siedzącej, celując we mnie z każdego możliwego gnata.
- Ktoś nadchodzi - powtórzyłam bez lęku i ruszyłam do trzeciego domku, nie bawiąc się w zamykanie drzwi. Kiedy poinformowałam pozostałych, wróciłam do chaty, skąd wzięłam rewolwer. Wszyscy wyczekiwali przy barierkach aż nowo przybyli pojawią się w zasięgu głosu. Lub broni, jak kto woli.
- Może powinniśmy wysłać posłańca? - Zagadnęła Maya, a wszyscy się uśmiechnęli.
- Kto ma tendencje samobójcze? - Padło pytanie, a spojrzenia natychmiast przeniosły się na mnie. Skrzywiłam się. No tak, mogłam się tego spodziewać.
- Hej, wy tam na górze? - usłyszeliśmy głos. Dla mnie był on bardziej niż znajomy.
- Czego?
- My z Hyperionu! Sygnał S.O.S. do nas dotarł.
- My jesteśmy... - zaczął odwoływać Roland, ale nie pozwoliłam mu dokończyć.
- Z tego samego powodu co wy! - Zawołałam, zagłuszając mężczyznę. Wszyscy natychmiast utkwili we mnie niedowierzające spojrzenie.
- Co ty wyprawiasz? - usłyszała syknięcie Axtona. Odwróciłam do się pozostałych.
- Ani słowa o New Heaven i Vault Hunterach, jasne? - szepnęłam. Nie wyglądali na przekonanych. Ja sama również nie byłam. Działałam bardzo impulsywnie, bez przemyślenia. Co ja wyrabiałam?!
- Zaufajcie mi - poprosiłam. Trwało chwilę, ale w końcu Roland westchnął i kiwnął twierdząco głową. Krótka wymiana zdań zaowocowała tym, że opuszczono drabinę i zaczęliśmy schodzić. Ja ociągałam się najmocniej, nie chcąc wychodzić na spotkanie Hyperionowi. I prawdę mówiąc - zostałabym na górze, gdyby nie Mordercai.
- Nie schodzisz? - spytał, a ja posłałam mu nerwowy uśmiech. Podeszłam do drabiny i westchnęłam. Nie chciałam tam być, ale czułam za sobą przytłaczającą aurę Mordercaia. W najmniej wyczekiwanym momencie wróciła rozmowa z Lilith i czułam, jak się rumienię. Prawie zbiegłam po drabinie. Walczyłam sama z sobą. Jakaś część mnie krzyczała, że mam uciekać, że mam zniknąć. Ta sama część, która wcześniej tak nienawidziła wszystko i wszystkich. Pięciu ludzi w żółto-czarnych mundurach z literą H na piersi czekało na nas na pomoście, trzymając opuszczoną broń. Nie chcieli zwady.
Stałam między Mordercaiem a Lilith, która popychała mnie delikatnie biodrem w jego stronę. Ignorowałam to, co się działo. Rozmowy, docinki, poszturchiwania. Obserwowałam tego jednego mężczyznę, czując narastającą, irracjonalną panikę. Nie zwróciłam uwagi na nikogo, poza tym jednym.
Blond włosy, idealnie zgolony zarost. Znałam go. Wiedziałam, że go znam. Czułam walące serce, czułam jak pocą mi się dłonie. W ustach mi zaschło. Spojrzał na mnie, a ja poczułam, jak miękną mi nogi. Twarz poznaczona przerażającymi bliznami - niegdyś rana po szponach gniła, a lekarz musiał skalpelem wycinać skórę i mięśnie. Wiedziałam, że piracka opaska zasłania czarny oczodół po oku, które wypłynęło na wskutek obrażeń. Wiedziałam, skąd go znam. Ze snów. Ze statku, gdy byłam bestią. Z chaty Mordercaia, gdy bestia z niego wyszła. To był on. Część mojego koszmaru.
- Elizabeth? - powiedział, a w jego głosie brzmiało niedowierzanie. Wszyscy spojrzeli wpierw na niego, a potem na mnie - obiekt jego zainteresowania. Nagle usłyszałam jednego z kompani Hyperiona.
- Stary, czy to nie twoja żona?
iElizabeth... Elizabeth... Elizabeth.../i To imię niosło się w mojej głowie echem, siejąc chaos i zniszczenie w mojej duszy. Byłam Lucky, nie Elizabeth. Elizabeth umarła dawno temu. Wiedziałam o tym, czułam to. Ja, Lucky, jestem potomkinią tej, która zwała się Elizabeth. Tamta umarła, ja jestem jej następczynią. To ciało nosiło wiele imion, było szarpnięte przez wiele osobowości. Czułam, jak powietrze zaczyna rozrywać mi płuca, a serce kołacze się w klatce piersiowej jak dzikie zwierze w klatce. Zapragnęłam uciec. Wszyscy stali i wpatrywali się we mnie, jakby oczekując potwierdzenia z mojej strony. Przez moją twarz przebiegł nerwowy skurcz. Co chcieli, bym im powiedziała? Że Elizabeth nie żyje, została... Zamordowana? Skąd to wiem? Nie ważne skąd wiem, ale wiem. Nie mogę im powiedzieć prawdy. Muszę kłamać. Muszę grać.
- ...Elizabeth? - Usłyszałam nagle to obce imię i podniosłam głowę, wyrwana z transu, w który wpadłam. Siedzieliśmy w jednej z chat dzieląc się pozostałościami z zapasów, sącząc gorące kawy i herbaty, wpatrując się nieufnie w zebrane tu osoby i dyskutując o zaistniałej sytuacji. Teraz jednak każda para oczu utkwiona była we mnie, a ja miałam wrażenie, że ominęło mnie coś ważnego.
- Lucky, skocz no po coś do picia - poprosił nagle Mordercai. Coś, oczywiście znaczy to samo, co wódka. Subtelny sposób na wyproszenie mnie, bo mieli ochotę porozmawiać na mój temat z przybyszami. Słodko. Kiwnęłam głową i ruszyłam ku wyjściu rozmyślając nad tym, co powinnam zrobić. Wewnątrz mnie zaczęła szaleć dzika furia, która natychmiast jakby uspokoiła się - czułam coś w środku, coś w okolicach serca, ale nie potrafiłam tego zidentyfikować. Przekroczywszy próg, wystawiłam się na deszcz, ale było ciepło, jak to na Pandorze. Prawie zamknęłam za sobą drzwi. Prawie - zostawiłam je uchylone by móc słyszeć całą konwersację, oparłam się plecami o ścianę i nasłuchiwałam.
