W gruncie rzeczy, Hispaniola to całkiem przyjemna wyspa. Ma wiele zalet, na przykład tę, że starczy parę godzin wędrówki, by zapomnieć, że jest wyspą. Przy odrobinie szczęścia można więcej nie oglądać morza i nie wąchać portów.
Tak dumał pewien człowiek imieniem Savo, machinalnie drapiąc się po nie całkiem jeszcze zaleczonej szramie wokół karku. Dolina, na którą patrzył, wyglądała całkiem obiecująco - w miarę płaska, otoczona grzebieniem gór i wyniesiona ponad ciągnące się poza górami mile bagien. Była też kompletnie bezludna; dotychczasowych potencjalnych osadników musiały odstraszać malaryczne mokradła po drodze.
Tak, zadecydował, wystarczy pozbyć się tych krzaków i poletko prosa się zmieści; będzie się można wreszcie napić przyzwoitego piwa jak na starej ziemi, nie tych szczyn, które tu mają.
Po prawie roku wymieniania drewna, piór i skórek na ziarno, obiecująca dolina okazała się za zimna dla prosa.
Kolejnego roku, okazała się za sucha dla bananowców. Miejscowi sadzili duże białe korzenie, które zwali man-yok; te wreszcie miały się w dolinie świetnie. Do czasu, aż skądś przypełzła chmara tłustych gąsienic.
Trzeciej wiosny Savo cisnął motykę między smętne resztki oskubanych badyli i posłał wspomnienia plemiennych bajd o rolniczej sielance do wszystkich diabłów. Jedynym, co bujnie rosło i kwitło na tych przeklętych wyspach, było piractwo, złodziejstwo i przemyt!
Od tego punktu, większość hodowców upadłych marzeń spędziłaby resztę życia w najbliższej tawernie, nad kuflem klnąc i narzekając do wszystkich gotowych słuchać za drugi kufel, co też i Savo czynił, przez tydzień. A potem wyciągnął wnioski.
W ciągu następnych lat, postawiony przez Savo szałas został zastąpiony całkiem solidną chatą, za którą wyrosły trzy kolejne, większe. Dwie były wsparte na palach dobry jard nad ziemią, miały obszerne wnętrza, porządnie uszczelnione strzechy i przewiewne ściany z grubych bali; ostatni budynek był stajnią z paroma przegrodami, paleniskiem i kowadłem.
Większość dobra zmieniającego właścicieli - za ich zgodą lub bez - przepływała wokół wybrzeży wyspy, ładowana na wszystko co zdolne było utrzymać się na wodzie, od wiosłowych szalup i żaglowych łodzi, po brzuchate galeony i ociężałe fleuty. Część jednak wędrowała śródleśnymi i górskimi traktami, na grzbietach jucznych mułów i toczących się mozolnie wozach. A część owej części nie tyle wędrowała, co przemykała.
Czasem temu czy owemu trzeba było przyczaić się na parę dni, by pościg zgubił trop. Czasem ten czy ów potrzebował opatrzyć okulawiałego osła bądź własne uszczerbki, z dala od podejrzliwych spojrzeń. Czasem ten z owym zamierzał dobić interesu, z dala od wścibskich uszu. Czasem to czy owo przeleżeć musiało w zaufanym miejscu, z dala od niepożądanych - co zwykle oznaczało monarszych - rąk. Te dni i to miejsce było dla wielu warte dość, by opłacić je częścią łupu, oraz walutą mniej namacalną, ale równie cenną - dyskrecją i ochroną. W miarę upływających lat, dolina stała się miejscem, o którym wielu wie, ale wszyscy milczą, a potencjalny grabieżca liczyć się musiał z odwetem dosięgającym go dziesiątki i setki mil dalej, w najmniej spodziewanym momencie, z najmniej spodziewanej ręki.
xxx
Savo zeskoczył do wody i krytycznie przyjrzał się masywnym belkom przerzuconym nad nurtem strumyka. Wczorajsza ulewa nieco rozmyła brzeg; przydałoby się pogłębić koryto, bo następny deszcz zatopi ścieżkę...
