Witam ponownie!
Zdaję sobie sprawę, że już dawno nie było kolejnego rozdziału, za co bardzo przepraszam. Jednak w moim życiu zdarzył się trudny, pełen zmian okres i na jakiś czas przestałem pisać. Mam nadzieję, że 2 rodziały poprawią Wam humor i zrecenujecie moją pracę.
Pozdrawiam,
Kaldus
Rozdział 10
Kolejne trzy dni spędzili, idąc ku Fort William. Pod koniec trzeciego Harry był już nieźle zmęczony, chociaż wreszcie sypiał trochę lepiej. Rozmawiali się, śmiali, bawili. Dla Harry'ego droga przyjęła postać swoistego oczyszczenia z win. Powoli ożywiał się i starał się znaleźć choć odrobinę radości w tym, że żyje. Obecność Xaviera, jego wieczny uśmiech, egoizm i zarozumiałość, a jednocześnie jakaś dziwna troska o niego, z pewnością mu pomagały.
Noce nadal nie były łatwe i Harry dwa razy doświadczył ataku. Xavier jednak okazywał cierpliwość i chęć pomocy, co było dziwne w jego przypadku. Xavier nie pomagał nikomu, jeśli nie widział w tym korzyści dla siebie. To Harry zdążył już dawno zauważyć podczas wspólnego spędzania czasu.
Jednak życie z Xavierem było zdecydowanie łatwiejsze do zniesienia niż bez niego. Zwłaszcza, że nie miał do kogo wracać na Grimmauld Place. Poza Walburgą i innymi portretami nie miał tam nikogo. A rozmowa z portretami zdecydowanie przeczulonymi na punkcie czystości własnej krwi, nawet jeżeli go zaakceptowały z braku innego wyjścia jako dziedzica rodu, nie było przyjemne na dłuższą metę. Poza tym uczniowie ze Stanów Zjednoczonych, bo stamtąd, jak dowiedzieli się Harry i Xavier, była Colleen i jej przyjaciele, byli świetnymi ludźmi. Harry podejrzewał co prawda, że co najmniej kilku było czarodziejami, ale nie zamierzał sam się z tym zdradzać. Nie podróżowali razem, ale spotykali się na campingach w kolejnych miastach i razem bawili się wieczorami.
Tego dnia szli szlakiem ku Inversnaid. Harry miał trochę napięte mięśnie po nocnym ataku. Szedł zamyślony, rozpamiętując sen.
-Jesteś mój.
Usłyszał czyjś szept przy uchu. Przypominało mu to teksty Xaviera, ale przecież nie mógł on być tutaj. Tylko gdzie było tutaj? Znał to miejsce. Doskonale. Tylko skąd. Z przeszłości. To było miejsce kojarzące mu się z radością i bólem. Ze smutkiem i szczęściem.
Coś jednak było w tym miejscu nie tak jak zawsze. Nie przeszkadzał mu człowiek, który go obejmował i szeptał do ucha. Więc to musiał być ktoś inny. Ktoś czy coś? Ktoś. Był tego zupełnie pewien. Ktoś się zmienił. Tylko kto? I dlaczego? Wyczuwał to całą osobą. Denerwowało go to. Sprawiało, że czuł się wytrącony z równowagi, zagrożony.
-Zawsze mój.
Uwielbiał tego słuchać. Ale jego równowaga była wiecznie nie taka, jakiej chciał. Ten Ktoś. Wyczuwał jego nienawiść, wściekłość... zazdrość? Ale o co? O to, że był mordercą? Nie. Bohaterem. Tak to się nazywało. Ktoś nienawidził go za to, za co on sam siebie nienawidził. Tylko z zupełnie spaczonych powodów. Ktoś, kto go znał. Dawno temu. A przynajmniej wydaje się jakby do było całe wieki temu. A może jeszcze dawniej.
Jakże dziwnym jest świat. Ale ważne jest, że są tutaj. Razem. I może uda im się to przetrwać. Nawet pomimo nienawiści.
Rozmyślał nad tym snem pod zupełnie innym kątem niż dotychczas rozpatrywał jakiekolwiek sny. Głównie dlatego, że wreszcie udało mu się wygrzebać cokolwiek z zapisków Jessego. Poza ciągłymi opisami wizji i życia codziennego w XVIII wieku. A to był duży sukces.
