Autor: Whispering Darkness
Tłumaczenie: New Tonksie
Tytuł oryginalny: The Promise of a New Dawn
Obietnica Nowego Świtu
Rozdział 10 – Bree
Harry był wciąż zmęczony gdy obudził go czyiś wołający głos. W stanie sennego zamglenia wydawało mu się prawie, że to Remus, chociaż w rzeczywistości nigdy nie był przez niego budzonym, głos jednak nie do końca był własciwy. Ale Harry był też pewny, że nie była to Hermiona, Ron ani żaden z pozostałych Weasley'ów. I z całą pewnością nie był to skrzeczący głos ciotki Petuni.
Dziwność całej tej sytuacji sprawiła, że otworzył oczy pomimo pragnienia by pospać choć troszeczkę dłużej, i znalazł się znowu w swoim realnym świecie. „Ach tak. Już mnie tam nie ma." Myśl ta przyniosła zarówno uczucie straty jak i ulgi.
Harry nie miał zamiaru rozwodzić się nad żadnym z tych uczuć i odepchnął je od siebie.
Usiadł, akceptując uśmiechy i niezrozumiałe słowa, które zaczynał w pewien sposób rozpoznawać jako jakiś rodzaj powitania które otrzymywał każdego poranka, i oferowane mu przez mężczyzn jedzenie. - Dzień dobry, maleńki – które otrzymał w języku, który mógł zrozumieć było nowe i obrócił się w kierunku mężczyzny, który dołączył do nich zaledwie wczoraj. - Dzień dobry – odpowiedział cicho Estelowi, po czym opuścił głowę i zajął się swoim śniadaniem. Miał wystarczająco dużo czasu żeby je skończyć i złapać swoją muszelkę zanim znowu podniesiono go i posadzono na koniu.
Tym razem Harry jechał po raz kolejny z Thustonem. Znajomość sytuacji pozwoliła mu się rozluźnić a że wczorajsza podróż trwająca aż do nocy wyczerpała go (co miało pewnie coś wspólnego z posiadaniem ciała dziecka) tak więc, chociaż próbował najpierw z tym walczyć, w końcu uznał, że nie zaszkodzi mu poddanie się ogarniającej go senności. Pozwolił sobie oprzeć się o teraz znajomego już mężczyznę i zamknął oczy. Półświadomie słyszał jeszcze jak Thurston woła coś do pozostałych i nie czuł już jak koń zwalnia nieco gdy zapadał znowu w sen.
Aragorn natychmiast miał się na baczności, gdy usłyszał jak Thurston woła do nich by trochę zwolnili. Obrócił się w jego kierunku by zobaczyć co się stało i rozluźnił się gdy zauważył, że nie było żadnego niebezpieczeństwa. Uśmiechnął się widząc spokojnie śpiące przed mężczyzną dziecko.
Najwyraźniej długa podróż poprzedniego dnia połączona z dzisiejszą wczesną pobudką odcisnęła swoje piętno na małym. Zwolnili konie do tempa, które pozwoliłoby zaoszczędzić wstrząsów drzemiącemu chłopcu, pozwalając mu na trochę odpoczynku.
Elfiątko wciąż spało gdy minęło już południe i zamiast zatrzymywać się na posiłek i krótki odpoczynek jechali dalej. Bree było już niedaleko a oni byli przyzwyczajeni do jazdy bez odpoczynku i pożywienia. Opóźnienie południowego postoju do momentu aż dotrą do wioski nie było dla nich żadnym wielkim poświęceniem.
Kiedy Bree znalało się w polu ich widzenia Thurston uznał, że czas by obudzić małego. Dziecko zamrugało obudzone i obdarzył je uśmiechem. - Witam ponownie, dziecko – powitał je pomimo świadomości, że nie znało jego języka. Był jednak pewien, że elfiątko i tak zrozumiało to jako powitanie.
