Rozdział 11. Czerwona wojna
Dni po przegranej Ślizgonów były dla Albusa chyba najgorszymi, jakie pamiętał w Hogwarcie. Kiedy stracił punkty na rzecz Slytherinu, zawsze mógł spróbować je odrobić, ale teraz nie mógł zmienić przeszłości; nie mógł cofnąć się w czasie i spróbować wygrać.
Beznadziejny nastrój nie opuszczał Albusa przez cały koniec listopada i większość grudnia. Co kilka minut niespostrzeżenie wkradały mu się do głowy myśli o tym, jak zawiódł swoją drużynę,. Musiał sam przed sobą przyznać, że jeśli by uważał na meczu, rezultat rozgrywki mógłby być zupełnie inny. Koledzy z drużyny próbowali go pocieszać, mówiąc, że to dopiero pierwszy mecz w sezonie, ale w gruncie rzeczy odgrywali taką samą szopkę, jak pozostali Ślizgoni. Szczególnie przykro było patrzeć na Atticusa – Albusa aż skręcało poczucie winy, kiedy tylko kapitan się do niego uśmiechnął. Może i sezon dopiero się rozpoczął, ale niewielu drużynom udawało się zdobyć puchar po przegraniu pierwszego meczu pełnymi stoma pięćdziesięcioma punktami.
Przepraszające spojrzenia, jakie rzucał członkom drużyny, w połączeniu z docinkami, jakie otrzymywał od pozostałych Ślizgonów, sprawiły, że Albus kompletnie załamał się emocjonalnie. Mimo wesołego okresu oczekiwania na święta, Albus coraz częściej zostawał w pokoju wspólnym, odrabiając prace domowe, a raz nawet odmówił Mirze spotkania w bibliotece razem z resztą Gryfonów, żeby się pouczyć. Bliskie towarzystwo Eckleya było chyba ostatnią rzeczą, na jaką miał w tym momencie ochotę.
Biorąc to wszystko pod uwagę, nic dziwnego, że Albus z utęsknieniem wyczekiwał na święta, kiedy w końcu będzie mógł pojechać do domu, uciekając od spojrzeń Ślizgonów albo treningów quidditcha i będzie mógł przypomnieć sobie ten wspaniały, radosny nastrój, który towarzyszył mu od szlabanu u Fairharta aż po dzień pierwszego meczu. Tylko jedna rzecz dotycząca powrotu do domu nieco go przerażała...
- A jak będzie z Jamesem? – zapytał go na zielarstwie Morrison, tydzień przed przerwą świąteczną. Neville przydzielił im zadanie opieki nad jakąś rośliną w grupkach po trzy osoby i na sali panował taki hałas, że mogli swobodnie rozmawiać; bez obawy, że usłyszy ich nauczyciel.
- Co masz na myśli mówiąc „co będzie z Jamesem"? – zapytał go oschle Albus, polewając swoją roślinę obfitą ilością wody, dzięki czemu wydała z siebie jęk aprobaty.
- No na przykład to, czy twoi rodzice nie będą się zastanawiać, dlaczego ze sobą nie rozmawiacie?
- Jeszcze o tym nie myślałem – skłamał Albus. Smutna prawda wyglądała tak, że jego rozczarowanie po przegranej z bratem w quidditcha zniechęciło go do jakichkolwiek prób wyciągnięcia do niego ręki na zgodę, i zgadzał się, że w święta z pewnością będzie niezręcznie. Właśnie dlatego przestał spędzać tyle czasu z Mirrą i Rose; bał się, że będą na niego naciskać, żeby zrobił coś, na co zdecydowanie nie ma ochoty.
- To bardzo ważne – krzyknął Neville – żeby dobrze zrozumieć wydawane przez nie dźwięki, które mogą oznaczać zarówno przyjemność, jak i irytację. Wysoki, piskliwy dźwięk oznacza, że roślina za bardzo cierpi.
- Wydaje mi się, że ją wykańczamy – zauważył posępnie Morrison, kiedy Scorpius wylał na ich żonkila cały słoik wody. Roślina wydała złowieszczy i głośny pisk.
- Co mnie to obchodzi, to tylko roślina – wrzasnął Scorpius, przekrzykując wysoki dźwięk.
- Mnie obchodzi! To pewnie jeden z nielicznych przedmiotów, jakie mam szanse zaliczyć!
Albus zignorował sprzeczkę przyjaciół i rozmyślał intensywnie na temat problemu z Jamesem. Kilka sekund później jednak wyleciało mu to z głowy, bo Neville zaczął udzielać im reprymendy za próbę utopienia swojej rośliny.
Ostatnią lekcją przed feriami świątecznymi była obrona przed czarną magią, z czego Albus był bardzo zadowolony. Lekcje z Fairhartem były jedną z nielicznych rzeczy, jakie utrzymywały go obecnymi czasy w dobrym nastroju, i ta ostatnia nie była pod tym względem wyjątkiem. Przeprowadzili wspólnie nietypową sesję improwizacji – uczniowie rzucali piłką po sali, a kto ją złapał, musiał dołożyć swoje zdanie do historii, którą rozpoczął profesor słowami: „Czarodziej wszedł do sali i usłyszał, że ktoś się za nim skrada".
