Bardzo, Bardzo Późno, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 15

Suma Obserwacji: 101

Jedna prosta pogawędka niczego nie polepszy. Mówię serio. Mac nie może po prostu sobie przyjść, opowiedzieć mi swoją smutną, przepraszającą część, a potem oczekiwać, by znowu wszystko było w porządku. Tak się nie stanie. To tak nie działa. Nie może. Nie będzie.

I dobra, wiem, że może zdawać się, iż jestem teraz o wiele mniej wściekła, ale naprawdę nie jestem. Mniej wściekła, znaczy się. Ten spadek wściekłości jest oczywiście tylko z powodu faktu, że jest bardzo późno i jestem niezwykle zmęczona. Nie wspominając faktu, że mam zbyt wiele rzeczy w myślach, w tym kłopot z moim nowym, możliwie porażonym miłością przyjacielem, Jamesem. Po prostu jestem zbyt pochłonięta radzeniem sobie z innymi problemami by być wściekłą. W ogóle nie jest to z powodu tego, co powiedział Mac. Nasza mała rozmowa nie miała na nic wpływu. Naprawdę nie.

Tak. Zdecydowanie.

Głupi Mac i jego głupie rozmowy…


Środa, 1 Października, Śniadanie w Wielkiej Sali

Spostrzegawcza Lily: Dzień 16

Suma Obserwacji: 103

Rzeczy do Zrobienia Dzisiaj

1] Skończyć zadanie z Eliksirów, którego nie mogłam skończyć wczorajszego wieczora przez przeklętego Maca i jego niespodziewane pojawienie się.

2] Znaleźć zgubiony podręcznik z Zielarstwa. Wiem, że miałam go wczoraj na lekcji, ale potem, kto wie? I co jest ze mną i gubieniem moich podręczników? Poważnie. To nie jest nawet śmieszne.

3] Wystroić się na spotkanie z Amosem o 18:30. Muszę wyglądać najlepiej dla mojego przyszłego męża.

4] Zerknąć na notatki z transmutacji, które dał mi James. Ćwiczenie i nauka robią doskonały… lub tak blisko doskonałości jaką mogę osiągnąć.

5] Zjeść.

6] Spać.

7] Oddychać.

8] Kontynuować ignorowanie faktu, że Emma powinna być jutro wypuszczona ze Skrzydła Szpitalnego. Nie ma to dla mnie znaczenia. W ogóle nie ma znaczenia.


Później, Wciąż na Śniadaniu w Wielkiej Sali

Spostrzegawcza Lily: Dzień 16

Suma Obserwacji: 104

Gryffońska drużyna Quidditcha ma dzisiaj wcześnie rano trening. Wiem to z powodu raczej głośnego burczenia Grace'a o „szalonej McGonagall" i jej „głupim, palantowym podążającym-za-rozkazami-McGonagall-jak-Naziści-podążali-za-Hitlerem-i-spójrzcie-jak-to-się-skończyło kapitanie". Również dlatego, że nie ma tu Jamesa i Marley. Dlatego wygląda na to, że będę dziś jadła sama śniadanie. Nie to, że to jest to koniecznie coś złego, jak sądzę. Jak by nie patrzeć, daje mi to dostatecznie dużo czasu bez przerwania na skończenie mojego niedokończenia zadania z Eliksirów. Ale jednak jest dosyć samotne siedzenie tutaj samej. Może po prostu…

- Siemasz, Lily.

Siemasz? Kto…

- O! – Spójrzcie kto to! – Hej, Thomasie.

To jest mój bardzo dobry (i bardzo, bardzo atrakcyjny, choć bardzo, bardzo młody) trzecioroczny przyjaciel, pan Thomas Dunn! Cóż za miła niespodzianka!

Thomas uśmiecha się i grzecznie pyta: - Możesz podać mi ten keczup, proszę?

A tak. On również lubi ten bzdurowaty keczup, prawda? Zapomniałam o tym.

- Pewnie – mówię, sięgając przy stół by złapać butelkę – która wciąż jest obecna na stole Gryffindoru, nawet jeśli James nie – i podaję ją Thomasowi.

- Dzięki – mówi, uśmiechając się. Potem, zauważając brak kłótni następującej podczas tej niedawnej transakcji, wskazuje głową na puste miejsce wokół mnie i pyta: - Gdzie jest Marlene i Keczupowy Świr?

Keczupowy Świr? Och, ten dzieciak mnie rozbraja!

Śmieję się i wyjaśniam, że Marley i „Keczupowy Świr" są obecnie na treningu Quidditcha.

- Quidditch? – mówi Thomas, marszcząc brwi. – Więc jesz sama?

Wzruszam ramionami. – Jak sądzę.

Thomas natychmiast kręci na to głową. – Nonsens! – odpowiada, opadając na miejsce obok mnie. – Nie możesz siedzieć tutaj sama. Ja zjem z tobą śniadanie.

- Och, Thomasie, nie musisz…

- Chcę. Poczekaj chwilę, zaraz wracam…

Po czym popędził do stołu Hufflepuffu, gdzie teraz zabiera swój talerz i wygląda na to, że jego kilka przyjaciół także!

Cóż, zgaduję, że mimo wszystko, nie będę jadła sama śniadania!


Jeszcze Później, Eliksiry

Spostrzegawcza Lily: Dzień 16

Suma Obserwacji: 105

Wiecie co? Myślę, że od momentu tego małego wyskoku z listem, moje umiejętności i/lub pewność siebie w Eliksirach podskoczyły do zdumiewającego poziomu. Poważnie. Sama nie wiem skąd tak nagle mam tę umiejętność, ale jest. Jak na przykład ten Eliksir Virnaline, który właśnie uwarzyłam? Musiał mieć najdoskonalszy odcień błękitu, jaki kiedykolwiek istniał – jasny, ale głęboki z małym zabarwieniem fioletu, tak jak pokazuje podręcznik! Ponadto mam również wciąż dwadzieścia pięć minut do końca lekcji! Nikt inny nie skończył, tylko ja – och, moment. Snape też skończył. Ale bez znaczenia. I tak mój jest o wiele lepszy od jego. Tak myślę.

I wiecie co jest jeszcze bardziej szalone w całej tej sprawie? Osiągnęłam doskonałą miksturę, podczas posiadania wokół siebie pełno rzeczy do rozproszenia. To znaczy, miałam Amosa, mojego potencjalnego męża i przyszłego ojca moich dzieci, siedzącego po drugiej stronie pomieszczenia (wyglądając całkiem wspaniale, jeśli mogę tak powiedzieć). Potem jest jeszcze James, mój nowy przyjaciel, który może siedzieć na miejscu za mną, fantazjując o naszym przyszłym ślubie. Nie wspominając, że także Mac siedzi trochę dalej, puste miejsce obok niego stale przypominało o moim niesprawnym życiu towarzyskim. Z pewnością pomyślelibyście, że z tym kiepskim otoczeniem dziewczyna nie byłaby w stanie się skoncentrować, ale najwyraźniej jestem tak utalentowana, że potrafię. Skoncentrować się. Sądzę, że bezpiecznie jest powiedzieć, że widocznie jestem tak ogromnie błyskotliwa… bajecznie błyskotliwa… fantastycznie błyskotliwa…

- Nie będzie żadnego pisania w mojej klasie, kiedy są do uwarzenia eliksiry, panno Evans.

Phi. Głupiutka profesor Abbott. Czy ona nie widzi wspaniałego eliksiru pływającego w moim kociołku?

- Skończyłam, pani profesor – mówię jej.

Abbott nie wygląda, jakby mi wierzyła. Naprawdę powinna…

A niech to. Teraz tutaj idzie.


Później, Wciąż na Eliksirach

Spostrzegawcza Lily: Dzień 16

Suma Obserwacji: 106

Zdecydowanie powinnam być urażona absolutnym szokiem, który okazała profesor Abbott widząc mój doskonały eliksir. Poważnie. Była oniemiała z zaskoczenia. Powinnam być przez to obrażona, ale nie jestem. Nawet ja jestem trochę zaskoczona jego oszałamiającą doskonałością. Więc tak naprawdę, kto może ją winić?

Kiedy zobaczyłam, jak do mnie idzie, nie zamierzam kłamać i powiedzieć, że nie byłam poddenerwowana, chociaż wiedziałam, że mój eliksir jest wspaniały. Sądzę, że to sposób w jaki się trzyma budzi mnie onieśmielał – ta sztywna jak patyk postura, te zmrużone oczy, ten podejrzliwy szyderczy uśmieszek. Nawet jeśli nie oblewa mnie, kiedy ją obrażam i lubi, że mam jakąś siłą charakteru, nie robi to ją ani trochę mniej przerażającą. Również nie pomagało to, że teraz przyciągnęłyśmy uwagę całej klasy – którzy, jestem pewna, bardzo oczekiwali kolejnego żenującego momentu ich Prefekt Naczelnej.

Więc naturalnie czułam się trochę poddenerwowana, kiedy Abbott w końcu dotarła do mojego biurka i patrzyła na mnie, jakbym właśnie jej powiedziała, że urosła mi druga głowa, a nie, że skończyłam mój eliksir.

- Hmmm… - Zamieszała ostrożnie mój eliksir, powątpiewający wyraz wciąż wyraźnie wyryty był na jej twarzy. Przestała mieszać. Sądzę, że przestałam oddychać. Wolno, jakby przedłużając całą rzecz bym uschnęła w miejscu, sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła małą fiolkę wypełnioną różowym płynem, którego nie mogłam nazwać. Usunęła korek z czubka fiolki. – Przekonajmy się o tym, dobrze?

Naprawdę nie miałam pewności, czy chciałam się przekonać.

Jednak bezceremonialnie wlała zawartość fiolki do mojego kociołka.

Zaczął musować.

O cholera. Czy on powinien tak robić?

- Interesujące – powiedziała beznamiętnie Abbott, nie wyjawiając nic dotyczącego tego czy „interesujące" znaczy „prawidłowo" lub „wyjdź z mojej klasy, właśnie oblałaś mój przedmiot". Odłożyła łyżkę z powrotem do mojego kociołka i znowu zaczęła mieszać. Gdy zmieszała, musowanie stanęło, ale znowu się zaczęło, gdy przestała mieszać. Wyciągając drugą fiolkę z jej szat – ta jasnopomarańczowa – Abbott odkorkowała ją i również wlała ją do mojego kociołka. Musowanie zatrzymało się.

- No, no, no – powiedziała Abbott, uśmiechając się do mnie mechanicznie. Nie byłam pewna czy jej uśmiechanie było dobrą rzeczą czy złą rzeczą i nie byłam również pewna czy chciałam to wiedzieć. Co to była za rzecz? Dlaczego mój eliksir musował? Czy on powinien musować? Abbott nie odzywała się, w pełni ciesząc się moimi nerwami, jestem tego pewna. Kilka sekund później, niezdolna do wytrzymania tego dłużej, odezwałam się.

- Pani profesor?

Przez kilka chwil po tym jak się odezwałam, wydawało się niemal tak jakby Abbott mnie nie usłyszała. Stała tam cicho, jej usta zacisnęły się w cienką, prostą linę. Nie byłam pewna czy powinnam spróbować znowu zapytać czy po prostu czekać aż zrobi kolejny krok. Jednakże nie musiała długo czekać na podjęcie decyzji, bo kilka sekund później profesor Abbott wskazała głową na szafkę z zapasami i cicho do mnie powiedziała: - Weź dodatkowy słoik i przechowaj swój eliksir, Evans. – Linia, która była jej wargami wygięła się w mały uśmiech. – Doskonały Eliksir Virnaline, panno Evans. Dobra robota.

Siedziałam, gapiąc się na nią jak ryba wyciągnięta z morza. Doskonały eliksir? Doskonały eliksir? To znaczy wiedziałam, że jest doskonały, ale…

Abbott odwróciła się i ruszyła z powrotem do swojego biurka. W połowie drogi zwróciła się do mnie i powiedziała: - Eliksiry działają tylko w mojej klasie, Evans. Twoje zadanie jest na tablicy. Skończ je przez resztę lekcji.

Wciąż niespecjalne znajdując słowa, potaknęłam szybko i wydusiłam: - Tak, pani profesor.

Potem Abbott wróciła do jej biurka.

Więc widzicie? Widzicie jak błyskotliwa nagle się stałam? Nawet Abbott była pod wrażeniem! Wyraźnie widzi, że nie robię swojego zadania, jak poprzednio prosiła, lecz zamiast na mnie krzyczeć za pisanie tutaj, jak normalnie by zrobiła, po prostu udaje, że nie zauważa. Pod takim jest wrażeniem. Jak bardzo jest to wspaniałe?

Lily Evans: Mistrz Eliksirów.

Ładnie brzmi, czyż nie?


Wciąż Później, Drugie Śniadanie

Spostrzegawcza Lily: Dzień 16

Suma Obserwacji: 106

- Zręczna praca na Eliksirach, Evans.

Spojrzałam przez ramię, łapiąc ostatnią z moich książek, gdy dzwonek kończący lekcję Eliksirów w końcu zadzwonił, ku wszystkich wewnętrznej ulgi. Opierając się swobodnie o drzwi klasy, reszta klasy już była na zewnątrz i szła na drugie śniadanie, James uśmiechnął się, czekając, aż skończę zbierać swoje rzeczy.

- Och, em, dzięki – wymamrotałam z zakłopotaniem, gdy dołączyłam do niego w drzwiach, podciągając pasek plecaka wyżej na ramieniu. Starałam się nie zauważyć, że to on na mnie czekał. Kawałek dalej mogłam zobaczyć Grace i resztę Huncwotów już idących korytarzem, rozmawiając dosyć głośnym tonem, o tym kogo eliksir okazał się być najgorszy (ku jego wielkiej radości, jak na razie pomarańczowa, oślizgła mieszanka Petera prowadziła). Wytłumaczenie było proste, naprawdę. Oni wyraźnie byli zbyt zaabsorbowani swoją rozmową, by na mnie poczekać. Nic nie znaczyło to, że James zdecydował się zostać. To nie tak, że zrobiło to celowo czy coś. Prawdopodobnie miał już wychodzić, zobaczył mnie guzdrającą się z książkami w kącie i pomyślał „Cóż, jako jej przyjaciel, przypuszczam, że jestem zobowiązany na nią zaczekać. Zwłaszcza odkąd zdaje się, że nie ma ich obecnie wielu. Przyjaciół. Więc powinienem na nią zaczekać." Nie miał w tym jakichkolwiek ukrytych motywów. Nie myślał sobie „Och, radość! Och, zachwyt! Muszę iść sam na sam z moją panią!".

Nie myślał tak. Bo już o mnie tak nie myśli.

Zaczęliśmy iść korytarzem, dołączając do reszty naszych kolegów z klasy w drodze do Wielkiej Sali.

- Chociaż eliksir był dosyć prosty – powiedziałam, śmiejąc się z trudem, choć nie byłam pewna czy to było z powodu komplementu czy z powodu tego, że wciąż byłam zakłopotana faktem, że poczekał. – Więc przypuszczam, że dlatego…

- Prosty? – wykrztusił James, ucinając resztę mojego zdania. – Zajęło mi wieki tylko doprowadzenie tej rzeczy do prawidłowej cholernej strefy koloru i mówisz, że to było proste? Oszalałaś? Czy nie widziałaś dziwnego odcienia zieleni w większości kociołkach? Lub niezidentyfikowanych grudek? Praktycznie jesteś jedyną osobą, która zrobiła to dobrze, Lily! Widziałaś jak bardzo twój musował? To było wspaniałe!

Próbowałam powstrzymać rumieniec tak bardzo, jak potrafiłam, ale wiedziałam, że poniosłam całkowitą porażkę. Gdzieś w głębi mojego umysłu cicho zastanawiałam się czy James wciąż uważał, że mój rumieniec jest ładny, nawet kiedy byłam czerwona jak pomidor. – Było wielu innych, którzy też go prawidłowo zrobili – sprzeczałam się słabo, starając się zignorować mały głosik w mojej głowie, który krzyczał „Czekał na ciebie! Komplementuje cię! Jakiego jeszcze dowodu potrzebujesz?". Przełknęłam z trudem ślinę, odpychając te głosy. – A poza tym, Snape'a musował o wiele bardziej niż mój.

James prychnął ze wstrętem. – Zapomnij o Smarkerusie. On ma pakt z diabłem. Nie możesz porównywać się do tego.

Wywróciłam oczami. – To niezbyt miłe, James.

- Prawda zazwyczaj nie jest.

Rzuciłam mu spojrzenie. – On nie ma paktu z diabłem, ty durniu. W każdym razie co jest z wami facetami? Czemu nie możecie po prostu być w dobrych stosunkach? Czemu nie możecie się dogadać?

James uniósł brew. – Co? Tak jak ty i Lizzie Saunders się dogadujecie?

Ugh, znowu z Lizzie? Próbowałam się nie wzdrygnąć. – To jest inne – powiedziałam mu. – Jesteśmy dziewczynami. Powinnyśmy takie być.

- Bo wszystkie jesteście szalone.

Bardzo, bardzo prawdziwe. Również bardzo, bardzo smutne.

- Cóż, kto mówi że to zła rzecz?

James parsknął. – Każdy, kto musi z tobą żyć.

Trąciłam go w ramię. – Nie bądź dupkiem.

James uśmiechnął się szeroko i kpiąco odpowiedział w tonie dość irytująco podobnym do mojego: - Jesteśmy facetami. Powinniśmy tacy być.

Ha. Zabawne. Mądre. Nie.

- I mówisz, że to ja jestem szalona – mruknęłam, przewracając oczami.

- Przeciwnie – zauważył James. – Ty mówisz, że jesteś szalona. To twoja wymówka na wszystko, wiesz. „Kiepska z transmutacji? Och, to dlatego, że jestem szalona", „A tak! To zadanie z Obrony! Jestem zbyt szalona by cokolwiek pamiętać!", „Nadeszła apokalipsa? Boże, dlaczego jestem taka szalona?". Po prostu postanowiłem, żeby cię nie poprawiać.

- Nie winię o wszystko moje szaleństwo – odparowałam, choć tak naprawdę prawdopodobnie tak robiłam. To i mojej głupocie. Ponieważ, naprawdę, tak właśnie było. Gdybym nie była tak szalona i/lub głupia prawdopodobnie nie wpakowałabym się w połowę kompletnie absurdalnych kłopotach, w których zawsze zdawałam się znajdować.

- Pewnie, że winisz – powiedział mi znowu James. – Dlatego, że masz kompleks.

Co?

O czym, do jasnej cholery, on teraz gadał?

- Co masz na myśli „kompleks"? Nie mam żadnego kompleksu!

James jedynie uśmiechnął się na moje oburzenie. – Ach, ależ masz – zapewnił, kiwając głową z namysłem. Przeszyłam go wzrokiem, gdy w końcu wyjaśnił. – Masz ten kompleks niższości, który jest zakorzeniony na milę, Evans. Jedyny Merlin wie dlaczego, ale przez jakiś powód zdajesz się myśleć, że wszyscy są lepsi od ciebie. Masz poważny brak pewności siebie, Lily. W rzeczywistości bardzo, bardzo poważny jej brak.

Szczęka mi opadła.

Kompleks niższości? Poważny brak pewności siebie?

Co?!

- Nie zauważyłem tego aż do tego roku – kontynuował, kompletnie ignorując moją zszokowaną minę. – Może to dopiero się rozwinęło, może nie – Merlin jeden wie, że nigdy wcześniej nie wydawałaś się mieć braku pewności siebie – ale teraz… widzę na wskroś przez twoją gładką fasadę, Lily Evans. Musisz posiąść trochę pewności siebie. Chodzi tylko o pewność siebie.

- M-mylisz się – odpowiedziałam odruchowo, mój głos jąkał się z jakiegoś powodu. – Wcale nie. Mam pewność siebie. Promienieję pewnością siebie. Ja… po prostu nie, dobra?

- Czyżby? – zapytał wyzywająco James, podnosząc brew. – A co z wcześniej? Powiedziałem ci, że zrobiłaś wspaniały eliksir i co zrobiłaś?

- Cóż, ja…

- Od razu zaczęłaś mówić o tym, jak to Snape'a był lepszy! – James pokręcił głową i rzucił mi znaczące spojrzenie. – Kiedy nie potrafisz nawet przyjąć prostego komplementu, wiesz, że masz problem.

Przez moment nie mogłam odpowiedzieć. Stałam tylko, otwierając szeroko usta, wstrząs i zażenowanie przepływało przez moje żyły.

Nie mam problemów z pewnością siebie. Jestem po prostu realistyczna. Czy jest problem z byciem realistycznym?

- Nie brak mi pewności siebie – uparłam się znowu, moja twarz była gorąca. – I potrafię przyjąć komplement!

James prychnął. – Robisz się czerwoniutka w momencie, gdy ktoś mówi ci coś miłego, Evans, potem mamroczesz o czymś innym. Jak to jest przyjmowaniem komplementu?

Eee… to jest… cóż, to jest…

Szlag by to trafił.

- Cóż, to… skromność! – wybełkotałam, natchnienie przyszło szybko, ale miałam poczucie, że za późno. – Nie ma nic złego z byciem skromną!

- Jesteś daleko poza skromnością – powiedział mi James, nie tracąc rytmu. Próbowałam pomyśleć o bystrej ripoście, próbowałam odzyskać ten kawałek gładkości, który wiedziałam, że jest gdzieś głęboko we mnie, ale nic nie przyszło. Nie było nic, o czym mogłam pomyśleć do powiedzenia, co mogłoby wyciągnąć mnie z dziury, w którą wpakowałam się tą rozmową.

Ale rzecz w tym, że nie mam kompleksu. To znaczy tak, mam swoje momenty zwątpienia w siebie, ale jaka normalna siedemnastoletnia dziewczyna nie ma? I to wszystko jest prawdą! Wszystko o moim zwątpieniu w siebie. To jest totalnie sto dziesięcio procentowo znalezione. I podczas gdy tak, mam skłonność do rumieńca, kiedy ludzie mówią o mnie pewne rzeczy, to tylko z powodu moich rudowłosych genów. Nic z tego nie równa się kompleksowi. To tylko równa się normalnej, rudowłosej nastolatce.

Tak sądzę.

- Wzmocnij tę pewność siebie, Evans – powiedział znowu James, gdy weszliśmy do Wielkiej Sali. – Może wtedy rzeczy mogą znowu nabrać sensu.


Jeszcze Później, Zaklęcia

Spostrzegawcza Lily: Dzień 16

Suma Obserwacji: 107

O czym on gada „może wtedy rzeczy mogą znowu nabrać sensu"? Co to, do jasnej cholery, ma znaczyć?

Chciałabym, żeby ludzie przestali gadać szyfrem. Poważnie. Spędzam wystarczająco trudny czas tłumacząc angielski jak należy, nie potrzebuję tych bzdetów „pomyśl o tym co mówię". Dla mnie trzeba takie rzeczy literować. Po prostu nie jestem tak inteligentna, ludzie.

A kiedy mówię, że nie jestem inteligentna, to dlatego, że to prawda, a nie dlatego, że mój „kompleks" zmusza mnie do tego powiedzenia. Ponieważ nie mam kompleksu.

Jak miło. Nie mam czasu na obrazowanie szyfrów i bronienie mojej pewności siebie. Czy nikt nie zdaje sobie sprawy, że to tylko kwestia godzin i spotkam się z miłością mojego życia na sesję naukową Antycznych Run?

Jak łatwo zapominamy o tych rzeczach, kiedy jesteśmy zajęci obroną własną!


Jeszcze, Jeszcze Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 16

Suma Obserwacji: 107

Przygotowanie się Na Sesję Naukową z panem Doskonałym:

Bliższe Spojrzenie na Proces Ubierania Lily Evans Przez Który Musi Przejść Aby Wygląd Przyzwoicie

Krok Pierwszy) Odpowiednie Spodnie

Normalnie nie lubię się chwalić, ale muszę powiedzieć, że mam tę jedną parę dżinsów, które sprawiają, że mój tyłek wygląda niewiarygodnie bajecznie. Bez żartów. Wygląda idealnie. Nawet spod moich szat można powiedzieć jak doskonale sprawiają, że wygląda moja dolna połowa. Są takie dobre. Jednakże, oczywiście, jest to tylko ta jedna para, która sprawia, że mój tyłek tak wygląda, więc wspomniane dżinsy są tylko zabierane i/lub używane na bardzo, bardzo ważne okazje. Jak na przykład na tę sesję naukową. Faktycznie klasyczny przykład.