Kiedy zauważył, że chłopiec staje się bardziej świadomy wskazał do przodu, gestowi towarzyszyło wyjaśnienie, chociaż chłopiec nie mógłby go zrozumieć. - To wzgórze Bree. Wioska Bree, do której zdążamy, leży na jednym ze zboczy. -
Oczy Harry'ego podążyły w kierunku wskazanym przez palec mężczyzny do wzgórza które mógł zobaczyć przed sobą, a gdy to zrobił zauważył pierwsze oznaki cywilizacji poza tymi mężczyznami. Na stoku wzgórza mógł dzięki swojemu wyostrzonemu wzrokowi prawie dostrzec coś co mogło być jakąś osadą. Ale nawet bliżej mógł dostrzec ślady ludzi: wzdłuż drogi ciągnęły się hen w dal pola a także widział jakieś zabudowania i pastwiska.
„Czy to koniec naszej podróży?" zastanawiał się stając się niespokojnym na tę myśl. „Co się teraz ze mną stanie?"
Mężczyźni zwolnili konie to stępu i Estel przybliżył się by jechać obok nich. - Tej nocy odpoczniemy i uzupełnimy zapasy w osadzie Bree – powiedział mu i Harry natychmiast odczuł ulgę gdy uświadomił sobie, że nie jest to jeszcze cel ich podróży. Wiedział, że było to trochę głupie z jego strony. „W końcu nie możemy tak sobie podróżować bez docierania do jakiegoś miejsca ale..." Ale nie był przygotowany na to co mogłoby się wydarzyć gdy dotrą do celu podróży i cieszył się wiedząc, że cokolwiek czy gdziekolwiek by nie podróżowali to jeszcze tam nie dotarli.
Z zamyślenia wyrwały go słowa mężczyzny obok niego, jego głos wydawał się być pełen wahania i całkowicie udało mu się przyciągnąć uwagę Haryy'ego.
- Maleńki – zaczął Aragorn, przemawiając łagodnie do dziecka, niepewny jak to powiedzieć i pełen obawy, że dziecko będzie się czuło jeszcze bardziej niesfojo wśród ludzi. Ale musiał to powiedzieć jeśli chcieli by wizyta w Bree odbyła się tak gładko jak to tylko możliwe. - Na jakiś czas najlepiej będzie jeśli ukryjemy twoje pochodzenie. - Dziecko przekrzywiło głowę na bok aby łatwiej go widzieć i nagrodził je łagodnym uśmiechem – Ludzie mają zwyczaj by reagować ze zdumieniem lub strachem na rzeczy, których nie są w stanie zrozumieć. -
Powoli sięgnął swoimi długimi ramionami, ostrożnie by nie zaskoczyć dziecka, i zakrył jego głowę dużym kapturem płaszcza, który miało na sobie. - Chociaż ludzie Bree są bardziej zaznajomieni niż pozostali z innymi rasami, które zamieszkują ten świat i chociaż nie są specjalnie nieuprzejmi lub niegrzeczni, to bywają podejrzliwi wobec tych, którzy są im nieznani i mało mają do czynienia z elfami. Lepiej będzie unikać rozgłosu.
„Elfami?" zastanawiał się Harry, pierwszą rzeczą, która przyszła mu do głowy był Zgredek. Uśmiechnął się pewny, że to nie dokładnie to miał na myśli Estel. Nie, słowa mężczyzny odnosiły się do spiczastych uszu Harry'ego, to było oczywiste po kapturze, który teraz je zakrywał (wraz z większą częścią jego twarzy przez jego ogromny rozmiar) a także po reakcji Thustona, Halbarada i Dunnere gdy je po raz pierwszy odkryli.
Jego uszy wskazywały na to kim teraz był, coś o jego pochodzeniu jak określił to Estel. W pewien sposób miało to sens, czyż głosy nie mówiły o rodzie Harry'ego, o jego przodkach, którzy nazywani byli Eldarami? Może elf było po prostu innym określeniem tego samego?
Harry skinął mężczyźnie w odpowiedzi głową; z całą pewnością będzie trzymał uszy w ukryciu. Cała ta sytuacja była mu bardzo znajoma. Tylko, że teraz to nie jego blizna określała go jako innego jak to było w czarodziejskim świecie. Teraz to jego uszy były tym, co odróżniało go od innych.