Wielu uczniów miało tak nietypowe pomysły na rozwój historii, że Milton Parish zakończył ją zdaniem, w którym dwóch czarodziejów (którzy w końcu okazali się być bliźniaczymi braćmi wampirami, którzy kłócili się o to, który z nich wypije krew ich matki, wili) zdecydowało się zaprzestać procederu picia ludzkiej krwi i otworzyło zakład fryzjerski.
Po tym, jak uczniowie przestali się śmiać, Fairhart poprosił o ciszę i szeroko się do nich uśmiechnął. Wciąż siedząc na biurku, zwrócił się do wszystkich rozentuzjazmowanym tonem:
- Bardzo dobrze! – pochwalił wszystkich. – Wasza wyobraźnia znakomicie się rozwinęła. Pamiętajcie, że w każdej sytuacji walki obronnej najważniejsze jest, żeby być dobrze przygotowanym, ale w przypadku ofensywy, waszą najlepszą bronią jest wyobraźnia! A pod tym względem zrobiliście tak znaczne postępy, że dochodzę do wniosku, iż warto przenieść naszą edukację na nieco wyższy poziom.
Uczniowie uśmiechnęli się i wymienili podekscytowane spojrzenia. Albus siedział teraz w pierwszym rzędzie, ale słyszał podniecone szepty za swoimi plecami.
Fairhart radośnie kontynuował:
- Macie w sobie potencjał, to znaczy wiedzę, którą można przełożyć na potężne moce magiczne. Swego rodzaju rozżarzony ogień, który, dzięki odrobinie praktyki, macie szansę kontrolować!
- Po przerwie zimowej zaczniemy się uczyć właściwej magii obronnej. Macie już doskonałe podstawy i znacie teorię, która stoi za zaklęciami defensywnymi. Wasze emocje i umysł są równie groźne, jak i wasze magiczne umiejętności! Niedługo zaczniemy się uczyć, jak efektywnie wykorzystywać te trzy czynniki jednocześnie.
Dzwonek zadzwonił zaraz po tym, jak profesor życzył im wesołych świąt, i wszyscy uczniowie żywiołowo opuścili klasę, również życząc Fairhartowi udanego wypoczynku.
Podróż pociągiem na dworzec King's Cross upłynęła w ciszy. Albus nie chciał oglądać czułych pożegnań Mirry i Eckleya przed feriami, dlatego przekonał przyjaciół, żeby usiedli na samym końcu pociągu. Miał też nadzieję, że uniknie w ten sposób spotkania z Rose, która na pewno zaczęłaby go przekonywać, jak ważne jest pogodzenie się z Jamesem. Okazało się to skuteczną taktyką, ale wciąż pozostawała obawa przed podróżą autem do domu, do którego miał ich zabrać wujek Ron.
- Po prostu trzymaj się od niego z daleka przez całe święta, w czym problem? – powiedział nagle Morrison w jakiejś połowie podróży. W przedziale od dawna panowała cisza.
- Przecież będzie mieszkał po drugiej stronie korytarza – zmarszczył brwi Albus. Poczuł, że nieco zaniedbywał rozmowę, więc zdecydował się kontynuować, zmieniając temat:
- Jakie macie plany na święta?
Morrison już otwierał usta, ale przerwał mu Scorpius:
- U mnie będzie to samo, co w zeszłym roku... no, poza tym, że ty nie przyjeżdżasz. Chyba jeden z moich wujków, ten, który pracuje ze smokami, nas odwiedzi...
- Świetnie – powiedział bezbarwnym głosem Albus.
- Ta... całkiem klawo – odezwał się Morrison, w udany sposób naśladując Eckleya. Albus roześmiał się po raz pierwszy od początku podróży. Jego przyjaciele byli wspaniali, potrafili go rozśmieszyć nawet jeśli miał najgorszy nastrój z możliwych. Myślał o tym przez pozostałą część podróży i kiedy wysiedli i zaczęli wychodzić na peron, pożałował, że nie może po prostu z nimi wrócić tą samą drogą do szkoły.
- No, to ja spadam – powiedział nagle Morrison, kiedy przechodzili obok jakiejś pary Gryfonów, którzy wyglądali, jakby nie mogli się od siebie odkleić. Wskazał na swoją matkę, która uprzejmie machała im dłonią. Była znacznie niższa od swojego syna i kiedy zauważyła, że jej odmachał, rzuciła mu niedowierzające spojrzenie. Potem wskazała swoją górną wargę, śmiesznie przekrzywiając głowę.
- Dlaczego tak dziwnie się zachowuje? – zapytał Albus.
- A tak, bez powodu – powiedział szybko Morrison, nagle zarumieniony. Zaczął szybko pchać swój kufer w kierunku mamy. – Udanych ferii!
