Rozdział XI

„Nie ma przeznaczenia"

Kiedy świat przestał migotać, kręcić się i chwiać w posadach, okazało się, że mieli szczęście. Albo i go nie mieli, zależy z czyjej perspektywy patrzeć.

Will z takiego biegu wydarzeń była nawet zadowolona.

Stała praktycznie naprzeciwko czterech pozostałych Strażniczek, w piwnicy starej księgarni. Phobos stał za nią, w cieniu. Ciągle czuła ciepło jego ręki, wyczuła też lekkie drgnięcie mięśni, gdy zorientował się w sytuacji. Wysunął z jej dłoni własną, niemal natychmiast, pewnie chcąc zamaskować tym poprzednią reakcję, ale kilka wspólnie spędzonych godzin sprawiło, że znała go aż nazbyt dobrze. Był bardzo łatwą do zinterpretowania osobą, mimo że uparcie próbował udawać, że jest inaczej.

– Will…! – wykrztusiła Cornelia, po czym podbiegła i zamknęła ją w mocnym uścisku. – Tak się martwiłam!

– Wierzę… – wykrztusiła dziewczyna, klepiąc przyjaciółkę po plecach i mając nadzieję, że nie zostanie uduszona.

– To dobrze – ucięła Irma. – A teraz mów, co się w ogóle stało. To wszystko jest mocno chaotyczne, to zniknięcie ze szpitala, potem walka z Taranee…

– Walka z Taranee? – podchwyciła Will, mrugając gwałtownie.

– Może zaczniesz od tego, co o n tutaj robi – wtrąciła Strażniczka ognia, patrząc sponad oprawek okularów na Phobosa, który nadal stał gdzie stał, całkowicie ignorując wrogie spojrzenia, jakie na siebie ściągał poprzez samą obecność.

– Pomógł mi – przyznała szczerze.

– Pomógł – Irma uniosła brwi, a cała jej postawa wyrażała szczere zdumienie. – Ale… serio?

– Serio – powiedziała Will. – Gdyby nie pomoc Phobosa, to prawdopodobnie w ogóle bym się nie wydo… nie obudziła, ani nie wróciła tutaj.

– Jakoś trudno mi w to uwierzyć – burknęła Lair, nadal patrząc podejrzliwie na księcia.

– Mogę zapytać – zaczęła ostrożnie Taranee. – Dlaczego jej pomogłeś?

– To w zasadzie dobre pytanie – Phobos wzruszył ramionami.

– Nie wiesz – Strażniczka ognia poprawiła okulary na nosie, a w jej głosie brzmiało niedowierzanie.

– Nie wiem – potwierdził książę, nadal całkowicie obojętnym tonem, zupełnie jakby wcale nie obchodziło go to, że jest otoczony przez Strażniczki Kondrakaru, w dodatku nie nastawione do niego szczególnie przyjaźnie.

– Cóż, to bardzo miłe z twojej strony, że to zrobiłeś – powiedziała Hay-Lin, najwyraźniej próbując jakoś załagodzić sytuację. – Gdyby nie ty, to Will pewnie by…

– Była martwa? – dokończył za nią.

Skinęła głową, chociaż nie wyglądała na szczególnie zadowoloną z tego faktu.

– Zrobiłyście wtedy to, co trzeba było zrobić – ucięła Will. – To nawet nie jest ważne w tej chwili.

– Ciekawie do tego podchodzisz – syknęła Irma. – Prawie zginęłaś, a…

– Regularnie mi się to zdarza – przerwała jej po raz kolejny Powierniczka Serca. – Teraz liczy się to, że ktoś albo coś kontroluje więźniów Mglistej Wieży, zmusza ich do walki, zamienia w bezwolne kukły…

– Machiny zniszczenia raczej – skrzywiła się Cornelia. – Ale masz rację, coś jest bardzo nie tak. Nawet z samym Kondrakarem.

– Masz na myśli to, że próbowali mnie zabić? – zapytała Will mając nadzieję, że jej ton był wystarczająco obojętny. Na samą myśl o decyzji, którą podjęli, ze strachu przed siłą, której nie potrafili zidentyfikować ani zrozumieć, rozpalała się w niej wściekłość. I kilka innych uczuć, których nie chciała ujawniać nigdy i przed nikim.

Nie spotkałaby się ze zrozumieniem czegoś takiego, tego natłoku negatywnych, złych uczuć, które nigdy nie powinny się przecież pojawić w czystym, niewinnym umyśle nastolatki, w umyśle kogoś, kto dzierżył moc mającą za zadanie ochronić bezbronnych przed wielkim złem.

Jedyna osoba, która tak naprawdę to rozumiała, stała tuż za nią i przez bardzo długi czas stanowiła manifestację wszelkich okropności we wszechświecie, symbol nocnych koszmarów i okropności, jakie mogą spotkać ludzkość.

– Owszem – Taranee po krótkiej chwili przytaknęła, przełykając ślinę. – Zachowują się… inaczej. Mam wrażenie, że są zdesperowani, boją się.

– Skąd wiesz, że się boją? – zapytała Will, unosząc lekko brwi. Mniej więcej w tej samej chwili dotarło do niej, że to był jeden z nawyków Phobosa. Jego mimika najwyraźniej stanowiła zaraźliwe draństwo.

Taranee przygryzła wargę, patrząc z wątpliwością na Phobosa, figurę w cieniu górującą nad nimi wszystkimi.

– A, tak – westchnęła Will. – Telepatia. Mogłaś przeczytać ich myśli.