Jechali powoli w kierunku zbocza wzgórza na którym Harry widział teraz z łatwością osadę. Osada była okrążona jakimś rodzajem grubego żywopłotu. Gdy zbliżyli się jeszcze bardziej zauważył, że tam gdzie droga, którą jechali dochodziła do wioski, znajdowała się brama.
Gdy dojechali do południowej bramy Dúnedain'owie zsiedli z koni.
Aragorn odwrócił się by jeszcze raz spojrzeć na ich podopiecznego, którego Thurston z łatwością zsadził z konia. Ostrzegł dziecko, że ludzie w Bree mogą stać się podejrzliwi jeśli zauważą elfie uszy, ale wiedział, że nawet gdy były niewidoczne ich mała grupka nadal spotka się z dużą dozą nieufności.
Dziecko wyglądało niezwykle słodko, ubrane w dużą koszulę i jeszcze większy płaszcz, ale to mogło tylko jeszcze bardziej uświadomić ludziom Bree jak bardzo chłopiec nie pasował do kompani Strażników. I chociaż cała podejrzliwość spadnie na Strażników (którym mieszkańcy Bree i bez tego nie ufali) a nie na dziecko, to i tak sprawi to, że cały pobyt w Bree będzie kłopotliwy i nieprzyjemny.
Westchnął z nadzieją, że reakcja mieszkańców Bree nie przerazi zbytnio małego. Chłopiec już był w pewnym stopniu nieśmiały i zamknięty w sobie, widział to wyraźnie dzięki własnym obserwacjom i po tym co usłyszał od Halbarada, Thurstona i Dunnere. Wiedział, że zatłoczona wioska ludzi najprawdopodobniej uczyni dziecko jeszcze bardziej nieufnym ale nic nie można było na to poradzić. Potrzebowali przecież zapasów by kontynuować ich podróż do Rivendell, a ponieważ nie było żadnych innych miejsc gdzie mogli by je dostać pomiędzy Bree a celem ich podróży, postój tutaj był nie do uniknięcia.
Będą musieli po prostu chronić elfiątko najlepiej jak tylko się da.
Aragorn delikatnie pogłaskał dziecko po głowie mijając je by krótko porozmawiać z pozostałymi przed ich wejściem do osady.
Estel delikatnie pogłaskał go po pokrytej kapturem głowie zanim zwrócił się do pozostałych i zamienił z nimi kilka słów. Harry podążył za nim wzrokiem czując się nieco zaskoczonym tym prostym gestem.
Przyzwyczaił się już nieco to tych ludzi, szczególnie do Thurstona, ale też do Halbarda, Dunnere i nawet Estela pomimo jego niedawnego przybycia. Podróżował z nimi już od kilku dni i przyzwyczaił się do jazdy w ich obecności. Sadzali go i zsadzali z konia i przytrzymywali gdy jechali zbyt szybko. Ale to był pierwszy raz gdy którykolwiek z nich dotknął go w niewymagającej tego sytuacji i to sprawiło, że czuł się jednocześnie nieswojo i szczęśliwy.
Nigdy tak naprawdę nie lubił być dotykanym. Uściski jego przyjaciół lub pani Weasley zawsze sprawiały, że czuł się nieswojo ponieważ był do nich nieprzyzwyczajony. Teraz w wyniku tego gestu czuł takie samo zakłopotanie a jednak... A jednak czuł również to samo ciepło jak wtedy, gdy Halbarad dał mu jedną ze swych koszul. Uczucie, że był mile widziany, że był chciany.
Kiedy Estel odwrócił się do niego widocznie skończywszy rozmowę z pozostałymi, Harry wciąż nie widział co powinien czuć w tej sytuacji. Ale nie miał możliwości by się nad tym dłużej zastanawiać ogarnięty zaskoczeniem, że coś takiego mu się przytrafiło. - Trzymaj się blisko – wyszeptał mężczyzna biorąc lejce swojego konia w jedną dłoń, a Harry'ego małą rączkę w drugą.
Razem podążyli za Halbaradem i Dunnere gdy przechodzili przez bramę do miasta, podczas gdy Thurston zamykał pochód.