Zdjął koszulę i rzucił na trawę, po czym zaparł się barkiem o obsuniętą deskę. Wsparty o brzeg koniec zaczynał butwieć. Jeszcze z rok wytrzyma, zanim będzie trzeba wyciąć nową. A na razie podeprzeć tu kamieniem... Savo wyszedł spod kładki i sięgnął po zostawiony na brzegu szpadel.
Wyprostował się nagle i osłonił ręką oczy od popołudniowego słońca. Potem wdrapał się na brzeg i wytrzeszczył oczy z niedowierzaniem. Gapił się dobrą chwilę, aż w końcu wybuchnął śmiechem. – Jakim cudem zdołałeś ubłocić się bardziej od konia, kapitanie? – wykrztusił.
– Przenieś się nad morze, to będziesz miał eleganckich gości – odparł z godnością Jack Sparrow, w którego grzywie tkwiło nie mniej gałązek i liści niż w końskiej.
– A co, na Tortudze zaczęli wreszcie do kąpieli używać wody zamiast świńskiego łajna? Że też dożyłem... – Savo zerknął na kapitańskiego wierzchowca, który właśnie zatrzymał się przed kładką. Odpowiedziało mu nieufne łypnięcie wielkiego ślepia.
– Doceń niepowtarzalny lokalny koloryt. – Jack lekceważącym machnięciem zbył, zdało się, wszystkie świnie świata. Puścił w tym celu końską grzywę, co okazało się gestem nierozważnym. Koń nawet się nie obejrzał na dźwięk głuchego łupnięcia o ścieżkę, choć uprzejmie odsunął kopyto.
Savo poskrobał się po głowie. – Dobra, już nie pytam, jakim cudem. – Schylił się i wyciągnął rękę. – Przejmujesz interes od Ryżego Hansa, Jack? – zachichotał. – Może to jednak jeszcze raz... No co? – spytał, zbity nagle z tropu szybkim spojrzeniem, które zbierający się na nogi pirat rzucił z ukosa.
Jack poprawił pas i obejrzał się w poszukiwaniu kapelusza. – Ktoś pewnie przejmie – mruknął. Oparł rękę na końskim kłębie. – Przechowasz go przez... jakiś czas?
xxx
Savo wciąż dobrze pamiętał tamten dzień w porcie; czasem o nim śnił. Szli pylistą drogą od wielu dni, skuci po trzech, ale nawet stojąc wreszcie na kamiennym nabrzeżu, pod słońcem lejącym z nieba biały żar jak roztopiony ołów, wciąż czuł to samo otępiałe niedowierzanie co wtedy, gdy zatrzaśnięto mu żelazo na szyi. Nie strach, nie gniew, ale zdumienie i odrętwienie, oddzielające go jak warstwą mgły od smrodu portowych uliczek, krzyków nadzorców, mamrotanych modłów i szlochów wokół niego.
– Co ładować?! – Głos dobiegał jak spod wody, z drugiego krańca Ziemi... albo może z odległości kilkunastu kroków. – Czyś oszalał, człowieku?! To nie jest statek niewolniczy!
– Teraz już jest – zarechotał główny nadzorca. – Dalej, nie mamy całego dnia!
To wtedy i chyba dlatego zaczęło się rozwiewać otępienie, gdy młody kapitan powoli odwrócił głowę i Savo zobaczył szeroko otwarte w zgrozie oczy. Gdzieś głęboko ocknął się żal i narastał powoli, wyłaniał jak gad z mętnego bajora, aż w końcu, gdy schodzili w czarną czeluść ładowni, wściekłość w nim wrzała, aż chciał zabić. Nie łowców, nie nadzorców, ale właśnie tego kapitana. Pragnął zacisnąć mu ręce na gardle i wydusić z niego życie, ale najpierw zapytać, wykrzyczeć "Dlaczego?!".