– Nie przeczytać, większość z nich ma jakieś tarcze i bariery – mruknęła Taranee. – Ale ich uczucia były na tyle intensywne, że je wyczuwałam. Coś sprawia, że wielu potężnych ludzi zamieniło się nagle w armię zombie, bezmyślnie niszczących wszystko na swojej drodze, a oni nie mają pojęcia, co to było. Nie wiedzą z kim walczyć, przeciwko komu nas wysłać. I to ich właśnie przeraża.

– Stracili władzę – Phobos uśmiechnął się krzywo, w jego głosie dźwięczał śmiech.

– Nie użyłabym akura słów – skrzywiła się Strażniczka.

– Dlaczego? – zdziwił się książę. – Tak to właśnie wygląda. Do tej pory kontrolowali wszystko, co znajdowało się w zasięgu ich wzroku, a biorąc pod uwagę to, że obserwują absolutnie wszystko…

– Nagle pojawił się jakiś nowy element – dokończyła za niego Will. – Nieznany, niezrozumiały i najwyraźniej wrogo nastawiony. Nawet nie wiedzą, jak się bronić.

– Najwyraźniej? – prychnęła Irma. – To wygląda tak, jakby to coś, czymkolwiek jest, co przejmuje kontrolę nad zombiakami, chciało zniszczyć wszystko, z czym Kondrakar jest powiązany, do czego kiedykolwiek przyłożył rękę…

– Piosenka – zrozumieli w jednej chwili Phobos i Will, wypowiadając słowo w dokładnie tym samym momencie.

– Przepraszam, ale co?! – jęknęła Irma patrząc na nich, jakby zwariowali.

– Tuż po tym, jak zniknęliśmy z Meridianu – zaczęła Will, ostrożnie dobierając słowa. Jakoś nie miała ochoty powiedzieć, że prawie została zabita przez swoją najlepszą przyjaciółkę w desperackiej sytuacji. Doskonale rozumiała, że Taranee musiała to zrobić i nie czuła żalu, ale podejrzewała, że to przekonanie nie było obustronne. Wystarczyło spojrzeć w jej oczy… potrząsnęła głową i kontynuowała, odpędzając niechciane myśli. – Trafiliśmy do świata, który znajdował się poza Siecią.

– To niemożliwe! – Hay-Lin głośno wciągnęła powietrze.

– Tak wam powiedziano – Phobos wzruszył ramionami. Taranee bacznie go obserwowała, praktycznie nie odrywając wzroku. Will zaczęła się zastanawiać, czy dziewczyna próbuje wyczytać coś z myśli księcia. Jeżeli nawet, to szczerze wątpiła, by znalazła tam coś użytecznego. Nawet teraz, kiedy był absolutnie spokojny, był jednocześnie absolutnie szalony.

– Ludzie stamtąd nie mogli pójść nigdzie indziej, nawet nie mogli stworzyć portali takich, jak w Meridianie – kontynuowała Will. – To było jak więzienie.

– Bardzo duże więzienie – mruknęła Irma.

– Ale wciąż… jak byś się czuła ze świadomością, że nie możesz iść tam, gdzie masz ochotę, bo ktoś ci tego zabronił, bo dawno, dawno temu ktoś z kim ewentualnie mogłaś być spokrewniona zrobił coś, co ktoś inny uznał za zło?

–Odpowiedzialność zbiorowa na masową skalę – skrzywiła się blondynka, przypominając sobie wszystkie kary i szlabany, jakie spadły na jej głowę tylko dlatego, że Lilian nabroiła. To nijak nie miało porównania do sytuacji ludzi odgrodzonych przez Kondrakar, ale dawało przynajmniej jakieś wskazówki, w którą stronę patrzeć, żeby zrozumieć… chociaż wybitnie nie miała ochoty tego robić.

– Jakimś sposobem zdołali wykreować inny rodzaj magii – ciągnęła Will. – Poprzez piosenkę wzmacniali efekt swoich starań i to nie było przyjemne. Cały gniew, nienawiść, strach… wszystkie te negatywne uczucia przelali w dźwięki i za ich pomocą próbowali uderzyć w Kondrakar.

– Ale… taka odległość i w dodatku odgrodzenie od sieci… – wymamrotała Hay-Linz niedowierzaniem. – To niemożliwe, to zbyt dużo, nawet my używając Serca Kondrakaru nie mamy takiej mocy.

– Najpierw, po wielu latach nieudanych prób, znaleźli kotwicę – odezwał się Phobos całkowicie spokojnym, obojętnym głosem. – Coś, o co mogli się oprzeć, zorientować, znaleźć początek.

– I znaleźli ciebie – powiedziała Taranee.

To było aż nazbyt proste, aż nazbyt logiczne. Któraś z kolejnych desperackich prób sięgnęła do jedynej istoty, która znalazła się poza krawędzią wydarzeń, poza którymkolwiek ze światów, ale wystarczająco potężnej, aby otworzyć im przejście poprzez Sieć, umożliwić dalsze działania.

Phobos, zgodnie z podejrzeniami Kondrakaru był przyczyną obecnej sytuacji, ale jednocześnie był też skutkiem ich błędów, głupiego postępowania, karania całych światów za błędy jednostek.

Koło zamykało się, zamykając ich w niekończącej się spirali akcji i reakcji.

– Powinniśmy o tym powiedzieć w Kondrakarze – stwierdziła Hay–Lin. – Muszą się dowiedzieć, może wtedy…

– Jeżeli chcecie próbować, proszę bardzo – uśmiechnął się kpiąco Phobos.

– Ty też – warknęła w jego kierunku Irma. – Jakoś nie widzę, żebyś miał jakikolwiek inny wybór, poza pójściem z nami.