Poszukiwanie Doskonałych Spodni: Skończone

Krok Drugi) Doskonała Bluzka

Są dwie zdolności, które bluzka musi mieć by być uznaną za Doskonałą Bluzkę. Zdolność numer jeden jest, oczywiście, zdolnością sprawienia, byś wyglądała o wiele chudziej, niż faktycznie jesteś lub naprawdę masz prawo być. Ta zdolność jest często trudną opanowania, kiedy bierze się pod uwagę mały brzuszek z powodu całego ryżu, jaki jadasz, ale Doskonała Bluzka zawsze potrafi ścisnąć go dość ładnie.

Zdolność numer dwa ma coś z wspólnego z regionem trochę na północ twojego małego brzuszka i tak naprawdę ma coś wspólnego z inną parą brzuszków położonych na twoim obszarze klatki piersiowej. Oczywiście odnoszę się do tego, co powszechnie znane jest jako kobiece piersi. A więc moje piersi są faktycznie (na szczęście) istniejące. To znaczy, nie są wielkie czy coś, ale jestem całkiem pewna, że można by je dostrzec w dość mglistym dniu. Jednakże w DB moje piersi – jakiekolwiek piersi, tak naprawdę – muszą wyglądać raczej jak mój tyłek w Odpowiednich Spodniach – doskonale. A faceci, oni je lubią. Doskonałe piersi. Więc DB jest często wyciągana tylko w towarzystwie dość dobrze wyglądającego faceta jak, powiedzmy, Amos Diggory.

Zatem mam teraz trzy Doskonałe Bluzki. Tak jest, trzy.

Bluzka #1) zielony, wełniany sweter, który jest równocześnie wyszczuplający i powiększający we wszystkich odpowiednich miejscach

Bluzka #2) niebieska, jedwabna koszulka na ramiączkach, równocześnie bardzo seksowna i bardzo przydatna

Bluzka #3) prosta biała bluzka z odrobiną koronki na górze. Bardzo przyczynowa, mimo to bardzo dobra.

Teraz jedynym problemem jest wybranie jednej z tych Doskonałych Bluzek.

Hmm… dobra, po prostu zobaczmy, okej?

Bluzka #1 jest, pomimo że bardzo doskonałą, swetrem i prawdopodobnie byłaby raczej odpowiedniejsza na wyprawę do Hogsmeade w chłodną pogodę niż nocną sesję naukową w bibliotece. To znaczy, już wystarczająco się pocę, kiedy jestem obok Amosa, naprawdę nie potrzebuję ocieplanego swetra by dodać coś do tego. A Bluzka #2, mimo że również bardzo doskonała, jest właściwie trochę na – jak mogę to ująć – eee… puszczalskiej stronie. Jest bardziej jak rodzaj bluzki na siedemnastą randkę niż na drugą sesję naukową. Moja mama zawsze mówi, że prawdziwa kobieta zawsze zostawia trochę tajemnicy, kiedy chodzi o faceta, a Bluzka #2… cóż, powiedzmy, że nie pozostawia dużo dla wyobraźni. A ja z pewnością nie chcę by Amos uważał, że jestem łatwa czy coś takiego, więc to też wykreśla Bluzkę #2.

To pozostawia Bluzkę #3 – prostą, a jednak oszałamiającą. Daje jedynie wystarczająco wsparcia z wystarczającym wyszczuplaniem we wszystkich odpowiednich miejscach. I być może najwspanialsze z tego wszystkiego, pasuje ona absolutnie idealnie do wybranych Doskonałych Spodni.

Poszukiwanie DB: Skończone.

Krok Trzeci) Wysokość czy Wygoda? Poszukiwanie Doskonałych Butów

Są na świecie dwa typy butów. Pierwszy typ zawiera te buty, które są stworzone absolutnie dla twojej wygody. Pod tą kategorią masz swoje adidasy, swoje sandały, swoje kapcie i twoje niskie, wygodne buty na niskim obcasie. Drugi typ butów jest tymi butami, które są stworzone jedynie by wzmocnić twój wygląd bez jakiegokolwiek rozważania o szkodzie, którą mogą wyrządzić twoim stopom. Ta kategoria obejmuje twoje szpilki, twoje ramiączkowe sandały i mniej więcej każde inne buty, które po tylko półgodzinnym noszeniu stwarzają wielkie, krwawiące pęcherze, które parzą i ropieją przed wiele dni po tym jak je nosiłaś. Jednakże zazwyczaj te pęcherze są o wiele więcej niż warte bólu, ponieważ kategoria druga butów gwarantuje dać ci wysokość, opanowanie i wyrafinowanie, czego nie możesz mieć z parą zniszczonych starych adidasów.

Jakkolwiek, ja sama nigdy tak naprawdę nie byłam wielką fanką kategorii drugiej butów. Grace jest i ma ich miliony w tysiącach różnych kolorach, ale ja jestem raczej dużym dzieckiem, kiedy dochodzi do radzenia sobie z bólem, więc ropiejące pęcherze mi po prostu nie pasują.

Ponadto kto nosi szpilki do biblioteki? Chcę wyglądać wspaniale, nie szalenie.

Zatem przypuszczam, że pójdę w moich codziennych adidasach. Oszczędzę szpilki (i ból) na prawdziwą randkę.

Wybór Butów: Skończony

Krok Czwarty) Szaty: Ubrać czy Nie Ubrać?

Szaty powszechnie są noszone i na i poza lekcjami w tej świetnej placówce, którą lubimy nazywać Hogwartem Szkołą Magii i Czarodziejstwa. Są one czarodziejskimi odpowiednikami codziennego swetra mugola. Jeśli ich nie założę, prawdopodobnie będę wyglądać dosyć dziwnie i nie na miejscu, ale jeśli je założę, mogą zakryć trochę mojego spektakularnego stroju. Jednakże nie byłoby tak źle, jak przypuszczam. I tak nie chcę wyglądać, jakbym starała się zbyt mocno, prawda? Chcę promieniować przyczynowym pięknem i spokojną pewnością siebie, nie desperacją i zbyt wielkim wysiłkiem. Nie pomogłoby mi wyglądanie śmiesznie. Dlatego szaty są musem. Moje cienkie czarne zgrają się ładnie z zestawem, jak sądzę.

Decyzja Szat: Skończona

Krok Piąty) Załóż To Wszystko Razem i Przeanalizuj Siebie

Doskonałe Spodnie: Są.

DB: Jest.

Wygodne Buty: Są.

Swobodne Szaty: Są.

Ogólny Wygląd: Wspaniały.


Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 16

Suma Obserwacji: 108

Obserwacja #108) Kiedy ktoś wygląda niesamowicie stylowo, jak teraz ja, łatwo jest powiedzieć, że nie ma on żadnego kompleksu niższości.

No już, idę zobaczyć mą miłość!


Tuż Przed Sesją Naukową z Amosem, Biblioteka

Spostrzegawcza Lily: Dzień 16

Suma Obserwacji: 109

Wiecie, nie jestem tak zdenerwowana całą tą sytuacją jak byłam w ostatnim tygodniu. Poważnie, nie jestem. Dobra, wciąż trochę pocą mi się dłonie, ale poza tym czuję się całkiem świetnie. Może to być dlatego że:

A] Amos zapewnił, że „nie może się tego doczekać"

B] Ostatnim razem wyszło cudownie. Nawet kiedy powiedziałam coś całkowicie głupiego i nadzwyczajnie Lily-owego, nic się nie stało. Amos jest po prostu tak doskonały, że to nie ma znaczenia.

C] Wyglądam tak dobrze.

D] Chociaż on mnie komplementuje i ze mną flirtuje, i możliwie pragnie mnie gorąco gdy próbuje w nocy zasnąć, na teraz wszystko jest dobrze w Jamesville. A kiedy mówię „wszystko jest dobrze" naprawdę mam na myśli, że nie jest on na mnie wściekły. Zawsze wydajemy się być na siebie wściekli z jakiegoś powodu. Jakkolwiek, obecnie, nie jesteśmy. Co jest dobre. Nawet jeżeli, jak powiedziałam, może on teraz cierpieć z powodu zawodu miłosnego, przez moje silne przywiązanie do pana Diggory'ego. Nie to, że mówię że tak robi, ponieważ prawdopodobnie nie – najprawdopodobniej nie – ale mógłby. Jeśli wciąż mu się podobam i w ogóle. Ale nie sądzę.

Więc wszystko jest dosyć wspaniałe. W istocie rzeczy idą tak wspaniale, że wiem, iż coś naprawdę złego będzie musiało wkrótce się zdarzyć. Moja okropna karma nigdy nie pozwoli temu szczęściu pójść dużo dalej. Moje szczęście oficjalnie dosięgnęło swojego limitu. Po tym wszystko się potoczy na sam dół. A teraz mam spotkać się z Amosem.

Padnę jak długa na twarz w drodze do stolika.

Zrobi mi się niedobrze i zwymiotuję na niego.

Zapomnę o wszystkim, dam Amosowi same złe odpowiedzi i spowoduję, że obydwoje oblejemy.

Coś zdarzy się złego. Czuję to w kościach. Sprawy po prostu toczą się teraz zbyt dobrze.

Ale wiecie co? Wszystko będzie dobrze, ponieważ teraz jestem przygotowana na nieunikniony wybuch czegoś złego. Totalnie i kompletnie przygotowana.

Zła karmo, dalej.


Tuż Przed Korepetycjami, Biblioteka

Spostrzegawcza Lily: Dzień 16

Suma Obserwacji: 111

Zanim skończyłam jedenaście lat mniej więcej straciłam nadzieję, na bycie kiedykolwiek normalną, codzienną dziewczyną. I naprawdę, kto mógł mnie winić? Przestałam wierzyć, że był to tylko „zbieg okoliczności", kiedy rzeczy nagle się łamały, gdy się rozgniewałam (co, niespodzianka, było dosyć często) i kiedy włosy mojego sąsiada, Billy'ego Rodnessa, ciągle zmieniały kolor za każdym razem, gdy wybierał mnie ostatnią na nasze sąsiedzkie mecze piłki nożnej. Nikt nigdy nie mógł tak naprawdę dokładnie przypisać te incydenty mnie, lecz kiedy Billy zawsze wybierał ładną (ale bezużyteczną) Sadie Foster ponad mną przed końcem wyboru członków drużyny w piłce nożnej, a ja zaczęłam nazywać go przeklętą zgniłą jagodą w mojej głowie, zdecydowanie nie wyglądało to na wypadek, kiedy włosy Billy'ego nagle nabrały dziwnej, niebieskawej barwy. Potem były przypadki, kiedy mój skończenie niesprawiedliwy nauczyciel w szkole celowo zadawał mi najtrudniejsze pytania, a chwilę później, tuż przed tym jak miałam odpowiedzieć, jego kreda wybuchłaby mu nagle prosto w twarz. Jeszcze raz, nikt nie mógł mnie obwiniać – przecież cały czas siedziałam przy swojej ławce! Ale wiedziałam – po prostu wiedziałam – że jakimś sposobem to byłam ja. Musiało tak być.

Gdy zbliżał się lipiec mojego jedenastego roku, przygotowałam się do następnego wyczerpującego semestru w naszej lokalnej szkole, gdzie zdawało się szczególnie trudno utrzymać w tajemnicy moją nienormalność. Było to jednego pogodnego letniego poranka, podczas gdy siedziałam z moją rodziną przy naszym kuchennym stole jedząc śniadanie, kiedy po raz pierwszy to usłyszeliśmy.

- Co to, u licha, było?

Doszło to od mojej mamy, która nagle przestała jeść owsiankę, łyżka zatrzymała się w połowie drogi do jej ust, gdy odwróciła z ciekawością głowę w stronę otwartych okien kuchni. Idąc w jej ślad reszta nas również przeniosła spojrzenia w tamtym kierunku.

Hu. Hu.

Odruchowo wszyscy pochyliliśmy się bliżej do okna. Petunia usiadła sztywno, upuszczając swój tost na talerz, jej oczy zamrugały dziwnie.

- To brzmiało jak… jak sowa!

Tak, sowa. Dokładnie tak to brzmiało. Ale nie mogła być to sowa. Co, u licha, robiłaby sowa latając przy Gospodarstwie Evansów? Musieliśmy słyszeć rzeczy. Zdecydowanie nie była to sowa.

W każdym razie to właśnie zdecydowaliśmy, do kilku sekund później...

- Och… mój…

Powoli mama podniosła palec w stronę okna. Jeden po drugim nasza reszta odwróciła się by zobaczyć, na co wskazywała. Petunia wrzasnęła. Tata milczał. Moje oczy powiększyły się do rozmiaru spodków.

Przycupnięta na naszym kuchennym parapecie siedziała duża, płowa, brązowa sowa.

Myślę, że bezpiecznie jest powiedzieć, że nikt w tamtym momencie nie oddychał prawidłowo.

- Spójrzcie tam! – sapnęła Petunia, wskazując gorączkowo na nóżkę sowy, gdy początkowy wstrząs zniknął. – Ona ma… ona ma list, mamo! List!

Wszystkie spojrzenia natychmiast padły na mały list, który rzeczywiście był ostrożnie przywiązany do lewego szponu ptaka. Otworzyłam usta. Mój tato odłożył swoją gazetę. Nikt nie ruszył się od stołu.

- Powinniśmy… wziąć list, Jon?

Moja mama wyglądała na całkowicie zagubioną, gdy spojrzała niepewnie na mojego ojca, wyraźnie mając nadzieję, że wyjdzie on z jakimś wytłumaczeniem. Mój tata taki jest – bardzo inteligentny i w ogóle. Jeśli ktokolwiek mógłby podać powód, dlaczego niezidentyfikowana sowa z listem przyczepionym do jej nóżki obecnie siedziała na naszym parapecie, to był to Jon Evans. Lecz nawet mój bystry i błyskotliwy tata wyglądał na tak zagubionego i zdezorientowanego, jak nasza reszta.

- Nie wiem, Caroline. – Tata majstrował przy okularach leżących na jego nosie, był to nerwowy nawyk, który miał kiedy myślał. – Może powinniśmy zadzwonić na policję? Zgubiona sowa latająca po Surrey nie może znaczyć nic dobrego…

Kiedy moi rodzice dalej sprzeczali się, czy zadzwonić do władz, a moja siostra kontynuowała obserwowanie dużej sowy z widocznym przerażeniem i niepokojem, ja odnalazłam się dziwnie zauroczoną tym dziwnym ptakiem – miękkimi, silnymi piórami; przyjaznymi, lecz wykalkulowanymi oczami; tajemniczym listem z osobliwym szmaragdowym atramentem…

Zanim wiedziałam co robię, podniosłam się z siedzenia i ostrożnie podeszłam do miejsca, gdzie siedziała sowa. Zatracona w swoich myślach i rozmowach, moja rodzina nawet nie zauważyła, że wstałam aż doszłam wystarczająco blisko do ptaka, by wejść w linię wzroku mojej siostry.

- Lily! Lily, co ty wyprawiasz?

Zatrzymałam się, ale tylko na chwilę. Moi rodzice również się odezwali spanikowanymi głosami, ale szłam dalej. Nie mogłam się zatrzymać. Ten list

- Lily Christine Evans, nie zbliżaj się do tego ptaka!

- Nie ruszaj się, Lily! Po prostu zatrzymaj się i powoli się wycofaj! Powoli!

- Och, proszę nie umieraj, Lily! Nie chciałabym żebyś umarła!

Podeszłam bliżej do parapetu, serce dziko łomotało mi w piersi, zagłuszając krzyki i ostrzeżenia mojej rodziny za mną. Kiedy stałam zaledwie metr od sowa nagle odskoczyłam do tyłu, przerażona, gdy ptak zdumiewająco wyciągnął nóżkę zawierającą list do mnie. Nagły dreszcz emocji przeszedł przez mój brzuch, kiedy raz jeszcze podeszłam wystarczająco blisko do sowy, by odwiązać list od jej nóżki. Powoli, jednak ostrożnie i z szeptanymi słowami niepokoju mojej rodziny dochodzących zza mnie, złapałam list.

- Co jest tam napisane, Lily? Do kogo on jest?

Wpatrywałam się w szmaragdowe pismo na przodzie koperty, kompletnie zmieszana. Zajęło mi kilka sekund by w ogóle przyjąć do wiadomości pytanie Petunii.

- Ja… on jest… on jest do mnie.

Gdy tylko zszokowanie zniknęło popędziłam tam, gdzie siedziała moja rodzina, ledwo zdolna do ukrycia podniecenia i ekscytacji w moim głosie, kiedy radośnie machałam listem przed moimi rodzicami. – Spójrz! – krzyknęłam, dając kopertę mojemu ojcu. – Spójrz na to, tato! „Panna Lily Evans, Pierwsza Sypialnia po Prawej, 422 Glytthingham Place". Czy to nie najdziwniejszy adres jaki kiedykolwiek widziałeś? Pierwsza sypialnia po prawej?

Mój ojciec raz jeszcze majstrował przy swoich okularach, wyglądając na bardzo zakłopotanego adresem na przodzie listu. – Ale od kogo on jest?

Oczywiście również tym zaciekawiona obróciłam kopertę na drugą stronę, gdzie półksiężycowa tarcza służyła jako pieczęć listu.

Hogwart Szkoła Magii i Czarodziejstwa.

- Hogwart Szkoła czego?

Przejechałam palcem przez pieczęć, otwierając list. Trzęsącymi dłońmi powoli wyciągnęłam kilka kawałków pergaminu, które zostały włączone do koperty.

Szanowna panno Evans, zaczynał się pierwszy,

Mamy przyjemność poinformowania Panią, że została Pani przyjęta do Hogwartu Szkoły Magii i Czarodziejstwa…

A reszta, jak to mówią, jest historią.

Był to najświetniejszy moment w moim całym życiu.

Do teraz.

UMÓWIŁ SIĘ ZE MNĄ!

AMOS DIGGORY UMÓWIŁ SIĘ ZE MNĄ!

List z Hogwartu, list ze smogwartu, jestem teraz ustawiona NA RANDKĘ W HOGSMEADE Z MOIM PRZYSZŁYM MĘŻEM! JAK BARDZO JEST TO WSPANIALE FANTASTYCZNE?!

Na Merlina, nie sądzę, że oddycham prawidłowo. Poważnie. Za dwie sekundy całe to świętowanie pójdzie na nic, bo przekręcę się i umrę nadmiaru szczęścia. Albo zawału sercu. Lub ekstremalnego braku tlenu w płucach. Cokolwiek przyjdzie pierwsze.

Moje serce bije tak szybko, jakby miało wyskoczyć prosto z mojej piersi. A moje ręce… cóż, powiedzmy krótko: mam teraz dość potu by wybudować własną fosę. Ale wiecie co? Każda mała kropla potu była tego warta. Każda z nich, ponieważ jestem teraz NAJSZCZĘŚLIWSZĄ DZIEWCZYNĄ W ANGLII – nie! – W CAŁYM ŚWIECIE!

Dzisiaj jest bez wątpienia najlepszy, najwspanialszy, najcholerniejszy wieczór mojego CAŁEGO ŻYCIA!

I pomyśleć, że kiedy wieczór się zaczął to byłam absolutnie pewna, że ten facet nie chciał mieć ze mną nic wspólnego! Poważnie tak myślałam! To znaczy, wiem że powiedział, że nie mógł się doczekać tego i w ogóle, ale gdy początkowo przyszedł, przez chwilę myślałam, że być może odebrałam to wszystko w zły sposób. Pomyślałam „może on to powiedział sarkastycznie? Mogło tak być?". Co miałam sobie myśleć, kiedy Amos przyszedł, całkowicie ignorując ogromną ilość wysiłku, jaką włożyłam w doskonały wygląd, usiadł na krześle obok mnie i bardzo od niechcenia powiedział:

- Posłuchaj, myślisz, że moglibyśmy dziś ruszyć się trochę szybko? Jedyny czas, na kiedy mogłem zarezerwować boisko był o 19:25, a drużyna naprawdę potrzebuje treningu. Nie masz nic przeciwko, prawda?

Ta. Tak było.

Żadnego „Cześć", żadnego „jak się masz", żadnego „miło tutaj być, wyglądasz ładnie". Chcę powiedzieć, że nie spodziewałam się oświadczyn ani nic, ale czy to tak dużo jest mieć nadzieję na przywitanie? Jakikolwiek rodzaj przywitania? Nawet jeśli to szybkie „siemka"? Naprawdę nie sądzę. Ale zamiast tego wszystko co dostałam, to wymówki. Jednakże Quidditchowe wymówki.

I starałam się nie być tym zgorzkniała, naprawdę. Uśmiechnęłam się, pokiwałam głową i powiedziałam cały kawałek „ta, oczywiście, nie ma problemu" z doskonale spokojnym duchem, ale trudno jest zignorować fakt, że twój przyszły mąż właśnie wybrał Quidditch ponad spędzeniem z tobą czasu. W każdym razie co z tym jest? Facetami i Quidditchem? Czy oni nie równoważą zalet jak należy czy coś? Czy są oni świadomi, że, nie, nie mogą zabrać Quidditcha do odległego schowka na miotły i doszczętnie go obcałowywać przez pół godziny? Mogło by się przez pół godziny obcałowywać ziemię, kiedy spadnie się z miotły podczas Quidditcha, ale to tylko tyle akcji, którą się dostanie. Z drugiej strony ze mną

Faceci poważnie są tacy nieświadomi?

Granie w Quidditcha… czy obcałowywanie Lily… granie w Quidditcha… obcałowywanie Lily…

Decyzja nie powinna być trudna.

Więc tak czy inaczej, prawdopodobnie możecie zrozumieć mój ogromny niepokój i rozpacz w tamtym momencie. Wieczór nawet się nie zaczął i już wyglądał nędznie! Nie rozumiałam jak to mogło być możliwe.

Ale wiecie co mówią… kiedy życie daje ci cytryny…

Zatem założyłam uśmiech i zabrałam się do pracy.

Czułam ulgę, stwierdzając, że Amos i ja wróciliśmy do przyjemnego i łatwego środowiska pracy, które mieliśmy w zeszłym tygodniu. Pracowaliśmy, śmialiśmy się, kilka razy zrobiłam z siebie głupka i znowu się śmialiśmy… naprawdę było całkiem uroczo. Łatwo było udawać, że Amos możliwie nie odliczał minut do 19:25, kiedy mógł wyjść, podczas gdy dogadywaliśmy się tak dobrze. W podświadomości zobaczyłam Amos patrzącego na zegarek, widząc czas a potem swobodnie to zbywając z „kto, i tak, potrzebuje Quidditcha?", ale wiedziałam, że to się nie wydarzy. Lecz mój uśmiech wciąż pozostawał i pracowaliśmy ciężko by skończyć na czas projekt.

I wiecie co jeszcze? Amos ma takie szczęście, że mnie ma. Poważnie ma. Chłopak szalenie sobie nie radzi z Antycznymi Runami. Dzięki Merlinowi, że nie przeciągałam kwestii z robieniem trudniejszego tłumaczenia, ponieważ nie sądzę, by Amos sobie z tym poradził. Stara się, naprawdę, ale nie myślę, by dostał na to geny czy coś. Nie to, że to sprawia, iż kocham go mniej – kocham go za jego wady, jak robią wszystkie prawdziwe żony. Jak by nie patrzeć wady są tym, co czyni nas ludźmi. Byłabym okropnie zmartwiona gdyby Amos nie miałby przynajmniej kilku. Merlin jeden wie, że ja mam więcej niż mogę zliczyć.

Minuty dalej przemijały zbyt szybko jak na mój gust i stwierdziłam, że robię rzeczy źle w nadziei, że być może Amos postanowi zostać jeśli nie skończymy, ale w przypływie nieszczęsnego fartu moje przeciąganie było daremne. Zamiast tego skończyliśmy pięć minut przed tym jak Amos musiał wyjść. Próbowałam ukryć moje nieprawdopodobne rozczarowanie.

- Więc to na tyle? Skończyliśmy?

Amos uśmiechnął się, kończąc z ostatnim tłumaczeniem. Odwzajemniłam żałośnie uśmiech. – Na to wygląda – powiedziałam, powstrzymując westchnienie, które groziło wyjściem. Poczułam żołądek w gardle, gdy zaczęłam sobie uświadamiać, że być może naprawdę źle to wszystko odebrałam. Amos nigdy nie mógł się doczekać do przyjścia tutaj dziś. W każdym razie nie tak jak ja się tego nie mogłam doczekać. Jednakże nie mógł się on doczekać Quidditcha i majstrował przy swoich kartkach w pośpiechu by tam się dostać.