Zaczął rozumieć wiele dni później, gdy na pełnym morzu pokrywy ładowni otwarły się z ciężkim chrobotem drewna i hukiem ech, światło wlało się jak wodospad, a kajdany zostały zdjęte i trafiły za burtę. To, że pewnych rzeczy może się tylko domyślać, zrozumiał słysząc szepty załogi, cichnące na dźwięk kapitańskich kroków; słysząc lodowato formalny ton, jakim było wypowiadane każde „Tak jest, kapitanie"; widząc zacięte twarze oficerów i ich rzucane z ukosa spojrzenia; widząc dwa pistolety, z którymi kapitan od tamtej pory się nie rozstawał. I potem, gdy zawinęli do małej zatoczki i ponad setka ludzi wtopiła się w las, biegnąc coraz szybciej, gdy wreszcie uwierzyli. Savo szedł na końcu, więc wiedział, że był jedynym, który za pierwszą linią drzew zatrzymał się i obejrzał. Słoneczny blask lśnił na spłowiałych deskach kadłuba i zwiniętych żaglach. Savo spojrzał na ptaka wzlatującego z wyciągniętych rąk figury na dziobie, potem odwrócił się i podążył za innymi.
A w końcu, gdy spotkał tego kapitana znowu, zrozumiał, że wielu rzeczy nigdy nawet się nie domyśli. W młodszych kiedyś oczach przybyło lat, a na skórze blizn. Nie wszystkie wyglądały na przypadkowe, a już na pewno nie ta ogłaszająca go całemu światu piratem. A potem Savo zauważył, że kapitan nigdy nie próbował jej kryć, jak próbowali inni tak naznaczeni. Wszystkie kolejne strzępy pamięci oplatane na nadgarstkach i wykłuwane niebieskim atramentem zawsze omijały tę jedną bliznę. W jakiś dziwny sposób przywodziło to Savo na myśl statek z odlatującym ptakiem. Tamto słońce wciąż zdawało się trwać w oczach kapitana i szelmowskim błysku zębów. Zgasło tylko raz, gdy pewnego dnia Savo zapytał. Nie dostał odpowiedzi, ale wiedział, że nie zapyta ponownie. Nie chciał nigdy więcej czuć, że nagle patrzy w otwarty grób.
Czasem myślał, że tamten statek był tylko snem. Ale mimo to, Savo był jedynym człowiekiem, którego Jack Sparrow nigdy nie poprawiał, podkreślając „kapitan!". Nie musiał.
xxx
Jack Sparrow natomiast był jedynym człowiekiem, który w tej dolinie nie płacił za miejsce i brak pytań. Głównie dlatego, siedząc nieco później na szczycie dachu i łatając strzechę, Savo nie obejrzał się za mijającym chałupę piratem z łopatą na ramieniu i wiaderkiem smoły w garści.
Jack wspiął się na najwyższy i najsuchszy pagórek w pobliżu stromych zboczy gór i zatrzymał pod olbrzymim, starym drzewem. Potem skręcił i stanął pięć kroków dalej, przed rachitycznym i na pół uschłym drzewkiem. Odstawił wiaderko ze smołą i wbił w ziemię łopatę.
Nie trwało długo, nim zachrobotała o coś, co nie ustąpiło. Jack odgarnął piach, odsłaniając prostokąt nasmołowanego płótna, odrzucił łopatę i wyciągnął sztylet. Rozciął płótno wokół trzech krawędzi, odepchnął trzeszczące wieko, zajrzał do skrzyni... i zwinął się w napadzie gwałtownego kaszlu.
Bardzo długą chwilę później, ocierając łzy, ostrożnie zajrzał jeszcze raz. No tak, możliwe, że wstawienie na dno tej otwartej butelki prawie rok temu nie było jednak najlepszym pomysłem... Ale co można zrobić z terpentyną? Łupu się nieraz nie wybiera. W każdym razie teraz już na pewno skrzyni nie groziły mole. Albo krety?
Wstrzymał oddech, zacisnął piekące oczy i sięgnął, pośpiesznie próbując doszukać się dna w narożniku i omal nie wpadając do skrzyni. Po chwili desperackiego macania na oślep, wyłowił butlę i cisnął ją daleko, w trawę. Potem przetarł oczy jeszcze raz i splunął. Powietrze na całym szczycie pagórka zdawało się smakować gryzącą goryczą, ale przedwieczorny wietrzyk zaczynał przedzierać się przez ciężkie opary.