Książę zaśmiał się kpiąco, a jego sylwetkę i ziemię wokoło oplotła sieć utkana z błękitnej, świetlistej pajęczyny, układającej się w skomplikowane wzory, migoczącej pomimo braku jakiegokolwiek źródła światła. Sam Phobos wydawał się stawać coraz mniej materialny, jakby przezroczysty, żeby w końcu zniknąć bez śladu.

– Dokąd on uciekł?! – syknęła Irma.

– Nie mam pojęcia – przyznała szczerze Taranee.

– Przecież mogłaś czytać w jego myślach…

– Próbowałam! – jęknęła dziewczyna.

– Nie mów, że się nie dało… – Cornelia otworzyła szerzej oczy, wpatrując się w nią w oszołomieniu. Kontakt telepatyczny był do tej pory jedną z nielicznych naprawdę pewnych rzeczy w świecie wypełnionym magią, naginającą bezkarnie prawa fizyki.

– Nie chodzi o to, że nie mogłam – mruknęła Taranee, krzywiąc się. – Chodzi o to, że nie dało się z niego wyciągnąć niczego konkretnego, myśli było za dużo!

– To znaczy, że zgodnie z przypuszczeniami jest po prostu szalony? – zapytała Irma.

– Nie – Taranee pokręciła głową. – To było zupełnie, jakbym nie zaglądała w umysł jednej osoby, a wielu.

– Jak wielu? – zapytała Will, marszcząc brwi. Miała pewne niejasne przeczucie, chociaż zupełnie nie rozumiała jego źródła.

– Nie mam pojęcia – Strażniczka wzruszyła ramionami. – Co powiedzie na kilka tysięcy? Tak na początek?

– Nie mówisz chyba poważnie – jęknęła Hay-Lin.

– Zgaduję – Taranee prychnęła. – Nie było sposobu, żeby ocenić, ile ich było. Odczułam tylko natłok myśli, sprzeczności… jeżeli tak wygląda jego umysł to dziwię się, że jest w stanie zrobić cokolwiek, zamiast leżeć gdzieś w katatonii, czy coś.

– To Phobos – Will wzruszyła ramionami. – Spodziewasz się po nim czegoś normalnego?

– Teraz z całą pewnością powinnyśmy udać się do Kondrakaru – zmarszczyła brwi Hay-Lin a reszta przyznała jej rację.

Nawet, jeżeli udadzą się tam tylko po to, żeby uzyskać potwierdzenie swojej teorii, to będzie to już coś, o co będzie się można oprzeć, na podstawie czego będzie można zaplanować dalsze działania.

Przechodzenie przez portal do Białej Twierdzy tym razem miało w sobie coś zimnego, stwierdziła z lekkim zdziwieniem Will. W przeciwieństwie do teleportacji z Phobosem, kiedy czuła zimny, pewny strumień mocy drugiej osoby, kiedy delikatne igiełki wyładowań drażniły skórę, błądząc po niej sobie znanymi ścieżkami, podróż przez Portal była bezosobowa i chłodna.

Maszerowanie korytarzami Kondrakaru też wydawało się jakieś inne niż zwykle, bardziej obce, bardziej zdystansowane, jakby już nie była mile widziana w tych murach.

Jej obcasy wybijały stanowczy, nierozpoznawalny rytm na marmurowej posadzce, zdradzając to, że zbliżała się.

Przywołała na twarz obojętny wyraz, nie wiedząc do końca, czego może się spodziewać, ale przypuszczając, że reakcja na informację o uwolnieniu Phobosa nie będzie zbyt mile powitana.

Z całą pewnością jednak to, co zastała za jasnymi, ciężkimi i pokrytymi misternymi zdobieniami wrotami przekroczyło granice jej wyobraźni.

Nigdy do tej pory nie widziała Himerisha wściekłego. Mężczyzna sprawiał wrażenie absolutnie spokojnego w taki sam w sposób, w jaki spokojni byli buddyści. Niewzruszony, ale sprawiedliwy i dobry, stojący po właściwej stronie.

Z furią wymalowaną na twarzy był prawie nierozpoznawalny.

– Wróciłam – powiedziała po prostu, starając się ignorować wszystko to, co jej się nie podobało. – Ale to już wiecie. To, w jaki sposób wróciłam, pewnie też.

– Nie masz pojęcia, co zrobiłaś! – warknął Himerish.

Will zamrugała i poczuła, jak także i ją zaczyna wypełniać ją wściekłość.

Nigdy w życiu nie czuła się równie podle, jak w tej chwili. Człowiek, któremu ufała, w którego mądrość wierzyła, nie dość, że nie pomógł jej kiedy tego potrzebowała, wysłał zabójcę, kiedy uznał, że ona nie będzie mu już potrzebna, a po tym wszystkim, gdy okazało się, że jakimś cudem zdołała ocalić swoje życie, on śmie prawić jej kazania!

– Jak możesz… – zaczęła i ze zdumieniem zauważyła groźbę czającą się we własnym głosie.

– Milcz! – rozkazał twardo Wyrocznia. – Uwolniłaś coś, czego nie wolno było uwalniać!

– To był jedyny sposób, żeby wyjść z tego cało, bo nikt inny nie był łaskaw pomóc – prychnęła. – Czym ja właściwie dla was jestem, co? Jakim narzędziem, którego można użyć do zmiażdżenia wszystkich niewiernych, a potem odrzucić, kiedy przestanę spełniać wymagania?

– Jesteś Strażniczką Kondrakaru, twoją powinnością jest dbać o interes całego wszechświata – przerwał jej tyradę Himerish. – A swoim lekkomyślnym uczynkiem sprawiłaś, że pojawiło się zagrożenie…

– …jakim Phobos był zawsze – warknęła, przerywając mu tyradę. – Bardzo mi z tego powodu przykro, ale był jedyną osobą, jaka w ogóle wyraziła ochotę, aby mi pomóc, a nie mnie zabijać!