Przez cały czas obserwował Lucky - jej reakcje wydały mu się skrajnie dziwne. Z jednej strony sugerowały, że wie coś, o czym nie chce powiedzieć, a jednocześnie jest w równie zaskoczona co oni. Nie wierzył w przypadki. Tutaj jeszcze nie był do końca pewien jakie okoliczności przyniesie los, ale wiedział, że nie może pozostać bierny. Święciło się coś dużego, czuł to. Siedząc na ziemi i opierając się o ścianę, jednocześnie słuchając rozmów i obserwując kątem oka młodą dziewczynę wiedział, że coś im umyka, jakaż ważna prawda na temat Lucky i tych przybyszów, których nie był wstanie polubić czy zaakceptować. Nie chciał wierzyć w kwestię żony, a tym bardziej przez fakt, jak zareagowali na jej widok. Byli pewni, że nie żyje. Wiedział o tym, widział to w ich reakcjach i nerwowych spojrzeniach. Co więcej, wiedzieli o niej coś, czego nie wiedziała sama poszkodowana. - Elizabeth, mogłabyś wyjść na chwilę, proszę? - Irytował go głos jej niby męża, Wiktora. Poukładany, szarmancki, jednak coś nie pasowało mu w postawie tego osobnika. Spotkał swoją rzekomo zmarłą żonę, a traktował ją z dystansem, jak osobę chorą na trąd. Nie umykało mu to. Wszystkich zmylił swoją postawą - rzekomo poukładany, serdeczny, ale jego oczy były przeciwieństwem tego, co mówiły usta. Dostrzegł zdezorientowanie Lucky, która jakby dopiero teraz się ocknęła. Zauważył ten błysk w oku - tej zagubionej, przerażonej dziewczyny, która uświadamia sobie prawdy znane tylko jej. W stalowoszarych źrenicach krył się strach, który z pewnej strony nie powinien mieć racji bytu.
- Lucky, skocz no po coś do picia - wydał polecenie, do których nawykła w ostatnim czasie. Tutaj nikt nie prosił, tylko żądał. Widząc jej spojrzenie wiedział, że rozumiała co ma na myśli, a co więcej wiedziała, dlaczego ją wysyła. Kiwnęła pokornie głową i wstała, ruszając do wyjścia. Odprowadził ją spojrzeniem i uśmiechnął się pod nosem. Wiedział, że będzie podsłuchiwać i nie zamierzał jej tego utrudniać. Wszyscy odczekali chwilkę, dając jej czas na rzekome oddalenie się od domku, po czym wstał mąż Lucky.
- Elizabeth zachowuje się...
- Straciła pamięć - przerwała mu Lilith. - Nie pamięta kim jest, co potrafi. Jedyne jej wspomnienia są od dnia rozbicia się promu.
- Tak, to oczywiste - odparł jeden z przybyszów. - Wszelkie badania nad kriogenicznym snem wykazały, że niewłaściwa faza budzenia czyści pamięć częściowo lub całościowo. Co więcej, nawet aktualnie rozwinięta technika nie potrafi przywrócić tego typu wspomnień. - Mordercai słuchał tego, wyciągając swój militarny scyzoryk sprężynowy i bawił się nim jak zabawką, sprawiając wrażenie nie zainteresowanego tematem. Dekoncentrował rozmówców, irytował ich obojętnością i właśnie taki był jego cel. Nie lubił ich i był to wystarczający powód, by ich zabić.
- W chwili, gdy wyciągnęliśmy ją z komory, pamiętała częściowo. Ilość osób, cel misji, imiona współpracowników... - Ponownie zaczęła Lilith, a mężczyźni wymienili między sobą spojrzenia. Mordercaiowi nie umknęło, że kryło się w nich przerażenie i zaskoczenie. Stłumił chęć uśmiechu, posyłając ukradkowe spojrzenie Zero. Ten kiwnął głową na potwierdzenie, że też to zauważył.
- Przekazała wam coś? - spytał mąż Lucky, a Vault Hunterzy pokręcili przecząco głowami. Mordercai ani drgnął, nie potwierdzając ani nie przecząc. Wpatrywał się w mężczyznę z brakiem jakiejkolwiek emocji, a ten wraz z upływem czasu, czuł się nieswojo.
- Co się stało z pozostałymi członkami promu? - spytał.
- Nie żyją. Możecie nam łaskawie powiedzieć o co chodzi, co tu robicie i dlaczego ten pieprzony prom się rozbił? - spytał Roland, wstając i sięgając po broń. Widocznie i on zauważył, że coś tu nie gra i nie zamierzał czekać bezczynnie, aż ci ich rozstrzelają. Mordercai w niezauważalnym geście wyciągnął swój rewolwer i położył na udzie tak, że reszta nie mogła tego zobaczyć.
- Wierzcie mi, nasza misja i my to nie jest największy wasz problem. Jest nim Lucky - powiedział Wiktor. Po tych słowach zapadła chwila ciężkiego milczenia, przerwanego przez śmiech wszystkich Vault Hunterów. Część wstała ze swoich miejsc, demonstrując, że nie są zainteresowani dalszym wywodem. Mordercai pierwszy ruszył w kierunku drzwi, uchylając je ostrożnie. Nie zdziwił go widok Lucky, która zerwała się na równe nogi, zaskoczona. Nie mogła go słyszeć, natomiast on uniósł delikatnie kącik ust w uśmiechu. Tylko on wiedział, że ona tu jest i właśnie dlatego pierwszy znalazł się przy drzwiach. Zamierzał wyjść, poklepać dziewczynę po głowie jak zwierzątko, gdy usłyszał wkurwiony głos Wiktora.
- Lucky jest chora. Na schizofrenię z rozdwojeniem jaźni. - Te słowa sprawiły, że śmiech natychmiast ucichł, a ludzie wymienili między sobą zaskoczone spojrzenia. Mordercai nie zareagował na te słowa, chociaż od razu zrozumiał, że jest w nich pewna część prawdy. Wpatrywał się w wielkie oczy Lucky, która usłyszała to i wyglądała na zaskoczoną oraz lekko przerażoną - wiedziała, co znaczy dla niej taki wyrok - śmierć.
- To bardzo poważne oskarżenie. - Zimny głos Rolanda przerwał ciszę, jaka zapanowała po słowach męża Lucky. Nerwowy śmiech żołnierza Hyperionu zdradził jego zdenerwowanie.
- Wiem o tym. Jednak wierzcie mi, w jej przypadku to bardzo poważna przypadłość, zwłaszcza, że jej druga osobowość jest niewiarygodnie agresywna i nieobliczalna. Prosty przykład - moja twarz. Zrobiła mi to nim wystartował prom. Uciekła z podkulonym ogonem świadoma, że będzie musiała ponieść konsekwencje.
Mordercai nie mógł oprzeć się wrażeniu, że uśmiech, jaki wpełzł na usta dziewczyny jest raczej jadowitą satysfakcją niż strachem czy złością. Popatrzyła mu dogłębnie w oczy, po czym jej wargi poruszyły się, przekazując krótką, bezgłośną wiadomość i"Zasłużył"/i. Pasja, którą dostrzegł w jej oczach przekonała go bardziej niż jej słowa, chociaż doskonale wiedział, że Lucky, którą znał, nie cieszyła się z ludzkiej tragedii.
iKim jesteś?/i spytał poruszając wargami, a kobieta puściła mu oczko, po czym na powrót zobaczył pełną wątpliwości, zagubioną w brutalnym świecie dziewczynę z amnezją.