Złapawszy wreszcie głębszy oddech, Jack ponownie schylił się nad skrzynią i przegarnął zawartość. Gdzieś tam pod spodem powinien być... Wyciągnął duży szklany kałamarz z uszczerbionym brzegiem i odłożył na bok. Potem wydobył złocony zegarek z wgiętą kopertą, otwarł go, przyjrzał się porysowanej tarczy z oderwaną godzinową wskazówką, zawahał, ale jednak odłożył obok kałamarza i sięgnął znów do skrzyni. Nieco staroświeckiego kroju gorset bez kilku haftek i para całkiem dobrych damskich trzewiczków powędrowały w ślad za kałamarzem i zegarkiem. Kapelusz... Jack przetarł klamrę spinającą rondo, dmuchnął w otulające czarny aksamit pierze, mruknął aprobująco, odłożył kapelusz za siebie i wrócił do skrzyni. Rzeźbiony w kości słoniowej wachlarz z pękniętą pierwszą listewką, butla atramentu, wiązka sześciu lasek czerwonego laku, mała pusta karafka bez korka, wielki szklany korek od innej karafki...
Ach, jest. Jack wywlókł spod stosu drobiazgów kłąb sukna, rozprostował i uniósł do słońca. Rzędy złotych guzów i lamowań zalśniły na szafirze hiszpańskiego admiralskiego płaszcza. Jack odłożył go na zieloną trawę obok kapelusza, a po chwili do kolekcji dołączyła szkarłatna kamizelka, wciąż prawie biała koszula z nieco wystrzępionymi koronkami i długi szal ze złocistego jedwabiu. Pirat przez chwilę z ukontentowaniem podziwiał efekt, przywodzący na myśl wybuch petardy w farbiarni, po czym pociągnął w zamyśleniu brodę. Spodni brakowało, nawet nie warto szukać... Hmm, ale jeszcze...
Zajrzał do skrzyni. Pusta hebanowa kaseta z florencką intarsją na wieku, gruby zwój planów geodezyjnych kilku plantacji cukrowych wokół Kingston, szeroki kindżał w pochwie z barwionej skórki, wielka porcelanowa aptekarska łyżka pokryta chińskimi inskrypcjami... Buty, wysokie kawaleryjskie oficerki ze sztywnej czarnej skóry. Jack rzucił je obok płaszcza, zanurkował do skrzyni ponownie i wyłowił ciężkie srebrne ostrogi, opatrzone tak groteskowo zębatymi gwiazdami, że sam ich widok poderwałby do panicznego cwału nawet folwarcznego perszerona. Pirat krytycznym okiem ocenił rosnący stos jaskrawo lśniącego splendoru... Stanowczo za mało, zdecydował.
Do dna skrzyni było jeszcze daleko. Mały kamienny moździerz bez tłuczka; bardzo stare i nieco pogięte mosiężne astrolabium; kawał surowego bursztynu jak pięść, z prześwitującym przez odłupaną ściankę skorpionem; kilka zapieczętowanych alabastrowych, szklanych i porcelanowych flakoników; damska atłasowa pelerynka z liniejącym sobolowym obszyciem; wyrzeźbiony z nosorożcowego rogu idol nie pozostawiający miejsca na wątpliwość, że patronuje płodności; jedna damska rękawiczka z białego safianu; oprawne w półskórek, wydane w Lubece ćwiczenia z klasycznej greki, pobazgrane na marginesach nader frywolnymi szkicami i jeszcze frywolniejszymi dopiskami po włosku; ciężka skórzana sakiewka... Jack zajrzał do środka i po namyśle wydobył trzy złote luidory. Wsunął je do kieszeni i odłożył sakiewkę z powrotem. Naszyjnik z zielonych piór, turkusów i jaguarzych pazurów; para jedwabnych pończoch z jedną podwiązką; czaszka o kształcie orlej i rozmiaru krowiej... i wreszcie podłużny, ściśle owinięty w naoliwione płótno kształt. Jack położył go na ziemi i począł ostrożnie odwijać tłuste jardy materii, spod której wyłoniły się kolejne dwa długie zwoje.