– To leżało w jego interesie – odparował bez zająknięcia Himerish.

– Owszem – zgodziła się Will. I kontynuowała, zaskoczona tym, jak bardzo jadowite potrafiły być jej własne słowa. – Ale także w waszym, czyż nie? Teraz, kiedy Serce Kondrakaru wróciło, możecie w końcu przestać bohatersko robić w spodnie i zająć się tym, do czego sami się zgłosiliście!

– O ile świat właśnie nie został zgubiony ostatecznie – skrzywił się Wyrocznia.

– Nadal nie rozumiem, co jest tak bardzo przerażającego w Phobosie – Will wzruszyła ramionami. – Nie zmienił się tak bardzo od ostatniego spotkania. Chociaż dobra, może trochę. Nie usiłował mnie zabić, w przeciwieństwie do niektórych.

– To już jakiś postęp – Irma uśmiechnęła się krzywo.

– Zupełnie nie pojmujecie sytuacji – upierał się przy swoim Himerish.

– Więc? – Cornelia uniosła brwi i założyła ręce na piersi, patrząc na niego wyczekująco. – Co takiego zmieniło się w naszym starym znajomym, że nagle przeraża cię tak bardzo, że zaczynasz zachowywać się irracjonalnie?

– Phobos stał się tym, co nie miało prawa powstać – z ciężkim westchnieniem zaczął Wyrocznia.

Jego zazwyczaj spokojna twarz zdradzała napięcie, była blada, a oczy pełne powagi, zimne niczym dwie bryły lodu.

Wyglądało na to, że nie tylko Phobos się zmienił.

Albo że teraz widziały to, czego wcześniej nie potrafiły dostrzec.

– Więc? – zapytała niecierpliwym tonem Irma. – O co w tym wszystkim chodzi i dlaczego tak nagle jesteście zupełnie przerażeni Phobosem? To nie tak, że nie pokonałyśmy go wcześniej... ze dwa razy, jak nie trzy.

– Nie rozumiesz – syknął Wyrocznia.

– Więc mi wyjaśnij – żachnęła się. – Słuchaj, samo wmawianie mi, że czegoś nie ogarniam nie sprawi, że nagle magicznie zacznę rozumieć, co masz na myśli.

Himerish zacisnął zęby. Jego twarz zasnuta była cieniem, z wymalowanymi wieloma uczuciami, co samo przez się wyglądało obco, nienaturalnie. Do tej pory jego osoba stanowiła coś w rodzaju manifestacji absolutnego spokoju, chodzącej nirwany. Teraz, ze zmarszczonymi brwiami i chmurnym spojrzeniem, gdy szerokie wyżłobienia sprawiały, że wyglądał zdecydowanie starzej niż kiedykolwiek, w jakiś sposób go odczłowieczały.

– Phobos – zaczął w końcu. – Wydostał się poza to, co nazywamy rzeczywistością.

– Nigdy za nią nie przepadał – Irma wzruszyła ramionami.

– Zamilknij!

– Dobra, dobra...

– Wydostał się, po czym wrócił, ściągnięty przez nieznaną siłę, co samo przez się stanowi zagrożenie.

– A dlaczego? – Taranee zmarszczyła brwi. – Naturalnie on zawsze był groźny, z całą swoją mocą i koszmarnym charakterem, ale dlaczego dopiero teraz traktujecie go, jak coś przerażającego?

– Wracając tutaj złamał absolutnie wszystkie zasady, jakie obowiązują w rzeczywistości – powiedział Himerish poważnym tonem. – Wszystkie prawa, jakie trzymają wszechświat w ryzach, jakie ograniczają nawet Kondrakar, jego nie dotyczą.

– Fakt, to brzmi jak problem.

– On jest wyrwą w rzeczywistości i musi zostać zniszczony, zanim zrealizuje, co jest w stanie zrobić – powiedział stanowczo Himerish, patrząc na nie władczo.

– Byłabym wdzięczna, gdybyś ujął to nieco konkretniej – burknęła Irma. – Wyrwa w rzeczywistości może i brzmi dramatycznie, ale absolutnie niczego nam nie mówi.

Wyrocznia westchnął ciężko, najwyraźniej załamany brakiem karności kogoś, kto był stworzony do wypełniania poleceń Kondrakaru. Albo innymi rzeczami, ciężko było powiedzieć.

liczyło się tylko to, że zupełnie nagle stali po różnych stronach, nie rozumiejąc się. Musieli współpracować tylko dlatego, że w inny sposób wszystko co znają może zostać anihilowane... o ile w ogóle mówił im prawdę. A im dłużej obserwowały i analizowały cała tę sytuację, tym bardziej nie były tego pewne.

– On może przekształcać świat, wędrować pomiędzy alternatywami – powiedział w końcu Himerish.

– Przykro mi, ale nadal nie rozumiem... – westchnęła Taranee, kręcąc głową.

– Rzeczywistość, którą znacie, nie jest jedyną możliwą ścieżką, jaką kroczy świat – zagłębił się w temat Wyrocznia. – Jest ich naprawdę wiele, a każda różni się czymś od swoich odpowiedniczek. W pewnym momencie został podjęty inny wybór, który doprowadził do innych skutków, większych lub prawie niezauważalnych.

– Czyli... w jednym świecie zjadłam na śniadanie jajecznicę, a w innym tosty? – Irma przekrzywiła głowę. – Nie brzmi tak groźnie, jak się trochę zmiksuje, to nie powinno się nic stać...