- Chcesz powiedzieć, że Lucky to potwór, którego powinniśmy odstrzelić? - spytała z powątpiewaniem Maya. Nikt nie wierzył w jego słowa, wszyscy uważali to za stek bzdurnych kłamstw. Mordercai wiedział co innego, widział pewne rzeczy i przede wszystkim widział ją - Lucky - w dwóch charakterach. Poczuł to na własnej skórze i przekonał się, że ten człowiek, którym gardził i którego nie lubił, mówił prawdę. Patrząc w oczy dziewczyny bez jakichkolwiek emocji wiedział, że w końcu ma pretekst by ją odstrzelić. Bez wyrzutów sumienia, wątpliwości i alkoholu, który musiałby wypić, by móc odetchnąć spokojnie.
- Dlaczego dopiero teraz się to uaktywniło? - spytał, nie odrywając wzroku od wątłej, kobiecej postaci, która zrobiła krok do tyłu, kładąc ręce na piersi. Nie był pewien, czy widzi w niej strach, czy wątpliwości.
- Sen kriogeniczny wygasza świadomość, jedną czy też dwie a leki podawane dożylnie w czasie hibernacji przedłużają działanie uśpienia jednej z osobowości. Coś musiało wybudzić tę jej drugą część i lada dzień zacznie was wszystkich wyżynać
Mordercai kiwnął na Lucky, że ma znikać i biec w poszukiwaniu alkoholu. Zrobiła kilka kroków w tył, patrząc na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy, po czym biegiem pognała w kierunku drabinki. W jego przekonaniu podsłuchała wystarczająco dużo.
- I co planujecie zrobić? - spytał, odwracając się w kierunku Wiktora. Ten poklepał się po kaburze z bronią.
- Zastrzelić lub zabrać do głównej bazy Hyperionu - powiedział, a nieprzyjemny grymas wykrzywił twarz Mordercaia, który prychnął i przewrócił oczyma. Nim ktokolwiek zareagował, znalazł się przy mężczyźnie i wbijał mu lufę rewolweru w usta.
- Masz nas za kretynów, prawda? - syknął wściekły Mord. - Lucky może i faktycznie jest chora, ale jako jej mąż powinieneś wpierw próbować ją leczyć, a dopiero potem zastrzelić, czyż nie? Nie masz żadnych dowodów, że ma rozdwojenie jaźni oraz że jest zagrożeniem, a twoja morda może być równie dobrze jakąś raną po pierdolonym gwałcie na skagu. Nie znam cię, nie ufam ci, nie wierzę i naprawdę mam ochotę pomalować sufit twoim mózgiem. Czaisz, koleś?
Panika rosnąca w oczach mężczyzny rosła z sekundy na sekundę, wraz z uświadomieniem sobie, że ten człowiek jest równie szalony jak jego żona i nie zamierza dać sobą manipulować. Ułamki sekund ludzie wpatrywali się w nich jak w obrazek, nie wiedząc jak zareagować, aż w końcu wszyscy poderwali się na nogi i zaczęli w siebie wzajemnie celować. To było kwestią czasu aż ktoś padnie na ziemię, tonąc we własnej krwi i bebechach. Co gorsza, Vault Hunterzy wyraźnie cieszyli się na tę perspektywę.
- Jesteście pojebani, że chcecie bronić tej szajbuski! - syknął jeden z żołnierzy, nerwowo celując w każdego. Nie był w stanie zdecydować się, kto według niego stwarza największe zagrożenie, ale Wiktor zamachał ręką, że ma opuścić broń. Wyraźnie chciał coś powiedzieć a zimny kawałek metalu wepchnięty do przełyku znacznie mu to utrudniał, więc Mordercai wysunął zimną lufę, pozwalając mu poprawnie sformułować myśli.
- Nie chcę jej skrzywdzić - szepnął, a Mord wyszczerzył się w szaleńczym uśmiechu.
- Nie wierzę ci. Może o tym nie wiesz, ale Lucky, czy jak tam wolisz, Elizabeth, stała się jedną z nas, jedną z Pandorianek i zapewniam cię, że nie masz prawa jej zastrzelić.
- Nie zdajesz sobie z powagi sytuacji... - syknął mężczyzna, a Mordercai rzucił go na ziemię jak szmacianką laleczką.
- Zdaję i dlatego będę pierwszym, który zasadzi jej zaległą kulkę w łeb. Jeśli oczywiście da mi do tego pretekst - powiedział to spokojnym, opanowanym głosem, jakby mówił o kawałku kukły - wypchanym, sztucznego tworu bez życia. Co więcej, pozostali Vault Hunterzy myśleli podobnie. Jeśli Lucky naprawdę miała stanowić dla nich zagrożenie, zastrzelą ją osobiście, jako że jest jedną ze swoich.
Złowrogą ciszę pełną napięcia przerwał wszystkim dobrze znany dźwięk - wystrzał z rewolweru, który poniósł się echem po złowrogiej, nocnej ciszy, otaczającej wioskę. W ułamku chwili wszyscy znaleźli się na zewnątrz, rozglądając się za źródłem dźwięku. Mordercai bez niczego zjechał na dół po drabinie, a część podążyła jego śladem.
Porozdzielali się, idąc czujnie i nasłuchując milczącej wioski widmo. Najbardziej przerażająca wydała im się właśnie teraz, kiedy zewsząd otaczał ich mrok, a ciemne okna kryły za sobą tajemnice, których nie dostrzegli za dnia. Mordercai stawiał ostrożnie kroki, by jęczące agonalnie, przeżarte przez termity deski nie zakłócały ciszy, która go otaczała. Nie słyszał krzyków, nie słyszał strzałów - towarzyszył mu jedynie własny oddech. Nie zamierzał zginąć, nie jako więzień, niewolnik skuty niewidzialnymi kajdanami. Z wszystkiego na świecie pragnął wolności, chociażby miała trwać ledwie kilka sekund. Mógłby zginąć w chwili, w której nie krępowałoby go żadne więzienie. Marzył o tym. Teraz skupiał się na tym, by dorwać swoją ofiarę cicho i bezszelestnie.
Zaciskał spokojnie palce na rękojmi rewolweru, starał się oddychać jak najciszej. Mimo tego, że był wysokim mężczyzną i swoje ważył, przemieszczał się bezszelestnie. Chodził po stopniach, z oddali obserwując pozostałych towarzyszy. W pewnym stopniu bawiło go ich zaabsorbowanie, bo gdy ukrywał się w cieniu domu czy otwartych drzwiach, ci mijali go - zarówno Vault Hunterzy jak i żołnierze Hyperionu - nie zorientowawszy się nawet, że przygląda się im uważnie. Krążąc po drewnianych kładkach kołyszących się na spokojnej wodzie, usłyszał w pewnej chwili kroki. Instynktownie schował się w cieniu, wstrzymując oddech i obserwując uważnie. Dostrzegł pojedynczego żołnierza z Hyperionu, dokładnie tego, o którego mu chodziło.