Jeden chronił czarną, okutą srebrem pochwę z szerokim pendentem. Spod drugiego zimno błysnęła jasna stal. Jack ściągnął płótno z rękojeści i przyjrzał się szpadzie, unosząc ją ku ostatnim promieniom zachodzącego słońca. Rozpościerająca się wachlarzem metalowych łuków garda schiavony zalśniła nad toledańską klingą, rywalizując blaskiem z odsłoniętymi w uśmiechu zębami pirata. Jack obejrzał uważnie oba płazy od zastawy po sztych, po czym, nie znalazłszy ani plamki rdzy, zadowolony wsunął szpadę do pochwy i położył na szafirowym płaszczu.
Doskonale. Tylko ta przeklęta terpentyna... Zajrzał do skrzyni, potem zaczął przetrząsać stertę wyciągniętego wcześniej śmietniska. Znieruchomiał nagle, natrafiwszy na szklaną, szczelnie zalakowaną butelkę wypełnioną żółtawym płynem. Przechylił ją, przyglądając się jak turecki olejek różany chlupocze we wnętrzu, po czym uśmiechnął się szeroko.
Odłożył butelkę, wyciągnął ze skrzyni worek z żaglowego płótna i rzucił za siebie. Potem wygrzebał z kieszeni zwinięty pas starej, sparciałej szmaty, przymierzył do krawędzi skrzyni i rozejrzał za suchym drewnem. Trzeba by podgrzać smołę, kompletnie już zastygła. Pociągnął nosem i kichnął. Hm, tak, lepiej rozpalić z dala od szczytu pagórka.
xxx
– Kiedy Felipe wyjeżdża?
Balansujący na szczycie chwiejnej drabiny Savo spojrzał w dół, na pirata obładowanego łopatą, wiaderkiem, wypchanym workiem i jakimś długim zwojem. Pociągnął nosem. Smoła? – Za trzy dni – odparł i zamrugał. Smoła też, ale... terpentyna?
– Hincha? – Jack przechylił głowę pytająco.
– Ehe.
– A gdyby tak jutro o świcie? Do Port-au-Prince?
Brwi Savo podjechały do góry. Spojrzał odruchowo nad dachem, w kierunku schowanej prawie milę dalej w lesie szopy, kryjącej wóz i dwa woły. Ku dolinie prowadziły tylko wąskie, ledwo widoczne ścieżki, a wszelki ładunek wędrował zwykle na oślich i ludzkich grzbietach; pierwszy nieco szerszy szlak zaczynał się dopiero od szopy.
Prawie osiem lat temu, do doliny nie wiedzieć skąd przyplątał się mały chudy Metys z wielkimi wystraszonymi oczami, w nadpalonych strzępach o wiele za dużej koszuli. Dziś Felipe wyglądał na jakieś szesnaście lat, znał szlaki Hispanioli lepiej niż większość ludzi własne kieszenie i wykazywał nieprzeciętny talent targowy, mimo że nikt nigdy nie słyszał, by w ciągu tych lat wyrzekł choć słowo. Teraz poszedł właśnie zamknąć na noc woły.
– Do Hinchy obróci w jeden dzień. – Resztę oczywistości w rodzaju „i dostanie tam wszystko, co trzeba" Savo pominął. Milczące „więc?" zawisło ciężko w powietrzu.
– Więc pewnie cię nie zainteresuje sto liwrów za skrzynkę cygar?
Savo nie zapytał, skąd Jack wie o schowanych pod podłogą cygarach. – Skąd nagle sto?
– Lucecita się spóźnia już trzeci tydzień. Do Jamajki też nie dotarła. Chodzą słuchy o burzy za Kajmanami.