– W innym świecie w ogóle się nie urodziłaś – uciął Wyrocznia. – W jeszcze innym twoi rodzice się nie spotkali, a gdzie indziej umierasz w wypadku samochodowym. Jest rzeczywistość, w której trwa wojna, ogarniająca całą ziemię, jest świat w którym Strażniczki przegrały.

– I chcesz powiedzieć, że jest w stanie... połączyć to wszystko? – Taranee zmarszczyła brwi. – A co się stanie z naszymi odpowiednikami? Jakoś nie wydaje mi się, żeby było możliwe, aby po świecie biegało kilkanaście... albo i kilkaset mnie.

– Bo i nie jest – skrzywił się Himerish. – Im bardziej zniekształcone będą granice pomiędzy rzeczywistościami, im bardziej światy będą się zlewać, tym równowagę będzie bardziej chwiejna. W końcu wszystko się załamie i zostanie unicestwione.

– Dlaczego? – zapytała Hay-Lin.

– Bo jest rzeczywistość, w której wszechświat nigdy nie zaistniał – wyjaśnił spokojnie Himerish. – Teraz rozumiecie, dlaczego jestem zdesperowany, aby za wszelką cenę powstrzymać księcia, zanim zrobi coś nieodwracalnego?

Strażniczki z ponurymi minami skinęły głowami.

– Wygląda na to, że tymczasem musimy jeszcze współpracować. – Stwierdziła Will. – Ten jeden raz.

– Powinniśmy ustalić jakieś priorytety i plan działania – mruknęła Taranee.

– Phobos jest priorytetem – powiedział z naciskiem Himerish.

– Niekoniecznie – wtrąciła się Yan-Lin. – Potrzebuje czasu, żeby odkryć, co właściwie potrafi, nie wspominając o zorientowaniu się, jak to właściwie zrobić.

– Nie możemy ryzykować…

– Przypominam – powiedziała z naciskiem, wpadając mu w słowo – że oprócz Phobosa po wszystkich światach nadal krążą bardzo niebezpieczni ludzie, którzy niszczą wszystko na swojej drodze i muszą zostać powstrzymani.

– To nie jest w tej chwili ważne!

– Chcesz powiedzieć, że życie wielu niewinnych osób się nie liczy? – kobieta przekrzywiła głowę, patrząc na niego chłodno. – Od kiedy Kondrakar dba wyłącznie o siebie?

– Odkąd od tego zależy los całego wszechświata!

– Przypominam – wtrąciła się Will – że to przez Kondrakar cała ta sytuacja w ogóle zaistniała. Gdyby nie odcięli od Sieci tamtego świata, to nikt nie miałby powodów do tego, żeby stworzyć Piosenkę i cała ta sytuacja nie miałaby miejsca.

– To było jedyne rozwiązanie…

– Sam mówiłeś, że zawsze jest jakieś inne rozwiązanie – dziewczyna spojrzała mu prosto w oczy.– Nie chcesz chyba powiedzieć, że kłamałeś? Że wszystkie te słowa o ścieżce sprawiedliwości, o dbaniu o dobro wszystkich ludzi, a nie tylko tych wybranych, to bajka dla dzieci?

– Wyższe dobro czasami wymaga poświęceń – powiedział Himerish.

– Nie w moim świecie – powiedziała stanowczo Will. – Dziewczyny, idziemy. Mamy świat do uratowania.

– I to nie jeden – uśmiechnęła się krzywo Irma i bez wahania ruszyła za nią. To samo po chwili zrobiła Cornelia.

Hay-Lin zatrzymała się na chwilę, by spojrzeć na swoją babcię, ale kobieta z uśmiechem skinęła jej głową, więc dziewczyna pobiegła, aby dołączyć do przyjaciółek.

– Naprawdę w to wierzysz? – zapytała Taranee, jedyna Strażniczka, która pozostała w pomieszczeniu. – W poświęcanie jednostek dla wyższego dobra?

– To nie wiara – powiedział spokojnym tonem Himerish. – To pewność. Widziałem narodziny i śmierć wielu światów. Nie da się utrzymać względnego pokoju bez jakichkolwiek ofiar, nie da się powstrzymać wojny, bo zawsze będzie ktoś nieszczęśliwy. Taka jest rzeczywistość.

– To smutne – stwierdziła Taranee z westchnieniem.

– Ty też odejdziesz – stwierdził Himerish.

– Owszem – skinęła głową. – Ale w przeciwieństwie do nich, ja rozumiem twoje podejście. Nie pochwalam, ale rozumiem.

– Ty też jesteś zdolna do poświęceń – przyznał Wyrocznia. – Nawet jeżeli rozerwie to twoją duszę w pół, podejmiesz właściwą decyzję.

– Dlatego właśnie idę z nimi – powiedziała Strażniczka. – Ktoś musi być pozbawionym złudzeń sukinsynem do obwinienia.

Obserwowali w milczeniu oddalającą się ostatnią ze Strażniczek, Himerish z nieodgadnionym wyrazem twarzy, Yan-Lin ze zmarszczonymi brwiami. Kandor westchnął ciężko. Jako jedyna osoba w sali zamiast poświęcać swoją uwagę dziewczętom, wolał spoglądać ku Wyroczni i jego przyjaciółce. Prawdopodobnie byłej przyjaciółce, patrząc na to, jak szybko ta dwójka się od siebie oddaliła, gdy tylko pojawiło się coś, co do czego się nie zgadzali.

Jeżeli nie znajdą wspólnego języka, prędzej czy później Biała Twierdza ulegnie podziałowi, bo za każdym z nich podążyłoby wielu, każde z nich też miało ludzi nieprzyjaznych. Polityka Kondrakaru wcale nie różniła się tak bardzo od polityki jakiegokolwiek innego świata. Po prostu zabierała trochę więcej czasu, a sprzeczki trwały o wiele dłużej, bo wszyscy byli nieśmiertelni.