Mężczyzna za późno się zorientował, że ostrze błysnęło w cieniu. Nim zdążył krzyknąć czy nawet pomyśleć o tym, że jest chwytany w żelaznym, pełnym brutalnej siły uścisku, było już za późno. Wołanie o pomoc nie wydobyło się z jego gardła - jedynie bulgocząca, wypływająca z przeciętej tętnicy szyjnej krew, zalewająca płuca i usta mężczyzny. Wielkie, pełne przerażenia oczy błądziły, a umysł był świadomy, że umiera. Mordercai położył go na drewnianych deskach i obserwował z góry, jak ten wpatruje się w niego nienawistnie, a ogniki życia gasną powoli. Mord nie bał się patrzeć swoim ofiarom w oczy, nie dręczyły go z tego powodu wyrzuty sumienia. Mężczyzna trząsł się w spazmatycznych drgawkach, gdy jego ciało walczyło o powietrze, a w zamian dostawało szkarłatną, gęstą ciecz zalewającą płuca.
Łowca wytarł ostre w jego skafander, poskładał scyzoryk i schował go do kieszeni, po czym niespiesznie zaczął przetrząsać kieszenie swojej ofiary. Zabrał mu pieniądze, naboje i stylowy zegarek, który bez skrępowania zapiął sobie na nadgarstku, kartę dostępu do bazy Hyperionu. Nie oszczędził niczego, co mógł zachować lub sprzedać, a kiedy ogołocił zwłoki, kopniakiem posłał je wprost w odmęty wody. Przy odrobinie szczęścia, małe mięsożerne rybki zeżrą ciało, pozostawiając szkielet na samym dnie. Nie przejmował się tym, że ktoś mógł go podejrzewać. Ba, było mu to obojętne. Kiedy tak stał, całe miasteczko pogrążyło się w idealnym mroku - siadł generator. Trwał chwilę w bezruchu, mrugając energicznie i wpatrując się w otaczającą go ciemność, aż zaczął rozróżniać kształty w świetle gwiazd. W końcu potrafił odróżnić deski od falującej delikatnie nawierzchni wody, więc ruszył w dalszą wędrówkę.
Udało mu się przejść zaledwie kilkanaście kroków, gdy na skrzyżowaniu uliczek wprost na niego ktoś wpadł. Natychmiastowo zorientował się, że to Lucky - jej sylwetka, włosy i zapach - i tylko dlatego nie pozwolił jej upaść na deski, tylko przytrzymał ją i szarpnął do góry, zakleszczając w swoich objęciach. Nie widział jej twarzy, tak jak ona nie widziała jego. Poczuł, jak napręża się, gotowa do walki. Przyspieszony oddech sugerował, że jest przestraszona oraz że biegła, co go zresztą zaskoczyło, bo nie słyszał by ktokolwiek się zbliżał.
- To ja - szepnął i uśmiechnął się do siebie, gdy zrozumiał, że ona doskonale wiedziała o tym, że to on. Musiała go rozpoznać w jakiś sposób w mroku.
- Ktoś jest w mieście. - Jej głos był spokojny, chociaż wyraźnie wyczuwał, że się boi.
- Kulka w trzewia i po sprawie - odparł, ale wyczuł, że dziewczyna kręci głową.
- Sęk w tym, że go zastrzeliłam. - Słysząc jej słowa, mimowolnie się uśmiechnął. Mała Lucky po raz kolejny pokazywała pazur. Chyba, że teraz nie rozmawiał z Koniczynką?
- Koniczyna? - Nie zdążył usłyszeć odpowiedź, gdy poczuł kolano wprost miażdżące jego narządy. Nie kwiknął, tylko wypuścił dziewczynę z objęć i padł na kolana, łapiąc się za strategiczne miejsce i odsłaniając się jednocześnie. Widział zarys ciosu, jaki szykuje jego przeciwniczka, ale nie był w stanie się bronić i przyjął uderzenie z zamkniętej pięści wprost w policzek. Poczuł, jak zachrzęściły kości, a krew wypełniła usta. Pulsujący ból w czaszce otępił jego zmysły i koncentrację. Opuścił głowę, ale nie upadł, a jego oprawczyni stanęła na wprost niego. Jakaś jego część wiedziała, że osoba przed nią stojąca uśmiecha się zjadliwie. Pochyliła się lekko tak, że usta znalazły się tuż przy uchu.
- Możesz mi mówić Królowa, złociutki. A to za moją słodką, naiwną Lucky... - Szepnęła. Ten złapał ją nagle za kostki i pociągnął do tyłu, a Królowa-Lucky poleciała do tyłu, tracąc równowagę. Kiedy usłyszał, jak wyrżnęła o deski, był pewien, że ją zabił. Nie poruszyła się, tylko leżała bezwładnie jak marionetka. Zdawał sobie sprawę, że nie mogła udawać, więc zbliżył się niepewnie i dotknął jej twarzy, a następnie potylicy. Poczuł krew na palcach. Miał ochotę poderżnąć jej gardło, ogołocić ze wszystkiego i wrzucić do wody jak żołnierza z Hyperionu, Wyciągnął ostrze i wziął głęboki wdech. Przeciąć tętnicę szyjną, nic prostszego - nie ruszała się, nieprzytomna i bezbronna. Jedno skuteczne pociągnięcie, a krew wypłynie z otwartej rany, zaleje płuca i sprawi, że ta udusi się, nim zrobi komukolwiek krzywdzę.
Przycisnął zimną stal do ciepłego ciała, czuł opierającą się skórę. Czuł zapach krwi, która zaczęła delikatnie wypływać z płytkiej rany na gardle po jego palcach. Jedno pociągnięcie za ostrze, nic prostszego. Miał powód by ją zabić, mógł ją zabić i nikt nie miałby do niego o to pretensji. Jeden szybki ruch i koniec wszystkich kłopotów - nie będzie Lucky, nie będzie jego rozterek. Wszystko zniknie raz na zawsze.
Może powinien ją udusić? Przesunął palcami po kawałku szyi, po którym nie ciekła krew, rozważając tę możliwość. Czuł delikatną, podatną na obrażenia skórę i wyobraził sobie sine pręgi po jego palcach, zaciskających się. Jeśliby się przebudziła, wpadłaby w histerię i walczyłaby, a nie był pewien, czy będzie w stanie z nią walczyć. Nie chciał patrzeć w jej oczy w chwili, gdy wyzionie ducha. Palce zaczęły błądzić po jej twarzy, wyczuwając linię ust, bliznę na powiece i brwi. Następnie znów je zsunął, by wyczuć świeżo zagojoną skórę, którą rozerwał pocisk. Jego pocisk, wymierzony w nią, gdy chciał ją zastrzelić. Żałował, że jej nie zabił. Chciał wierzyć, że jego życie potoczyłoby się inaczej. Masował delikatnie to miejsce, aż przypadkiem trącił wskazującym palcem metalowy łańcuszek. Trochę z ciekawości pobłądził opuszkiem po nim aż do dekoltu, z którego wyciągnął wisiorek, który jej wręczył podczas pierwszego cyklu jej pobytu. Nadal go nosiła, mimo wszystko. Zacisnął w pięści ten kawałek metalu, zagryzając zęby.