- Tworzymy zgrany zespół – skomentował Amos, podnosząc na mnie wzrok, kiedy w końcu uporządkował swoje papiery. Przytaknęłam i wymusiłam następny uśmiech, zbyt zasmucona i rozczarowana by w ogóle odpowiedzieć. Oczywiście, że tworzymy zgrany zespół, Amosie. Tworzymy świetną drużynę, jako doskonały para – chłopak i dziewczyna, mąż i żona, matka i ojciec…

- Lily?

Podniosłam gwałtownie głowę, moje oczy przesunęły się z miejsca na stole, gdzie byłam zdeterminowana je trzymać, podczas gdy odkładałam swoje książki przez ostatnie parę minut, zdesperowana by patrzeć gdziekolwiek tylko nie na chłopaka, który właśnie zniweczył moje wszystkie nadzieje i marzenia. – Hmm? – odpowiedziałam cicho, nie ufając sobie by powiedzieć coś więcej niż to. Amos niezręcznie chrząknął i przez moment obawiałam się, że może nie ukrywałam swojego rozczarowania tak dobrze jak myślałam.

- Mogę zadać ci pytanie? – zapytał w końcu Amos.

- O projekt?

Amos zaśmiał się zakłopotany i pokręcił głową. Od razu zaczęłam panikować na myśl o nim pytającym mnie o moje dziwaczne zachowanie i dziwne rozczarowanie. Zasada numer jeden, kiedy staje się przed odrzuceniem, to nigdy im nie pokazać, że dobrali się do ciebie! Nie można. Po prostu nie można. Jednakże ze sposobu w jaki Amos tam stał, przestępując nerwowo z nogi na nogę, wiedziałam, że moje jawne rozczarowanie zdołało złamać tę zasadę. Wiedziałam, że jakoś muszę naprawić ten błąd. Więc całą siłą charakteru jaką posiadałam, odsunęłam na bok całe rozczarowanie i strach, które przepływały przez moje ciało i wymusiłam mój najlepszy uśmiech.

- Więc o co? – spytałam, moja twarz niemal się napiła z wysiłku utrzymania mojego uśmiechu na miejscu.

- Co robisz 18, Lily?

- 18?

- Tak, 18.

- Eee, nie wiem – odpowiedziałam powoli, starając się ukryć zdezorientowanie dziwnym pytaniem. – Co to jest, piątek czy co?

Mały uśmiech wpełzł na twarz Amosa. – To sobota – poprawił mnie lekko. Spojrzał na mnie znacząco i dodał: - To Hogsmeade.

Hogsmeade.

To słowo wysłało dreszcz wzdłuż mojego kręgosłupa. Tylko myślenie o tym dniu sprawiało, że chciało mi się krzyczeć. Czego on chciał? Czy naprawdę oczekiwał, że porzucę Hogsmeade aby mu w czymś pomóc czy coś? Czy stwierdził „Och, Lily Evans, ona ma mózg i całkowicie nie ma co robić w weekendzie Hogsmeade. Zobaczmy, czy mogę ją namówić by zrobiło to i tamto dla mnie"?

Cóż, Amosie, mój drogi, mogę nie mieć życia a ty możesz nie zdawać się kochać mnie tak jak powinieneś, ale nie muszę znosić takiego rodzaju zniewagi!

- Zatem zgaduję, że będę w Hogsmeade, prawda? – odpowiedziałam nonszalancko, moja głowa unosiła się wysoko i prowokująco, wyzywając go mi zaprzeczył.

Ale nie zrobił tego. Nie próbował mi zaprzeczyć. Jedynie posłał mi dość dziwne spojrzenie i ciągnął: - Więc masz plany? By z kimś iść?

Zastanawiałam się czemu ciągnął sprawę. Nie usłyszał mnie? Czy miało to znaczenie czy z kimś szłam? Czy naprawdę miałam plany? To znaczy, prawdą sprawy było, że nie rozmawiałam z Emmą (choć gdybym rozmawiała, ona prawdopodobnie poszłaby gdzieś obcałowywać się z Maciem) i kto wie czy Grace zaplanowała randkę na tę sobotę, więc mogłabym skończyć idąc sama, albo przynajmniej w ogóle. Jednakże nie znaczyło to, że byłam dostępna na jakąkolwiek pracę albo korepetycje, o które pytał Amos – kocham go i w ogóle, ale nie kosztem mojego bardzo cennego czasu Hogsmeade.

Bardzo mnie kusiło by skłamać Amosowi, mówiąc mu o mądrym, atrakcyjnym facecie, który prawie błagał mnie na rękach i kolanach by pójść z nim do Hogsmeade, lecz zatrzymałam się jak tylko historyjka stanęła na końcu mojego języka. Wiedziałam, że jakoś kłamstwo skończyłoby się wróceniem do mnie i ugryzieniem mnie w tyłek i nie mogłam ryzykować.

Więc zamiast tego poszłam z chłodną, wymijającą odpowiedzią. Nie dokładnie kłamstwem, ale również nie prawdą.

- Cóż, nic jeszcze nie jest postanowione ani nic, ale tak, przypuszczam, że mam jakieś plany. Czemu pytasz?

W momencie kiedy pytanie opuściło moje usta, od razu go pożałowałam. Nie powinnam pytać czemu. Wiedziałam na pewno, że gdyby spojrzał na mnie tymi dużymi niebieskimi oczami i rozczarowująco wspomniał o chłopaku córki wujka kuzyna jego przyjaciela, który potrzebował pomocy z Zaklęciami, a Amos pomyślał, że jestem idealna na tę robotę, na pewno bym się rozpłynęła i mu poddała. Wszystkie myśli o mojej wyzywającej postawie zostałyby sprzątnięte jednym spojrzeniem. Jak dziewczyna może odmówić mężczyźnie, którego kocha? Jak mogłaby choćby pomyśleć o pójściu do Hogsmeade, kiedy jej miłość była w nawet najmniejszym bólu?

Nie mogłabym. Nie mogę. Nienawidziłam tego, ale czasami tak właśnie toczyło się życie.

Lecz jak się okazało, nie musiałam, bo to nie chłopak córki wujka kuzyna przyjaciela Amosa chciał mojego towarzystwa dnia 18.

To sam Amos.

- Nie bardzo mogę zapytać cię o pójście ze mną, jeżeli już masz plany, prawda?

zapytać cię o pójście ze mną...

Właśnie wtedy moje serce zatrzymało się w klatce piersiowej. Nie dlatego, jak ktoś by pomyślał, że Amos właśnie technicznie poprosił mnie bym poszła z nim do Hogsmeade, czy dlatego że zdałam sobie sprawę, że moje każde marzenie i fantazja miały się spełnić, ale dlatego, że jak tylko słowa opuściły usta Amosa, tylko jedna myśl przyszła mi do głowy.

O mój Boże, zaczęłam halucynować.

To było to. W momencie, gdy usłyszałam ukrytą propozycję, musiałam powstrzymać jęk, kiedy uderzyło uświadomienie – naprawdę byłam oficjalnie szalona. Nawet nie mogę wam powiedzieć, jak w tamtym momencie musiała wyglądać moja twarz, lecz wewnętrznie byłam w totalnej panice. Byłam absolutnie przekonana, że w końcu przekroczyłam tę kruchą linię pomiędzy byciem tylko szaloną, a naprawdę, dosłownie, białe ściany, kaftan bezpieczeństwa, „teraz po prostu weźmy twoje tabletki, dobrze?" bycia bez piątej klepki. Widziałam rzeczy. Doprowadziłam siebie do absolutnej krawędzi obłędu, tak że teraz stwarzałam w swojej głowie prawdziwe obrazy. Halucynowałam. Nie mogłam uwierzyć, że tak naprawdę halucynowałam. Co miałam teraz zrobić, gdy…

- Lily?

Wyrwałam się z moich snów na jawie na dźwięk głosu Amosa. Patrzył na mnie wyczekująco, jakby czekając na odpowiedź na coś. Wtedy właśnie zorientowałam się, że podczas Lily była szaloną, halucynującą nią, Amos musiał mówić.

O podwójne cholernie pieprzone kurde.

- Przepraszam – przeprosiłam natychmiast, potrząsając głową i mając nadzieję, że również pozbyłam się trochę mojego obłędu. – Przegapiłam to. Co powiedziałeś?

- Cóż, tak naprawdę bardziej zapytałem niż powiedziałem – poprawił mnie Amos, posyłając mi uśmiech. Moje serce załomotało dziko na wzmiankę słowa „zapytać".

- Zapytałeś o co? – wychrypiałam, mocno się szczypiąc pod stołem, tylko żeby się upewnić, że to nie był kolejny wytwór mojej wyobraźni.

- O Hogsmeade – powtórzył Amos. – Jeżeli twoje plany nie są zbyt trwale postanowione, miałem nadzieję, że zastanowisz się nad pójściem ze mną.

Miałem nadzieję, że zastanowisz się nad pójściem ze mną.

To nie była halucynacja. Nie byłam szalona (w każdym razie nie tak szalona). Amos Diggory naprawdę właśnie zapytał mnie bym poszła z nim do Hogsmeade.

AMOS DIGGORY WŁAŚNIE ZAPYTAŁ MNIE BYM POSZŁA Z NIM DO HOGSMEADE!

KOCHAŁ MNIE! NAPRAWDĘ, NAPRAWDĘ MNIE KOCHAŁ!

…albo tak czy inaczej idzie w tym kierunku. Faceci są okropnie tępi w takich sprawach. Bardzo nieświadomi wszystkich rzeczy zachodzących w ich sercach, wiecie. Ale w końcu zda sobie z tego sprawę. Kocha mnie ponad samo życie. Po prostu jeszcze tego nie wie.

- Chcesz, żebym poszła z tobą do Hogsmeade? – było pierwszą rzeczą, jaką zdołałam wydusić i byłam zdumiona tym, jak spokojnie mój głos brzmiał, nawet kiedy wewnątrz wszystko brało w łeb.

- Wiem, że to trochę późno – odpowiedział Amos, potakując – ale pomyślałem, jeśli twoje plany nie są postanowione…

- Nie są – przerwałam szybko, uśmiech wpełzł na moją twarz, nie przejmując się, że moja pośpieszna odpowiedź brzmiała bardziej niż trochę desperacko. – Tak naprawdę w ogóle nie są postanowione. Bardzo elastyczne plany. Tak, w rzeczy samej bardzo wątpliwe.

- Wątpliwe? – powtórzył wolno Amos. – Więc czy to jest tak?

Czy to było tak? CZY TO BYŁO TAK? Czy ten facet jest poważny? Czy myślał, że możliwie powiem nie? Czy on myślał, że mogłabym? OCZYWIŚCIE, ŻE TO BYŁO TAK!

- Tak – odparłam głośno, słowa wyszły z moich ust z największym i najlepszym uśmiechem, jaki mogłam wykrzesać bez zmienienia w diabelską radość głośnego i niestosownego śmiechu, rzucenia się w jego ramiona i obcałowania go do nieprzytomności tutaj na bibliotecznej podłodze. – Bardzo chcę z tobą pójść do Hogsmeade, Amosie.

I ku mojej totalnej radości Amos również się do mnie uśmiechnął, a ja przez chwilę pomyślałam, że być może on już wiedział, że mnie kocha. Tak jak nieświadoma jest płeć męska, to przecież Amos jest raczej doskonały. – Dobrze – powiedział, jego niebieskie oczy błyszczały, gdy podniósł się z krzesła. – Cieszę się.

Ale nie cieszysz się tak bardzo jak ja, nieświadomy kochanie. Nie tak bardzo jak ja.

Mogłabym tkwić tam cały dzień, upajając się widokiem Amosa, gdy stał przede mną uśmiechnięty i świecący, jakbym właśnie obdarzyła go wielkim prezentem. Jednakże pomimo tego co chciałam robić, wiedziałam że będzie to tylko kwestia czasu, zanim moje długo powstrzymywane szczęście i podekscytowanie będzie kipieć i po prostu zacznę skakać w całkowitej rozkoszy. Zatem aby uniknąć takiego żenującego (aczkolwiek całkowicie niezbędnego) publicznego okazywania uczuć, mimochodem rzuciłam okiem na zegar, który wisiał na ścianie, uśmiechając się, gdy wskazówki wskazywały 7:30.

- Nie masz treningu?

Głowa Amosa obróciła się do zegara na moje pytanie. Wypuszczając niewielki jęk, gdy zobaczył czas Amos zaklął. – Jestem spóźniony – westchnął, zabierając swoje książki ze stolika.

- Przykro mi, że cię opóźniłam – powiedziałam, krzywiąc się, choć naprawdę wcale tak nie było. Szczerze, jeśli Amos i ja mamy dzielić nasze życia razem jako mąż i żona, facet musi się nauczyć, żeby przedkładać mnie nad Quidditchem. Ten związek po prostu inaczej nie będzie funkcjonować.

- To nic. – Amos wzruszył ramionami, zbywając moje pseudo-przeprosiny. – Było warto.

Widzicie? Czy wy to widzicie? Doskonały! On jest doskonały!

Nie wiedziałam co powiedzieć, ale mogłam poczuć silne pieczenie rumieńca na moich policzkach i stwierdziłam, że ta odpowiedź była wystarczająca. Amos zaśmiał się, gdy wstałam, kiedy on miał wychodzić.

- Więc osiemnasty? – potwierdził, podnosząc brwi.

Powoli potaknęłam, wciąż czerwona. – Osiemnasty – powtórzyłam.

Amos skinął głową, przesunął książki w ramionach i raz jeszcze spojrzał na zegar za nim. – Cholera – przeklął znowu, marszcząc brwi na czas. – Muszę iść. – Odwrócił się do mnie z westchnieniem. – Ale porozmawiamy na lekcji o Hogsmeade, dobra?

- Jasne, oczywiście.

- Dobrze. Świetnie. – Znowu uśmiechnął się przez ramię i z małym machnięciem dłonią, cicho obserwowałam go jak opuszcza bibliotekę, lekkie westchnięcie opuściło moje usta, gdy zniknął za drzwiami biblioteki.

Parę sekund po tym jak wyszedł, kompletnie opuściłam swoje książki i rzeczy na stole, i idąc tak szybko, jak moje nogi mogły mnie ponieść, ruszyłam do najdalszego, najodleglejszego miejsca na samym tyle zakurzonej biblioteki.

A tam cicho zaczęłam swój radosny taniec.

Powiedziany taniec obejmował dużo skakania, potrząsania, ciche poklaskiwanie i dużą obfitość cichego krzyku i śmiania. Tym tańcem w końcu mogłam wypuścić moje wcześniej powstrzymywane oczarowane i zbyt radosne uczucia.

Amos Diggory umówił się ze mną.

UMÓWIŁ SIĘ ZE MNĄ!

W KOŃCU UŚWIADOMIŁ SOBIE W TEJ GŁUPIUTKIEJ GŁOWIE, ŻE JESTEM DLA NIEGO IDEALNĄ DZIEWCZYNĄ! W KOŃCU!

Nie sądzę, by była teraz jedna rzecz która mogłaby mnie zdenerwować. Oficjalnie jestem obłąkana radością i szczęściem. Jestem… jestem…

UMÓWIŁ SIĘ ZE MNĄ!

TAK!

Och, nie mogę się doczekać by wszystkim powiedzieć! Grace i Emm… eee… och, do diabła! Szczęśliwi ludzie wybaczają innym – Emmie też! Wszyscy będą kompletnie zszokowani, jestem pewna. One i Syriusz oraz Peter, którzy myślą, że jestem pruderyjna, i James, który…

O mój Boże. O mój Boże.

Podwójne cholernie pieprzone kurde.

James.

Zapomniałam o Jamesie! Moim nowym przyjacielu, który możliwie ukrywa całą masę silnych nieodwzajemnionych uczuć do mnie! Całkiem o nim zapomniałam!

Oczywiście, to tylko możliwie. Ukrywa romantyczne uczucia, o to mi chodzi. To tylko możliwość. Prawdopodobnie nie ukrywa. Prawdopodobnie w ogóle się nie przejmie. Najprawdopodobniej powie tylko „Och, to świetnie, Lil. Cieszę się, że jesteś tak szczęśliwa", ponieważ takie rzeczy robią przyjaciele. A James i ja jesteśmy przyjaciółmi. Tylko przyjaciółmi. A on tylko tym chce być. Nie ma możliwości, by kiedykolwiek chciał być kimś więcej, bez względu na to, co czuł wcześniej. To wszystko było przypadkiem, sztuczne. Wtedy tak naprawdę mnie nie znał, a teraz gdy już zna, nie chciałby by mieć ze mną nic romantycznie wspólnego. Jestem szalona jak Szalony Kapelusznik i najwyraźniej mam jakiś rodzaj dużego kompleksu niższości. Mam szczęście, że facet w ogóle chce być moim przyjacielem! Nigdy nie chciałaby więcej. Po prostu nie mógłby.

Och, a co jeśli może?

James przez cały semestr był dla mnie tylko miły (cóż, pomijając całą sprawę z zieloną kulą. I wścieknięciem-się-a-potem-powodowaniem-wielkich-scen-na-korytarzu-Numerologii. I całkiem sporo na mnie krzyczy, chociaż zazwyczaj zasługuję na tego większość. Ale poza tym). Robi mi korepetycje i mi pomaga, idzie mnie szukać, kiedy moje przyjaciółki zachowują się jak bałwany, pozwala mi płakać na swoich wygodnych koszulkach, gdy moje hormony spadają z równowagi – i jak mu odpłacam za jego całą dobroć i przyjaźń?

Umawiając się z jego konkurencyjnym kapitanem Quidditcha, tak właśnie.

Na Merlina, biedny facet! Jeżeli naprawdę ukrywa jakieś niepotrzebne uczucia, będzie zdruzgotany, kiedy usłyszy wiadomości. Jeżeli nie, prawdopodobnie nie przejmie się, ale jeśli tak

Co powinnam zrobić?

Może nie powinnam mu mówić. Może powinnam po prostu ukryć moje podekscytowanie najlepiej jak potrafię i mu nie mówić.

Nie, to nie zadziała. I tak się dowie. To nie jest tak, że takie rzeczy zostają tajemnicą tutaj zbyt długo. Jestem pewna, że połowa Hogwartu już wie o nadciągającej randce w ten czy inny sposób. Ktoś mu powie, nawet jeśli ja nie, i przypuszczam, że będzie gorzej jeśli dowie się od kogoś innego ode mnie. Więc muszę mu powiedzieć. Nie mam wyboru.

Ale naprawdę, naprawdę tego nie chcę.

I być może najgorsze z tego wszystkiego jest to, że będę w stanie powiedzieć od razu z jego reakcji co dzieje się w jego głowie. James w ten sposób jest dosyć wylewny. W momencie, kiedy usłyszy wiadomości będę wiedziała, co do mnie czuje, a potem…

Hej, chwila…

Wiedzieć co on czuje…

To jest to!

To jest to! Nareszcie będę mogła raz na zawsze powiedzieć co James naprawdę czuje! Największa tajemnica w końcu zostanie odkryta! Jeśli on… ma co do mnie uczucia, znając James, prawdopodobnie coś uszkodzi na te wiadomości. Będzie ciągle gadał jakim Amos jest palantem i jak byłam głupia, w ogóle biorąc pod uwagę pójście z nim. Prawdopodobnie również będzie zraniony, ale nie sądzę, że to pokaże. James ma więcej dumy niż to. To konflikt mężczyzny macho i uczuć. Jeśli pokażesz jakikolwiek znak uczucia innego niż normalny gniew mężczyzny, nagle jesteś lalusiem w Świecie Facetów. Jest to raczej pomylone pojęcie, ale przypuszczam że chłopcy będą chłopcami.

Z drugiej strony, jeśli jego uczucia są – jak sądzę, że są – surowo platoniczne, prawdopodobnie jedynie się uśmiechnie i powie jakąś durną, dowcipną kpinę o tym jak nie powinnam bzykać się na pierwszej randce czy coś.

I to nie jest tak, że robię to złośliwie czy coś. To nie jest tak, że celowo próbuję go zezłościć czy zdenerwować, chociaż wynik tego małego eksperymentu może mieć w tym bardzo dobry wynik. Jest to nieuniknione, że muszę mu powiedzieć, a on zareaguje bez względu na to czy będę tam zauważając to czy nie, więc to nie jest tak, że cokolwiek z tego jest celowe. Nie jestem złą osobą ani nic… chociaż mam niepokojące uczucie co do tego w moim żołądku. To nieuniknione… naprawdę… w każdym razie nie podobam mu się, zatem to nie jest tak, że on się zdenerwuje…

To będzie po prostu, w pewnym sensie, test. Nieco bardziej skomplikowana forma tradycyjnego wyliczania „Kocha, nie kocha". To jest niegroźne. Całkowicie niegroźne.

Lecz tak czy owak, to jest jeden test, który szczerze mam nadzieję, że James Potter obleje.


Ekstremalnie Późno, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 16

Suma Obserwacji: 115

Serce łomotało mi dziko w piersi, kiedy spostrzegłam Jamesa przechodzącego przed drzwi biblioteki po wypełnionej niepokojem pół godzinie po tym jak wyszedł Amos. Beztrosko szedł w moim kierunku z książką transmutacyjną w ręce i małym uśmiechem na twarzy. Chociaż wciąż panikowałam poza całym przekonaniem o wyniku tego testu, wiedziałam co muszę zrobić i nie było szczególnie trudno dać pokaz zatrzymania uśmiechu, którego test wymagał. Problemy Jamesa na bok, wciąż szłam do Hogsmeade z Amosem Diggorym.

- Hej – przywitał się James, opadając na siedzenie naprzeciwko mnie. Posłał zaniepokojone spojrzenie na mój zbyt promienny uśmiech. – Naprawdę nie możesz oczekiwać ode mnie, że uwierzę, że jesteś tak podekscytowana transmutacją, Lily Evans. W każdym razie nie bez kilku szklanek Ognistej Whisky w tobie.

- Och, ha, ha, ha – odparłam sucho, choć mój uśmiech przygasł tylko odrobinę. – Powiem ci, że teraz mogę stawić czoła transmutacji z tylko jedną szklanką silnego alkoholu w brzuchu, Jamesie Potterze. Bardzo dużo się poprawiłam w ostatnich paru tygodniach.

James zaśmiał się i poruszył brwiami. – Bez wątpienia dzięki moim wspaniałym korepetycjom, tak?

- Och, absolutnie.

James znowu się roześmiał, kręcąc głową, gdy zaczął przekartkowywać swój podręcznik, szukając dzisiejszej lekcji. – Ale tak czy inaczej – ciągnął, podnosząc brwi – biorąc pod uwagę, że nie – o ile wiem, w każdym razie – skonsumowałaś jeszcze żadnego rodzaju silnego alkoholu, co wprowadziło cię w tak dobry nastrój?

- Jestem w dobrym nastroju?

Tak, grałam na zwłokę. Nie mogłam na to poradzić. Mój żołądek był tak mocno zaciśnięty, że to bolało.

James podniósł drugą brew. – Z tym oślepiającym uśmiechem, Evans? Chciałbym zobaczyć jak wygląda dla ciebie prawdziwy dobry dzień, jeżeli ten jest normalny. – Wreszcie znajdując właściwą stronę, przestał przeszukiwać książkę i skupił całą swoją uwagę na mnie. – Więc?

- Cóż… jesteś pewien, że chcesz wiedzieć?

Tak, wciąż granie na zwłokę. Uciekłabym się do piosenki i niekonwencjonalnego stepowania, gdybym pomyślała, że to da mi kilka więcej sekund.

- Nie wiem – odpowiedział James z uśmiechem. – Nie zabiłaś nikogo, prawda?

Prychnęłam. – Od kiedy zabijanie ludzi wprowadza cię w dobry nastrój?

- Och, no wiesz, to jak ta naturalna euforia seryjnego zabójcy – odparł rzeczowo James. – Myślisz, że dlaczego tyle obłąkanych morderców siedzi tu i się uśmiecha?

Przewróciłam oczami. – I wiesz to wszystko z osobistego doświadczenia, oczywiście?

- Naturalnie – zgodził się James. – Moje najlepsze dni przychodzą po dobrym zabiciu poprzedniej nocy.

Zaśmiałam się, węzeł w moim brzuchu powoli się rozplatał, gdy wróciłam do swojej normalnej strefy komfortu. To był James Potter – mój nowy przyjaciel, który żartowało o serii zabójstw. Obleje ten głupi test. Zdecydowanie obleje. – Więc dobre zabicie zaspokoiłoby twoją ciekawość o mój dobry humor? – spytałam.