Albus i Scorpius życzyli mu wesołych świąt i poszli dalej. Kilka minut później zauważyli tatę Scorpiusa, który czekał na niego pośrodku grupki głośno plotkujących dziewczyn. Wyglądał na zniesmaczonego tym towarzystwem i usłyszanymi uwagami, ale uśmiechnął się do nich, kiedy ich zauważył. Scorpius przybił mu piątkę i życzył mu wesołych świąt, po czym udał się w kierunku ojca. Albus ucieszył się, że pan Malfoy skinął mu głową na pożegnanie, kiedy odchodzili. Radośnie mu pomachał.
Niemal w tej samej chwili, kiedy opuścił dłoń, usłyszał wołanie wujka Rona.
- Ahoj! Al, tutaj jesteśmy!
Albus obrócił się i zauważył wujka, kiwającego mu dłonią. Towarzyszyli mu już James, Lily, Rose i Hugo. Albus przyłączył się do nich i w ciszy podążył w kierunku czarnego samochodu Ministerstwa, który wypożyczył wujek. Wujek Ron zapakował ich wszystkich do samochodu, a Albus z przykrością skonstatował, że musi siedzieć obok Jamesa, który wydawał się nie zauważać jego obecności.
Wujek poprawił lusterka i odpalił samochód, po czym się odezwał:
- Wujek Bill zabrał do siebie wszystkie pozostałe dzieciaki – powiedział. – Dlatego będziemy tylko my!
Na początku nikt się nie odzywał, ale Rose, która siedziała na krześle pasażera, długo nie wytrzymała i zaczęła się przechwalać niemal natychmiast po tym, jak znaleźli się na drodze.
- Tatusiu, dostałam „W" z ostatniego sprawdzianu z numerologii – oznajmiła. – Profesor powiedziała, że moja praca była najlepsza w klasie.
Tata uśmiechnął się do niej szeroko.
- To trudny przedmiot. Oby tak dalej, Różyczko. A ty Hugo, jak sobie radzisz? Mam nadzieję, że nie narobiłeś sobie zaległości?
Zarówno Hugo, jak i Lily zaczęli opowiadać o swoich zajęciach i lekcjach; niektóre zadania Albus pamiętał z czasów, kiedy sam był w pierwszej klasie. Ze zdziwieniem dowiedział się, że jego siostra jako pierwsza w klasie przetransmitowała zapałkę w igłę, a jeszcze bardziej się zdumiał, kiedy oznajmiła, że również jako pierwsza wylewitowała pióro w powietrze. W gruncie rzeczy czuł się trochę wykluczony z rozmowy – jako jedyny nie był w Gryffindorze, dlatego nie mógł pogrążyć się w dyskusjach na ten temat. Co dziwne, James również siedział w ciszy, co było dla niego tak nietypowe, że szybko zwróciło uwagę wujka Rona.
- Wszystko w porządku, Jamesie? – zapytał, spoglądając w lusterko. – Jesteś jakiś cichy. Czy to jakiś nowy kodeks milczenia obowiązujący prefektów?
- Nie, jestem po prostu zmęczony – odburknął Ron.
- I jak tam podoba ci się bycie prefektem? Super, kiedy wszyscy się ciebie boją, co nie? – zauważył wujek Ron z łobuzerskim uśmiechem.
James właśnie coś odpowiadał, ale wujek przerwał mu w pół słowa.
- Poczekaj sekundkę – powiedział zirytowany, opuszczając szybę w oknie. – NAUCZ SIĘ JEŹDZIĆ, KOLEGO! – wrzasnął na kierowcę samochodu jadącego przed nim. – Czasami się zastanawiam, w jaki sposób przydzielają mugolom to prawo jaz... TAK, MÓWIĘ DO CIEBIE! JEST TAKA RZECZ, KTÓRA SIĘ NAZYWA KIERUNKOWSKAZ! Och tak, teraz sobie o nim przypomniał...
Wszyscy gapili się na niego z niedowierzaniem, ale wujek zdawał się nie zwracać na to uwagi. Zasunął szybę i swoim zwykłym, spokojnym głosem zwrócił się do Jamesa:
- Więc mówiłeś, że...
Przez całą podróż wujek Ron zachowywał się podobnie, co kilka minut przerywał miłą rozmowę i wrzeszczał na innych kierowców. Raz Albus aż zakrył Lily uszy, żeby nie słyszała wulgaryzmów, jakimi obrzucił kogoś, kto zatrzymał się przed nimi zbyt gwałtownie. Albusowi jednak nawet się to podobało; przynajmniej miał się z czego pośmiać, a i podróż mijała szybciej.
Dotarli do domu Potterów w okolicach południa, a Albus z ulgą zauważył, że rodzice się do niego uśmiechnęli, kiedy wszedł do kuchni. Państwo Potter siedzieli obok siebie i wspólnie czytali gazetę. Jego tata wyglądał na zmęczonego, sądząc po tym, jak stłumił ziewnięcie, zanim przemówił:
- I jak tam mija trzecia klasa?
- W porządku – skłamał Albus. Nie mógł powiedzieć nic więcej, bo zaraz za nim weszli James i Lily, i niedługo potem siedzieli wszyscy wspólnie przy krześle, podczas gdy rodzice bombardowali ich pytaniami. Cała pozostała trójka nie uczyniła żadnej uwagi na temat tego, że Albus i James się do siebie nie odzywają. Albus zastanowił się, czy brat przykazał Lily, żeby nie poruszała tego tematu przy rodzicach.