– To przykre, że w tak młodym wieku wypowiada się tak cyniczne słowa – rzekła w końcu Yan-Lin.

– To Strażniczka Kondrakaru, nie dziecko – stwierdził Wyrocznia.

– Byłaby dzieckiem, gdyby nie my – zauważyła przytomnie kobieta. – Jakie mamy prawo, żeby odbierać komuś dzieciństwo?

– Jakie mamy prawo, żeby tego nie robić, jeżeli od tego jednego utraconego dzieciństwa zależy los wszechświata? – Himerish uniósł brwi. – Nie jednego w dodatku. Nigdy wcześniej sytuacja nie była aż tak poważna.

– Nigdy wcześniej nie sądziłam, że jesteśmy aż tak podobni do tego, z czym walczymy – powiedziała stanowczo i głośno Yan-Lin, po czym oddaliła się.

Jakież teatralne wyjście, skrzywił się Kandor.

Była to dla niego bardzo przykra, ale i bardzo jednoznaczna informacja. Wewnętrzna, niewidzialna wojna rozpoczęła się, Yan-Lin ustaliła granicę pomiędzy sobą, a Himerishem. Wkrótce nastąpi podział. Potem… potem może nie stać się nic, bo istotnie, stali u progu zniszczenia.

Jakimi małymi ludźmi byli ci, którzy w swej nieśmiertelności mieli stanowić jedynie krynicę mądrości, obserwatorów i uczonych! W chwili zagrożenia zupełnie jak ci marni śmiertelnicy, zaczynali szukać winnych, zaczynali sprzeczać się ze sobą, zaczynali odstępować od siebie, wytykając sobie nawzajem błędy, zamiast podjąć akcję.

xxx

Był sobie świat, w którym pewnego dnia urodził się potwór. Potwór nosił ludzką twarz, ale zarówno jego serce jak i umysł były niczym wykute z lodu. Zimne i pozbawione jakichkolwiek uczuć.
Naturalnie żyli tam też inni ludzie, w tym jego matka, bo nawet bestie miewają matki i rodziny.

Próbowała zmusić syna do tego, żeby był zwykłym człowiekiem, próbowała obudzić w nim nieistniejące uczucie, jednakże przywołała jedynie frustrację, zrodzoną z niemożności sprostania jej wymaganiom. Budząca się furia domagała się jakiegoś ujścia, budując przez lata coś, co pewnego dnia musiało skończyć się tragicznie.

Kilka źle sformułowanych zdań i krew przypadkowego człowieka została przelana, plamiąc jasny kamień, zostawiając na nim niemożliwy do zmycia ślad.

Krzyknęła przerażona, widząc dzieło rąk własnego dziecka, ale nie zrezygnowała z walki o uczynienie go normalnym. Przywołała prastarą magię i związała dziecko ze sobą nićmi trwalszymi niż ze stali, wymuszając posłuszeństwo, przejmując kontrolę.

Ale to nie pomogło. Raz przetarty szlak domagał się dalszej eksploracji, głód krwi narastał i doprowadzał do szaleństwa, budząc po raz pierwszy pragnienie, dzikie i nieokiełznane.
Kolejne ciało padło na ziemię bezwładnie, rozchlapując dookoła krew, a opętańczy śmiech niósł się nad lśniącą od szkarłatu skałą.
A potem wrzask, gdy do poprzednich więzów dołączały kolejne i kolejne, odzierając z tego, co niektórzy nazywają wolą. Bo skoro własne decyzje powiodły do zbrodni, to dla niej oznaczały źródło tej niegodziwości. Raz zatamowane, zapieczętowane i wypalone nie powinno prowadzić do dalszych ofiar, do dalszego rozlewu krwi…

Szaleństwo jednak było silniejsze od jej kontroli i w końcu, gdy jasna skała przebarwiła się na brudny brąz, pozwoliła innym zająć się kłopotem, oddając bestię Wieży.
A gdy Wieża została opętana złą piosenką, potwór powrócił do własnego świata i robił dokładnie to, co wcześniej. Zabijał.

Tylko że teraz nie targało nim rozpaczliwe pragnienie, szaleństwo nie kołatało się pod czaszką. Nie było niczego, jakiegokolwiek uczucia, tak samo jak na początku.

No, może oprócz zmęczenia. Straszliwego, ciążącego z chwili na chwilę coraz bardziej, a jednocześnie uniemożliwiającego zmrużenie oka, bo ciało jakby poruszało się samo.

– Powinieneś odpocząć – powiedziała Strażniczka dźwięcznym głosem, rozplatając nici piosenki. – Śpij, nie ma już niczego, co mogłoby cię martwić.

Więc usnął.

Był sobie świat, w którym władca odrzucił serce swojej żony, wybierając zamiast tego młodszą, piękniejszą, która zajęła jej miejsce.
Wypędzona nieszczęśnica błądziła po leśnych ostępach, delikatna skóra na jej stopach pękała aż nazbyt łatwo, nie przyzwyczajona zupełnie do czegokolwiek różnego od miękkich dywanów, znacząc szlak jej wędrówki krwawym śladem.

Wiedziona instynktem i jakimś obłąkańczym natchnieniem, wyciągała raz za razem złocisty włos ze swojej głowy, zupełnie nie czując bólu i zaczepiała go o gałęzie drzew i krzewów, nucąc przy tym melodię, której sama nie znała.
A las obudził się na wezwanie melodii jej rozpaczy, stał się uległy związany złotem jej włosów, zapragnął zemsty za przelaną krew i łzy.
Mroczniejący gąszcz rozrastał się w upiornym tempie, zagarniając pola uprawne, przejmując panowanie nad wsiami, miażdżąc w potężnych korzeniach kamienne ściany.