Zaczynam podejrzewać, że wizje zakłócane są przez moje subiektywne doznania. Typowe ludzkie ograniczenia, jak na przykład emocje czy lojalność czy wiara, powodują, że wizje stają się niewyraźne, a zobaczenie twarzy ludzkich i zrozumienie, gdzie i dlaczego jestem jest mało prawdopodobna. Dużym problemem są stereotypy, czyli on nie mógł tego zrobić. Zacząłem rozumieć, że umysł nie ogarnie wizji i, nawet jeżeli zobaczę w wizji kogoś, o kim będę myślał choć raz „niemożliwe", usunie ten obraz ze świadomości, przenosząc go do podświadomości. Może to być pomocne, jednak zdecydowanie łatwiej jest wyzbyć się założeń o ludziach i za dowiedzione twierdzenie przyjąć, że są oni oszustami, kłamcami i, na kształt zwierząt (lub raczej gorzej od zwierząt) dla osiągnięcia własnego celu posuną się do największych podłości. Wizje zaczynają się wtedy klarować, a i zrozumienie ich związków, celów czy ostrzeżeń staję się łatwiejsze. Staram się jednak dokonać tego od pół roku i do tej pory nie mogę osiągnąć. Wyzbycie się uczuć i emocji, zwłaszcza w stosunku znanych nam przez dłuższy okres ludzi jest często niemożliwe. Według mnie należy dopuścić do zdrady najbliższej osoby, aby zdobyć się na dalej posunięty obiektywizm i realistyczne koncepcje człowieka.
Nie mówię tutaj o nie odczuwaniu. Mówię o próbie uświadomienia sobie, że nasze uczucie mogą być nieodwzajemnione, a często złość i odrzucenie ma swoje powody w zazdrości. Jestem przekonany, że nie trzeba tego robić w stosunku do osoby, którą kochamy lub też często przebywamy w jej bliskości, uściślając często mamy kontakt fizyczny – dotyk, gdyż każda myśl o negatywnych emocjach jest natychmiast wyczuwana. Mówię tutaj o ludziach znanych nam, którzy jednak nie są najbliższymi i najważniejszymi osobami w naszym życiu.
[wyjątki z pamiętników Jessego Haringtona, 17 grudnia roku pańskiego 1765]
Póki co, to było wszystko. Jesse rozwodził się nad sytuacją polityczną, radzeniem sobie z mięśniami i wizjami, ale nie pomagał w interpretacji i zrozumieniu, choćby częściowym wizji.
Nagle odezwał się Xavier:
-Idziesz tak dzisiaj i nic nie mówisz. Coś się stało?
-Męczą mnie sny. Trudno się przyzwyczaić, że co noc śni ci się to samo zdarzenie z twojego życia.
-Ta bitwa?
Harry skinął głową.
-Mnie najczęściej śni się mama. Czasami kłótnie, czasami to, jak ją zawodziłem. Momenty, kiedy starała się mi wytłumaczyć pewne rzeczy.
-Na przykład?
-Wiele razy były to wojny z moim egoizmem. Ale w końcu dała spokój. Powiedziała, że odziedziczyłem po ojcu i nie da rady już tego naprawić. A ona jeszcze pozwoliła mi się rozwinąć, rozpieszczając mnie.
-Co ci pomaga?
-To, co mi powiedziała przed śmiercią. Że muszę być dobry dla tych, których kocham i dla rodziny. Że najważniejsze jest to, żebym się chociaż starał. Że mnie kocha i chce, żebym zaznał jak najwięcej szczęścia – chwycił Harry'ego za rękę. – I przypominam sobie to i potem jest mi lepiej.
Nagle Harry zobaczył całą scenę przed oczyma. I usłyszał słowa, które skierowała do Xaviera matka. Gwałtownie się zatrzymał.
-W porządku?
Harry kiwnął głową.
-Na chwilę coś zrozumiałem, a potem mi to umknęło – mruknął.
Xavier odsunął mu z czoła biały kosmyk.
-Mogę o coś zapytać, Rey?