Wujek Ron wszedł do kuchni w momencie, kiedy Lily opowiadała rodzicom, jak po raz pierwszy utknęła w znikającym schodku na korytarzu. Rzucił klucze od auta w kierunku szwagra, który wykazał się znakomitym refleksem, chwytając je.
- Co ci tak długo zeszło? – zapytał rozbawiony tata Albusa.
- Zaparkowanie tej kupy złomu zajmuje wieki – powiedział wujek Ron. – Przy okazji: Al, Rose czeka na ciebie na górze, wspominała coś o tym, że potrzebuje pomocy w jakiejś pracy domowej?
Albus rzucił wujkowi pytające spojrzenie – nie był pewien, czy mówi serio, czy też znowu żartuje. Kiedy wujek wzruszył ramionami, opuścił kuchnię i poszedł na górę, gdzie zobaczył Rose, która siedziała na łóżku w pokoju gościnnym. Bywała tam tak często, że w zasadzie powinna go nazywać swoim pokojem.
- A więc o co chodzi? – zapytał, zamykając za sobą drzwi.
- Nie bądź głupi, powiedziałam tak tylko po to, żeby cię tutaj ściągnąć – powiedziała wyniosłym tonem Rose. Albus zmarszczył brwi, ale czekał na dalszy ciąg. – Wciąż nie rozmawiałeś z Jamesem.
Albus chciał się odezwać, ale Rose brutalnie mu przerwała.
- Nic nie mów... przecież wiem, że tego nie zrobiłeś. James by mi powiedział, gdybyś choć spróbował... Dajcie spokój, nie rozmawialiście od miesięcy, przez was te święta będą okropne!
- Dokładnie tak, Rosie – odezwał się ironicznie Albus – fakt, że nie rozmawiam z bratem, zrujnuje święta milionów dzieciaków na całym świecie...
- Przecież wiesz, co mam na myśli!
Albus patrzył się na nią w przez chwilę.
- Słuchaj, teraz, kiedy obaj jesteśmy w domu, jakoś się ułoży, jestem tego pewien. Nie musimy robić z tego jakiejś afery na cały dom, prawda?
- A więc pójdziesz i porozmawiasz z nim? A przynajmniej spróbujesz?
Albus rzucił kuzynce pogardliwe spojrzenie. Bardzo kochał Rose, ale zdecydowanie za bardzo lubiła się rządzić i wtrącać nie w swoje sprawy.
- Tak, spróbuję jakoś to wyjaśnić, jesteś zadowolona? Tylko przestań mnie już nękać...
Jak tylko wymówił te słowa, poczuł w piersi niepokojące uczucie, jakie zawsze towarzyszyło mu, kiedy kłamał. Przez kolejne kilka dni Albus nawet nie spróbował porozmawiać z bratem, ani też James nie odezwał się do niego. Jedli śniadania w ciszy, nie brali udział w tych samych rozmowach, nie życzyli sobie wzajemnie dobranoc. Albus nagle pożałował, że tak mało osób zostawało u nich na święta. Cała rodzina przyjęła za pewnik, że w tym roku święta będą obchodzić w mniejszym gronie, w wyniku czego została u nich tylko Rose z rodziną. W normalnej sytuacji cieszyłby się, że w domu jest spokojniej, ale mniejsza liczba kuzynów oznaczała również więcej szans na pobyt z bratem sam na sam.
Miał cichą nadzieję, że sytuacja ulegnie zmianie w Boże Narodzenie, ale się mylił. Nawet kiedy otworzyli prezenty, a rodzice uśmiechali się do nich uprzejmie, nie życzyli sobie wzajemnie wesołych świąt. Na szczęście Hugo dostał pod choinkę miotłę, dzięki czemu większość uwagi skupiono na nim i nikt nie zawracał sobie głowy tym, że jego brat i on, chociaż przebywali w jednym domu, nie świętowali wspólnie.
Wieczór zyskał na wartości dzięki wspaniałej uczcie (porównywalnej do tych w Hogwarcie), która była zasługą jego mamy i cioci Hermiony. Po jedzeniu dorośli udali się do kuchni, aby przedyskutować „swoje sprawy" – wszyscy, poza wujkiem Ronem, który uznał „te sprawy" za mało istotne i został w salonie, zabawiając dzieci.
Albus siedział cicho w kącie, słuchając jednym uchem opowiastek wujka. Pozostałe dzieci (wszystkie poza Jamesem, który dołączył do dorosłych w kuchni) siedziały wokół wujka, słuchając z uwagą jego opowieści, przerywanej od czasu do czasu łykiem ognistej whisky.