- Zależy – odpowiedział zwyczajnie James.

- Od czego?

- Od tego czy zrobiłaś to odpowiednio, oczywiście. Jako twój nowy i najbardziej doświadczony przyjaciel w takich sprawach, muszę cię poprowadzić w twoich morderczych sposobach.

- Jest zły sposób w zamordowaniu kogoś? – zaśmiałam się, potrząsając głową na psotny uśmiech Jamesa.

- Och, jak bardzo jesteś naiwna – westchnął James, kręcąc głową w udawanym rozczarowaniu. – Mam nadzieję, że udało ci się pozbyć należycie ciała. To jedna rzecz, która na pewno pozwoli cię złapać.

- Nie ma co się tym martwić – uspokoiłam go z uśmiechem. – Wepchnęłam je z Jęczącą Martą. Nikt nigdy nie powiążę go ze mną.

- Z kim? – zaśmiał się James.

- Jęczącą Martą – powtórzyłam, ciesząc się cichą dumą faktem, że wiedziałam coś o Hogwarcie, czego jeden ze znanych Huncwotów nie wiedział. Nawet jeśli to wspomniane coś mieszkało w toalecie dziewcząt na drugim piętrze i byłabym trochę zaniepokojona, gdyby James wiedział o takich rzeczach. – Jęczący, zawodzący duch, który mieszka w toalecie dziewcząt. Bardzo emocjonalny. Niezbyt przyjazny. Dziewczyny unikają jej kabiny jak zarazy.

- Interesujące – skomentował James. – Bardzo mądre, Evans.

- Więc czy to znaczy, że zaliczyłam pana doświadczony osąd, panie Potter?

James udawał, że nad tym myśli, pocierając brodę w bardzo zamyślony sposób. – Przejdzie – zadecydował w końcu, kiwając głową.

Obydwoje wybuchliśmy śmiechem.

Pani Pince powiedziała nam, byśmy przestali (coś mniej więcej, w każdym razie).

Z naszym zduszonym śmiechem w wyniku grożących przeszywających spojrzeć pani Pince, spojrzałam na Jamesa wypełnionymi radością oczami, patrząc jak jego własne rozbawienie przeświecało przez ramki jego okularów.

- Więc?

Uniosłam brew na niedokończoną podpowiedź James. – Co więc? – spytałam.

- Więc co wprowadziło cię w taki dobry nastrój, to!

Znowu się uśmiechnęłam, próbując uniknąć nieuniknionego z kolejnym żartem. – Mówisz, że nie wierzysz w moją morderczą opowieść?

James prychnął i pokręcił głową. – Tak bardzo jakbym chciał mieć na ciebie tak negatywny wpływ, Evans, to po prostu się nie zdarzy. Więc gadaj. Jaka jest prawda? Nareszcie pogodziłaś się z Emmą?

Serce stanęło mi w gardle na jego słowa, tym razem nie przez wzmiankę o Emmie, ale ponieważ wiedziałam, co zaraz nastąpi. James Potter będzie brał test, na który nie był przygotowany ani nawet go świadomy. Przełknęłam panikę, która groziła pojawieniem się i ukryłam moje zmartwienia za uśmiechem pełnym Amosa.

- Ja… nie, to nie Emma – było jedyną rzeczą, którą mogłam wydusić na razie.

- Nie Emma? – zapytał zaciekawiony James. – Zatem co?

Wiedziałam, że jeśli nie wyduszę tego z siebie tam i teraz, to stchórzę. Już obrazy zawiedzionej miny Jamesa dręczyły mój umysł, czyniąc niemal niemożliwym wypowiedzenie słów. Prawdopodobnie to wszystko na nic, wciąż sobie mówiłam. Nie mogłam wciąż podobać się Jamesowi. Nic z tego nie będzie miało znaczenia. Lecz wciąż nie mogłam zignorować krzyczącego głosu w podświadomości, który mówił, że on się przejmie.

Zanim straciłam odwagę, podniosłam o stopień w górę mój uśmiech i wypchałam słowa z ust.

- Amos Diggory poprosił mnie, bym poszła z nim do Hogsmeade.

Moje spojrzenie skupione było na Jamesie, nawet gdy szybko wymówiłam nieuniknione słowa. Moje serce biło tak mocno, że dzwoniło w moich uszach, ale zignorowałam ten dźwięk. Z urywanym oddechem czekałam na reakcję Jamesa – czekałam na ocenę, którą będę zmuszona mu dać i konsekwencje, które z tym przyjdą.

- Czekaj, co?

Jego twarz była niemożliwa do odczytania i jego głos nie dawał żadnego znaku o tym co myślał, gdy James zmusił mnie do powtórzenia się.

- Niedawno – wyjaśniałam dalej spokojnym głosem, choć ja nie byłam. – Skończyliśmy z naszym projektem Antycznych Run, a wtedy on zapytał mnie bym z nim poszła. A ja się zgodziłam.

W momencie, kiedy oczekiwałam reakcji Jamesa na wiadomości, było tak jakby czas się zatrzymał. Byłam tylko ja siedząca tam przy stole, moje wnętrzności mieszały się, a mój umysł próbował pogodzić się z faktem, że być może właśnie zszargałam przyjaźń, która ledwie się zaczęła. Sposób, w jaki zareaguje James na zawsze zmieni kierunek naszej relacji, ponieważ wiedziałam, że jeśli wciąż z jakiegoś niezrozumiałego powodu mu się podobałam, sprawy będą niemożliwie napięte i niezręczne, a żadne z nas nie da sobie z tym rady.

Zatem w tych paru sekundach pomiędzy pytaniem a rzeczywistością, modliłam się. Modliłam się do każdego boga i osoby, którą znałam bym właśnie po królewsku wszystkiego nie zniszczyła. Życzyłam sobie i miałam nadzieję i modliłam się tak mocno, że nic innego tak naprawdę nie miało znaczenia.

A wtedy…

James uśmiechnął się.

I następnie, ku mojej wiecznej uldze, oblał mój test.

- W końcu załapał, co? – James droczył się ze mną z uśmiechem, kompletnie nieświadomy faktu, że właśnie ocalił naszą przyjaźń.

Ze śmiechem, który zawierał więcej upojonej ulgi niż humoru, pokiwałam głową. – Ta, tak przypuszczam.

- Cóż, dobrze – powiedział James, też kiwają głową. – To znaczy, uważam faceta za skończonego palanta, ale ty wystarczająco go lubisz, a to tak naprawdę ma znaczenie, prawda?

Roześmiałam się i znowu potaknęłam, w tym momencie poza mówieniem.

Nie podobam mu się. Nie mogłabym. Gdyby tak było, z pewnością nie przyjąłby tak tych wiadomości. Krzyczałby i wrzeszczał albo przynajmniej posłałby mi jakieś nieprzyjemne spojrzenie, które wyraziłoby jego ekstremalne niezadowolenie. Ale nie zrobił tego. Nie zrobił nic w tym stylu. Zamiast tego śmiał się i naśmiewał się, jak zrobiłby normalny przyjaciel.

Nie podobam mu się.

NIE PODOBAM SIĘ JAMESOWI POTTEROWI! TAK!

- Tylko jedno pytanie – powiedział James, przerywając moje wewnętrzne świętowanie szczęścia i ulgi.

- Co? – zapytałam, w tym momencie gotowa na wszystko.

James uśmiechnął się i zmrużył oskarżycielsko oczy. – To nie znaczy, że będziesz kibicować Hufflepuffowi w pierwszym meczu, co nie?

Znowu się zaśmiałam, kręcąc głową na jego dowcipny wyraz twarzy. – I zdradzić Gryffindor? – zapytałam z udawanym szokiem. – Nigdy bym o tym nawet nie śniła!

Wtedy James również się zaśmiał i z małym szelmowskim uśmiechem ode mnie, nie mogłam się powstrzymać by dodać: - Poza tym, teraz gdy wiem do czego jesteś zdolny, nigdy nie zaryzykowałabym kibicowania przeciwko tobie. Na pewno byłabym martwa i należycie usunięta do rana.

- Cholerna prawda.

I tym trochę niezwykłym zakończeniem zaczęliśmy naszą lekcję, a ja rzuciłam się całkowicie w transmutację ze szczęściem, o którym nigdy bym nie pomyślała, że było możliwe.

Amos umówił się ze mną, nie podobam się Jamesowi…

Powiedziałabym, że był to generalnie produktywny dzień, co nie?

Tak!


Czwartek, 2 Październik, Wróżbiarstwo

Spostrzegawcza Lily: Dzień 17

Suma Obserwacji: 116

W wyniku niewiarygodnie nieprzyzwoitego snu dotyczącego Amosa, mnie, różnych przedmiotów jedzenia i różnorodności interesujących powierzchni obudziłam się bardzo późno tego poranka i całkowicie przegapiłam śniadanie. Grace była na kolejnym wczesnym treningu, więc nie było jej gdy się obudziłam. Również nie było jej tam, kiedy wróciłam ostatniej nocy do dormitorium po mojej sesji korepetycji, dlatego nie miałam szansy by powiedzieć jej o wielkich wiadomościach. Kiedy w końcu spotkałam się z nią na Wróżbiarstwie i chciałam podzielić się z nią wiadomością, dowiedziałam się, że jakoś ona już o tym wie.

- Chwila, jak się dowiedziałaś? – zapytałam, dość zmartwiona tą dziwną koleją wydarzeń, kiedy opadłam na poduszkę, która służyła jako krzesło, po tym jak Grace poinformowała mnie, że już wie o Amosie i mnie.

- Kryształowa kula mi powiedziała – zażartowała Grace, tajemniczo przesuwając dłońmi nad kulą stojącą na stoliku przed nią. Wywróciłam oczami.

- Bądź poważna, dobrze? Jak się dowiedziałaś?

Grace wzruszyła ramionami. – Tammy Turner mi powiedziała.

- Tammy Turner? – zadrwiłam. – Jak, do diabła, ona się dowiedziała?

- Od Carrie Lloyd – wyjaśniła rzeczowo Grace – która najwyraźniej usłyszała to od Evie Patil, która usłyszała to od trzeciorocznej Puchonki, która widziała całą sytuację.

Jęknęłam, kręcąc głową. – Nie byliśmy nawet głośni – mruknęłam żałośnie, przeklinając trzecioroczną idiotkę, która już zdołała rozpowszechnić wiadomość każdej żyjącej, oddychającej rzeczy, jakiej mogła.

- Znasz te Puchonki – powiedziała lekko Grace. – Prawdziwe z nich paplające grono. Ale co to ma za znaczenie, Lil? Myślałam, że chcesz by świat wiedział, że w końcu złapałaś sobie Diggory'ego.

- To nie tak, że nie chcę by ludzie wiedzieli – zaprotestowałam, wzdychając. – Po prostu… sama nie wiem. Nie cierpię, kiedy wszyscy wtrącają się w moje sprawy. Nic im do tego.

- Cóż, lepiej się do tego wszystkie przyzwyczajaj – zauważyła szczerze Grace. – Amos Diggory pławi się w chwale uwagi publicznej. On jest prawdziwie egocentryczny w takich sprawach, Lil. Nie pamiętasz jak chodził z Dorkas Meadowes? W momencie gdy cokolwiek zrobili, każdy o tym wiedział. W noc, kiedy dopuściła go w końcu do swojej koszulki, praktycznie połowa Hogwartu wiedziała o tym zanim to zrobiła.

Otworzyłam usta by obronić Amosa, ale nie mogłam sprzeczać się z faktami. Związek Amosa i Dorkas rzeczywiście był całkiem publicznym widowiskiem i wiedziałam, że Amos nie miał temu nic przeciwko. To nie tak, że jestem bardzo prywatną osobą, naprawdę, po prostu nie chciałabym widzieć mojego związku na podium, by każdy mógł się na niego gapić. To znaczy, kto chce by wszyscy wiedzieli, że dopuściło się swojego chłopaka do koszulki? Niektóre rzeczy powinny zostać osobiste.

- Ta szkoła jest po prostu zbyt cholernie mała – burknęłam żałośnie, nienawidząc sytuacji. – Nikt nie ma nic lepszego do roboty tylko gadać o innych ludziach. To chore. To śmieszne. To… Grace! Co zrobiłaś swojej dłoni?

Zatrzymałam się w połowie tyrady, patrząc z przerażeniem na wielką fioletową pręgę, która rozchodziła się po tyle prawej dłoni Grace. Grace jadowicie przeszyła wzrokiem ranę.

- To mój głupi cholerny kapitan – rzuciła.

Zmarszczyłam brwi. – James?

Grace potaknęła z nachmurzoną miną. – Jest kompletnie szalony – upierała się, pocierając siniaka lewą ręką. – Cholernie nas zaharował dzisiejszego ranka. Tylko dlatego, że ma zły dzień, stwierdził że może wyżyć się na nas. Tak czy inaczej kto ma trening tak cholernie wcześnie? Jesteśmy w szczytowej formie. Nie potrzebujemy więcej cholernych treningów. – Grace pokręciła głową, po czym mruknęła: - James i McGonagall poszaleli.

- Ale czemu on jest w złym humorze? – spytałam, próbując dowiedzieć się, co stało się pomiędzy porą, kiedy widziałam go śmiejącego się i radosnego ostatniego wieczora, a kiedy Grace widziała go w wyraźnie okropnym nastroju tego ranka.

- Czy ma to znaczenie? – spytała Grace, jej głos wciąż był zgorzkniały. – Wciąż nie ma prawa wyżywać się na nas. My nic mu nie zrobiliśmy.

- Oczywiście, że nie – zgodziłam się. – Po prostu zastanawiam się, co mogło go tak zdenerwować. Wczoraj wieczorem był zupełnie normalny.

- Ta, wiem – burknęła Grace, piorunując mnie teraz wzrokiem z jakiegoś powodu. – Czemu ty nie zapytasz go, czemu próbuje wymordować swoich graczy, Lily?

- Ja? Czemu ty nie możesz?

- Ponieważ nie mogę obiecać, że wyjdzie żywy z tej rozmowy, temu.

Westchnęłam i wzruszyłam ramionami. – Ta, zapytam go – obiecałam, zagryzając wargę w namyśle. Grace potaknęła, a potem zaczęła się lekcja.


Później, Obrona

Spostrzegawcza Lily: Dzień 17

Suma Obserwacji: 116

Niedawno przekopywałam się przez mój plecak, szukając mojego zawieruszonego wypracowania z Obrony (które było schowane w podręczniku z Zielarstwa, który jakoś znalazł się w mojej torbie), kiedy znalazłam to wepchnięte pomiędzy moje książki:

Emmeline wychodzi dzisiaj o 16:00. Pomyślałem, że dam ci znać, w razie gdybyś chciała zrobić coś z tą informacją. –Mac

Wiele rzeczy mnie w tym niepokoiło, w tym:

a] Kiedy Mac miał czas włożyć ten liścik do mojego plecaka?

b] Jak udało się Macowi włożyć ten liścik do mojego plecaka?

c] Zawsze nazywa ją Emmeline. Czemu to robi? Wszyscy inni po prostu nazywają ją Emmą.

d] Jak na takiego rzekomo wspaniałego faceta, chłopak naprawdę ma najstraszniejszy charakter pisma. Kiedy „wychodzi" zaczyna być podobne do „wyrodzi", a „chciała" wyraźnie można przeczytać „ciciala", masz problem.

e] Bez względu na to, jak to może wciąż wyglądać, NIE OBCHODZI MNIE, KIEDY EMMA WYCHODZI ZE SKRZYDŁA SZPITALNEGO. Generalnie ludzie, którzy są bardzo, bardzo wściekli na innych ludzi nie przejmują się miejscem pobytu wspomnianej osoby. Nawet jeśli nagłe słupy w ich żołądkach na samą myśl o 16:00 sugerują co innego. Naprawdę mnie to nie obchodzi. Nie.

Mac jest palantem. Jest dużym, głupim, niechlujnie piszącym, umiejętnym kieszonkowym palantem. Nienawidzę go. Nienawidzę go jak… jak… po prostu nienawidzę!

Phi!


Później, Zaklęcia

Spostrzegawcza Lily: Dzień 17

Suma Obserwacji: 117

Żadnych dobrych zabójstw ostatniego wieczoru? –LE

Co? –JP

Plotka głosi, że twój nastrój tego ranka jest czymś, czego można się bać, więc pomyślałam, że twoja ostatnia próba morderstwa musiała się nie udać.

Ta, przypuszczam, że tak możesz to nazwać.

Więc co się dzieje?

Nic się nie dzieje.

Śmiem się nie zgodzić, mój przyjacielu. Wielki siniak na wierzchu dłoni Grace również wyraża sprzeciw. Ona zapewnia, że dziś rano doprowadził ją pan do urazu swoim okropnym humorem, panie Kapitanie.

Grace powinna nauczyć się skupiać więcej uwagi na tłuczkach. Nie ma to ze mną nic wspólnego.

Ma, kiedy to ty wysyłasz do niej sześć tłuczków do odparcia!

To był trening. Przygotowywałem ją.

Na co? Szybką i przedwczesną śmierć? Był to obłęd. Odreagowywałeś swoją złość na twojej drużynie.

Wcale nie. Nie ma żadnej złości do odreagowania! W każdym razie, co ty wiesz? Nawet cię tam nie było!

Nie musiałam tam być. Patrzysz wilkiem na każdego przez cały poranek!

Postanowiłem, że nie dość patrzę wilkiem. Jedynie to rekompensuję.

Mógłbyś mi, proszę, po prostu powiedzieć co jest nie tak? Może mogę pomóc.

Nie możesz. I tak byś nie chciała.

Nie proponowałabym, gdybym nie chciała pomóc, James.

Po prostu odpuść, Lily.

Dlaczego? Co sprawiło, że jesteś taki zły?

Po prostu… wszystko, dobra? To tylko zły dzień. Nie wszyscy umówiliśmy się na randkę z naszymi wybranymi palantowymi partnerami życiowymi, wiesz.

Hej, to nie sprawiedliwe!

Życie nigdy nie jest.

Tylko próbowałam pomóc, James! Nie musisz być takim dupkiem!

Nie jestem dupkiem!

Tak, jesteś!

Ja… wiem. Przepraszam. Słuchaj, powiedziałem ci, to zły dzień. Sprawy po prostu idą nie tak. Do jutra mi się poprawi. Przepraszam za warczenie na ciebie.

To nic. Tylko… jesteś pewien, że wszystko w porządku? Nic nie mogę zrobić, by pomóc? Nie zaszkodziłoby zapytać, wiesz, nawet jeśli myślisz, że bym odmówiła.

Nie. Nie ma nic.

Na pewno?

Tak.

Cóż, w takim razie dobrze, jak przypuszczam. Jednak daj mi znać, jeśli o czymś pomyślisz.

W porządku.

I weź sobie jakieś lody, by poprawić nastrój. Albo ryż. Ryż zawsze poprawia mi nastrój.

Tak, wiem.

Choć nie razem. Ryż i lody. Nie sądzę, że wywołałoby to odpowiednią reakcję endorfin.

Odpowiednią reakcję endorfin?

Ta, by cię rozweselić.

Widzisz? Już sama myśl o ryżu cię rozśmiesza!

Ty mnie rozśmieszasz.

Widzisz? Mogę pomóc w swój własny szalony sposób. Szaleńcy są całkiem dobrzy w rozmieszaniu ludzi, wiesz. Łatwo jest śmiać się z nas.

Nikt się z ciebie nie śmieje, Lily.

Och tak, śmieją. I słusznie. Całkowicie postradałam zmysły.

Nie mam na to żadnych argumentów.

Och, to miłe, Potter. Oto jestem ja, próbując na próżno poprawić nastrój, a ty mnie obrażasz! Nie powinieneś mi powiedzieć, jak jestem doskonale zdrowa psychicznie? Nie jest to właściwa przyjazna rzecz? Nie powinieneś mówić „Och, proszę, Lil, nie jesteś szalona. Jesteś zupełnie normalna!"?

Chcesz, żebym ci skłamał?

Małe niewinne kłamstewko, aby uszczęśliwić swoją przyjaciółkę, nigdy nie jest złą rzeczą, James. Zdecydowanie nie pomagasz mojemu kompleksowi niższości.

O, więc przyznajesz, że go masz?

Nie, po prostu mówiłam małe niewinne kłamstewko, żeby uszczęśliwić mojego przyjaciela.

Posłuchaj, całą duszą popieram powrót twojej radości i w ogóle, ale czy mógłbyś, proszę, przestać śmiać się tak głośno? Flitwick wygląda na gotowego, by się rzucić.

Po prostu nie chcesz wpakować się w kłopoty.

Masz rację, nie chcę i nie ma w tym niczego złego. Teraz przestań.

Dobrze, dobrze, ty mięczaku. Nie zniszczę twojego doskonałego obrazu Prefekt Naczelnej, pakując cię w kłopoty.

Dziękuję.

Nie ma za co.

James?

Lily?

Cieszę się, że czujesz się lepiej.

Kto powiedział, że czuję się lepiej?

Cieszę się, że czujesz się lepiej, James.

Taa, ja też.


Jeszcze Później, Historia Magii

Spostrzegawcza Lily: Dzień 17

Suma Obserwacji: 117

Na lunchu przekazałam Grace wyniki Projektu: Zły James, gdy siedziałyśmy, jedząc kanapki.

- Upiera się, że nic się nie dzieje – poinformowałam ją cicho, uważając, żeby nie mówić zbyt głośno, gdyż dwójka z czwórki Huncwotów – Peter i Remus, żeby być dokładną – siedzieli niezbyt daleko nas przy stole. – Mówi, że to po prostu zły dzień.

- Zły dzień, gówno prawda – parsknęła Grace, odgryzając kawałek swojej kanapki. – Zdarzyło ci się zapytać go, czemu jest to taki zły dzień, Lily?

Wzruszyłam ramionami. – Powiedział tylko, że wszystko idzie źle. Znasz te dni, Grace. Daj mu spokój.

Grace burknęła zdegustowania. – On mnie zranił, Lily! W ogóle obchodzi cię, że jestem teraz w ciągłym stanie bólu przez niego i jego zły humor?

- Mówiłaś, że nie boli – przypomniałam jej beznamiętnie.

- Cóż, teraz boli!

Wywróciłam oczami na dramatyczność Grace. – Wcale nie, dziecko. Po prostu zostaw go w spokoju, dobra? Do jutra wróci do swojego normalnego, wesołego siebie, a ty i twoja ręka będziecie wolni od jego gniewu.

Grace głośno prychnęła, posyłając mi znaczące spojrzenie. – Z jakiegoś powodu nie sądzę, że tak będzie, Lily.

Znowu przewróciłam oczami, ignorując pełne znaczenia spojrzenie Grace. Nie wiedziałam, dlaczego wydawała się myśleć, że humor Jamesa pozostanie taki na zawsze. Tak nie będzie. Nie może być. Przecież już dobrze się czuł – tak mi powiedział. Myśląc, że nic więcej niż własna deklaracja Jamesa będzie przekonującym punktem, wyciągnęłam notatki z Zaklęć z mojej torby i pokazałam je Grace.

- Widzisz? – zapytałam, pokazując na parę ostatnich. – Sam powiedział, że czuje się lepiej.

Grace burknęła w odpowiedzi, ignorując mnie, jak jej spojrzenie zaczęło przesuwać się po innych częściach notatek. Chciałam zabrać je z powrotem, ale przesunęła je na swoje lewo, odsuwając pergamin z mojego zasięgu, gdy dalej przypatrywała się kartkom.

- Poczekaj chwilę – powiedziała, rzucając mi zaciekawione spojrzenie przez ramię, jak piorunowałam ją wzrokiem i próbowałam znowu zabrać pergamin. – Co to wszystko jest?

Kiedy Grace przysunęła z powrotem pergamin, żebym mogła zobaczyć, co pokazywała, wykorzystałam okazję i zabrałam jej notatki, posyłając jej dobre nieprzyjemne spojrzenie, jak zerknęłam na to, co mi wskazywała.

- A, to – odparłam gniewnie, wzruszając ramionami. – To nic. James upiera się, że mam jakiś rodzaj „kompleksu niższości" czy coś.

- Kompleks niższości? – prychnęła Grace. – Bardziej jak niższościowy styl życia.

- Wiem, jest totalnie szalony… chwila, co?

Grace od razu wybuchła śmiechem na widok mojej zszokowanej i zatrwożonej twarzy. Wściekle spiorunowałam ją wzrokiem. Co miała na myśli, mówiąc 'styl życia'? To nie był styl życia! To nie był nawet kompleks! To było nic. Jestem idealnie pewna siebie we wszystkim, co robię!