Odsunął się od niej minimalnie, siadając na ziemi i patrząc w mroku na nieprzytomną dziewczynę. Scyzoryk potoczył się po ziemi, a Mordercai ukrył twarz w dłoniach.
- Kobieto, co ty ze mną robisz... - szepnął, przecierając twarz. Nienawidził jej, chciał ją zabić, naprawdę chciał, ale nie potrafił. Wszystko, co w niej nienawidził sprawiało, że nie chciał wbić jej noża prosto w serce. Zrozumiał, co musi zrobić.
- Skoro nie mogę cię zabić - szepnął cicho - to sprawię, że znikniesz.
Podniósł się, z łatwością odnalazł scyzoryk i zatrzymał się, spoglądając na nią z góry. Z początku uważał za dobry plan oddać ją Hyperionowi, by wzięli ją na ziemię i rozpoczęli leczenie. Jednak gdy zastanawiał się nad tym, jaki odczuwała lęk przed nimi... Nie był już taki pewny swojej decyzji. Ponownie kucnął, walcząc z szargającymi go wątpliwościami.
- Chciałbym cię im oddać - szepnął - ale jaką mam mieć pewność, że nie zrobią ci coś gorszego niż ja? Nie mam i nie ufam im, a nie pozwolę ci cierpieć. - Mówiąc to, wyciągnął jej rewolwer z kabury i przystawił zimną lufę do czoła. Pociągnięcie palca było znacznie prostsze niż pociągnięcie za spust. Szybkie, prawie bezbolesne. Wziął głęboki wdech i wypuścił powietrze ze świstem przez zęby. Musiał ją zabić dla jej własnego dobra. Był Pandorianinem i wiedział, że są rzeczy gorsze niż śmierć. Okazał łaskę wielu ludziom, którzy znaleźli się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Zazwyczaj nie znał swoich ofiar, a zabójstwa nie miały podstaw osobistych. Teraz to była inna sytuacja i właśnie dlatego wydała mu się trudniejsza.
- Dlatego kurwa nienawidzę ludzi - syknął, wstając. Chciał zebrać się na odwagę, by zakończyć jej żywot. Oddalił się na kilkanaście kroków, patrzył w gwieździste niebo i przekonywał sam siebie, że robi to dla niej i dla siebie. W końcu złapał pewnie za rewolwer, odwrócił się i zbliżył z miejsce, w którym leżała dziewczyna. Wycelował broń, zamknął oczy, pociągnął za spust i usłyszał dźwięk pękających desek. Spudłował. Kiedy otworzył oczy zrozumiał, że jej tu nie było. Rozejrzał się, obserwując mrok i idealną ciszę. Nie mogła sama wstać, nie mogła uciec i z pewnością nie mogła zrobić tego bezszelestnie - nie w tym stanie.
Mordercai przeklął pod nosem, rozglądając się, ale nikogo tutaj nie było - tylko on. Westchnął, przecierając twarz dłonią. Nie mógł sprawy zostawić w takim stanie, nie mógł zignorować stanu Lucky. Musiał coś zrobić i zamierzał działać od razu. Mijając w mroku towarzyszy oraz żołnierzy Hyperionu, dotarł do swojej chaty. Spakował torbę na jedno ramię, którą zawsze ze sobą nosił, poskładał Snajperkę, owinął włosy i tors czerwoną chustą, po czym wyszedł na zewnątrz, niezauważony przez nikogo.
Po mieście niosło się echo kroków, zdeformowane przez szum wody krzyki i nawoływania, a w pewnej chwili nawet wystrzał. Nie przejął się tym zbytnio, bo jeśli doszło do strzelaniny między jego towarzyszami a Hyperionem - stawiał na swoich. Wszyscy wyglądali jakby czekali na okazję, by poderżnąć gardło czy zasadzić kulkę w potylicę.
Kiedy szedł kładką, uważnie się rozglądając, nie mógł nie zauważyć mężczyzny w żółtym kombinezonie, leżącego na skrzyżowaniu. Jego ofiara pływała gdzieś z rybkami, więc tego załatwił ktoś inny. W jego przekonaniu nie ważne było kto go załatwił, ale bardziej ciekawiło go jak. Zbliżył się do ciała i kucnął, od razu rozpoznając przyczynę zgonu. Wziął w dłonie głowę oderwaną od pozostałego korpusu i przyjrzał się dokładnie rozerwanym ścięgnom i przekręconym kręgom szyjnym. Krew kapała obficie, naciągnięta do granic możliwości skóra, która z braku innej możliwości pękła. Mordercai uśmiechnął się, odwracając głowę, by zobaczyć wydłubane oczy i wyrwany język.
- Salvador cię zaskoczył, hm? - spytał głowę, wstając i kopiąc leżące ciało, wrzucając je przez to do wody. Następnie znów przytrzymał głowę na wyprostowanych dłoniach. - Wybacz stary za resztę ciała, ale ktoś mógłby cię zauważyć, a nie byłoby to zabawne, wiesz? Salv pewnie cię zaskoczył, przewrócił, skręcił kark, a potem obracał łbem tak długo, aż ten odkręcił się jak nakrętka od śruby, by odbiec ze śmiechem jak ostatni wariat, co? - Kiedy skończył mówić, Mordercai podrzucił głową jak piłką, by po silnym kopnięciu usłyszeć specyficzny plusk wody. Wytarł okrwawione dłonie o spodnie, po czym jak gdyby nigdy nic, ruszył dalej pomostem.
Zbliżając się do lądu, spodziewał się zastać o jeden samochód mniej, niż dotychczas. Ku jego wielkiemu zdziwieniu, IVA stała dokładnie tak, jak ją wcześniej zaparkował. Nie spodziewał się tego - słaba, ogłuszona ciosem ofiara powinna z łatwością dobiec do samochodu, odpalić silnik i odjechać, a ta najpewniej pognała na bagna.
Poprawił snajperkę, sięgnął po skręta i odpalił go, delektując się duszącym dymem. Przyglądał się mrocznym drzewom, nasłuchiwał idealnej, zalewającej go z wszystkich stron ciszy. Nawet wrzawa w wiosce ucichła, jakby wszyscy ludzie tam wyrżnęli się wzajemnie. Mordercai nie oglądał się za siebie, tylko dopalił do samego końca papierosa, upuszczając skręt na ziemię i przydeptując go piętą. Kucnął, dotykając dłonią wilgotnej, ulegającej jego ciężarowi ziemi. Deszcz, który wbrew pozorom padał dość intensywnie sprawił, że gleba rozmiękła, a on z łatwością wymacał ślady stóp. Wyciągnął latarkę i oświetlił ślady, by utwierdzić się w przekonaniu, że jego ofiara czmychnęła do lasu.