- No i znaleźliśmy się tam! – powiedział dramatycznym tonem wujek, który był już trochę podcięty, ale wciąż mówił wyraźnie. – Staliśmy na ogromnej szachownicy, a olbrzymie figury blokowały nam drogę! Od razu wiedziałem, że musimy z nimi zagrać. Wiedziałem od razu, że jedyną szansą na uratowanie świata jest użycie moich znakomitych umiejętności strategicznych w celu przechytrzenia kompletu szachów, który został tam ustawiony, żeby uniemożliwić nam zrealizowanie celu... przy okazji, była to sprawka waszej obecnej dyrektorki!
Albus przestał słuchać wujka i zaczął roztrząsać w duchu swoje rozterki, a robił to w tym roku dość często. Jego relacje z bratem praktycznie nie istniały. Nawet świąteczny nastrój nie pomógł w ich naprawieniu. Jak długo będzie trwać ta sytuacja? Do następnych świąt? Albo może do czasu, kiedy James skończy szkołę i będzie musiał mu oddać pelerynę? A może będzie tak już zawsze?
Zastanawiał się właśnie, czy Eckley kupił coś Mirze pod choinkę, kiedy coś, co powiedział wujek przyciągnęło jego uwagę.
- Był poszukiwanym mordercą. Musieli wstrzymać działanie szkoły i spróbować go znaleźć.
- Ktoś próbował cię zabić, tato? – zapytała wstrząśnięta Rose. – Ten morderca włamał się do szkoły, żeby cię dopaść?
- Hm... cóż... nie do końca, w tym czasie uważano, że próbował dopaść twojego wujka Harry'ego...
Lily wydała z siebie cichy pisk, a wujek Ron spanikował:
- Ale wcale nie było tak! To trudno wyjaśnić. Okazało się, że on wcale nie próbował nikogo zabić! Cóż, on był... moim szczurem... to znaczy, moim człowiekiem domowym... to znaczy, wcale nie był moim zwierzątkiem domowym. Ujmując wszystko w skrócie, okazało się, że był świetnym gościem...
- Zamknęli szkołę, żeby kogoś dopaść? – zapytał Albus ze swojego kąta. Wstał i podszedł w kierunku kółeczka na podłodze. – Tak, jak w tym roku, z Aresem?
Wujek Ron podrapał się po głowie.
- Cóż, nie do końca... widzicie, tamtego człowieka szukali strażnicy z Azkabanu, a on sam był widziany w zamku, nie w Hogsmeade. W każdym razie, okazało się, że był niewinny. Cała sprawa była jednym, wielkim nieporozumieniem...
- To może Ares też jest niewinny? – zapytał Hugo. – Może to też jest jakieś nieporozumienie?
- Nie! – odpowiedział mu ojciec, chyba nieco ostrzej, niż zamierzał. – Znaczy się... to zupełnie inna sytuacja. Ares z całą pewnością jest winny. Nie chcę, żebyście dzieciaki myśleli, że...
- A dlaczego każdy tak się go boi? – zapytała Rose. Wujek Ron się zarumienił.
- Kogo? Aresa? O czym ty mówisz?
Ale odpowiedział mu Albus:
- Każdy boi się Aresa. Kiedy usłyszano, że zjawił się w Hogsmeade, wybuchła panika. Wszystkim uczniom nakazano trzymać się razem i wracać do zamku, a potem pojawiły się plotki, że odwołają te wypady...
- To nie wszystko – wtrąciła Lily. – Mnóstwo ludzi wkurza się na mojego tatę, że jeszcze go nie złapał. Ci ludzie z transparentami i w ogóle...
- Widzę, że słyszeliście o tym – powiedział wujek Ron, który wyraźnie poczuł się niekomfortowo. Zerknął na wejście do jadalni, tak jakby miał nadzieję, że ktoś wyłoni się z kuchni i go poratuje, ale niestety tak się nie stało. Z ociąganiem odwrócił głowę w stronę dzieci.
- Co dokładnie chcecie wiedzieć? – zapytał.
- Dlaczego każdy tak się go obawia – powiedział Albus. – Dlaczego za jego złapanie oferują aż osiemset galeonów. Mamy chyba prawo wiedzieć...
Wujek Ron westchnął ciężko. Widać było, że jest jeszcze bardziej niespokojny niż wcześniej.
Odezwała się Rose:
- Tatusiu, prosimy...
Wujek Ron westchnął jeszcze raz i wziął spory łyk whisky. Wujek Ron może i był podatny na wpływy ukochanej Rose, ale Albus pomyślał, że trafił im się inny szczęśliwy zbieg okoliczności. Szklanka wujka była opróżniona już więcej niż w połowie; wypił już sporo alkoholu.
- No dobrze, powiem wam – powiedział. – A przynajmniej to, co mogę...
Cała czwórka przysunęła się do niego jeszcze bliżej. To będzie najbardziej interesująca z jego opowieści, przynajmniej w opinii Albusa. Jego tata wypuścił z Azkabanu niebezpiecznego człowieka, w nadziei, że pomoże mu on znaleźć Aresa. Potrzebował wiedzieć, co w nim było takiego, że jego tata zdecydował się na tak drastyczne rozwiązanie.
- Wydaje mi się, że wszystko zaczęło się od... – zaczął wujek Ron, ale przerwał. – Źle mówię... naprawdę zaczęło się od renegatów. Nie wiecie, kim są renegaci, co nie?