…Cóż, w każdym razie przez większość czasu.

Nie mniej jednak, NIE MAM KOMPLEKSU NIŻSZOŚCI!

- Nie mam żadnego typu kompleksu niższości, Grace Reynolds!

Nie zwracając żadnej uwagi ani na mojego głośne i dzikie zaprzeczenia, ani na moje wściekłe spojrzenia, Grace zaczęła śmiać się mocniej.

- To nie jest zabawne! – krzyknęłam, gniewnie krzyżując ramiona na piersiach, wciąż patrząc gniewnie na chichoczące ciało Grace. – Przestań się śmiać!

Przez jej wybuchy całkowicie nieprzyzwoicie głośnych chichotów Grace efektywnie zlekceważyła moją prośbę, żeby zamknęła jadaczkę, ale zdołała słabo wydusić kilka wyrazów. – Nie… w ogóle nie zabawne – wymamrotała, jej głos wciąż ciążył od chichotów, które nadal wydobywały się z niej. Kilka sekund później wydawało się, że w końcu się opanowała. Podniosła wzrok na mnie i moją zagniewaną twarz… a potem znowu wybuchła śmiechem.

- Grace! – jęknęłam, poddając się w moim bezużytecznym piorunowaniu wzrokiem, zamiast tego przenosząc się na dąsanie. – Mogłabyś już przestać, głupi ośle?

- Przepraszam – przeprosiła Grace, wesołość i śmiech ledwo zniknęły z jej ust. – Ale, daj spokój, Lily, bądźmy tutaj poważni. Masz kompleks, jakby to była twoja praca, na litość Merlina.

Jakby to była moja praca? JAKBY TO BYŁA MOJA PRACA? Czy ona jaja sobie robiła? Musiała! Nie mam kompleksu! Nie! Nie wiem, co jest nie tak z tymi wszystkimi ludźmi. To znaczy, tak, mogę czasami być dla siebie trochę twarda w stosunku do niektórych rzeczy, ale tacy są wszyscy! Zawsze jesteśmy naszymi najgorszymi krytykami! Taka jest ludzka natura! Nie różnię się od innych! Burknęłam z oburzeniem, powracając do moich gniewnych spojrzeć, gdy kilka chichotów opuściło usta Grace.

- To nie jest moja praca, to nie jest kompleks – zaczęłam się sprzeczać. – W ogóle nie mam kompleksu niższości!

- Albo mówisz tak teraz – odparła beznamiętnie Grace.

- Albo mówię tak zawsze!

Grace westchnęła dramatycznie. – Zachowujesz się głupio, Lily. Jesteś w zaprzeczeniu – albo wiesz co? Może masz rację. Może to nie kompleks. Ale tak czy inaczej masz ekstremalnie umniejszającą własnej wartości osobowość, Lily Evans i wiesz o tym.

Znowu wydałam z siebie burknięcie niezgody, posyłając Grace nieprzyjemną minę. Zamierzałam raz jeszcze zacząć kłócić się na temat normalności w umniejszaniu własnej wartości w siedemnastoletnich kobietach i faktu, że naprawdę byłam dosyć normalna w tym koncie, kiedy moja przemowa została nagle przerwana przez niespodziewane walnięcie drzwi Wielkiej Sali, które zostały głośno i gwałtownie otwarte. Wszystkie głowy – razem z Grace i moją – poleciały w stronę hałasu.

I kim mógłby być oczywiście ten, kto w tej chwili przeszedł zamaszystym krokiem przez drzwi, jak nie sam inicjator tego całego szaleństwa, pan James Potter.

Ekstremalnie wściekle wyglądający James Potter.

Ekstremalnie wściekle wyglądający James Potter, który nawet nie kłopotał się zatrzymaniem i przywitaniem, gdy przeszedł obok. Po prostu przeszedł gniewnie przez rzędy stolików z zaczerwienioną twarzą oraz zaciśniętą szczęką, i przeszedł przez drzwi frontowe w równie głośnym i przyciągającym uwagę stylu, nie patrząc do tyłu.

Gdy drzwi zamknęły się za nim, Wielka Sala trwała w ciszy.

- O tak – mruknęła sucho Grace. – Powiedziałabym, że teraz czuje się o wiele lepiej.

Ignorując kpinę, posłałam Grace kolejne kwaśne spojrzenie, zanim odwróciłam się do Syriusza, który cicho – i o wiele spokojniej – poszedł za Jamesem do Wielkiej Sali. Potrząsał głową do swoich przyjaciół, którzy patrzyli na niego z ciekawością.

- Cóż – odezwał się z gorzkim uśmiechem przyklejonym do twarzy. – Nie sądzę, że będziemy widzieć Rogacza na popołudniowych lekcjach.

Oboje Remus i Peter uśmiechnęli się na to, ale żaden z nich nie poruszył się ani nie pokazał znaku, że właśnie obserwowali jak jeden z ich najlepszych przyjaciół wyleciał z Wielkiej Sali w płomiennej wściekłości. Z lekkim zdziwieniem przyjrzałam się temu trio.

- Co się stało? – zapytałam Syriusza, wskazując głową na drzwi, który James dopiero co niemal powalił w swoim gniewie.

Syriusz uniósł wargi w małym uśmiechu. – Zły dzień – powiedział tylko.

- Najwyraźniej – odparłam sarkastycznie. – Chodziło mi o to, co to było? Nic mu nie było na ostatniej lekcji!

- Naprawdę? – spytał Syriusz, wyglądając na okropnie zmieszanego. – Cóż, on, eee… - Syriusz urwał, drapiąc się z roztargnieniem po głowie, jak odwrócił ją w stronę, gdzie James właśnie opuścił zamek. – On, eee… och, do diabła, Evans, nie wiem! Po prostu zostaw go w spokoju, dobra? Jest na skraju morderstwa.

Lekceważąc ironię komentarza Syriusza i rozmowę moją i Jamesa z zeszłej nocy, pytająco zmrużyłam oczy na chłopaków.

- Ale czy ktoś nie powinien za nim iść? – zapytałam, bezradnie gestykulując rękami na drzwi. Czemu wszyscy tutaj siedzieli? Czemu oni nie – czemu ja nie – robili niczego? James możliwe mógł już spalić połowę Zakazanego Lasu czy spróbować powalić Ogromną Kałamarnicę lub co najmniej potknąć się i przewrócić o skałę w trakcie jego oślepiającej wściekłości. Czy żadne z nich nie zamierza iść z nim porozmawiać? Czy ja powinnam?

Peter prychnął ze swojego miejsca przy stole. – Oszalałaś? Kiedy taki jest?

Zamierzałam kłócić się, że nie byłby taki, gdyby ktoś by mu pomógł, kiedy Syriusz się wtrącił.

- To, co Pete stara się powiedzieć – wtrącił Syriusz, rzucając spojrzenie Peterowi – to, że to nic by nie dało, Evans. W tej chwili on nie jest w nastroju, żeby rozmawiać. Rogacz potrzebuje wściekać się samemu.

- Ale wściekać na temat czego? – spytałam znowu, wciąż nie dostając odpowiedzi od nikogo. – Co do diabła znowu go tak wkurzyło?

Co przede wszystkim go tak wkurzyło, jeśli o to chodzi?

- Powiedzmy po prostu, że miał niefortunne wpadnięcie w korytarzu – odparł gładko Syriusz, dalej uchylając się odpytania. Potrząsnął głową i w końcu zajął miejsce przy stole, wzdychając łagodnie i cicho mnie ostrzegając. – Zostaw to w spokoju, Lily. Nie ma nic, co mogłabyś teraz dla niego zrobić. – Potem odwrócił się i gdy wypełniał swój talerz, przesunął głowę do swoich dwóch przyjaciół, jak zaczęli szeptać szybko do siebie.

Chciałam się kłócić, chciałam uprzeć się, żeby przynajmniej jeden z nich poszedł z nim pogadać, ale stwierdziłam, że to naprawdę nic nie da. Nikt nie zwracał na mnie uwagi.

- Oni wiedzą o czym mówią, Lily – powiedziała mi cicho Grace, odrywając moją uwagę od wciąż szepczącego trio. – Przyjaźnisz się z Jamesem od siedmiu dni – oni od siedmiu lat. Myślę, że oni wiedzą, jak najlepiej poradzić sobie z tą sytuacją, tak?

Z zamyśleniem potaknęłam głową, mrucząc na zgodę do Grace, gdy obie wróciłyśmy do naszych wcześniej porzuconych lunchów. Ale cały czas myślałam o Jamesie. Jamesie i jego publicznym pokazie gniewu, jego morderczym nastroju i fakcie, że wyraźnie mi skłamał, kiedy powiedział na Zaklęciach, że czuje się lepiej.

Ale czemu? Czemu skłamał?

Niemal chciałam tam iść i zapytać.


Jeszcze później, Na Trybunach Boiska do Quidditcha

Spostrzegawcza Lily: Dzień 17

Suma Obserwacji: 118

Obserwacja #118) Sprawy mają swój limit w dobrym pójściu, zanim staje się coś złego.

Zaczynam myśleć, że staje się to moim motto życiowym czy coś. Naprawdę to jest prawie głupie, jak moje życie wydaje się wokół tego obracać. Byłam sobie, cała rozkosznie szczęśliwa i doskonale zadowolona – obecnie nie oblewając Transmutacji, nie miałam żadnych zakochanych we mnie nowych przyjaciół, mój potencjalny mąż potencjalnie zakochiwał się we mnie – a potem coś musiało pójść źle. Naturalnie.

Przypuszczam, że powinnam była spodziewać się tego, naprawdę. Sprawy mają swój limit w dobrym pójściu, kiedy żyje się swoją dharmą tak kiepsko,tak jak ja. W taki sposób działa moje życie. Właśnie wtedy, kiedy sprawy nareszcie zaczynają wracać na swój tor, coś musi nadejść i wszystko to schrzanić.

Ja muszę nadejść i wszystko to schrzanić.

Los musi nadejść i wszystko to schrzanić.

Wszyscy to dla mnie robią. Wszyscy. Wszystko. Nawet siły natury wyszły, żeby mnie dopaść. Zaczynam teraz widzieć, że musiałam być kimś przerażającym w poprzednich życiach, żeby teraz żyć tak, jak żyję. Jak wiele trzeba skraść słodyczy małym, niewinnym dzieciom, żeby zasłużyć na moje szczęście? Jak wiele trzeba okraść banków? Jak wiele ludzi trzeba zabić? Jak wiele nocy trzeba spędzić w metalowych łańcuchach i skórze, napadając starsze kobiety w ciemnych alejkach? JAK WIELE?

Może byłam w poprzednim życiu Grindelwaldem. Albo może byłam Hitlerem. Albo tym facetem, który wpadł w szał obcinania głów podczas Rewolucji Francuskiej – może byłam nim. Musiałam być z jednym z nich. Albo może byłam wszystkimi trzema. Na pewno wyjaśniłoby to parę rzeczy.

Na dzisiaj moja potworna karma raz jeszcze doznała sukcesu w rujnowaniu mojego życia – tym razem z użyteczną pomocą moich zdradzieckich ust.

Kiedy twój gówniany pech zaczyna zgrywać się z twoimi zbuntowanymi partiami ciała, to czas, kiedy już wiesz, że musisz się poddać.. Świat oficjalnie działa przeciw tobie. Najlepiej dla ciebie, jak po prostu odpuścisz i to zaakceptujesz. Możesz przenieść się do Guam, to może pomóc, ale dopóki nie masz nic przeciwko kokosom, ryzyko jest takie, że nie będziesz mieć tam lepszego życia niż w Anglii. Musisz po prostu zaakceptować swój los, jak przypuszczam. Twoje życie na ziemi będzie kompletnym piekłem. Naucz się je kochać.

Ugh.

Jak przewidział Syriusz, James nie był obecny na żadnych z naszych popołudniowych klas. Próbowałam zlekceważyć poczucie porażki,które płonęło w moim brzuchu za każdym razem, kiedy myślałam o tym, jak wściekle wyglądał James, gdy na lunchu przeszedł przez Wielką Salę, ale to nie działało. Szczerze myślałam, że nasza rozmowa polepszyła mu humor, nawet jeśli tylko troszkę. Mam na myśli, że śmiał się – śmiał! Wściekli ludzie nie śmieją się! A zwłaszcza nie tak głośno, jak James na Zaklęciach. Przecież musiałam powiedzieć mu, żeby przestał, bo był taki głośny! Musiał czuć się lepiej. Musiał.

Ale gdzie to wszystko zniknęło? Co mogło znowu go tak zdenerwować? Nie wiedziałam, ale przez to poważnie martwiłam się o niego. Raz jeszcze wspomniałam Remusowi, żeby ktoś poszedł za nim, kiedy James nie zjawił się na drugiej popołudniowej lekcji, ale tak jak Syriusz, Remus jedynie powiedział, żeby dać Jamesowi wściekać się samemu. Nie widziałam w tym sensu, ale dostosowując się do rady Grace ot tym, że Huncwoci oczywiście znają Jamesa najlepiej, nie miałam innego wyboru jak posłuchać tego, co mówiła tamta trójka, choć nie podobało mi się to.

Potem zajęcia ciągnęły się niesamowicie wolno, a ja nie przykuwałam im szczególnej uwagi. Zamiast tego siedziałam martwiąc się Jamesem i jego złym humorem, Emmą i jej nadchodzącym wyjściu ze Skrzydła Szpitalnego i Amosem oraz jego nieuzasadnionym pragnieniem do umówienia się ze mną. W dzień, który powinien być wypełniony wyłącznie puszczalskimi marzeniami o Amosie i idealnymi wizjami naszej nieuchronnej randki, zamiast tego byłam pełna nieprzyjemnym poczuciem stałego strachu. Było to raczej niezręczne uczucie, naprawdę i nie lubiłam go ani trochę.

Kiedy dzwonek w końcu zadzwonił sygnalizując koniec ostatniej lekcji dnia, myślałam tylko o pobiegnięciu prosto do dormitorium i pójściu do łóżka. Moje szaleństwo pełne zmartwionych stawało się zbyt dużym ciężarem. Poważnie zaczynały mnie męczyć.

- Wszystko w porządku? – zapytała Grace, szturchając mnie w ramię, gdy spotkałyśmy się przy klasie Eliksirów. – Prawie straciłaś swój Amosowy blask, wiesz.

Wzruszyłam zmęczona ramionami. – To był długi dzień.

Grace nie odpowiedziała, a kiedy odwróciłam się, żeby na nią spojrzeć, zobaczyłam, że zagryza niekomfortowo wargę i odwraca ode mnie wzrok. Podejrzliwie zmrużyłam oczy. – Co?

- Em, posłuchaj, Lil – zaczęła powoli, z wahaniem przysuwając do mnie spojrzenie. – Nie jestem pewna czy pamiętasz, ale, eee… Emma… ona…

- Wychodzi dzisiaj ze Skrzydła Szpitalnego – dokończyłam, pamiętaj ten fakt zbyt dobrze. – Tak, wiem.

- Tak. Racja. – Grace skinęła głową, nerwowo przeciągając dłonią po włosach. Ze sposobu w jaki ciągle się wierciła, wiedziałam, że to nie wszystko, co miała do powiedzenia, ale wydawała się wahać. Wyczekująco na nią patrzyłam, czekając na cokolwiek, co miało nadejść, wiedząc, że ostatecznie do tego dojdzie. – I cóż – nareszcie kontynuowała kilka chwil później, jej uśmiech lekko się wahał – tak jakby obiecałam, że spotkam się z nią, kiedy wyjdzie… em, teraz. W tej chwili. Tak naprawdę to jestem trochę spóźniona.

Nie wiedziałam, dlaczego byłam zaskoczona słysząc to, ale tak było. Oczywiście, że Grace pójdzie po Emmę. To nie ona obecnie nie była z nią w kontakcie, tylko ja. Było to naturalne, że po nią idzie. Tak naprawdę byłoby to dziwne, gdyby nie szła.

Lekko wzdychając, spojrzałam na mój zegarek, widząc, że w rzeczy samej jest 16:09. Dokładnie dziewięć minut odkąd Emma została wypuszczona ze swojego zamknięcia. Grace była dziewięć minut spóźniona.

- Więc przypuszczam, że powinnaś już iść, co? – zapytałam, dając Grace zarówno uspokojenie jak i pozwolenie, które potrzebowała na pójście. Grace od razu skinęła głową, ale zawahała się zanim poszła w przeciwnym kierunku w stronę Skrzydła Szpitalnego.

- Jesteś pewna, że nic ci nie jest? – spytała znowu, wciąż patrząc na mnie ze zmartwieniem. – Naprawdę nie wyglądasz dobrze, Lil.

Zbyłam jej zmartwienia lekkim machnięciem ręki. – Tak, wszystko okej – zapewniłam ją raz jeszcze. – Wrócę do dormitorium i pójdę spać. Chyba tylko tego potrzebuję – trochę odpoczynku.

- W porządku – zgodziła się Grace, choć widziałam, że nie jest zbyt zadowolona zostawieniem mnie samej, kiedy najwyraźniej tak źle wyglądałam. – Zawiń się z jedną z moich bzdurnych książek. One z pewnością wprowadzą cię w lepszy nastrój, przyrzekam.

Prychnęłam, potrząsając głową. – Nie przeszłabym przez jedną stronę tej tandety – drażniłam się, słabo uśmiechając. Grace również się uśmiechnęła, ale nadal niechętnie odchodziła. Z kolejnym zduszonym chichotem, posłałam ją w jej stronę machnięciem ręki. – Idź! – zaśmiałam się, obracając nadgarstkiem. – Emma będzie czekać!

Grace potaknęła, powoli odwracając się. Rzuciła mi ostatni uśmiech przez ramię, zanim ruszyła korytarzem w stronę Skrzydła Szpitalnego. Gdy zniknęła za rogiem, wypuściłam ciche, smutne westchnienie.

Nie byłam na nią zła za pójście po Emmę. Choć mogło się wydawać, że będę, to naprawdę tak nie było. Prawdę mówiąc, wiedziałam w głębi duszy, że to powinnam być ja. Ja powinnam była iść po nią tego popołudnia. Powinnam była skończyć tę sprawę wieki temu zamiast tak się wściekać. To znaczy, tak, Emma namieszała. Pomyślała złą rzecz i zrobiła złą rzecz i to się nie zmieni. Ale to część życia, czyż nie? Czy przyjaciele nie powinni sobie wybaczać? Czy nie powinni stać u swoim boku na dobre i na złe? A ona próbowała przeprosić na własny trochę zły, irytujący sposób. Teraz chyba była moja kolej. Ostatnim razem ona uczyniła pierwszy krok, teraz ja musiałam.

I choć nie cierpiałam tego przyznać, to przez Maca tak było.

Wiem, wiem, jestem totalną kłamczuchą. Mówiłam, że ta jego głupia planowana interwencja nie miała na mnie absolutnie żadnego efektu, ale myślę, że to raczej oczywiste, że jednak miała. Próbowałam się nie przejmować, próbowałam ignorować to co mówił i to jak na mnie patrzył – tak zdeterminowanie, a jednak tak bezradnie – ale nic z tego. Sprytny, mały łajdak dokładnie wiedział, jak mnie zmanipulować – niestety można mną bardzo łatwo manipulować. Nacisnął wszystkie właściwe guziki.

Był dobry. Naprawdę dobry.

Ale przypuszczam, że nie jest takim złym facetem, ten Mac. Nawet jeśli ma irytujący, brudny talent do manipulacji. Również nie jest najświetniejszym facetem, kiedy piorunuje cię wzrokiem z drugiej strony Wielkiej Sali. Ale wyraźnie wystarczająco zależy mu na Emmie, żeby przyjść do kogoś, kogo przypuszczalnie nienawidzi, a to musi się jakoś liczyć, prawda? I jest mądry i doskonały. To są w dużym stopniu atrakcyjne cechy. Nie może przez to stracić punktów. I dobra, no i nie je chleba. Mogę to przeboleć. Naprawdę, mogę. To jego prawo, co wsadza do swoich ust, co nie? To nie moja sprawa. Tak jak James i jego obrzydzająca jajecznica – James ją lubi, ja ją nie cierpię. Lubię chleb, Mac go nie cierpi. Wszyscy mamy własne smaki. Mac po prostu jest trochę dziwny.

To nie oznacza, że lubię go czy coś. Chodzi mi o Maca. Przecież przede wszystkim to on spowodował całą tę sytuację. Ale chyba już go nie nienawidzę. Ze względu na Emmę nie mogę. I może też ze względu na Maca, biorąc pod uwagę to, jak wspomniał że teraz on z Emmą nie bardzo rozmawiają. Wyobrażam sobie, że ten riff w związku ma coś wspólnego z tym. Ale jak powiedziałam Macowi, wiem, że nic im nie będzie. Emma zbyt bardzo się w nim durzy, żeby pozwolić aby skończyło się to przez coś tak głupiego jak nieznaczna kłótnia z przyjaciółką. Nie trzymałaby tak długo w tajemnicy tego związku przede mną i Grace, gdyby nie była w stosunku do niego całkowicie poważna. Emma po prostu taka jest.

Myślenie o Emmie i tej całej wymykającej się z ręki sytuacji jedynie dało jeszcze większy ból głowy niż ten, co miałam wcześniej. Wiedziałam, co muszę zrobić, ale to nie oznaczało, że nie mogłam się tego doczekać. Stwierdziłam, że mogę wstrzymać się z przepraszaniem do później, po tym jak Emma oswoi się, a ja prześpię mój niezręczny nastrój. Mogłam sobie tylko wyobrazić rodzaj przeprosin, których namnożyłabym w obecnym stanie. Wyobrażałam sobie, że zapewne poszłyby tak dobrze, jak te Emmy.

Wlokąc się z powrotem do Wieży Gryffonów, starałam się zignorować nagłe walenie w głowie i silną ochotę na opadnięcie na podłogę i pójście spać pośrodku tego korytarza. Ostatnio miałam wiele takich przypadkowych wyczerpań. Może to przez to, że teraz wstawałam tak wcześnie czy coś? Ale to nie tak, że chodzę późno spać ani nic – w każdym razie nie zazwyczaj – więc czy to nie powinno się zbalansować? Chyba jestem chora. Muszę mieć jakąś chorobę typu nagłe-wybuchy-ospałości. Bardzo rzadka i absurdalnie irytująca. Prawdopodobnie robota mojej karmy. Zawsze są nią wszystkie złe rzeczy.

Chcąc pobiegnąć po schodach, ale nie mając na to energii, wolno posuwałam się z trudem krok po kroku po schodach dziewcząt, aż dotarłam do platformy prowadzącej do dormitorium 7-rocznych.

- Lily Evans? Absolutnie nie!

Zatrzymałam się gwałtownie u progu drzwi dormitorium, uszy podniosły mi się na dźwięk mojego imienia i bardzo znajomego głosu, który je wypowiedział.

Niespodziewanie, jak można było się spodziewać, już nie byłam tak zmęczona.

- Co masz na myśli „absolutnie nie"? Widziałaś ostatnio tę dwójkę?

- Widziałaś jego tego popołudnia?

Drzwi były w większości zamknięte, lecz najwyraźniej przypadkowo lekko uchylone, przez co przechodziły głosy i dźwięki. Przez niewielką szczelinę widziałam wnętrze dormitorium. Cicho nachylając się, wstrzymując oddech, żeby nie wydać dźwięku, zerknęłam przez małą dziurę, ledwie zdziwiona tym co znalazłam.

Wpadłam prosto na środek oficjalnego Spotkania Motyli.

Motyle jako motyli społecznych. Motyle takie jak Elisabeth Saunders i jej różne przyjaciółki, klony i kumpele z kilku innych roczników. Motyle jako wiele ludzi, których usiłuję codziennie unikać, bez względu na cenę.

Jednak oto były tam wszystkie, siedząc w moim dormitorium, wylegując się na mojej podłodze, sącząc kremowe piwa i rozmawiając o mnie.

Życie jest takie zabawne, prawda?

Nie powinnam była słuchać. Wiem, że nie powinnam była. Nic co miały do powiedzenia nie było tym, co chciałam słuchać. Powinnam była w tamtej chwili odejść, porzucając moje nadzieje na sen i po prostu przespać się na kanapie w Pokoju Wspólnym, ale nie zrobiłam tego. Było niemal tak, jakbym nie potrafiła. Byłam jak mucha przyciągnięta do śmiertelnego płomienia. To było jak machanie miską ryżu przed moją twarzą, a potem powiedzenie mi, żeby pójść w przeciwnym kierunku. Chociaż wiedziałam, że nie powinnam, to przycisnęłam się bliżej do drzwi, uważając, żeby nie otworzyć ich szerzej i zajrzałam lepiej do środka.