-Jasne.
-Ten kosmyk... skąd go masz?
-Po bitwie zbielał. Nie wiem czemu?
-Acha. Dziwne.
-Podobno nie. Ludziom bieleją włosy w ciągu kilku godzin z powodów strasznych przeżyć. Mam szczęście, że nie zbielały mi wszystkie.
Xavier zachichotał.
-Fajnie wygląda ten kosmyk. Jakbyś go sobie specjalnie przefarbował.
Harry uśmiechnął się lekko.
Szli długo, aż w końcu zobaczyli zabudowania Inversnaid. Było już koło szesnastej, kiedy w końcu dotarli na camping w wiosce. Mimo to byli jednymi z pierwszych podróżnych tego dnia. Było to spowodowane tym, że wyszli wyjątkowo wcześnie po ataku, który dopadł Harry'ego.
-Wiesz, że jutro mamy dzień przerwy? – zapytał go nagle Xavier podczas rozkładania namiotu.
-Serio?
-Skoczymy sobie nad jezioro. Zresztą słyszałem, że amerykanie też zamierzają sobie zrobić postój. Przeprać trochę ubrania, odpocząć. Niestety nie ma tutaj żadnych sklepów, ale z samego rana odjeżdża autobus do Aberfoyle, a powrotny jest o jedenastej. W sam raz, żebyśmy kupili nowe zapasy, wrócili i poszli nad jezioro. Jak sądzisz?
-W porządku. Chętnie zobaczę to jezioro.
-Super.
Harry chwycił puszkę z mielonką i jakiś makaron. Xavier szybko uporządkował namiot (jak zwykle postawiony z daleka od innych) i poszedł do kuchni, gdzie Harry właśnie kończył smażyć mielonkę.
-Gdzie ty się nauczyłeś tak gotować? – zapytał Harry'ego, kiedy jedli.
-W domu, a gdzie. Zaczynałem się uczyć mając tylko kilka lat.
-Czemu?
-Musiałem pomagać w domu – wyjaśnił sucho Harry i Xavier pomyślał, że nie powinien ciągnąć tego tematu, co go oczywiście nie powstrzymało.
-Twoja rodzina pracowała?
-Nie.
-To dlaczego...
Harry przerwał mu:
-Nie lubili mnie. Traktowali jak kogoś gorszego. Nieustannie im przeszkadzałem. Wuj mnie nienawidził, zresztą to ci już mówiłem. A ciotce przypominałem o siostrze, której zawsze zazdrościła, i której nienawidziła. Więc traktowali mnie jako sprzątacza, czy coś w tym stylu. I raczej nie lubię o tym mówić. A ty czasami nie potrafisz tego uszanować.
-Wiem – wymamrotał Xavier. – Przepraszam – i chyba rzeczywiście chciał to powiedzieć.
-W porządku. Nie lubię, kiedy ktoś na mnie naciska, ale nie przeszkadza mi, że ci powiedziałem. Po prostu trochę się zdenerwowałem.
Xavier kiwnął głową.
-Zaoszczędziłem dwa browary wczoraj, chcesz? – zapytał, wyciągając z kieszeni puszki.
Harry sięgnął po napój, jednocześnie wyjmując paczkę papierosów z kieszeni.
-Trzeba kupić nowe fajki, bo te nam się kończą – zauważył.
-I trochę puszek i jeszcze jakiś makaron, bo wyszedł ci świetnie.
-Dzięki.
Milczeli przez chwilę, a potem Xavier objął Harry'ego. Siedzieli tak, milcząc przez długi czas i obaj czuli się odprężeni.
Koło osiemnastej przybyli Anglicy i od razu zaprosili ich na ognisko i wódkę. Jeremy nalegał, żeby napili się z nimi z powodu jego urodzin. Ognisko trwało dopóki nie zjawił się dozorca i nie poprosił ich o zachowanie ciszy. Harry z Xavierem udali się do swojego namiotu. Jak tylko zdążyli do niego wejść, Xavier zaczął całować chłopaka. Szybko, mocno, niemal brutalnie.