Cała czwórka pokręciła głowami, ale Albus wiedział, że nie tylko on kłamie. Lily i Hugo może byli zbyt młodzi, żeby Fairhart im to powiedział na którejś lekcji, ale Rose, mimo tego, że była w Gryffindorze, była w tej samej klasie co Albus i z pewnością o nich słyszała. Nie chcieli po prostu uronić ani kropli historii.
- Upraszczając, renegat to osoba, która walczy ze złymi ludźmi. Czarnoksiężnikami. Ale, w gruncie rzeczy nie ma prawa, żeby to robić. Renegaci nie są aurorami, jak ja. Po upadku Voldemorta pojawiło się wielu takich ludzi... renegatów... którzy kręcili się po kraju i walczyli, co powodowało duży kłopot dla Ministerstwa.
- Ale dlaczego? – zapytał Hugo. – Przecież Ministerstwo też walczyło ze złymi ludźmi...
- Tak, walczyliśmy – powiedział wujek Ron, kiwając głową. – Ale czasami po prostu nie było dowodów, że ci ludzie byli źli... To zadanie Ministerstwa, decydować, kto zasługuje na karę, a kto nie... a skoro ci renegaci brali sprawy w swoje ręce, łamali prawo, rozumiecie? To, co robili, było w tym samym stopniu nielegalne, co czarnoksięska działalność.
- Jedną z rzeczy, jakie musicie wiedzieć o aurorach, to to, że pracują oni w „jednostkach zadaniowych". Jednostkę zadaniową tworzy trzech aurorów, którzy wspólnie pracują nad pewną sprawą. Na przykład, wasz tata i ja – kiwnął głową w kierunku Albusa – jesteśmy w tej samej jednostce zadaniowej. Każda jednostka ma inne zadanie. Jedna zajmuje się zlokalizowaniem miejsc, w których spotykają się czarnoksiężnicy. Inna może zajmować się sprzedażą produktów zakazanych. Ale wtedy, zaraz po wojnie z Voldemortem, wszystkie jednostki zadaniowe dostały to samo zadanie – schwytanie pozostałych na wolności czarnoksiężników i renegatów.
- Problem polegał na tym, że wielu ludziom się to nie podobało. Ruch renegatów miał za sobą silne poparcie społeczne, więc Ministerstwo spotykało się z wieloma atakami. Wtedy też Ministerstwo potrzebowało wielu nowych aurorów, ponieważ niestety spora część z nich zginęła w czasie wojny.
- Zdesperowani pracownicy Ministerstwa, poszukując ochotników, którzy gotowi byli zaryzykować swoje życie, zaczęli rekrutować bardzo młodych czarodziejów, zaraz po szkole, albo nawet w trakcie nauki. Każdy, kto osiągnął pełnoletniość i wyraził taką chęć, mógł dołączyć. Widzicie, każdy auror ma swojego protegowanego – młodego rekruta, który wszędzie za tobą łazi i czasem towarzyszy ci na misjach. W gruncie rzeczy, jednostka zadaniowa ma więc sześcioro członków. Trzech w pełni wykwalifikowanych aurorów, i trzech rekrutów. Zgadnijcie, kto stał się praktykantem?
- Ares – odpowiedzieli chórem.
- Dokładnie tak. Mi trafił się jakiś debil o nazwisku Motley, który po roku odszedł... nie mógł sobie poradzić, biedaczek... Ale Aresowi się poszczęściło, trafił mu się Harry „Chłopiec, Który Przeżył" Potter, i w rzeczy samej tworzyli świetną drużynę. Ares był niezwykle uzdolniony, tego nie można mu odmówić. No, a skoro uczył się praktycznie rzecz biorąc od najlepszego, wkrótce znalazł się na dobrej drodze, żeby samemu zostać w pełni wykwalifikowanym aurorem.
- Ale skąd Ares tam się wziął? – zapytał Albus. – Co się z nim działo w czasie wojny?
- Pewnie gdzieś się ukrywał –wzruszył ramionami wujek Ron. – Dużo ludzi wtedy tak robiło. Połowa nowych rekrutów Ministerstwa dołączyła dopiero po upadku Voldemorta... Chyba wydawało im się, że w ten sposób nadrobią to, że wcześniej byli tak tchórzliwi... Ale Ministerstwa nie obchodziło, co robił wcześniej Ares. No i co z tego, że nigdy nie chodził do szkoły? No i co z tego, że nie miał żadnej rodziny, która mogłaby za niego poświadczyć? Chciał walczyć z czarnoksiężnikami, dano mu test, zdał go śpiewająco – no to przydzielono mu aurora, żeby się uczył.
- Więc był dobrym aurorem? – zapytała Rose.
- Cóż, dobry to chyba złe słowo – przyznał jej tata. – Ale na pewno był skuteczny.