Grupa składała się z czterech dziewczyn: Saunders, Carrie Lloyd, June Mackey i Laurie Shacklebolt, plotkarska, szóstoroczna koleżanka, która dobrze dogaduje się z pozostałą trójką. Trudno było sobie wyobrazić jak wiele złej energii mogłoby się zmieścić w tak małym pokoju, ale patrzcie, zmieściło. I o czym one w ogóle gadały? O parze kogo? Kogo widziały tego popołudnia? I co to wszystko miało wspólnego ze mną?

- To tylko plotka – zakpiła Saunders, skupiając moją całą uwagę na pokoju. Siedziała na jej łóżku, Carrie Lloyd leżała obok niej, wyraz jej twarzy wskazywał, że była absolutnie niezadowolona. – Sam mi powiedział, że to była tylko plotka.

- Więc kłamał – zapewniała June, beztrosko przerzucając przez ramię pasmo długich włosów. – Wszyscy wiedzą, że to prawda. To takie wyraźne. Nawet nie kłopoczą się ukrywaniem tego.

Saunders spiorunowała wzrokiem June. – Nie kłamał – powiedziała gniewnie z zaczerwienioną twarzą. – On mnie nie okłamuje, dobra? Wszystkie oszalałyście.

- Cokolwiek powiesz, Liz – westchnęła Carrie, pokazując, że myślała, iż Elisabeth jest głupia. – Ale jedzą razem śniadanie wcześnie rano. Szczerze myślisz, że oni tylko jedzą?

Nagle serce przestało bić w mojej piersi. Śniadanie… plotki… ja i…

Nie mogły.

- Po raz ostatni cholerny raz, James Potter nie chodzi z Lily Evans!

O cholera.

O kurde.

Mogły.

Moja migrena sprzed paru minut wzrosła dziesięciokrotnie, gdy w końcu poczułam rzeczywistość tego, o czym rozmawiała grupa.

Myślały, że chodzę z Jamesem. Tak jak Grace i Syriusz. Tak jak, najwyraźniej, wszyscy. Ale nie chodziliśmy ze sobą. Byliśmy tak daleko od umawiania się, że to było niemal śmieszne! Jak to było, że wszyscy wciąż się mylili? Co działo się ze mną i Jamesem, że nagle krzyczało „Ej! Spójrzcie! Idzie obmacująca się para!" wszystkim, którzy nas widzieli?

SKĄD CI GŁUPI IDIOCI BIORĄ TE GŁUPIE POMYSŁY?!

- Może Liz ma rację – odezwała się Laurie Shacklebolt, przyciągając moją uwagę do niej. – Co z Hogsmeade?

Hogsmeade?

- Właśnie! – zawołała triumfalnie Saunders, posyłając zadowolone spojrzenie June i Carrie. – Więc może wytłumaczcie Hogsmeade, co? Evans idzie z Amosem Diggory! Czemu szłaby z nim, gdyby już umawiała się z Jamesem?

Musiałam powstrzymać moje krzyki zgody, jak wszystkie rozważały pytanie Saunders, połowa z nich nadal próbowała wymyślić wymówki, żeby udowodnić jej, że się myli.

Mają cholerną rację, że idę z Amosem! Czemu tego nie rozgryzą, co? W rzeczy samej dlaczego szłabym z Amosem, gdybym umawiała się z Jamesem? Elisabeth Saunders może być największym, najwredniejszym, najbardziej irytującym wrzodem na tyłku, jakiego znałam, ale jej komórki mózgowe najwyraźniej działały odrobinę bardziej niż towarzystwa, z którym się zadawała!

- Ona wyraźnie próbuje sprawić, żeby był zazdrosny – wyjaśniła June, nie mając absolutnie pojęcia o tym, o czym gadała. – Może byli na pieńku, kiedy mój idiotyczny kuzyn umówił się wczoraj z Evans. Widząc jak James wściekał się cały dzień, wyobrażam sobie, że jeszcze nie rozmawiali o tej sprawie.

Powstrzymałam głośny jęk frustracji. Nie, nie, nie! Zły humor Jamesa nie ma nic wspólnego ze mną. To tylko zły dzień! Wszyscy mają złe dni! On nie ma nic przeciwko mojemu umawianiu się z Amosem. Cieszy się z mojego powodu. To właśnie przyjaciele dla siebie robią – wspierają siebie nawzajem w ich romantycznych przerywnikach! I nie próbowałam sprawić, żeby ktokolwiek był zazdrosny. Chcę iść z Amosem. Zawsze chciałam iść z Amosem. Myślałam, że ze wszystkich ludzi to June by o tym wiedziała, biorąc pod uwagę, że mnie nim przekupiła.

CO BYŁO NIE TAK Z TYMI DZIEWCZYNAMI?

Och, jak ja się w to wplątałam? Czemu Hogwart musi działać jak cholerna elektryczna linia plotek podróżująca z prędkością światła? Jakie oni mają prawo, aby robić przypuszczenia na temat Jamesa i mojego związku? Jakie prawo mają do wiedzy o Amosie i mniejak wiedzą o Amosie i mnie? Ta cholerna Puchonka musiała chyba powiedzieć każdej przeklętej osobie, którą znała albo minęła!

Cholerne plotki…

- Wymieniali się liścikami przez całe Zaklęcia – sprzeczała się Elisabeth, posyłając June znaczące spojrzenie. – Wyraźnie rozmawiali. James ma lepsze rzeczy do roboty niż wkurzanie się na Lily cholerną Evans o jej figlowanie z twoim kuzynem, June.

Nie wiedziałam czy być ogromnie usatysfakcjonowana czy ogromnie urażona odpowiedzią Elisabeth.

A Amos i ja nie figlowaliśmy.

- Więc może to omówili, a teraz Evans nie chce odwołać randki z Diggorym – zasugerowała Carrie, ona też była kompletnie mylna. – To wkurzyłoby każdego faceta, nieprawdaż?

Nie, nie omówiliśmy tego! Nie, nie dlatego jest wkurzony!

JAMES POTTER NIE PODKOCHUJE SIĘ WE MNIE! NIE CHODZIMY ZE SOBĄ! WSZYSTKO ŹLE ROZUMIEJĄ!

- Nie to się wydarzyło! – warknęła Saunders, piorunując teraz wzrokiem Carrie, wyraźnie niesamowicie podminowana faktem, że jej klony i kumpele choć raz nie trzymały się jej każdego słowa i zachcianki.

- Nie podoba mi się to wcale bardziej niż tobie, Liz – powiedziała June, popijając swoje piwo kremowe. – Lecz fakty są faktami. Chodzi mi o to, że ta dziewczyna zamieniła się z powrotem patrolami, aby mogła być z Jamesem, a nie Amosem. Najwyraźniej nie jest tak zainteresowana moim kuzynem, jak pokazuje.

Chwila, poczekajcie jedną przeklętą sekundę! Ja tego nie zrobiłam, tylko Amos i James! Ja tylko potakiwałam! To nie byłam ja! Nie miałam z tym nic wspólnego! Ta piekielna dziewczyna była po prostu zgorzkniała, bo James nie mógł znieść przebywania obok niej choćby przez kilka godzin!

- Nigdy by się tego nie przypuszczało, patrząc jak o nim gada – dodała Carrie, wywracając oczami. – Myślałam, że była po uszy zakochana w tym facecie po sposobie w jakim zawsze trajkocze o nim z Reynolds i Vance.

Jestem w nim po uszy zakochana! Zamierzam poślubić jego, NIE JAMESA!

Kiedy zorientowałam się, że gotuję się ze złości, a słowa oraz sprzeczności próbują wydostać się z moich ust i musiałam zaciskać mocno usta, aby je powstrzymać, zdałam sobie sprawę, że muszę stamtąd iść. Było mi niedobrze od ich głupich przypuszczeń, cholernych kłamstw i plotek. Jeżeli usłyszę jeszcze więcej, to nie będę miała innego wyboru jak wparować tam i dać im popalić. Jak one śmią siedzieć tam i dzielić się kłamstewkami o tym z kim chodzę lub nie chodzę? Nie chcę być ich tematem plotek!

Jednakże jak odwróciłam się, żeby odejść, odkryłam, że nie tylko ja nareszcie dosięgłam końca swojej cierpliwości. Z odgłosem nagłych sprężyn w łóżku, usłyszałam głos Elisabeth Saunders krzyczący głośno i wyraźnie przez szparę w drzwiach. Właściwie to jestem pewna, że usłyszały go również dziewczyny w Pokoju Wspólnym Ślizgonów, bo wrzeszczała tak cholernie głośno.

- Wszystkie oszalałyście! – wykrzyczała z takim jadem, że stanęłam jak wryta. – Nie ma znaczenia to czy Evans kocha się w Diggorym, czy nie! James nie interesuje się nią! To podła, okropna, samolubna, głupia mała szmata, a James jest tak wysoko nad nią, że to niemal komiczne! Nie byłabym zaskoczona, gdyby pałętał się przy niej z samej litości!

Rozchyliłam szeroko usta w zdegustowaniu. Podła? Okropna? Głupia i samolubna? Szmata?

LITOŚCI?

Zanim w ogóle zorientowałam się, co się działo, moje stopy zaczęły kierować mnie z powrotem do drzwi.

- Ale okropnie się nią interesował na piątym i szóstym roku – sprzeczała się Carrie, jak raz jeszcze podeszłam do progu. Głos Elisabeth znowu zagrzmiał i ledwo to zarejestrowałam, tak pochłonięta własnym gniewem.

- No i? Teraz to bzdura. Ona już mu się nie podoba. Powiedział mi, że tak jest. On…

- …może sam podejmować decyzję z kim się umawiać, bez waszej zgody czy aprobaty, nieprawdaż?

Wszystkie spojrzenia powędrowały do drzwi, jak weszłam do pokoju, otwierają drzwi z małym, uprzejmym uśmiechem. Zmusiłam się do zachowania spokoju i opanowania, nie pokazując gniewu ani obrzydzenia, które czułam w środku. Skryłam zadowolenie, widząc zszokowaną minę Saunders, wyraźne zdumienie Carrie i szeroko otwartą buzię June Mackey. Laurie Shacklebolt zaczęła krztusić się swoim piwem kremowym. Nikt się nie odezwał.

Dochodząc do siebie po zszokowaniu z żenującym kaszlnięciem, szeroko otwarte oczy Elisabeth szybko zmieniły się w wąskie szparki. – Podsłuchiwałaś, co, Evans? – spytała wyniośle.

Beztrosko wzruszyłam ramionami, wchodząc głębiej do pokoju, zsuwając torbę na moje łóżko z baldachimem, lekceważąc spojrzenia śledzące każdy mój ruch. Wyczuwałam uprzejmość, która okresowo powróciła obecnością do mojego wnętrza, jak odwróciłam się, aby stawić czoło zaskoczonej i zdezorientowanej czwórce.

- Czy matki nie uczyły was, żeby nie plotkować? – odezwałam się, unosząc brew. Gdy nikt nie odpowiedział, parsknęłam cichym, znaczącym śmiechem, mlaszcząc językiem z dezaprobatą. – W ten sposób zdobywacie wszystkie złe informacje, wiecie.

- Wszystkie złe informacje? – Praktycznie mogłam zobaczyć ożywiające się skłonne do plotkowania uszy Laurie Shacklebolt na moje zdanie. – Zatem jaką mamy złą informację, Lily? Zechcesz się podzielić?

Wtedy dotarło do mnie, że już nie miałam kontroli nad tym, co wychodziło z moich ust. Moja uprzejmość zmieszana z moimi głupimi, kłamliwymi, zdradzieckimi ustami przejęły całkowitą kontrolę i wyrzucały rzeczy, które wiedziałam, że w jakiś sposób wpakują mnie w tarapaty. Ale zaszłam za daleko, aby się wycofać i skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie cieszyły mnie reakcje, które wywoływały moje zbyt-uprzejme-by-być-prawdziwe komentarze w podstępnych Motylkach, które chętnie zamordowałabym kilka minut wcześniej.

- Co chcecie wiedzieć? – odpowiedziałam wymijająco, wiedząc, że Laurie nie powstrzyma się przed niczym.

Tak jak się spodziewałam, Laurie łakomie klasnęła dłońmi, rzucając się na moją odpowiedź. – Naprawdę umawiasz się z Jamesem Potterem? – zapytała najpierw. – I co z Amosem Diggorym? Nie mów mi, że obściskujesz się z nimi dwoma równocześnie? Nie pomyślałabym, że masz coś takiego w sobie!

Parskam kolejnym lekkim śmiechem, wzruszając ramionami do Laurie. – Och, Amos jest kochany – odparłam szczerze, posyłając znaczące spojrzenie w kierunku June Mackey. Wierciła się nieswojo pod moim wzrokiem. – W przyszłym tygodniu idę z nim do Hogsmeade.

- A James? – zapytała Laurie, nie tracąc rezonu.

- James – powtórzyłam z małym uśmiechem na ustach. – Cóż, co mam o nim powiedzieć, hm? Jest mądry, zabawny i… jestem pewna, że nie pierwsza mówię, iż sprawia, że moje serce bije troszeczkę szybciej, prawda? – Laurie pokiwała gorliwie głową, wyczekując więcej brudnej i dobrej plotki. Nie miała pojęcia, że to nawet nie ja mówiłam, ale moje usta, które miały własny rozum i uwielbiały okłamywać ludzi z absolutnie żadnego powodu. Potrząsnęłam głową z żalem, ciesząc się w duchu z osłupiałej miny Elisabeth, jak kontynuowałam. – Nie wiem dlaczego zajęło mi tak długo dostrzeżenie tego… Merlin wie, że kilka lat temu James rozpaczliwie próbował się ze mną umówić. Jednakże – na szczęście – teraz on…

- …nie marnowałby czasu z taką głupią szmatą jak ty, nawet gdybyś mu zapłaciła – wtrąciła zjadliwie Elisabeth, patrząc na mnie niebezpiecznie przymrużonymi oczami, jej osłupiała mina zniknęła i została zastąpiona czystą nienawiścią. Jej komentarz bolał, jak zawsze, ale tym razem nie dałam się speszyć. Czując nagły wybuch gniewu wewnątrz siebie, odwzajemniłam jej piorunujące spojrzenie, pozwalając temperamentowi, którzy drzemał we mnie, na zapłonięcie po raz pierwszy w tej rozmowie. – Czy to nieprawda, Evans? – ciągnęła cicho, w jej głosie był oczywisty ton protekcjonalności, sądziła, że przyłapała mnie na kłamstwie. Odwróciła się do swoich koleżanek, śmiejąc się beztrosko, jakby moja obecność i słowa nie oszołomiły jej jeszcze kilka chwil temu. – Ta głupia szlama nie potrafiłaby podtrzymać nikogo zainteresowania – tym bardziej Jamesa Pottera – na choćby sekundę. – Raz jeszcze stanęła do mnie twarzą, jej spojrzenie pokazywało wyższość, którą wyraźnie czuła. – Być może kiedyś mu się podobałaś, Evans – wyszeptała jadowicie – ale teraz z tym już koniec, nieprawdaż?

Moja głowa mówiła tak, wrzeszczała, że miała ona rację. James kiedyś mógł być mną zauroczony, ale teraz już tak nie było. Wiedziałam, że nie. Oblał test. Chciałam, żeby oblał test. Jednak gapiąc się na Saunders, patrząc jak jej usta układały się w ten jej samozadowolony uśmiech, słowa które wypadły z moich ust nie były tym, czym powinny być.

- Nie byłabym taka pewna na twoim miejscu – odgryzłam się z taką mocą, że Saunders odsunęła się na krótki moment. – Wiesz co mówią, prawda? – ciągnęłam, teraz mój głos przejął ton wyższości, który ona miała parę chwil temu. Umilkłam, wbijając w nią wzrok, jak cicho podkreślałam każde z moich następnych pięciu słów. – Ciężko wyzbyć się starych nawyków.

Elisabeth rozdziawiła usta.

- Lub w tym przypadku – wypaliłam, nie potrafiąc się powstrzymać – przypuszczam, że byłoby ciężko wyzbyć się starych miłości, prawda?

Moja ostatnia uwaga zarobiła natychmiastowy pisk szalonej-plotkary Laurie Shacklebolt, kiedy Elisabeth nie odrywała ode mnie wzroku, jej pewność siebie i wyższość zanikały z każdą sekundą. Mnie samej zajęło parę chwil zorientowanie się, co ja właśnie powiedziałam. Ciężko wyzbyć się starych nawyków? Ciężko wyzbyć się starych miłości? Czy ja właśnie…?

O mój Boże.

O, kurwa, zrobiłam to.

Lub bardziej zgodnie z prawdą, zrobiły to moje zdradzieckie usta.

Ale tak naprawdę, niezależnie jak się na to spojrzało, ogłosiłam publicznie coś, co starałam się potępiać przez ostatnie półtora tygodnia.

Powiedziałam Elisabeth Saunders, że umawiam się z Jamesem Potterem.

- Łżesz – warknęła Saunders cicho i śmiertelnie. – Powiedział, że się nie umawiacie. Jesteś z Diggorym. On nie…

- Jesteś tego pewna? – spytałam, chociaż zaczęłam panikować w duchu tym, co moje usta próbowały z jakiegoś powodu wbić do głów dziewczyn. Elisabeth nie odpowiedziała na moją ripostę, ale jej przeszywający wzrok stał się taki wściekły, że nie musiała. Jedynie po jej minie domyśliłam się, że wierzyła we wszystkie moje kłamstwa.

Nie byłam pewna czy cieszyć się z tego, czy bać.

- Więc tak? – zapytała z podekscytowaniem Laurie zza Saunders, drżąc sporadycznie z tego wszystkiego. – Spotykasz się z Jamesem Potterem?

Gdybym pozwoliła moim cholernym ustom zrobić to, co chciały, to co wyszłoby z moich ust prawdopodobnie byłoby podobne do „Ależ oczywiście" lub „Sądziłaś inaczej?" a może nawet bardziej wrogie „A żebyś wiedziała!". Wszystko byłoby kompletnym kłamstwem, ale byłoby doskonale dopuszczalne według moich kłamliwych, zdradliwych, samoistnych-bez-żadnego-związku-z-prawdą-i-słusznością-tego-co-się-dzieje ust.

Więc ćwicząc możliwie jedyne maleńkie ograniczenie na mojej niezależnej buzi, zmusiłam się do wzruszenia ramionami. – Przypuszczam, że możesz stworzyć własne wnioski, co nie, Laurie?

Laurie wydawała się tak rozczarowana jak moje usta tą niezobowiązującą odpowiedzią. Trochę zdezorientowana niedostaniem szczerego wyznania, ale nie całkiem zniechęcona Laurie uśmiechnęła się szeroko, patrząc w kierunku Carrie i June po potwierdzenie tego, co usłyszała. Carrie wpatrywała się we mnie oczami wielkimi jak spodki, podczas gdy June patrzyła wszędzie tylko nie na mnie, pijąc piwo kremowe jako rodzaj rozrywki. Ich nieistniejące potwierdzenie wydawało się wystarczać Laurie i jej uśmiech się poszerzył.

- Interesujące – powiedziała z uśmiechem, poruszając brwiami.

Najwyraźniej mając dosyć Elisabeth pacnęła Laurie w potylicę, przeszywając spojrzeniem mnie i Laurie. – Ona kłamie, ty cymbale! – krzyknęła, ze złością zakładając ramiona na piersi. – Chyba nie wierzysz w te wszystkie kłamstwa, co? – Zwróciła na mnie całą uwagę, nienawiść wypalała się przeze mnie, gdy piorunowała mnie wzrokiem. – Jesteś przeklętą kłamczuchą. Lepiej przestań próbować zmienić swoje szlamostwo w coś, czym nie jesteś, ponieważ każdy z połową mózgu może przejrzeć twoją fasadę. – Jej stopy przesuwały się z każdym jej wypowiedzianym słowem, zbliżając się do miejsca, gdzie stałam. Zatrzymała się dopiero, gdy stała tuż przede mną. Głos Elisabeth zniżył się niebezpiecznie. – Nie masz pojęcia w czego jesteś obliczu, Evans.

Czego? Zgorzkniałej, pochłoniętej sobą pijaczki?

Te słowa były na końcu mojego języka, nie mogły się doczekać wyjścia, ale przełknęłam je zanim miałyby szansę wyjść na powierzchnię. Nawet moje zdradzieckie usta nie miały odwagi, żeby tam iść. Choć byłam wściekła na Elisabeth i jej głupią, pretensjonalną osobowość, po prostu były pewne rzeczy, których nie mówi się pod wpływem chwili – zwłaszcza przy innych ludziach. Nie żeby przypuszczalny problem z piciem Saunders był sekretem przed jej przyjaciółmi – James zdawał się wiedzieć o tym dość dużo – ale to było sedno tej sprawy. Nie mogłam – nie chciałam – upaść tak nisko. Nie tylko musiałabym radzić sobie z gniewem Saunders, ale nie sądzę, że i James byłby mną zadowolony, a biorąc pod uwagę fakt, iż fałszywie oznaczyłam go swoim chłopakiem, chyba nie byłoby inteligentnie jeszcze bardziej bawić się cienką cierpliwością mojego przyjaciela. Więc kiedy moje usta mało obchodziło mówienie rzeczy, których nie powinny, wydawało się, że tym razem wiedziały o co chodzi. Usta pozostały zamknięte, słowa umarły w mojej buzi.

Czasami naprawdę nie cierpię posiadania sumienia.

- Wierz w co chcesz, Saunders – powiedziałam kilka chwil później, mój głos był lekko wyzywający, co wiedziałam, że doprowadzi ją do szału. Zaczęłam wycofywać się do drzwi, nie odrywając spojrzenia od Elisabeth, ale serce obijało się szybko w mojej piersi. Gdy w końcu zerwałam kontakt wzrokowy z jej nienawistnym spojrzeniem, nie spojrzałam na resztę dziewczyn, jak się obróciłam. Nie powiedziałam ani słowa więcej, otwierając drzwi dormitorium, wyszłam bezszelestnie i zamknęłam je za sobą.

Poza pokojem powoli zsunęłam rękę z klamki. Stałam w zamarciu w cieniu klatki schodowej dziewczyn. Stopniowo świadomość tego, co właśnie zrobiłam – co właśnie wyraziłam – uderzyła mnie mocniej niż kiedy pierwszy raz wylało się to z moich ust.

Nagle poczułam się śmiertelnie chora.

I niemal od razu po moim nagłym ciosie choroby, wiedziałam więcej niż na pewno, że musiałam się stamtąd wydostać.

Musiałam znaleźć Jamesa.

Musiałam znaleźć Jamesa i powiedzieć mu, iż właśnie poinformowałam jego eks i jej przyjaciółki, że ze sobą chodzimy.

Czując panikę napędzającą mnie do ruchu, zaczęłam zbiegać po schodach…

…i wpadłam na kogoś wspinającego się na górę, niemal go przewracając i wysyłając na pewną oraz gwałtowną śmierć w moim pośpiechu.

Właśnie tego teraz potrzebowałam.

- Och! Bardzo przepraszam! Ja…

- Lily?

Uniosłam wzrok na osobę, którą prawie zrzuciłam ze schodów, moje serce zabiło jeszcze mocniej na widok tego kogoś, kogo niemal zabiłam.

Emmeline.

Powstrzymałam jęk.

O tak. Naprawdę właśnie tego potrzebowałam.

Emma mrugała na mnie sowim wzrokiem z szokiem w oczach i lekko pobladłą twarzą, chociaż nie byłam pewna czy był to powód jej ostatniej choroby czy faktu, że niemal ją zabiłam.

- Lily? – powtórzyła, dziwnie ochrypłym głosem. – Wszystko w porządku? O co chodzi?

Prawie roześmiałam się z tego pytania. O co chodzi? O co chodzi? O co nie chodzi? Przed chwilą powiedziałam mojej arcynemezis i jej koleżankom, że umawiam się z moim nowym, obecnie ekstremalnie wściekłym przyjacielem i dopiero co niemal zrzuciłam ze schodów moją dawną najlepszą przyjaciółkę!

Ale było spoko. Sprawy miały się odjazdowo.

Nigdy nie chciałam zabić się tak bardzo jak w tamtej chwili.