Obserwował bagniste, miejscami podtopione drzewa, korzenia wijące się niczym węże. Niezdrowa zieleń liści dawała jasno do zrozumienia, że woda i gleba w tym miejscu są bardziej niż szkodliwe. Kora odchodziła niemalże od każdego pojedynczego pniaka, ukazując najdelikatniejsze części roślin. Gęste krzaki rosnące na tym podmokłym terenie pełne były ostrych, jadowych kolców i kuszących, równie zdradliwych owoców. W powietrzu unosił się aromat gnijącej wody, umierających drzew - jednym słowem, śmierci. Ciemność otulała wszystko swym płaszczem, a pojedyncze ogniki - czy to ślepia bestii, czy robaczki świętojańskie - świeciły w mroku, wydobywając z ludzkiego serca tylko strach.
Mordercai parł do przodu, uchylając gałęzie z taką delikatnością, by nie pękły i nie zwróciły uwagi drapieżników, których było tutaj pod dostatkiem. Buty zatapiały się w błocie, a on stąpał ostrożnie, nie wchodząc w bajoro powyżej kolan. Te lasy pochłonęły więcej ludzi, niż można było się spodziewać. Nikt nigdy ich więcej nie widział, bo błoto co raz połknęło, już nigdy nie wypuszczało. Bezustannie towarzyszyły mu rechoty małych, żabo podobnych stworzeń, których dźwięki bardziej przypominały złośliwy śmiech niż rechot. Opary mgły - śmierdzącej i przede wszystkim trującej zniechęcały amatorów przygód, ale Mordercai owinął twarz swoją czerwoną chustą i nie zrażony, zapuszczał się w głąb bagien za swoją ofiarą.
W końcu zatrzymał się przy wysokim, samotnym drzewie i nasłuchiwał, bo jego uwagę przyciągnął jakiś dźwięk - a raczej idealna cisza, która go otoczyła. Wszystko umilkło. Coś dużego zwietrzyło jego trop i zainteresowane łatwą ofiarą, śledziło go. Nie zląkł się, tylko zachowując dyskrecję, wdrapał się na najbliżej stojące drzewo i ukrył w koronie liści. Po drodze zrzucił na ziemię jakiegoś niewielkiego, jadowitego gada, który częściowo przypominał węża, a częściowo żabę. Usadowił się wygodnie, poza zasięgiem poczwary i czekał.
Po kilkunastu minutach z spomiędzy krzewów coś wyszło - było wielkie, większe nawet od skaga i szło leniwie, wietrząc zapach człowieka tuż przy ziemi. Mordercai nie widział co to i nie mógł tego zidentyfikować. Słyszał tylko rozpryskujące się spod łap błoto, ciężki oddech. Dostrzegał w mroku iskrzące się, fioletowe ślepia i parę wydobywającą się z pyska. Nie widział nic ponad to, a bestia stanęła pod drzewem i zadarła głowę do góry, jakby wiedziała, że tam siedzi. Mordercai złapał się w ostatniej chwili gałęzi, bo poczwara naparła całym ciałem na pień, a kiedy to nie dało skutku, zaczęła uderzać barkiem.
Cała roślina trzęsła się jak osika, tracąc liście, a łowca siedzący na koronie trzymał się kurczowo, zamykając oczy. Wiedział, że nie spadnie, ani że poczwara wespnie się do góry. Gdyby potrafiła, już dawno by to zrobiła. Cały czas słyszał jej oddech i docierał do niego smród prosto z jej paszczy.
Trwali tak aż do południa - ona ukryta wśród krzaków, poza zasięgiem jego wzroku, a on na koronie drzewa, poza możliwościami łowieckimi poczwary. Spędził na drzewie ponad dziesięć godzin w bardzo niewygodnej, uciążliwej pozycji, a poczwara krążyła wokół drzewa. Słyszał szelest liści, pluskanie błota, jej oddech i niezadowolone syczenie. Wyczuwał jej złość - liczyła na łatwy posiłek, a tutaj ofiara uciekła. Stwór odsunął się od drzewa, spoglądając jeszcze raz na koronę i zamarł. Słyszał krzyk - kobiecy krzyk, dobiegający gdzieś z głębi bagien. Mordercai nasłuchiwał wraz z potworem, ponieważ rozpoznał właścicielkę głosu i co więcej, ten wrzask był głośnym, pełnym przerażenia wołaniem o pomoc. Stworzenie zasyczało, biorąc kilka głębokich wdechów, po czym odwróciło się i pobiegło w kierunku kolejnych drzew. O fakcie, że się oddala świadczyły szeleszczące krzaki i kołyszące się korony.
Spędził jeszcze kilkanaście dobrych minut, nasłuchując. Żaby ponownie zaczęły rechotać, co było równoznaczne z tym, że zagrożenie sobie poszło. Zszedł z drzewa, rozprostował kości i spojrzał w kierunku, w którym pobiegła bestia. Lucky nie mogła tego przeżyć, nie tym razem, ale wielokrotnie tak o niej myślał. Westchnął, rozglądając się po lesie, po czym podążył za potworem.
Im głębiej zapuszczał się na bagna, tym bardziej zniszczone i powykręcane drzewa obserwował, coraz większej krzewów, pnączy i smrodu gnijących ciał. Cisza, która go otaczała, była raczej cząstką wszystkiego, co dotychczas poznał. Przyzwyczaił się do ciszy i do samotności, w której towarzyszyła mu Krwawiec albo butelka wódki. I pasowało mu to przez wiele lat, nie zamierzał z tego rezygnować. Nagle zamarł, słysząc chrzęst pękających kości, pękające ścięgna, naciągane do granic możliwości. Oddech bestii dobiegał zza drzewa, więc Mord przywarł plecami do pnia i wyjrzał.
Zwłoki, które w żelaznym uścisku trzymały potężne, trójpalczaste łapy były niegdyś młodą kobietą o wątłej posturze. Ciało pokrywała gruba warstwa krwi wymieszanej z błotem, jednak nie mógł nie zauważyć czarnych, rozpuszczonych włosów. Obserwował beznamiętnie, jak bestia unosi swoją ofiarę do pyska, a szczęki zawierają się na głowie i odrywają ją od pozostałego korpusu, przeżuwając. Spomiędzy wielkich kłów wypływał mózg wymieszany z krwią. Dostrzegał dłonie zwisające bezwładnie, obserwował krew wypływającą z rozerwanej tętnicy, która kapała leniwie na ziemię, znacząc ją swym DNA. Wiedział, że niedługo w tym miejscu wyrośnie kolejne drzewo lub krzak, którego podwaliną będą szczątki dziewczęcego ciała. W końcu bestia pożarła całość, ale Mordercaia dawno nie było w okolicy.