Wujek pochylił się do nich bliżej, i Albus poczuł, że teraz usłyszy coś, czego z pewnością nie powiedziałby mu jego tata. Wujek cicho kontynuował:
- Ares był potężny, to fakt, ale ludzie lubili go za jego metody. Był złowrogi. Nie zabijał – a przynajmniej ja nic o tym nie wiem – ale chętnie torturował. Pod wieloma względami przypominał renegatów. Robił to, co uważał za konieczne. Ministerstwo ma taki przepis, że nie możesz udać się za granicę, o ile nie uzyskasz pozwolenia Ministra Magii w danym kraju, ale on na to gwizdał. Potrafił śledzić czarnoksiężnika przez pół globu. Znajdował go. Przywoził go z powrotem i upewniał się, że go zapuszkowano. Ludzie go kochali. Media okrzyknęły go „czerwoną wojną". Chyba miało to coś wspólnego z grecką mitologią. W każdym razie, z pewnością przykuwał uwagę.
- Rozumiecie chyba, dlaczego. Był facetem – aurorem – który walczył jak renegat. Kimś, kto robił wiele rzeczy podobnie jak oni, ale w przeciwieństwie do nich, miał do tego pełne prawo. Kimś, kto działał na pograniczu prawa, ale go nie przekraczał, więc nie mógł być uznanym za renegata, chociaż był tak samo jak on efektywny. Mówiąc szczerze, chyba żaden auror w historii nie miał tylu sukcesów, co on... Kiedyś mówiono, że Szalonooki Moody zapełnił samodzielnie połowę cel w Azkabanie, a on był świetnym aurorem, i przy okazji moim dobrym przyjacielem. Skoro tak, to chyba Ares zapełnił drugą połowę. Albo przynajmniej dorwał tych, którzy uciekli, i zapuszkował ich ponownie.
- Nie ma co ukrywać, popularności przydawał mu także duet z waszym tatą. Gdybyście tylko widzieli te nagłówki... Ares „Czerwona Wojna" i „Chłopiec, Który Przeżył" aresztują dwudziestu złoczyńców... Ares zamyka pięciu, podczas gdy Potter ułaskawia dziesięciu podczas procesu... nie ma co, byli bardzo znani.
Albus poczuł, jak coś opadło mu we wnętrznościach.
- A więc... byli przyjaciółmi? Mój tata i Ares?
Jego wujek nieco poprawił się w fotelu, starając się ostrożnie dobierać słowa.
- Chyba nie... przynajmniej ja tak nie uważam. Widzisz, ja i twój tata jesteśmy prawdziwymi przyjaciółmi. No, teraz rodziną. Twój tata i Ares nigdy nie chodzili sobie po pracy na kręgle. Utrzymywali czysto zawodowe kontakty. Byli mniej więcej w tym samym wieku i uczyli się od siebie nawzajem. Stanowili dobry zespół, a ludzie uważali ich za przełomowy duet. Ruch renegatów ucichł dopiero po tym, jak Ares z Harrym pozamykali tak wielu czarnoksiężników. Ale, ludzie pamiętają i to dlatego Ares ma obecnie opinię tak niebezpiecznego. Wiadomo, że może być groźny. Dziwne, jak to się czasami układa, prawda? Ci sami ludzie, którzy obecnie pikietują, żeby aresztować Aresa, popierali go dwadzieścia lat temu... Są przerażeni, ponieważ wiedzą, że Ares jest tak złowrogi, jak kiedyś byli renegaci. Dodajcie do tego informację, że teraz zadawał się z czarnoksiężnikami... i już rozumiecie te wybuchy paniki...
Albusowi jednak jeszcze było mało. Rose, Lily i Hugo już zaspokoili ciekawość, ale Albus potrzebował jeszcze jednej informacji.
- A nie boją się też dlatego, że on sam siedział w Azkabanie? Co tak właściwie zrobił, że go zamknęli?
Wujek rzucił mu kamienne spojrzenie. Przy tym pytaniu najwidoczniej poczuł się bardziej zakłopotany niż podczas poprzednich. Po raz kolejny odwrócił chwiejącą się już głową w kierunku drzwi, ale teraz wydawało się, że nie szuka pomocy, ale upewnia się, czy nikt go nie podsłucha.
- Nie powinienem ci tego mówić, Al. Twój tata nie będzie zachwycony.
Cała czwórka jęknęła. Rose uderzyła ponownie:
- Tatusiu, naprawdę prosimy!
- Nie – odpowiedział, brzmiąc bardziej stanowczo, niż kiedykolwiek. Albus jednak nie zamierzał tak łatwo się poddać.
- Ale jeśli nam tego nie powiesz, nie będę wiedział, co o tym wszystkim sądzić! – zajęczał. – Ares mógł kogoś zabić... a mój tata mógł mu w tym pomóc, skoro byli partnerami – dodał nagle, sparaliżowany tą możliwością.
- Nie, nie! Nic z tych rzeczy...
- A więc o co chodzi?
Wujek Ron skulił się nieco i zerknął na dzieci. Najwidoczniej żałował, że cokolwiek im powiedział.
- Nie chcę... nie chcę, żebyście myśleli, że chodziło o coś takiego. Wasz tata nie miał z tym nic wspólnego, Aresa po prostu przyłapano na kradzieży.
- Kradzieży czego? – zapytała Lily.