Harry powinien się tego spodziewać po ubraniach, broni i koniach należących do mężczyzna z którymi podróżował, ale i tak nie mógł nic poradzić na uczucie przytłoczenia tym jak średniowieczne wydawało się być to miasteczko. Owszem, świat czarodziejski również wydawał się zatrzymać w czasach średniowiecza, ale życie pośród nich przez połowę swojego życia tak naprawdę nie przygotowało go na to.
Byli tu ludzie, konie, wozy i jeszcze więcej ludzi zajmujących się swoimi sprawami. Ulice wypełnione były dźwiękami głosów, wołających, mówiących coś, pokrzykujących w języku, którego nie rozumiał. I chociaż ulice nie były tak tłoczne jak niektóre miejsca w których był wcześniej (jak stacja King's Cross czy Wielka Sala w Hogwarcie podczas kolacji) ale wciąż go przytłaczały.
Przez ostatnie kilka dni przyzwyczaił się do milczącego, czujnego nastroju i łagodnych głosów swoich obecnych towarzyszy. Głośność i surowość tego miasta była nieoczekiwana i przytłaczająca. Poczuł się nagle wdzięczny za rękę, która trzymała jego własną i zdecydował się trzymać rzeczywiście bardzo blisko. Czuł się prawie tak jak wtedy gdy był po raz pierwszy na Ulicy Pokątnej. Przypomniał sobie jak wdzięczny był za obecność łagodnego pół olbrzyma i teraz również czerpał to samo pocieszenie z obecności czterech mężczyzn przy nim.
Po jakimś uczucie strachu i przytłoczenia zmalało nieco i przywykł nieco do ludzi wokoło, mimo to nadal sprawiali, że czuł się mały i zakłopotany. Nadal trzymając jedną ręką dłoń Estela a w drugiej ściskając swoją małą muszelkę zaczął się nieco rozglądać dookoła.
Zauważył, że ludzie w Bree znacznie różnili się od mężczyzn z którymi podróżował. Byli niżsi, ich twarze bardziej otwarte i wesołe, a większość z nich miała włosy w brązowawym kolorze, o wiele tonów jaśniejszych niż te należące do wysokich, ciemnowłosych towarzyszy Harry'ego. Ich stroje była tak samo staromodne jak Estela, Thurstona i pozostałych ale również zupełnie inne: kolory noszone przez mieszkańców Bree były mniej ponure, p bardziej skomplikowanym kroju a materiał był mniej znoszony i pobrudzony. „Mniej przydatne w walce." Domyślił się Harry po chwili. Z tą myślą zaczął przypatrywać się tłumowi po raz kolejny i zauważył, że rzeczywiście ci ludzie nie byli uzbrojeni tak jak mężczyźni z którymi podróżował. Większość ludzi tutaj nie nosiła żadnej broni, chociaż mógł dojrzeć gdzieniegdzie sztylety w pochwach.
Poza mężczyznami i kobietami dostrzegał również mniejszych ludzi, których na początku uznał za dzieci. Ale po kilku więcej spojrzeniach zauważył, że nie było tak w tym przypadku. Owszem byli niżsi niż ludzie, ale ich rysy twarzy przypominały te dorosłych osób i dźwigali własne rzeczy, powozili wozami i pracowali jak dorośli. Harry zaobserwował, że to ich stopy odróżniały ich od innych, tak jak w przypadku jego uszu. Ich stopy były bardzo owłosione, nie wspominając o tym, że chodzili boso. Wszyscy wysocy ludzie nosili buty lub jakieś inne rodzaje obuwia.
Harry nie był jedynym czyniącym obserwacje, wielu ludzi których mijali patrzyło się na niego, wręcz gapiło i obserwowało. Kiedy to zauważył zaczął się czuć coraz bardziej nieswojo pod ostrzałem spojrzeć tych wszystkich ludzi i nieświadomie przybliżył się do Estela, próbując znaleźć ochronę przed tymi spojrzeniami. To rzeczywiście bardzo przypominało jego pierwszą wizytę na Ulicy Pokątnej.