Wracał do wioski, wpatrując się w swoje ślady i starając się nie myśleć, nie czuć. Jedyne na co miał ochotę, to dotrzeć do chaty, wyciągnąć butelkę i upić się. Wsiąść w wóz, wyjechać w swoje pustkowia, w swoje tereny i wrócić do normalności. Wódka, on i Krawiec. Nie potrzebował nikogo więcej, nikogo mniej. Nawet nie wiedział kiedy znalazł się z powrotem na kładce prowadzącej do wioski. Zatrzymał się na drewnianym moście, spojrzał w zachmurzone, deszczowe niebo i uśmiechnął się. Znów był wolny. Nie zdziwił go widok martwych Hyperionowców, ani też żywych - co do jednego - Vault Hunterów. Siedzieli na jednej kładce, okrwawienie, ranni i przede wszystkim, w wybornych humorach. Opróżniali właśnie jedną beczkę bimbru, więc bez słowa wziął drewniany kubek, nalał sobie i spojrzał po wszystkich.
Zaskoczenie malujące się na ich twarzy świadczyło, że byli pewni, że nie żyje. On jednak uśmiechnął się, uniósł kubek do góry i powiedział:
- Zdrowie Koniczyny.
Zrozumieli. On nigdy nie pił za kogoś, kto jeszcze stąpał po ziemi. Pił tylko za martwych, bo tylko za takich warto wnosić toast.
- Co się stało? - spytał Roland, wyraźnie zaskoczony. Mordercai wzruszył ramionami, wypił całą zawartość kubka, odetchnął, próbując ukoić palące gardło, po czym odparł:
- Zastrzeliłem ją. - Mówił tak tylko po to, by wzbogacić sie na śmierci Lucky. Robił to z czystą, zimną premedytacją. Reszta wymieniła zaskoczone spojrzenia, ale nie mieli powodu, by mu nie wierzyć. W końcu, czarnowłosej dziewczyny nie było z nimi. Mimo wszystko, czekali na nią do wieczora. Potem do świtu, a potem do jeszcze jednego zachodu słońca. Po tym czasie zrozumieli, że nie było na kogo czekać, a Mordercai miał rację. Ten zebrał się już tego samego dnia po oświadczeniu im, że dziewczyna nie żyje - spakował, wsiadł do samochodu dziewczyny i odjechał, nie żegnając się, nie mówiąc gdzie jedzie i co zamierza zrobić.
Lilith siedziała z tyłu, opierając czoło o zimną szybę i wpatrując się w lejący się z nieba deszcz. Smętny obraz bagien - pustych i martwych - nie poprawiał jej nastroju. Nie odkryli, co się stało z mieszkańcami, wybili prawie wszystkich z Hyperionu i czekali na dziewczynę, pakując wszystko, co niezbędne z wioski. Mieli wyjechać zaraz po zapakowaniu wszystkich potrzebnych przedmiotów, ale przeciągali to jak tylko mogli. To ona nalegała. Wieść, że ta czarnowłosa dziewczyna po prostu zginęła, troszeczkę ją przygnębiła. Reszta w jej opinii nie przejęła zbytnio jej śmiercią, bo była dla nich zbyt obca. Rudowłosa jednak czuła do niej sympatię, pewną więź - stała się dla niej młodszą siostrą, którą się opiekowała i dbała.
Wzięła głęboki wdech, zamykając oczy. Wbrew jej woli, pojedyncza łezka wydostała się spomiędzy powiek i popłynęła po policzku, by spaść z brody na dekolt. Maya widząc przyjaciółkę w dołku, położyła rękę na jej udzie.
- Nic nie mogłaś zrobić - szepnęła, zerkając na mężczyzn. Trzecim pasażerem z tyłu był Zero, śpiący i przytulający się do swojej katany. Nawet on nie wydawał się specjalnie przejęty śmiercią dziewczyny, a niebieskowłosa sądziła, że najprędzej na nim odbije się jej brak. Przecież często ze sobą rozmawiali i widziała, że tajemniczy osobnik darzy wygadaną dziewczynę dozą sympatii. Prawdę mówiąc, odnosiła wrażenie, że Zero był zazdrosny o Mordercaia.
- Pomyśl! - szepnęła wściekła Lilith. - Sama jej doradzałam, by próbowała się zejść z Mordem! Gdybym...
- Daj spokój, nie mogłaś przewidzieć, że ten pojebaniec ją zastrzeli. Nikt z nas nie wie, jaki on jest naprawdę! - Odszepnęła, zerkając na mężczyzn z przodu. Axton, tak jak Zero, spał, ale Roland prowadził i nie wykluczone, że nasłuchiwał ich dyskusji.
- Gówno prawda! Wiedziałyśmy, że jest nieobliczalny. To szaleniec i alkoholik, a my przez cały czas pchałyśmy ją do niego! - Na policzki rudej wpłynął ognisty rumieniec złości, a sama dziewczyna wyglądała na naprawdę wkurzoną na Morda.
- Bo to była jej największa szansa na przeżycie! - odszepnęła Maya. - Gdyby ją posuwał co noc, myślisz, że ktokolwiek miałby odwagę ją zastrzelić?! Będąc jego niunią, miałaby spokojne życie.
- I teraz kurwa ma. Może ewentualnie robaczki będą ją wkurwiać, jak będą nosem do chuja pana wychodzić! Czy ty nic nie rozumiesz?!
Maya zacisnęła usta, po czym usiadła wygodnie i skrzyżowała ręce pod biustem, a Lilith z kolei westchnęła i powróciła do przyglądania się okolicznym drzewom. Czuła się winna śmierci dziewczyny, chociaż od początku chciała dobrze. Kiedy zobaczyła ją pierwszego dnia - przerażoną i zapłakaną w komorze kriogenicznej, nie miała ochoty jej ratować, bo nie spodziewała się, że dziewczyna przeżyje. Ale dokonała tego. Przetrwała pustynię, podwójnie długą trasę, a z tego co się dowiedziała, zastrzeliła skaga alfa i uciekła robaczkom. Osiągnęła więcej, niż połowa ludzi na tym padole. Co więcej, przetrwała starcie z Heleną, przeżyła strzał od Mordercaia... I osiągnęła to wszystko, nie wiedząc o sobie nic. Wzbudziła w tym podziw w rudowłosej i przede wszystkim, przychylność. Postanowiła wesprzeć dziewczynę i od tamtej pory popychała ją delikatnie do przodu, aż zauważyła słabość Mordercaia do Lucky.
Przez cały czas starała się związać tę dwójkę, chociaż wiedziała, że ryzyko jest spore. Mord w końcu był nieobliczalnym alkoholikiem o przeszłości, która dała mu w kość. Wiedziała o tym, co łączyło go z Heleną, wiedziała o wszystkich jego potknięciach i przyczynach, dla których znalazł się na Pandorze. Wiedziała, że jest złym, bezdusznym człowiekiem, a jednak popchnęła w jego kierunku Lucky. Dlaczego?