W końcu las znalazł się tuż pod zamkiem tego, który ośmielił się tak skrzywdzić jego panią, wyciągał łakome konary po swoją ofiarę.
Władca, zdjęty zgrozą, zaczął błagać o ratunek, powołując się na prastarą magię i traktaty z Białą Twierdzą.

Pomoc przyszła, a wiedźma została zabrana gdzieś, gdzie nie uczyni jakiejkolwiek szkody.
Wraz z upływem lat pamięć o niej zanikała, by w końcu przeistoczyć się jedynie w straszliwą bajkę z dobrym zakończeniem, gdzie zło zostaje ukarane, a prawość nagrodzona.

Ale pewnego dnia las ponownie ożył, a pomiędzy konarami dostrzec można było tańczącą kobiecą postać nucącą coś do siebie, o lśniących złocistych włosach, ciągnących się za nią falą, do złudzenia przypominających barwę nici cieniutkiej pajęczyny, która oplatała wszystkie powykrzywiane w nienaturalny sposób mroczne konary, łapczywie zagarniające dla siebie cały świat.

– Nie musisz już śpiewać – powiedziała Strażniczka, uśmiechając się łagodnie i przesuwając palcami po korze drzewa, które uspokoiło się i zasnęło pod jej dotykiem. – Wszyscy już dawno odeszli. Ty też powinnaś.

Piosenka więc zamilkła wpół słowa, urwana i niedokończona.

Był sobie świat zbudowany całkowicie z lodu, który nawiedził płomienny demon. Pożoga została więc ugaszona, ale kiedy tylko opowieści o ogniu ucichły, powróciła w pełnej grozy chwale, jaśniejsza od tysiąca słońc.

Topiła wszystko na swej drodze, odzierała ze struktury i kształtu, w tumanach pary, pośród syku i skwierczenia, wśród potężnego huku i trzasków.

– To nie miejsce dla ciebie – powiedziała Strażniczka, bez strachu patrząc w płomień. – I dobrze o tym wiesz.

Więc ogień ucichł i zamilkł, a świat na powrót pogrążył się w błogiej ciemności, wracając powoli do swojego pierwotnego stanu, stapiając się w jedno.

Było sobie wiele światów, każdy ze swoim osobnym dramatem, każdy upatrujący pomocy w Białej Twierdzy, zupełnie jakby zrzucenie kłopotów na cudze barki raz na zawsze rozwiązywało wszystkie sprawy.

Było sobie wiele nieszczęść, a tam, gdzie pojawiały się nieszczęścia, brzmiała również zła piosenka, negująca wszystko to, co zostało uczynione, swoim kpiącym tonem roztrzaskując wszystkie osiągnięcia tych, którzy chcieli dobrze.

Było naprawdę wiele miejsc, które musiały pogrążyć się na powrót w ciszy, by mogły wrócić do własnej melodii.

xxx

– Więc wróciłaś – powiedział, nawet nie odwracając się, zajęty tym, cokolwiek robił.

– To było do przewidzenia, prawda? – zapytała Elyon, mierząc pustelnika chłodnym spojrzeniem.

Od ich wizyty niewiele się zmieniło. Nad wieżą, w której mieszkał, ciągle kotłowały się chmury burzowe, jakby nie mogąc się zdecydować, kiedy w końcu lunąć, a wnętrze budynku było tak samo mroczne i zaniedbane. Mogła nawet dostrzec w kurzu ślady ich stóp.

– Istotnie, trudno było się tego nie spodziewać – skinął głową i w końcu odwrócił się w jej kierunku. – Nie jesteś osobą, która zamknie oczy tylko dlatego, że nie podoba jej się to, co widzi.

– Wolę widzieć wszystko – mruknęła, nie do końca pojmując, dokąd prowadziła ta rozmowa. Jednak musiała wiedzieć to, co nie zostało powiedziane poprzednio.

To była prawdopodobnie jedyna istniejąca szansa na to, żeby w końcu zrozumiała własnego brata. Byłby to spory postęp, bo w chwili obecnej nawet nie rozumiała, dlaczego tak bardzo chce dowiedzieć się, co nim kierowało, co sprawiło, że stał się tym, kim się stał.

Poprzednio nie mogła zatrzymać się na tyle długo, żeby wydusić z pustelnika odpowiedzi na wszystkie gnębiące ją pytania, ale kiedy zagrożenie dla Meridianu minęło… mogła poświęcić parę chwil na to, żeby zrozumieć. I żeby uniknąć tej samej drogi, bo im bardziej dorastała, tym jej lustrzane odbicie bardziej przypominało postać brata. To naturalne, że byli podobni, każde rodzeństwo tak ma… ale jednocześnie coś w tym ją absolutnie przerażało i sprawiało, że budziła się w nocy zlana zimnym potem.

– Więc? – zapytała, siląc się na spokój. – Nie ruszę się stąd, aż mi nie powiesz tego, co chcę wiedzieć.

– Jeżeli nie mam ochoty tego powiedzieć, to trochę tu postoimy – odgryzł się staruch. – Nie wiem, czy zauważyłaś, ale mnie się nigdzie nie spieszy.

– Wydaje mi się, że jesteś mi winien tę odpowiedź – stwierdziła z pozoru obojętnym tonem.

– Na jakiej podstawie wysnuwasz takie teorie? – jego wąskie, pomarszczone wargi rozciągnęły się w nieprzyjemnym uśmiechu.