– Hmmf... – Savo zmarszczył brwi. Kursująca co pół roku między Hawaną, Port Royal, Port-au-Prince i Santo Domingo, przesiąknięta tytoniową wonią od zęz po topy masztów Lucecita, oficjalnie nosząca dostojne miano Santa Lucii, zawsze brnęła przez fale z gracją morskiej krowy i, jak przysięgali niektórzy złośliwcy, pochodziła jeszcze ze stoczni starego Noego, służąc ongi za szalupę na Arce. Ale nawet jak na nią, trzy tygodnie były już powodem do niepokoju. A między kupcami niepokój może być rzeczą nader zyskowną. Francuska giełda musiała już wrzeć. Jeszcze góra tydzień i sto dwadzieścia liwrów za skrzynkę zacznie się niejednemu kalkulować bardziej niż każdy kolejny dzień w porcie...
– Jak dopłynie, stargują do siedemdziesięciu albo niżej, za opóźnienie – mruknął. Pociągnął podejrzliwie nosem i kaszlnął.
– Jeśli dopłynie. – Jack wzruszył ramionami i upuścił łopatę. – Daj spokój – dorzucił, schylając się. – Kto w Hinchy ma bodaj pięćdziesiąt naraz?
– Przeor. I płaci w peso.
– I będziesz mu woził skrzynkę co kwartał? – Jack machnął niecierpliwie łopatą. – Cygara padre ma od własnych owieczek, za Pater noster. Za to ponoć lubi zgrzeszyć dobrym burgundem. Tylko nieczęsto miewa okazję, bo jego owieczki na francuskie wybrzeże rzadko się zapuszczają. – Pirat przechylił głowę i zmrużył oko, z uśmiechem.
– Hmmf... – Savo skrzywił się, bardziej zresztą dla zasady. Nawet siedemdziesiąt liwrów brzmiało milej niż pięćdziesiąt peso, szczególnie jeśli część tych liwrów mogła wrócić w formie pełnych butelek z perspektywą zamiany na peso. A skrzynki z cygarami leżały - i wietrzały! - już od dobrych dwóch miesięcy.
– Dobra – zdecydował. – Ale wina dopilnujesz osobiście! Felipe mogą wcisnąć jakieś zeszłoroczne pomyje...
Jack otworzył szeroko oczy w demonstracyjnym oburzeniu. – A skąd wiesz, że w ogóle chcę jechać?
Savo nie powiedział nic, ale politowania w jego spojrzeniu można byłoby używać jako okrętowego balastu.
Jack prychnął i przewrócił oczami. – Dziesięć butelek dla mnie. I po cygarze na każdą.
– Stoi! – Savo wyszczerzył się szeroko, po czym zakaszlał znowu i przetarł oczy. Zaczynały mu łzawić.
Jack posłał mu lekko urażone spojrzenie. – Zdaje się, że powinienem był zacząć od dwudziestu.
Savo zamrugał i rozkaszlał się mocniej. – Kapitanie, dołożę ci jedenastą, z cyhyy! ...garem, i nawet nie zapytam czy ten twój pagórek jutro nie wyleci w powietrze, tylko idźże wreszcie w jasną zarazę... hyy...! najlepiej w jakieś przewiewne miejsce...
Jack błysnął zębami w lisim uśmiechu. – Nie wyleci. Ale możesz tu różnych po dobroci ostrzec, że w okolicy się snują cuchnące i głodne upiory. Najbardziej im smakują ciekawscy, co grzebią w ziemi. Po takich oblizują pazury, zapijają terpentyną i gubią butelki. Jak się kto o jaką potknie, już po nim.
– I trzech równych kroków nie mogą zrobić, za to przy każdym dzwonią? – Savo pokiwał głową. – To chyba widziałem. Rozumie się, że ostrzegę, gdzieżbym narażał przyzwoitych ludzi na takie spotkanie... – Machnął pożegnalnie do pirata znikającego za węgłem i wrócił do utykania palmowych liści pod okapem.
Chwilę później poderwał głowę. Wschodni magazyn! Pięć bel muślinu! Barnaba Kudłacz miał je zabrać pojutrze. Przeklęta bawełna łapczywie chłonęła nawet woń drewna, na którym leżała.
– Jack! – wrzasnął Savo i zleciał z drabiny.