- Lily? – zapytała znowu Emma, wchodząc po kilku schodach, kiedy nadal jej nie odpowiedziałam, jedynie patrząc. – Lily, co jest? Czy to…

Zaczęłam potrząsać gorączkowo głową, zaczynając schodzić po schodach, wymijając Emmę w pośpiechu. Po prostu nie mogłam w tej chwili mierzyć się z tym wszystkim. Mogłam znieść tylko jeden zmieniający życie dramatyczny problem na raz. Emma będzie musiała ustawić się w kolejce. Zadzwonię do niej, kiedy skończę sprawę z Jamesem.

- Muszę… Muszę iść – mruknęłam, schodząc w dół, starając się zignorować zraniony wyraz twarzy Emmy, kiedy ją ominęłam. – Przepraszam.

- Lily, poczekaj…

Ale pozostałam głucha na jej błagania i zeszłam po schodach, nogi poruszały się szybciej niż kiedykolwiek. Gdy dotarłam na dół, musiałam powstrzymać kolejny jęk, jak spotkałam się z następnym dręczącym przeciwnikiem.

Musiałam znaleźć Jamesa.

Ale gdzie był James?

Nie widziałam go odkąd wyszedł z lunchu, ale jedyny Merlin wiedział, gdzie był teraz ten facet. Mógł być wszędzie. W tej chwili mógłby być w połowie drogi do Guam. A gdyby tak było, to był bardzo nierozważny, nie zabierając mnie ze sobą.

Przeglądając Pokój Wspólny, nie całkiem pewna, czego szukałam, ale nie mając pojęcia, co zrobić innego, rozglądałam się po jakikolwiek pomysł, tendencję czy objawienie… a wtedy je znalazłam.

- Syriusz! Syriusz Black!

Schowany w kącie przy jednym z wielu stolików umieszczonych w Pokoju Wspólnym, Syriusz siedział wraz z Remusem i Peterem, którzy wydawali się być pochłonięci raczej intensywną rozgrywką szachów. Syriusz zdawał się próbować dekoncentrować tego kumpla, którego była w danej chwili kolej na ruch.

- Wiem, co sobie myślisz, Lunatyku – mówił Syriusz do Remusa, jak podchodziłam do miejsca, gdzie siedziała ich grupka. – I uwierz mi, nie rób tego. Nie jest to dobry ruch. Będziesz go żałował.

- Zamknij się, Łapa.

- Ale on ma rację – dodał Peter, opierając się o krzesło i uśmiechając z zadowoleniem do Remusa. – Nie pokonasz mnie, Lunatyku. Poddaj się. Nawet się nie przemęczaj. Jestem nie do zatrzymania.

- Eee, nie byłbym tego taki pewien, Pete – poinformował powoli Syriusz Petera, teraz śpiewając zupełnie inną melodię. – Właśnie zobaczyłem co Remus myśli teraz i powiem ci, że to dobry

- Syriusz, gdzie jest James?

Pytany facet przerwał swoje mącicielstwo i odwrócił się do mnie ze zdziwieniem.

- Siemasz, Lily – przywitał się Peter, machając mi lekko ze swojej zrelaksowanej pozycji.

- Cześć – powiedziałam szybko, posyłając Peterowi mały uśmiech. – Któreś z was wie, gdzie on jest?

- Czy coś się stało? – zapytał Remus, patrząc na mnie dziwnie. Musiałam wyglądać na o wiele bardziej spanikowaną niż sądziłam.

- Em, jeszcze nie – odparłam z lekkim grymasem, już nie byłam taka chętna do kłamstw. Trójka Huncwotów wymieniła się zaciekawionymi spojrzeniami.

Syriusz zerknął na mnie z miną trudną do odczytania. – Słuchaj, Evans – powiedział powoli, ciche westchnięcie opuściło jego usta. – Wiem, że wy dziewczyny lubicie te brednie „porozmawiajmy o tym i sprawmy wszystko lepszym", ale to nie działa na nas chłopaków.

- Nie próbuję…

- Po prostu pozwól mu ochłonąć na jeden dzień, dobra? Jeśli poczujesz się lepiej, to już wcześniej poszedłem sprawdzić co u niego.

- I?

- I rzucił kaflem w moją głowę – odpowiedział sucho Syriusz.

Skrzywiłam się. – Em, a kiedy było to dokładnie?

- Dwadzieścia minut temu.

Westchnęłam ciężko, pocierając oczy ze zmęczeniem. Przez chwilę brałam pod uwagę odłożenie tej całej sprawy. Mogło to poczekać do jutra, nieprawdaż? James nie był dziś w stanie usłyszeć tego, co miałam mu do powiedzenia. Tak naprawdę nie był w stanie na nic. Syriusz miał szczęście, on miał refleks. Gdyby kafel został rzucony we mnie, to bardzo wątpiłam, że wyszłabym z tego bez szwanku. Mój refleks nie istnieje. Mogę odłożyć żenujące wyznanie na jeden dzień. Nic się nie wydarzy w ciągu paru godzin. Powiem mu jutro, kiedy będzie czuł się bardziej jak on i będzie mniej chętny do zamordowania mnie swoją miotłą, tłuczkiem czy czymś innym.

Już podjęłam decyzję, aby to zrobić, kiedy usłyszałam za sobą znajomy chichot. Odwróciłam głowę w stronę schodów dziewcząt. Po schodach schodziła Laurie Shecklebolt, chichocząc głośno i szepcząc naprędce za ręką do drugiej dziewczyny. Gdy uniosła wzrok i mnie dostrzegła, uśmiechnęła się szeroko i zaczęła jeszcze szybciej szeptać do koleżanki. Tamta też mnie zobaczyła i również się uśmiechnęła.

Wtedy wiedziałam, że nie ma żadnego odkładania.

Odwróciłam się do Syriusza, zapomniany wcześniej rozpoczynający się powoli ból głowy, teraz powrócił z pełną siłą. – Zatem boisko Quidditcha? – spytałam go szybko.

Syriusz potaknął. – Ale Evans… Evans!

Zignorowałam wołania Syriusza, myśląc tylko o tym, żeby dostać się do Jamesa przed kimkolwiek innym. Wybiegłam przez dziurę portretu, niemal przewracając po drodze bezradnego pierwszorocznego. Przez ramię wykrzyknęłam przeprosiny, ale nie zatrzymałam się – nie mogłam się zatrzymać. Obraz Laurie Shecklebolt szepczącej i chichoczącej, jak patrzyła na mnie ze swoją koleżanką sprawił, że nietypowy szloch opuścił moje usta. Ostatnią rzeczą jaką potrzebowałam, aby jakiś młyn plotkarski Hogwartu powiedział wciąż wściekłemu Jamesowi, że przypadkowo poinformowałam jego eks dziewczynę oraz jej plotkarskie koleżaneczki, że ze sobą chodzimy. Mogłam sobie wyobrazić jak by się to potoczyło. Pomyśleć, że James wcześniej miał humorki…

Syriusz dostał kaflem. Ja prawdopodobnie dostanę nożem.

A może nie nożem. Być może James stwierdzi, że to zbyt wiele wysiłku, aby coś wyczarować. Być może zeskoczy ze swojej miotły, wyląduje bezpośrednio na mnie i zacznie mnie dusić, dopóki nie umrę.

Ta, to brzmi prawdopodobnie.

I wiecie co? Nawet bym go nie obwiniała.

Biegnąc przez korytarze, lekceważyłam dziwne spojrzenia, które otrzymywałam od innych ludzi, obok których przebiegłam i wołania, żeby zwolnić od profesor McGonagall, obraz Jamesa duszącego mnie pośrodku boiska Quidditcha rozgrywał się w mojej głowie.

Nie był to najładniejszy obrazek, który ciągle przesuwał się po mojej głowie.

Próbowałam się nie krzywić, gdy przepchnęłam się przed drzwi wejściowe, omiotło mnie zimne powietrze, jak zorientowałam się, że nie zabrałam swojego płaszcza. Moja szata, chociaż przydatna wewnątrz, nie miała żadnych szans na przejmującym mrozie.

Cholerna karma… wpakowuje mnie w te wszystkie głupie zamieszania…

Kiedy dotarłam na boisko Quidditcha, byłam cała przemarznięta, kompletnie spanikowana i bardziej niż trochę zdyszana. Oparłam się o jedną z trybun, przymykając oczy i oddychając głęboko, zadowalając się faktem, że dotarłam tutaj nim ktokolwiek inny. Zatrzymując się na chwilę, czekając aż rytm serca powróci do normy, odepchnęłam się ze zmęczeniem od trybun, moje nogi były jak galaretka. Obeszłam wielką trybunę, podtrzymując się jedną ręką i spojrzałam w niebo, patrząc na latającą niewyraźną plamę.

Albo w całej rzeczywistości było to raczej pełne gracji i szalone spadanie niż latanie.

Ktokolwiek, kto kiedykolwiek powiedział, że James Potter nie ma talentu do latania, najwyraźniej nie miał rozumu.

Gdy przyglądałam mu się w powietrzu, musiałam powstrzymać wrzask, widząc to co robił. Wiem, że był wściekły i w ogóle, a te małe triki prawdopodobnie były dla niego dziecięcą zabawą, ale szczerze, czy on próbował się zabić? Kto samowolnie by tak latał? Kto? Czy on oszalał? Musiał. Każdy by tak pomyślał. Chodzi mi o to, że kiedy widzi się kogoś kierującego się prosto w ziemię, po czym unoszącego się tuż przed rozbiciem się na maleńkie kawałki, nie pomyślelibyście, że ten ktoś świrnięty? Zwłaszcza kiedy udało mu się uniknąć śmierci na miotle, to on robi znowu to samo? Czy to konieczne? Czy on próbuje przyprawić mnie o atak serca? Czy próbuje przyprawić siebie o atak serca?

To jeszcze bardziej dowodzi moją rację, że Quidditch i latanie na stałe miesza w mózgu.

Poważnie. Już nie myślisz ani logicznie, ani bezpiecznie. To narkotyk w przebraniu sportu i każdy czuje, że musi go uprawiać. To jeden z tych typów rzeczy „Och, daj spokój, Lily, chodźmy pograć w Quidditcha. Wszyscy to robią.", gdzie musisz się wycofać i powiedzieć „Nie, dziękuję. Wolałabym dożyć jutra."

Bo powiadam wam, że Quidditch zabija.

A kiedy James walnie w ziemię i rozbije sobie głowę, to zda sobie z tego sprawę. Tyle tylko, że obawiam się, iż wtedy będzie za późno.

Takie są zgryzoty życia nałogowca.

Stoję tam, przyglądając mu się i krzywiąc za każdym razem, gdy zbliżył się trochę zbyt blisko ziemi jak na mój gust, brałam nawet pod uwagę krzyknięcie do niego, żeby dać mu znać, iż tam jestem. Lecz gdy James zanurkował po raz piąty czy szósty i zobaczyłam napięcie w jego szczęce oraz pusty wyraz twarzy, stwierdziłam, że mądrzej będzie poczekać, dopóki nie przeżyje jeszcze paru bliskich śmierci doświadczeń, które go uspokoją.

Może jeśli doceni swoje życie wystarczająco mocno, to nie będzie taki prędki do odebrania mojego.

Więc siedzę sobie tutaj na trybunach Gryffindoru, patrząc na próby samobójstwa Jamesa (teraz robi te kompletnie niepotrzebne pętle i obroty, nurkując do ziemi. Cholerny palant…), czekając aż postanowi, że ma dosyć. Przypuszczam, że nie ma to znaczenia, jeżeli nie powiem mu już teraz, dopóki jest w zasięgu mojego wzroku i mogę się upewnić, że żadna plotkarska kretynka nie wymyśli sobie jak mu powiedzieć przede mną. Stwierdzam, że jeśli pozwolę mu ochłonąć, to potem może być to ta sytuacja, na którą patrzy się z perspektywy czasu i śmieje się z niej, wiecie? Bez ciężkich uczuć, bez złości, bez morderstwa…

Chwila, co on wyprawia?

Czy on…

Nie może już kończyć! Nie może odejść.

POCZEKAJ, TY GŁUPI KRETYNIE!


Później, Nadal Na Trybunach Boiska Quidditcha

Spostrzegawcza Lily: Dzień 17

Suma Obserwacji: 118

- James! James Potter!

Wykrzykiwałam jego imię z całych sił, biegnąc z każdym kawałkiem energii, jaka mi pozostała, żeby dogonić go zanim wejdzie do szatni, gdzie nie mogłabym mieć już na niego oka, a jemu nadal zajęło wieki zorientowanie się, że tam byłam. Dalej kierował się do szatni tym samym krokiem jakim wyszedł z lunchu w to popołudnie, kompletnie ignorując moje naglące krzyki i gorączkowe wymachiwanie rękami.

Czy on był głuchy?

- JAMESIE POTTERZE! CZY MOŻESZ, PROSZĘ, POCZEKAĆ CHOĆ JEDNĄ PRZEKLĘTĄ MINUTĘ?

Moje ostatnie wołanie wydawało się obudzić żywego zombie – lub w tym przypadku, Jamesa – i nareszcie odwrócił się tuż przy drzwiach szatni. Szybko go dogoniłam, kaszląc i dysząc, jak zatrzymałam się przed nim, całkowicie wykończona i bardziej niż trochę rozdrażniona.

- Czy ty… próbujesz… mnie zabić? – wysapałam, łapiąc się jego ramienia dla oparcia i pochyliłam się, nadal dysząc. – Czy ty jesteś… absolutnie… głuchy czy coś?

- Co ty tutaj robisz, Lily? – zapytał szorstko, postanawiając zignorować moje zdyszane oskarżenia. Powoli podniosłam się z przykucniętej pozycji, posyłając mu piorunujące spojrzenie, nie przestając ciężko oddychać.

- Musiałam z tobą porozmawiać – powiedziałam mu zirytowana, nie chcąc mierzyć się z jego nonsensem „jestem wściekły", kiedy dopiero co przebiegłam przez całe boisko Quidditcha, wrzeszcząc jak cholerny szaleniec, będąc przez niego zignorowaną. Chciał rozmawiać w gniewie? Co powie na ogromnie bolesny, denerwujący skurcz w boku, który mam teraz z jego powodu? Ja też mogę być rozgniewana, wiecie! – Po prostu… daj mi sekundę, dobra? Muszę się upewnić, że mogę… prawidłowo dojść do siebie po tym kilometrowym sprincie.

James przewrócił oczami i podszedł kilka kroków do szatni. – Posłuchaj, Lily, naprawdę nie jestem w nastroju. To może poczekać…

- Nie, nie może! – warknęłam, próbując powstrzymać go przed odejściem, tak jak również starając się zatrzymać zbliżający się atak serca, który czułam w piersi. Poważnie muszę zacząć więcej ćwiczyć.

- Więc co? – zapytał James, patrząc na mnie zmrużonymi oczami. – Powiedz co musisz powiedzieć i skończmy z tym, okej? Muszę wziąć prysznic.

Raz jeszcze spiorunowałam go wzrokiem, nie zamierzając kłócić się z tym faktem. Był w kompletnym bałaganie po tym lataniu, jego włosy sięgnęły nowego punktu nieładu, twarz i ręce pokryte były plamami brudu. Na czole miał nawet małe rozcięcie, zapewne po jednym z kilkunastu razów, gdzie nie zdołał wystarczająco szybko się unieść. Dodatkowo śmierdział czymś wstrętnym.

Lecz kiedy otworzyłam usta, gotowa o wszystkim mu powiedzieć, nie przejmując się nawet tym czy będzie na mnie jeszcze bardziej wściekły, czy spróbuje mnie zabić, czy czymś w tym stylu, stwierdziłam, że nic z nich nie wychodzi. Nie dlatego, że nie chciałam, aby coś z nich wyszło, ale dlatego, że nie wiedziałam co powiedzieć.

Jak mówi się komuś, iż ogłosiło się publicznie, że umawiacie się ze sobą?

Niespodziewanie moja wściekłość zniknęła, a zaczęła wracać panika. James nadal przeszywał mnie wzrokiem, nieświadomy ważnej zmiany uczuć, która we mnie nastąpiła.

- No więc?

- Ja… to… - Walczyłam ze słowami, starając się je wyrzucić, wiedząc, że musiałam, ale naprawdę tego nie chcąc.

Popełniłam błąd.

Okropnie skłamałam.

Elisabeth Saunders myśli, że ze sobą chodzimy.

Mogłam powiedzieć cokolwiek, mogłam posadzić go i wyjaśnić mu całą sytuację na spokojnie i racjonalnie. Mogłam to zrobić, ale nie zrobiłam. Byłam zbyt tchórzliwa, żeby wyłożyć to prosto z mostu. Chociaż chciałam mu powiedzieć wszystko, moje usta miały inny pomysł i zamiast tego rzekłam. – Wiesz jak to jest, kiedy powiesz coś i może to wyjść w nie taki sposób, jaki chciałeś?

Lub jak w moim przypadku w taki sposób jaki chciałam, ale już tego nie chciałam?

James patrzył na mnie beznamiętnie. – Co?

- Kiedy mówisz coś, ale źle to wychodzi – powiedziałam mu raz jeszcze, tak naprawdę nie mając więcej sensu niż za pierwszym razem. – Ale wtedy to mówisz, ludzie to słyszą i być może robią pewne przypuszczenia, które naprawdę nie są prawdą – i ty wiesz, że nie są one prawdą i nie chcesz, żeby były prawdą, serio nie chcesz! – ale oni i tak mają te przypuszczenia, a potem…

- Lily! – James podniósł rękę, żeby przerwać moje paplanie. – O czym ty do cholery jasnej gadasz?

Westchnęłam, zastanawiając się nad dokładnie tą samą rzeczą.

- Posłuchaj – powiedziałam, potrząsając głową i próbując odtrącić swój obłęd na choć jeden moment, aby nadać sensu swoim słowom. – Ja… gdy wrócisz do środka, możesz usłyszeć… em… coś.

- Coś?

- Tak, coś. Ale nie wierz w to – i tak pewnie byś tego nie zrobił, bo to jest takie głupie, i w ogóle, ale wiesz jak zaczynają się plotki, i sprawy wymykają się lekko spod kontroli – a cała ta rzecz była naprawdę wyrwana z kontekstu, więc…

Urwałam, przyglądając się zdezorientowanej twarzy Jamesa i po prostu przestałam mówić. Jestem okropna w słowach. Westchnęłam, pocierając skronie i posłałam Jamesowi bezradne spojrzenie. – Po prostu… zignoruj cokolwiek usłyszysz, dobra?

James po chwili potaknął. – Czy wszystko w porządku? – zapytał.

Musiałam się zastanowić dlaczego wszyscy o to pytali. Czy kiedykolwiek było coś w porządku? Oczywiście, że nie. Nigdy tak nie jest. A przy moim szczęściu nigdy nie będzie.

- Em… tak, wszystko okej – skłamałam, drapiąc się po tyle głowy i odwróciłam wzrok, już nie mogąc znieść okłamywania ludzi.

James nie wyglądał na przekonanego i po raz pierwszy przez całe popołudnie nie patrzył na mnie wilkiem. – Na pewno? – spytał.

Skinęłam głową. – Tak. Okej. Bajecznie. Tylko… pamiętaj, żeby zignorować wszystko, co możesz usłyszeć, tak? Bo to nieprawda.

James skinął. – Tak. Nieprawda. Kumam.

- A nawet jeśli ktoś powie ci, że ja powiedziałam, że to prawda…

- Nie zrobiłaś tego – dokończył James.

Raz jeszcze odwróciłam wzrok. – Em, tak właściwie, to tak jakby to zrobiłam. Ale to było tylko…

- Wyjęte z kontekstu? – spróbował znowu James. Uśmiechnęłam się lekko, potakując.

- Tak. Kontekstu.

Przez kilka chwil staliśmy w ciszy.

- Lily?

- Hm?

- Nie jestem całkiem pewien, co właśnie mi powiedziałaś, ale mogę iść teraz wziąć prysznic? Mój własny smród zaczyna mi przeszkadzać.

Powracając do życia, roześmiałam się lekko, kiwając głową i ponaglając ręką Jamesa do szatni. – Tak, oczywiście. Rzeczywiście trochę śmierdzisz.

- Dzięki – odparł bezbarwnie.

Uśmiechnęłam się do niego, jak zaczynał się odwracać. – To do zobaczenia – zawołałam, posyłając mu, jak miałam nadzieję, wspierający uśmiech. – I nie zapomnij…

- Zignorować to co usłyszę. Ta, wiem.

Potem zniknął za drzwiami.


Później, Biblioteka

Spostrzegawcza Lily: Dzień 17

Suma Obserwacji: 118

Wiem, że dla przeciętnego obserwatora zapewne wygląda na to, że ja tutaj mieszkam czy coś, biorąc pod uwagę, że niemal nigdy nie wychodzę, ale gdyby obserwator usiadł i wysłuchał prawdy, to zdałby sobie sprawę, że mam uzasadnione powody na siedzenie tutaj tyle czasu. Nie chodzi o to, że kocham Madame Pince (ona lubi wrzeszczeć na mnie po francusku. Czy ja mówię po francusku, Madame Pince? Nie, nie mówię. Nie rozumiem, co pani mówi, więc proszę przestać do mnie gadać), nie bardzo lubię książki (1001 Sposobów na Wyhodowanie Rośliny Owocowej Timothy'ego Rightly… dokładnie to czego szukam w wysokiej klasy czytaniu) i nie dlatego, że lubię robić zadanie domowe. Powód jest raczej prosty: nie ma innego takiego miejsca w całym Hogwarcie, gdzie ludzie zmuszeni są być cicho.

Właśnie tak. Tylko tego teraz pragnę. Ciszy.

Ponieważ w bibliotece, chociaż ludzie mogą o tobie szeptać – i uwierzcie mi, robią to – to ja ich nie słyszę. A jeżeli nie słyszę jak to robią, to mogę udawać, że tego nie robią. Ponadto, jeśli mogę udawać, że nie gadają na mój temat, to niemal mogę udawać, iż tego popołudnia nie powiedziałam Elisabeth Saunders i jej okropnym koleżankom, że umawiam się z Jamesem Potterem. Również mogę zacząć udawać, że nie wiem, iż Emma czeka w tej chwili w naszym dormitorium, zasługując na dobre przeprosiny ode mnie za bycie taką kretynką, ale nie otrzyma ich przez to, że jeszcze do niej nie zadzwoniłam. A całe to udawanie może być wykonane tylko w bibliotece.

Więc oto tutaj jestem.

I nie zamierzam wychodzić w najbliższym czasie.

Zatem jeżeli ktoś czuje potrzebę, aby zrobić tutaj dla mnie łóżko, powiem tylko, że niech moc będzie z wami. Droga wolna. Nie będę się sprzeciwiać. Aleja po lewej stronie wydaje się wygodnym miejscem – bardzo przestronna i jest w sekcji Zaklęć. Naprawdę lubię Zaklęcia. Łóżka także lubię. Czemu tego nie połączyć, prawda?

Tak, to nie byłoby takie złe…


Później, Wciąż w Bibliotece

Spostrzegawcza Lily: Dzień 17

Suma Obserwacji: 118

Nadal przebywałam w bibliotece, poszukując książki, która pomogłaby mi z zadaniem na Eliksiry na schowanych półkach na tyłach pomieszczenia, kiedy on mnie znalazł.

- Co dokładnie starasz się zrobić, Lily Evans?

Niemal wyskoczyłam ze skóry na dźwięk znajomego, szepczącego głosu, krzywiąc się, gdy zorientowałam się, do kogo należał. Był tak blisko mnie, że czułam jego oddech na uchu, ale nie odważyłam się odwrócić do niego twarzą. Nie mogłam teraz na niego patrzeć. Moja twarz była taka czerwona, że praktycznie mogłam zobaczyć odbijający się przede mną ten kolor. Jak on mógł dowiedzieć się tak szybko? Kto mu do jasnej cholery powiedział? I może najważniejsze, jak dużo minie czasu zanim zacznie mnie dusić?

Byłam taka martwa.

- Posłuchaj, James…

- Ciężko wyzbyć się starych nawyków? Ciężko wyzbyć się starych nawyków, Lily?

Na brzmienie tych znajomych słów, obróciłam głowę, rozszerzając oczy z zaskoczenia i zdezorientowania, nie dlatego, że to powiedział, ale dlatego jak to powiedział…

On się śmiał.

Śmiał się!

- Ja… to… chwila, co?

James dalej się śmiał, ignorując moją osłupiałą minę, potrząsając na mnie głową w udawanym rozczarowaniu. – Nie mów mi, że już zapomniałaś?