Westchnęła, przecierając twarz dłońmi. Liczyła, że urok i wdzięk dziewczyny osłabi wrogość i nieufność mężczyzny? Nie wierzyła w wielką miłość, ani nawet taką zwykłą. Dlaczego więc chciała ich zeswatać? Naprawdę myślała, że ten człowiek odłoży na bok swoje krzywdy i dopuści kogoś do siebie? Teraz, kiedy Lucky nie było, wyłączył swój nadajnik i znikł z radarów, zaszywając się gdzieś w swojej samotni z butelką wódki. Lilith przymknęła oczy w nadziei, że wyrzuty sumienia odejdą wraz z nią, ale te jednak pozostawały, by jak robaki żywiące się ciałem zmarłej, żywić się jej duszą.
Dojechali do bazy dopiero po kilku dniach, skrzętnie omijając New Heaven. Grobowy nastrój Lilith udzielił wszystkim, zresztą, nie tylko ona przeżywała stratę przyjaciółki. Nie rozmawiając z nikim, przekroczyła próg bazy i powitała ją zimna, przerażająca pustka. Podeszła do lady i nie czekając na pozostałych, nalała sobie szklankę wódki i wypiła duszkiem.
Wbrew temu, co można pomyśleć o VH, w pewnym stopniu wszyscy przeżywali stratę członka - jedni mniej, inni bardziej, a jedynie Lilith bardziej okazywała swoje emocje. W końcu, po powrocie do jedynego bezpiecznego miejsca na Pandorze, ich domu, usiedli przy jednym wielkim stoliku przy kilku butelkach alkoholu i grze w karty. Smród papierosów, alkoholu, niemytych ciał unosił się w powietrzu, ale mimo z pozoru pogodnej atmosfery, wszyscy milczeli i grali bez entuzjazmu. Wódka nie smakowała jak zawsze, papierosy nie relaksowały i dotleniały mózgu, a karty w dłoni nie cieszyły. Żarty były suche i mało śmieszne, a rozmowy naciągane i mało rodzinne. Lilith w końcu podniosła się od stołu, burknęła coś o tym, że idzie spać i udała się na górę.
Gorący prysznic nie zmył smutku dziewczyny i pustki, która rodziła się w jej sercu. Sen nie był lekki ani przyjemny, a czas nie goił ran, jak oczekiwano. Przez co najmniej kilka dni nikt nie zaglądał do pokoju Lucky, a tematu unikano jak ognia - jakby ona nigdy nie istniała, a była jedynie snem. Po tygodniu ziemskiego czasu, Lilith zmusiła się do tego, by uporządkować jej rzeczy. Z początku chciała wszystko wyrzucić, ale w efekcie końcowym było tak, że przeglądała jej zdjęcia, wycinki, zebrane kolekcje różnych przedmiotów. Puste ściany posiadały pewną cząstkę jej ciepła i pozytywnego nastawienia, którego wszystkim brakowało.
Uśmiech mimowolnie wpełzł na usta dziewczyny, gdy przypomniała sobie wieczór, gdy Lucky wybiegła z wrzaskiem obdzieranego ze skóry człowieka z łazienki, owinięta ręcznikiem. Wpadła wprost na Salvadora, który postanowił poratować damę w opresji i unicestwić pająka - małego, owłosionego pająka - za pomocą karabinu maszynowego, przez co kafelki wyglądały jak ser szwajcarski, a stawonóg uciekł przez uchylone okno. Burę dostali oboje, ale Lucky i tak podziękowała swemu obrońcy, który wówczas napuszył się jak paw.
Lilith drgnęła nagle, gdy uświadomiła sobie, że w progu stoi Zero. Spojrzała na niego smutnym, pełnym wyrzutu wzrokiem. Ten wszedł do środka, zamykając za sobą skrzypiące drzwi i usiadł na ziemi naprzeciwko rudowłosej, wyświetlając znak zapytania. Dziewczyna westchnęła, ukrywając twarz w dłoniach.
- Czuję się winna jej śmierci - szepnęła, a Zero przekręcił głowę jak pies nie rozumiejący słów właściciela. - Próbowałam ich zeswatać. Morda i Lucky, a on ją zastrzelił. Tak po prostu ją zastrzelił. Wyobraź sobie, że brakuje mi jej.
Zero wyświetlił uśmiech, a Lilith zrozumiała, że to znaczy tyle samo, co jemu jej też. Uśmiechnęła się słabo, obracając w dłoni plastikową figurkę, jaką wygrzebała z piasku. Sporo rzeczy tutaj leżało w pudłach, bezwartościowych i w większości popsutych. Na ścianie wisiały stare fotografie ocalone z wraku, tworząc mozaikę wspomnień.
- Dlaczego ona to wszystko zbierała? - spytała bardziej siebie, niż towarzysza, a ten wyświetlił wykrzyknik, wstał i zniknął za drzwiami, by wrócić ze swojego pokoju w kilka minut później. Wręczył Lilith dziennik - ten sam, który ona ofiarowała kiedyś Lucky. Wszystkie strony były zapisane, niemalże wszystkie. Zero poinstruował rudowłosą, na której stronie jest interesujący ją wpis, po czym zaczęła czytać czytelne, ale mało ładne pismo przyjaciółki.
iWpis czterdziestysiódmy.
Kolejną godzinę przekopiuję miejsce, w którym rozbił się prom. Prawie wszystko zostało ogołocone przez ludzi, a to, co pozostało, pożarły skagi. Nie zniechęcam się, tylko przekopuję wszystko na pół metra głębokości. Mam przeczucie, że gdzieś muszą być moje wspomnienia, ale też nie wiem czego szukam. Dyskietki? Dysku? Nie wiem czego, ale wiem, że to znajdę.
Wykorzystuję czas, gdy nikogo nie ma, a ja nie mam żadnych zleceń. Najlepiej kopie się w nocy, kiedy nie muszę obawiać się skagów. Naprawdę uparte skurczybyki. Nie bardziej od moich kompanów, nie ma co. Nie chcę by wiedzieli, że szukam prawdy o sobie, bo jest ona kluczowym elementem. Mam przeczucia, że to, kim byłam wcześniej ma bardzo wielkie znaczenie, nie tylko dla mnie. Coś się święci, czuję to całym ciałem, całą sobą.
Brzmię jak szalona, wiem o tym. Jednak... Ehh, czy to ważne? Lepiej wrócę do pracy, niedługo świt./i
- Ona... - szepnęła Lilith, spoglądając na notes, zniszczony przez piasek i upał. - Szukała prawdy przez ten cały czas?
Zero odpowiedział uśmiechem, klepiąc towarzyszkę po ramieniu, a następnie wyszedł. Rudowłosa długo walczyła z sobą, aż w końcu wzięła dziennik i zeszła na dół, gdzie nalała sobie alkoholu i rozpoczęła lekturę od samego początku.