Harry wplótł ręce we włosy kochanka. Ręce Xaviera błądziły po całym jego ciele, ucząc się na pamięć każdej, nawet najdrobniejszej blizny, każdej wypukłości i centymetra skóry. Harry jęczał cicho, poddając się chłopakowi.
W końcu Xavier przestał miażdżyć jego usta i przeszedł do szyi. Harry odchylił głowę do tyłu, a przez myśl przemknęło mu, że ufa Xavierowi zdecydowanie za bardzo, a jednocześnie chce to robić. Jednak usta Xaviera na jego szyi szybko wypełniły cały jego umysł. Chłopak lizał, całował i drażnił wrażliwą skórę kochanka, jednocześnie jedną ręką rozpinając mu spodnie. Po kilku minutach ściągnął z Harry'ego koszulkę Nirvany i rozpoczął poznawanie jego klatki piersiowej. Jedną rękę zsunął na jego penisa, gładząc go przez materiał spodni. Dopingujące jęki wydobywały się z gardła Harry'ego.
-Mój – szepnął zaborczo Xavier pomiędzy kolejnymi pocałunkami.
Chłopak szybko zrzucił własną ubranie i został w samych bokserkach.
-Weź mnie – jęknął Harry, kiedy Xavier wsunął rękę pod jego bokserki.
Zdumiony trochę chłopak popatrzył na twarz kochanka, szukając przyzwolenia. Nie spodziewał się, że Harry pozwoli mu na to tak szybko. Otrzymał je. Szybko sięgnął do plecaka i wyciągnął lubrykant oraz prezerwatywę. Ściągnął własne bokserki, naciągnął gumkę na swój członek i otworzył buteleczkę. Po namiocie rozlał się przyjemny zapach sosen i miodu. Xavier wylał trochę płynu na palce i nawilżył je. Delikatnie i powoli zaczął drażnić wejście kochanka. Harry jęknął głośno i szarpnął się, kiedy Xavier wsunął pierwszy palec.
-Spokojnie. Rozluźnij się – wymamrotał chłopak, całując go.
Powoli napięte mięśnie zelżały i Xavier zaczął poruszać palcem. Znalazł prostatę Harry'ego i podrażnił ją, co wywołało wygięcie się chłopaka. Xavier dołożył drugi palec. Rozciągał powoli i metodycznie Harry'ego. Nie chciał zrobić mu krzywdy.
-Mocniej – szepnął Harry i Xavier dołożył trzeci palec.
Drażnił jego prostatę. Ręka Harry'ego odruchowo powędrowała do jego nabrzmiałego członka, ale Xavier odsunął ją i szepnął:
-Jeszcze nie teraz.
Wyciągnął palce i nawilżył swój członek. Podniósł nogi Harry'ego i ustawił się pod odpowiednim kątem. Wszedł w niego jednym pchnięciem. Kochanek jęknął, ale Xavier przestał się poruszać.
-Rozluźnij się – szepnął.
Po raz kolejny Harry rozluźnił mięśnie. Xavier powoli zaczął się poruszać. Metodycznie przyśpieszał, drażniąc prostatę kochanka. Obaj jęczeli. Doszli niemal równocześnie. Orgazm był tak mocny, że Xavier nie widział nic przez chwilę. Potem opadł na kochanka, wysuwając się z niego i pocałował go w usta.
Harry powoli otworzył oczy i oddał pocałunek. Już miał poszukać ręką różdżki, żeby wymamrotać zaklęcie czyszczące, gdy przypomniał sobie o tym, że Xavier jest mugolem. Chłopak tymczasem sprawnie wyczyścił ich chusteczką i założył bokserki.
-Zaraz wracam – mruknął i wyczołgał się z namiotu.
Po kilku chwilach był już jednak z powrotem. Ułożył się przy chłopaku i okrył ich kołdrą.
-Jak się czujesz?
-Bosko.
-Bez przesady - zaśmiał się Xavier.
-Jak nigdy w całym moim życiu.
-Nie żartujesz?
-Nie.
Xavier objął chłopaka.
-Jesteśmy młodzi, piękni i szaleni. Możemy zawracać rzeki i przenosić góry. Świat jest nasz. Musimy tylko po niego sięgnąć – wymamrotał sennie.
A chwilę później zapadli w objęcia Morfeusza.