- Nie, nie, pamiętam – powiedziałam szybko. – Ale czemu się śmiejesz? Jak to możliwe, że się śmiejesz? Nie zdajesz sobie sprawy, co zrobiłam?

James uśmiechnął się szeroko. – Dokładnie zdaję sobie sprawę, co zrobiłaś, ty wielka kłamczucho.

Próbował przekręcić to wszystko w żart, a ja nie wiedziałam dlaczego. Powinien być zły – oczekiwałam, że będzie zły. Miałby wszelkie prawo, żeby przyjść tutaj, walnąć mnie mocno w głowę i zanieść moje ciało gdzieś, gdzie nikt nie mógłby go znaleźć. I przy nastroju w jakim był przez cały dzień… ale on się śmiał.

Śmiał!

Nie rozumiałam tego. Co przegapiłam?

- Um, nie sądzę, żeby tak było, James – powiedziałam powoli, patrząc ostrożnie na jego wyszczerz. – Nie żebym nie cieszyła się, że patrzysz na to z humorem – idź za tym uczuciem. Naprawdę. Proszę – ale nie jestem pewna czy na serio rozumiesz…

- Co rozumiem? – zapytał. – Że powiedziałaś Elisabeth i jej przyjaciółkom, że chodzimy ze sobą?

- Nie powiedziałam im – zaprotestowałam machinalnie. – To tak jakby… wymsknęło się.

- Wymsknęło się? – prychnął James. – Nie tak to słyszałem, Evans.

- Och, a jak to słyszałeś?

James poruszył brwiami, podnosząc głos do tego zawsze znajomego wysokiego odgłosu, który chyba miał być podobny do mnie. – Och, ten James Potter, jest taki mądry i taki zabawny, i och, on sprawia, że moje serce bije trochę szybciej… Hej! Au! Nie bij mnie!

Wściekle przeszyłam go wzrokiem. – Co? Zagrały przed tobą cały spektakl czy co?

James uśmiechnął się, pocierając miejsce na ramieniu, gdzie uderzyłam go, jak miałam nadzieję, raczej mocno. – Wpadłem na Laurie Shecklebolt i parę jej koleżanek – powiedział w wyjaśnieniu. Jęknęłam głośno.

- Co powiedziałeś? – spytałam.

- Co miałem powiedzieć?

- Cóż, ty...

Zamilkłam.

Chwila moment.

Co on miał powiedzieć?

Co ja miałam powiedzieć, jeśli już o to chodzi?

Jeżeli powiemy wszystkim prawdę – że tak naprawdę jesteśmy z Jamesem tylko przyjaciółmi, to nigdy nie pozbędę się Elisabeth. Będzie kroczyć dumnie po zamku, rzucając swoimi zjadliwymi uwagami i przypomnieniami czasu, kiedy próbowałam oszukać je wszystkie, mówiąc, że James Potter mógłby spojrzeć na mnie dwa razy. Nigdy nie odrobiłabym tego skutków. Wtedy cały Hogwart wiedziałby, że Prefekt Naczelna jest tylko głupim, kłamliwym przygłupem. Może na to zasługiwałam, może przede wszystkim nie powinnam kłamać na ten temat, ale szczerze mówiąc to jak kara na całe życie. Nie bardzo byłoby to sprawiedliwe, prawda?

Nie było także sposoby, abym działała zgodnie z tym, co powiedziałam. Oznaczałoby to, że musiałabym umawiać się z Jamesem – czego nie robię i nie zrobię – ponieważ wtedy Amos…

O Merlinie, Amos!

Czy do niego też dotarli? Czy wiedział, co się dzieje? Och, oczywiście, że wiedział! Mogłam się założyć, że ta głupia kretynka Laurie przeskoczyła z Jamesa prosto na Amosa, mieląc jak szalona swoim przeklętym językiem. O Merlinie, co on sobie pomyśli? Chodzi mi o to, że nie akceptuje się randki z jednym facetem, a potem ogłasza publicznie następnego dnia, że chodzisz z kim innym! Ale ja to zrobiłam. Zrobiłam i zapewne Amos znienawidzi mnie na zawsze.

Nie. Nie znienawidzi mnie. Nie może mnie znienawidzić. Po prostu spokojnie wyjaśnię mu tę sytuację…

Och, jaką sytuację? Tę, gdzie dobrowolnie i otwarcie przyznałam Elisabeth Saunders i jej przyjaciółeczkom, że umawiam się z Jamesem Potterem? sytuację? O tak, to poszłoby świetnie. „Przepraszam za to wszystko, Amosie. Tak naprawdę nie chciałam tego powiedzieć – dobra, chciałam, ale nie miałam tego na myśli, tak na serio. To nieprawda. Po prostu kłamałam. Mam do tego skłonność… często."

O Boże… co ja zrobię… właśnie kiedy zaczynał mnie kochać, ja musiałam wszystko to zniszczyć, nieprawdaż? Nie mogłam utrzymać wszystkiego w porządku, cudownego nawet na kilka chwil? Nie wytrzymałam nawet dnia! Jednego cholernego dnia!

Okropność. To jest okropne. Jest o wiele gorzej niż sądziłam, że będzie…

- Lily? Lily, wszystko w porządku?

- Nie, nie jest wszystko w porządku! – odparłam gniewnie, wyładowując złość tej sytuacji na Jamesie. Wyglądał na zaskoczonego moim wybuchem, ale na szczęście nie odpowiedział własnym gniewem. Jego litościwe spojrzenia sprawiły, że czułam się jeszcze okropniej. – Nie wiem co robić – jęknęłam, chowając twarz w dłoniach.

- Posłuchaj, to nie jest taka wielka sprawa, jedynie…

- To jest taka wielka sprawa! – powiedziałam już nie gniewnym głosem, a zdesperowanym. – Nie masz pojęcia jak długo czekałam, aż Amos Diggory zaprosi mnie na randkę, James. To niemal żałosne, poważnie. A kiedy w końcu to zrobił, musiałam to wszystko zrujnować, bo Elisabeth Saunders powiedziała kilka nieprzyjemnych rzeczy na mój temat…

- Niczego nie zrujnowałaś – westchnął James, kręcąc głową. – Diggory nie zrezygnuje z randki z tobą przez jakieś głupie plotki.

- A skąd to wiesz?

- Ponieważ… ponieważ po prostu wiem, że tego nie zrobi, dobra? – James raz jeszcze westchnął, odwracając ode mnie wzrok. – Chodźmy stąd.

Spojrzałam na niego zaciekawiona. – Dlaczego?

- Bo mam dosyć szeptania, dlatego. No chodź.

James chwycił mnie za rękę i pozwoliłam mu się pociągnąć, nie mając siły na odrzucenie jego prośby po zdenerwowaniu samej siebie. W ciszy przeprowadził mnie pomiędzy regałami książek. Dopiero kiedy niemal dotarliśmy do drzwi odezwałam się, przypominając sobie, że zostawiłam swoje rzeczy przy stoliku obok Madame Pince.

- Moje rzeczy – powiedziałam mu słabo, wskazując miejsce gdzie leżały porzucone moje książki i torba. – Są przy tamtym stoliku. Nie mogę ich tutaj zostawić. Muszę po nie iść.

James westchnął ciężko, spoglądając na mnie znacząco, po czym spojrzał w kierunku moich rzeczy. – Więc będziemy musieli iść przez sam środek – powiedział mi.

- Sam środek czego? – spytałam.

- Sam środek biblioteki.

Zajęło mi kilka sekund zorientowanie się o czym mówił. Aż do tego czasu przeszliśmy do frontowych drzwi pomiędzy regałami książek, schowani za wysokimi półkami. Jednakże przejście przez sam środek oznaczało wyjście na widok. Przejście przez sam środek oznaczało sprawienie bezwartościowym całe to 'udawajmy, że nikt o mnie nie szepcze', bo kiedy już się wyjdzie, to nie ma mowy, że o tobie nie gadali. Przejście przez sam środek oznaczało oddanie milowej plotce kolejną historyjkę do rozciągania według ich upodobania.

Wejdziemy prosto na pole bitwy, ręka w rękę.

Dosłownie.

Wzięłam głęboki wdech, rzucając Jamesowi mały uśmiech, zabierając rękę, ale pokazałam mu, żeby poszedł za mną. – Chodźmy.

I poszliśmy. Przejście przez bibliotekę nie było nawet w połowie tak złe jak mogłoby być, jak przypuszczam, biorąc pod uwagę, że Madame Pince na szczęście wybrała ten dokładny moment, aby głośno zbesztać grupę drugorocznych za – jak usłyszałam z jej krzyków – „gadanie i marudzenie w jej bibliotece". Zakłócenie spokoju spowodowane przez bibliotekarkę odwróciło uwagę większości uczniów w pomieszczeniu. Tylko niewielu zauważyło, jak podeszliśmy z Jamesem do mojego stolika i zaczęłam szybko zbierać moje rzeczy. Oczywiście tych parę osób zaczęło głośno szeptać pomiędzy sobą, będąc w stanie to robić, gdy ich głosy były zagłuszone przez dźwięk ryków Madame Pince, ale całkiem dobrze zignorowaliśmy ich z Jamesem, wzięliśmy moje książki i prysnęliśmy stamtąd, jeszcze zanim Madame Pince skończyła swoją tyradę.

Na korytarzu westchnęłam z ulgą.

- Cóż, to nie było takie złe – powiedziałam, wrzucając kilka książek do plecaka, które musiałam nieść przez pośpiech. James skinął głową.

- Nigdy nie sądziłem, że będę się cieszył słyszeniem wrzasków tej starej torby.

Roześmiałam się lekko, także kiwając głową. Szliśmy korytarzem przeważnie w ciszy, ja zatopiona w myślach o Amosie oraz Saunders i możliwym duszeniu Laurie Shacklebolt, która ma chyba jeszcze gorsze usta od moich, a James był zatopiony we własnych myślach o… sama nie wiem. O czymkolwiek, o czym myśli James Potter.

Do czasu gdy nagle, nie wiadomo czemu, James wybuchł śmiechem.

Znowu.

To naprawdę robiło się nudne.

- Co? – spytałam, oczywiście myśląc, że coś przegapiłam.

James potrząsnął głową, nie mogąc mówić przez śmiech. – Ja… po prostu… - Wtedy raz jeszcze zaczął się śmiać, chyba jeszcze mocniej niż wcześniej. Rzuciłam mu dziwne spojrzenie, czekając aż zamknie się na tyle długo, aby powiedzieć mi, co mogło być takiego śmiesznego. – Chodzi… o to…

- Tak? – zachęciłam.

- Jesteś… jesteś taką kłamczuchą!

Wtedy znowu zaczął się chichrać.

Jęknęłam głośno, wywracając oczami i szturchnęłam Jamesa mocno w bok, kiedy kompletnie mnie zignorował, dalej się śmiejąc. – To nie zabawne – wymamrotałam, przeszywając go wzrokiem.

James nie odpowiadał przez parę chwil, nadal uważając tę całą sytuację za coraz bardziej prześmieszną i przez to nie mógł nic powiedzieć. Kiedy nareszcie wydawał się uspokoić, patrzył na mnie, jego twarz przez chwilę była bezbarwna, po czym zaczynał wszystko od nowa. Opierałam się chęci, żeby jeszcze raz go uderzyć.

- Przepraszam – zdołał w końcu wydukać. – Ale daj spokój, Lily, musisz przyznać, że ta sytuacja jest troszeczkę zabawna.

Zabawna? Zabawna? Czy on oszalał? Oczywiście, że to nie było zabawne! Było tak dalekie od zabawności, że nie mogłam nawet stwierdzić dlaczego on się śmiał. Wiem, iż powiedział, że rozumiał co się działo, ale najwyraźniej tak nie było. Nie mógł. Gdyby tak było, zdecydowanie by się nie śmiał.

- Och, nie patrz tak na mnie – powiedział, gdy nie odpowiedziałam na jego 'zabawny' komentarz i wpatrywałam się w niego ponuro. – Posłuchaj – ciągnął z małym uśmiechem na twarzy. – Po prostu spójrz na to z mojej perspektywy, okej?

- Widzę – powiedziałam cierpko. – I z całym należnym szacunkiem twojemu najwyraźniej nieistniejącemu zdrowiu psychicznym, z twojej strony wygląda to jeszcze gorzej.

James potrząsnął głową. – Nie myśl o szczegółach – odrzekł. – Pomyśl o całym obrazku.

Gapiłam się na niego beznamiętnie. Cały obrazek? Szczegóły? O co mu teraz do jasnej cholery chodziło?

- Od czwartego roku – zaczął wyjaśniać James, gdy wyraźnie nie udało mi się pojąć humorystycznego pojęcia „całego obrazka" – stawiałem cię na pewnego rodzaju piedestale, wiesz?

- Piedestale? – zapytałam.

- Tak. – Potaknął James. – Chodzi mi o to, że ty… jesteś Lily Evans. Jesteś idealna. Jesteś mądra, miła, piękna, pewna siebie i sprytna, profesorzy cię uwielbiają – wszyscy cię kochają – byłaś prefektem, zawsze trzymałaś się zasad, nigdy nie zrobiłaś nic złego…

Zarumieniłam się mocno, ignorując nieśmiały trzepot w brzuchu, gdy mówił o mojej rzekomej doskonałości. Jakkolwiek całkowicie mylił się na temat niemal wszystkiego, co powiedział, to nie zamierzam kłamać i udawać, że nie podobało mi się to, co mówił. Mimo wszystko jestem tylko człowiekiem.

- Ty – kontynuował znacząco, posyłając mi nieznaczny uśmiech, jak coraz bardziej zaczynałam przypominać pomidora – byłaś Nieomylną Lily Evans.

- Nieomylna? – wydusiłam. – Ledwo!

James znowu się wyszczerzył. – Tak, teraz widzę twoje prawdziwe kolory…

- Moje prawdziwe kolory? – spytałam, unosząc brwi.

- O tak – potaknął James, wciąż uśmiechając się szeroko i zaczął wyliczać na palcach. – Przekupujesz ludzi czekoladą, kiedy są na ciebie źli, kłamiesz – tak naprawdę dosyć często, niemal patologicznie. Może powinnaś iść to sprawdzić, Lil – przeciwstawiasz się profesorom, mówiąc im, że ich zadania są gówniane…

- Bo tak mi kazałeś!

- …jesteś kokietką, masz po jednej stronie chłopaka, ale również akceptujesz randki od jakiegoś innego kolesia…

- Hej! To nie…

- …czasami jesteś największym wrzodem na tyłku, to prawie zabawne; masz znaczny kompleks niższości, chociaż naprawdę tylko Merlin wie dlaczego…

- Tak, tak, wiem. Czy już skończyłeś?

- ...prawie… i może, najważniejsze, jesteś absolutnie kimś innym niż sobie ciebie wyobrażałem.

Wtedy James przestał mówić, opuszczając rękę, na której odliczał listę. Gapiłam się na niego bez wyrazu.

- Skończyłeś rozszarpywać mnie na strzępy? – spytałam.

- Nie rozszarpywałem cię na strzępy – zapewnił. – Nigdy nie powiedziałem, że któreś z tych rzeczy są złymi cechami.

- Czyżby? – Prychnęłam z niedowierzeniem. James pokręcił głową.

- Wcale. Tak naprawdę to przeciwnie. – Wzruszył ramionami, posyłając mi spojrzenie z ukosa. – Niedoskonałość jest możliwie najlepszą doskonałością. Mówię tylko, że jest to sprzeczne z tym co myślałem – humorystyczna tego część – a jak okazuje się, Nieomylna Lily Evans… ona… em…

- Upada? – zaproponowałam.

James zgodził się. – Tak. Upada.

- Wiele razy – dodałam bezbarwnie.

James roześmiał się. – Nie więcej niż wszyscy inni – odparł.

Niemal się na to zaśmiałam. Och, gdyby on tylko wiedział…

- Wiesz co – powiedziałam, szturchając James w ramię, jak szliśmy dalej korytarzem. – Ty również nie jesteś taki jak oczekiwałam.

James jęknął ze śmiechem. – Znakomicie, teraz się zacznie…

- Po pierwsze – zaczęłam, ciesząc się bezgłośnie odwróconą sytuacją – jesteś całkowicie niepoprawny – może nie tak bardzo, jak myślałam wcześniej, ale nadal czasami jesteś nie do zniesienia. Możesz być największym dupkiem, jakiego znam i z jakiegoś powodu musisz mieć odpowiedź na absolutnie wszystko. Potem są te wahania nastroju – och, wahania nastroju! Nigdy w życiu nie spotkałam kogoś, kto w jednej chwili jest taki radosny, a w drugiej straszliwie ponury. Tak jak dzisiaj! Najpierw znęcasz się nad swoimi zawodnikami złym humorem, potem śmiejesz się tak głośno, że muszę kazać ci się zamknąć, po czym przedzierasz się przez Wielką Salę jakbyś był na ścieżce mordercy, a teraz śmiejesz się jak nikt inny! Co z tym jest, Potter? Proszę, powiedz mi, że jesteś bipolarny czy coś, bo na myśl przychodzi mi tylko takie wyjaśnienie.

James podrapał się po tyle głowy, rzucając mi uśmiech. – Przypuszczam, że nagle nabrałem dystansu do różnych spraw – powiedział.

- Czyżby? – zapytałam. – Niby jak?

- Cóż – zaczął – stałem sobie, słuchając Laurie Shacklebolt opowiadającą cudowną, gruntowną wersję waszej rozmowy z tego popołudnia, kiedy nagle zdałem sobie sprawę, że wiesz co, James? Mogłoby być gorzej.

- Jak?

- Wiesz – odparł James z głupawym uśmiechem na ustach. – Mógłbym faktycznie z tobą chodzić.

- Ej! – wykrzyknęłam, waląc go w ramię. James parsknął śmiechem i rzucił mi spojrzenie.

- Kolejna rzecz – powiedział. – Nigdy nie spodziewałem się, że jesteś tak cholernie agresywna.

- A ja nigdy nie oczekiwałam, że zrobisz ze mnie taką agresywną – odgryzłam się, następnie zmieniłam ten komentarz. – Chwila, jednak wiesz co? Spodziewałam się tego. Zawsze sprawiałeś, że chciałam wyrwać sobie włosy!

James nie zdawał się uważać to za obraźliwe i po prostu znowu zaczął się śmiać, ku memu wielkiemu niezadowoleniu. Posłałam mu kolejne gorzkie spojrzenie.

- Naprawdę jesteś niepoprawny – powiedziałam z westchnieniem, kiedy on nie przestawał śmiać się z moich nieprzyjemnych min.

- Lecz najwyraźniej nadal masz jakieś ukryte pragnienie aby się ze mną umawiać, nieprawdaż, Nieomylna Lily Evans?

Pokręciłam głową, piorunując go wzrokiem. – Jesteś dupkiem.

James uśmiechnął się szeroko. – Z pewnością mówisz to całkiem często. Może to termin czułego słówka?

- Czy ty chcesz, żebym znowu cię uderzyła?

Właśnie kiedy James wyciągał ręce przed siebie, żeby się obronić, dotarliśmy do portretu Grubej Damy. Nie byłam nawet świadoma tego, gdzie zmierzaliśmy, dopóki tutaj nie doszliśmy. Było to trochę niepokojące, muszę przyznać.

- Tutaj cię pozostawię – rzekł James, wskazując w stronę wieży. Patrzyłam na niego z zaciekawieniem.

- Co masz na myśli? – spytałam. – Nie wchodzisz do środka? Jest dosyć późno.

James pokręcił głową. – Muszę iść znaleźć Syriusza. Ja, em, tak jakby uderzyłem go dziś rano kaflem.

- Słyszałam.

- Przypuszczam więc, że powinienem przeprosić, co nie? Myślę, że jest w kuchni. Chyba najlepiej będzie osaczyć go tam, gdzie jest najwięcej obecnego jedzenia. Mniejsza szansa, że rzuci na mnie urok.

Wywróciłam oczami. – Wy faceci i wasze jedzenie.

James uśmiechnął się, wzruszając bezradnie ramionami. – Więc… do zobaczenia? – spytał, odchodząc parę kroków od dziury portretu.

- Tak – potaknęłam. – Chyba pójdę… udać, że śpię czy coś.

- Udać, że śpisz? – zapytał James. – Dlaczego?

- Emma wyszła po południu ze Skrzydła Szpitalnego – zaczęłam wyjaśniać. – Teraz jest na górze i ja…

- Nie mów nic więcej – wtrącił James, podnosząc ręce. – Kumam. Kolejna wyjątkowa cecha Nieomylnej Lily Evans: kiedy sprawy robią się niezręczne, unikaj i ignoruj.

Zaczerwieniłam się. – To nie jest… och, odwal się, dobra?

James roześmiał się, wciąż odchodząc o kilka kroków dalej. Jednak zanim mógł odejść, zatrzymałam go.

- James? – zawołałam.

- Ta?

- Chciałam tylko… przepraszam. Za wszystko. Nie chciałam wciągać cię w to wszystko – to znaczy, zrobiłam to, ale… - westchnęłam, zatrzymując się zanim zaczęłoby się znowu paplanie. – Wiesz o co mi chodzi.

- Ta – powiedział znowu James, kiwając głową. – Nie martw się tym, Lily. Jak powiedziałem, mogłoby być gorzej.

- Faktycznie mógłbyś ze mną chodzić – przypomniałam mu z uśmieszkiem.

- Albo mógłbym być martwy – dodał z lekkim uśmiechem.

Prychnęłam. – Boję się spytać które byś wolał.

James ponownie się zaśmiał, inteligentnie postanawiając nie odpowiadać na mój ostatni komentarz. Parę chwil później powoli zaczął zmierzać korytarzem i pomachał mi lekko, uśmiechnął się, mówiąc. – Branoc, Nieomylna Lily Evans.

Rzuciłam mu spojrzenie, wołając w korytarz. – Już nie jestem nieomylna, pamiętasz? Upadam.

James pokręcił głową. – Nie – powiedział cicho. – Zawsze będziesz nieomylna.

Potem zniknął za rogiem.


Tak późno jak tylko można, Udając że śpię

Spostrzegawcza Lily: Dzień 17

Suma Obserwacji: 119

Nieomylna? Ja? Dajcie spokój. Musiał sobie robić jaja. Tylko ktoś kompletnie oszalały postawiłby osobnika mojego pokroju na piedestale. Tak jak powiedział, upadam. Upadam więcej niż ma do tego prawo normalna osoba. I nie mówię tego tylko przez rzekomy kompleks niższości, który wszyscy na świecie uważają, że mam, ale dlatego, że to prawda. Że ja, mądra? Zawalam Transmutację. On jest moim korepetytorem, na litość boską! Miła? Em, nie bardzo. Wszyscy mnie kochają? Halo, czy powód, dla którego jesteśmy teraz w tej sytuacji nie jest z powodu wspólnej nienawiści między mną i Elisabeth Saunders? Piękna? Nie. Po prostu… nie.

On oszalał. Poważnie.

Nieomylna… ja

Pff.


Piątek, 3 październik, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 18

Suma Obserwacji: 120

Z Szalonego Umysłu Lily Evans: Mój Sen z Ostatniej Nocy

Wędkowaliśmy z Amosem w bibliotece. Był tam strumień między ograniczoną strefą a biurkiem Madame Pince. Siedzieliśmy na stolikach z wędkami, gawędząc w języku przypominającym biegły niemiecki. Zapytałam Amosa czy bzyknąłby się ze mną, a on powiedział, że nie, bo jest zbyt zaspany, żeby teraz to zrobić. Zaczęłam płakać. Amos nadal wędkował. Niespodziewanie coś go ugryzło, tyle że nie była to ryba, a James. Przywitałam się z Jamesem, gdy Amos powrócił do wędkowania. James odwzajemnił powitanie. Powiedziałam Jamesowie, że Amos nie chce się ze mną bzykać. James powiedział, że on to zrobi, jeśli chcę. Powiedziałam mu, że to bardzo miłe, ale może później, ponieważ muszę skończyć zadanie z Antycznych Run. James powiedział, że on też musi, więc poszliśmy odrabiać razem zadanie, chociaż James nie bierze Antycznych Run. Gdy skończyliśmy James zapytał czy teraz chce się z nim bzykać. Powiedziałam że nie, bo jestem zbyt głodna. Potem razem zasadziliśmy warzywa. Amos dołączył do nas kilka minut później. Śpiewaliśmy „Deck the Halls" przekopując się przez glebę.

Obserwacja #120) Jeżeli sny są, tak jak zapewnia moja profesor Wróżbiarstwa, poglądem dnia, który leży przed nami, to nie jestem pewna czy chcę wstawać.