- Kradzieży własności Ministerstwa.
- Można trafić do Azkabanu za kradzież? – zapytał Albus, wyraźnie zszokowany.
- Można, jeśli kradnie się z Departamentu Tajemnic.
- Departament Tajemnic – westchnął Albus, jeszcze nigdy w życiu nie będąc tak zaciekawionym. – A co próbował ukraść?
- To nieważne – powiedział stanowczo wujek. – I tak udało się go złapać, zanim do czegokolwiek doszło.
- Kto go złapał? – zapytały jednocześnie Lily i Rose.
- Ja.
Rose nagle zakryła dłońmi usta, a Albus uniósł brwi ze zdumienia.
- Ty, wujku?
Wujek Ron przytaknął. Po raz pierwszy w ciągu całej rozmowy wyglądał na zadowolonego, a nawet odrobinę dumnego.
- Pracowałem wtedy po godzinach i usłyszałem hałas. Okazało się, że Ares z dwójką innych aurorów próbował dostać się do Departamentu Tajemnic. Odnieśli się do mnie bardzo wrogo, ale udało mi się ich przetrzymać do czasu, kiedy nadeszło wsparcie. Och, wielu trzeba było ludzi, żeby go obezwładnić, uwierzcie... Ares nie jest ułomkiem, jeśli chodzi o pojedynkowanie się... Ale nad ranem był już w Azkabanie. Był to przełomowy moment w mojej karierze – dodał odrobinę zarozumiale.
- Jak udało mu się wydostać? – zapytał Albus. – Skoro kradzież z Departamentu Tajemnic jest tak poważnym przestępstwem, jak wyszedł na wolność, i to po zaledwie sześciu miesiącach?
Jego wujek nachmurzył się ponownie, podczas gdy cała czwórka czekała z zapartym tchem.
- Naprawdę nie powinienem o tym mówić, Al.
- Dlaczego? – naciskał Al. – Dlaczego nie...?
- Wydaje mi się, że usłyszeliście już dość – odezwał się głos od strony drzwi. Jego ojciec opierał się o futrynę z posępnym wyrazem twarzy. James stał obok niego i również wyglądał na przygnębionego.
- Ale tato... – zaczęła Lily.
- Nie ma mowy – zakończył stanowczo ich tata.
Wujek Ron odwrócił spojrzenie, najwidoczniej zawstydzony, że przyłapano go na wyjawianiu sekretów. Sytuacja uległa pogorszeniu, kiedy w drzwiach pojawiła się jego żona, wyglądając niezwykle srogo.
- Zgadzam się, najwyższy czas iść do łóżek – oznajmiła.
Teraz zamarudziła Rose:
- Ale wcale nie chce nam się spać!
- Jeśli będziecie kłaść się późno, zupełnie stracicie szkolny rytm – powiedziała jej matka. – Ty również mógłbyś iść spać, Ronaldzie! Do łóżka!
- Tak, moja droga – powiedział zrezygnowanym tonem wujek Ron.
Albus i reszta dzieci udał się razem z wujkiem Ronem schodami na górę do sypialni, mijając po drodze dorosłych. Słyszał po drodze rozmowę jego taty z ciocią, ale mówili zbyt cicho, żeby cokolwiek zrozumieć.
Wpełzł do łóżka i zagapił się na sufit, doskonale wiedząc, że jeszcze długo nie poczuje się senny. Zapomniał w gruncie rzeczy o Jamesie i Mirze, myśli wypełniały mu przed chwilą uzyskane informacje.
Co próbował ukraść Ares tyle lat temu? Czyżby Smoczą Różdżkę? Ale nie, to nie mogło być to... wtedy różdżką opiekował się kto inny... cokolwiek jednak próbował ukraść, musiało to być coś, co było doskonale strzeżone w Departamencie Tajemnic... więc musiało być też niebezpieczne.
Jednocześnie wpadła mu do głowy inna myśl. Gdzie znajdował się obecnie ten przedmiot? Czy wciąż był w tym samym miejscu? A może Ares nadal chciał go zdobyć? A jeśli tak... jak zamierza tego spróbować?
No i to dziwne zwolnienie go z Azkabanu... Jeśli to, co zrobił, było naprawdę takie złe, dlaczego go wypuszczono? Jak zdołał się wykpić? Czy podawał nazwiska, jak Fango Wilde? No i kto mógł być na tyle głupi, żeby mu uwierzyć? Kimkolwiek była ta osoba, musiała teraz z pewnością tego żałować...
Chociaż sądził, że nie będzie w stanie spać, nagły natłok myśli uczynił go bardziej zmęczonym, niż przypuszczał. Nie był pewien, czy już zasnął, czy nie, ale był pewien, co mu się przyśniło – sen, w którym jego brat zakradł się do jego sypialni, żeby życzyć mu wesołych świąt.
PS. W odpowiedzi na pojawiające się pytania o kontynuację tłumaczenia, informuję, że zostanie ono wznowione w październiku tego roku, ze względu na mój wyjazd za granicę.
Ściskam czytelników i proszę o cierpliwość ;)