– Bo twoja osoba w jakiś sposób związana jest z tym, co stało się w Meridianie – powiedziała zimno, chyba nawet bardziej niż miała zamiar. – A ja jestem jego królową. Muszę wiedzieć.

– Niewiedza czasami jest błogosławieństwem – odparł zmęczonym tonem. Zupełnie nagle wydał się tak bardzo stary, zmęczony i marny. Był kiedyś mędrcem Kondrakaru? Patrząc na jego sylwetkę, na której wiek odcisnął srogie piętno, zakrawało to na kpinę.

– Nie mogę sobie na to pozwolić – wzruszyła ramionami. – Wygląda na to, że wszystkich władców ze mną włącznie dotknęło przekleństwo wiedzy, jeżeli tylko traktują swoje zadanie poważnie.

– A co zrobisz z wiedzą o przeszłości? – prychnął. – Nie da się wpłynąć na to, co już się stało, nie da się tego zmienić.

– Ale można nie robić tego ponownie – odpowiedziała spokojnie. Jakby to była całkowita oczywistość. Bo była, przynajmniej dla niej.

Kiedyś, kiedy jeszcze była tylko zwykłą dziewczynką w Heatherfield, nie lubiła lekcji historii. To, czego dopuścili się ludzie w zamierzchłych wiekach, to co robili niewiele ponad siedemdziesiąt lat temu… przerażało ją, tak samo jak teraz przeraża własne odbicie, coraz bardziej podobne do oblicza brata. Nie chciała uwierzyć, że ludzie mogą robić takie okropne rzeczy, że on te okropne rzeczy i jeszcze nazywali to sprawiedliwością.

Teraz… teraz przeszłość była tylko lekcją w szkole. Można zamknąć oczy i raz jeszcze zdać się na instynkt, dać się zamknąć w błędnym kole strachu, lub otworzyć oczy i przyjąć do wiadomości, że świat nie jest taki dobry, jaki miał być. Po czym go zmienić.

– Właśnie dlatego przestałem opowiadać ludziom o przeszłości – powiedział, a w jego głosie mogła dostrzec dokładnie to samo, co czuła w tej chwili, myśląc o historii. – Żeby nie popełniać dawnych błędów.

– Więc daj mi wiedzę, żebym i ja mogła – ucięła krótko, stanowczo i wbiła w niego wyzywające spojrzenie.

– Naprawdę będziesz tutaj stała aż do skutku, prawda? – roześmiał się chrapliwie.

Elyon po prostu skinęła głową. I czekała.

– To może być długa opowieść – westchnął w końcu, najwyraźniej się poddając. – Długa opowieść starego, ponurego człowieka.

– Mamy czas – stwierdziła.

A stary pustelnik zaczął mówić.

Opowiedział jej raz jeszcze o tym, jak w gwiazdach znalazł szlaki, z których można było odczytać poprzednie wcielenie osoby, jak można śledzić takt, w jakim poruszał się wielki krąg istnienia, stały i niezmienny, a jednak wiecznie inny.

Potem mówił o tym, że ludzie z czystej ciekawości zaczęli przychodzić do niego, by pytać o swoje przeszłe życie, a on opowiadał. Niektórym nie podobała się odpowiedź i nazywali go szarlatanem, inni wynosili z tego naukę.

Opowiedział o tym, jak pewnego dnia pojawiła się u niego kobieta, piękna i świetlista, a jej włosy przypominały poranną zorzę. Nie pytała o siebie, tylko o nowonarodzone dziecko, z troski o to, żeby nie popełniło błędów swoich poprzedników, a on, w swej naiwności, udzielił odpowiedzi.

Zgroza na jej twarzy, gdy usłyszała to jedno imię dała mu do myślenia, mimo że pojawiła się na krótką chwilę. Zaczął więc obserwować świat, z którego przybyła, a każdy kolejny dzień, każdy kolejny krok kobiety udowadniał mu, że udzielenie tej jednej odpowiedzi było największym błędem w jego życiu.

– Ona była… z Meridianu, prawda? – zapytała Elyon.

– Istotnie – skinął krótko głową.

– Była moją matką – stwierdziła młoda Królowa, a on po raz kolejny potwierdził.

Elyon przygryzła wargę w namyśle. Była tylko jedna odpowiedź, która mogłaby przerazić kogoś z Meridianu aż tak bardzo, żeby stało się coś złego.

– Domyślasz się, co usłyszała, prawda? – zapytał zdumiewająco łagodnym tonem.

– Morgon – wyszeptała. – To dość oczywiste, tyran ze starych opowieści… ale przecież niczego się nie pamięta z poprzedniego życia, prawda?

– Tak jest – przytaknął. – Zaczyna się po raz kolejny jako niezapisana karta, całkowicie odcięta od tego, co już było.

– Więc to była tylko ironia losu, że mojemu bratu też przeznaczone było zostać tyranem? – zapytała Elyon, marszcząc brwi.

– Nie ma czegoś takiego, jak przeznaczenie – uciął ostrym tonem, zupełnie innym od tego sprzed chwili. – Nie da się odczytać przyszłości, bo jeszcze się nie stała. Można tylko przypuszczać.

– Więc dlaczego?

– Czy myślisz, że to, kim człowiek się staje, jest wybierane przez niego samego? – pustelnik uśmiechnął się gorzko. – To kim się stajesz, to dzieło tego, co cię otacza. Uczysz się całe życie, tak jak całe życie kształtuje się twoje jestestwo. Twoja matka nazwała wszystkie swoje obawy, wszystko co ją przerażało, a w momencie nadania imienia określony został też kształt, jaki te obawy przyjęły. A potem nie było już innej drogi.

– Phobos – powiedziała Elyon bezgłośnie.

Strach.