Aragorn wraz ze swymi ludźmi bez problemu obierał drogę pośród zatłoczonego, popołudniowego zgiełku Bree. Ignorował spojrzenia i mamrotanie, które towarzyszyło im na ulicach, wiedząc dobrze, że to, że było ich czterech tak jak i to, że był z nimi mały chłopiec, wystarczyło by osada miała temat do plotek na długi czas.
Kierowali się w stronę karczmy, chcąc wynająć pokoje zanim konieczne będzie ponowne wyjście na ulice w celu uzupełnienia zapasów. Większość żywności mogli znaleźć Pod Rozbrykanym Kucykiem ale kolejny bukłak na wodę z pewnością by nie zaszkodził, podobnie jak inne przedmioty, jeśli udałoby się im je znaleźć, i jeśli ludzie zachcieliby im je sprzedać po rozsądnej cenie.
Aragorn drgnął gdy zauważył jak elfiątko przyciska się do niego, i spojrzał w dół by zobaczyć jak dziecko kurczy się pod spojrzeniami które im posyłano.
Przestał wówczas ignorować ludzi i odpowiadał na każde spojrzenie swoim własnym, powodując, że ci z którzy napotkali jego wzrok szybko odwracali się w drugą stronę.
Harry poczuł ulgę gdy weszli do czegoś co wyglądało jak karczma. Wnętrze wydawało mu się nieco znajome i nie różniło się zanadto od Dziurawego Kotła i Trzech Mioteł. I pomimo tego, że karczma była bardzo średniowieczna, atmosfera była mniej mroczna, ciemna i obskurna niż w Pod Świńskim Łbem.
Stał w milczeniu przy boku Estela gdy Halbarad rozmawiał z barmanem. Zauważył, że mężczyzna rzuca również ciągle spojrzenia w jego kierunku, ale próbował to zignorować najlepiej jak potrafił. Barman wydawał się zawołać kogoś innego i po kilku chwilach zostali poprowadzeni w dół korytarza przez jednego z niskich ludzi o włochatych nogach.
Pokazano im pokój z solidnym stołem i sześcioma krzesłami, oraz z kominkiem ze stojącą przed nim parą wygodnie wyglądających foteli. Niższy mężczyzna zostawił ich tam i wrócił z ich obiadem.
Jedli w ciszy i było cudownie mieć w końcu możliwość zjedzenia czegoś bardziej wyszukanego niż ich podróżne jedzenie, a gdy już skończyli, Halbarad i Estel odsunęli się od nich i zaczęli coś omawiać. Harry nie był pewny o czym mówią, ale najwyraźniej zainteresowało to pozostałych bo również przyłączyli się do rozmowy.
O dziwo nie przeszkadzało Harry'emu zbytnio to, że nie był wtajemniczony w temat ich rozmowy. Dziwne, ale nie było żadnych wybuchów oburzenia czy złości na bycie wykluczonym. Był taki wściekły wcześniej i podczas piątego roku gdy wszyscy trzymali przed nim sekrety o rzeczach które dotyczyło go bardziej niż kogokolwiek innego. Ale teraz stał i czekał aż ci mężczyźni skończą swoją rozmowę, niepewny nawet czy dotyczyła ona jego osoby czy czegoś zupełnie innego. I nie był całkowicie pewny dlaczego, ale ufał, że Estel powie mu o tym jeśli to będzie coś ważnego. To nieoczekiwane zaufanie, bardziej niż fakt, że mogą omawiać coś bez niego, martwiło go bardziej. Nie miał pewności czy powinien teraz komukolwiek ufać. Nawet jeśli tylko w nietrzymaniu go w nieświadomości.
Krótkie pukanie i szybkie wejście ich gospodarza przerwało natłok jego myśli.
Chociaż nie rozumiał słów mężczyzny to mógł wyczuć z jego sposobu bycia, że był to jakiś rodzaj pytania, zapewne o to czy jeszcze sobie czegoś nie życzą.
Estel odpowiedział i barman pokiwał głową i wymruczał coś w odpowiedzi.
Estel odwrócił się od niego i gospodarz ruszył w stronę drzwi. Ale najwidoczniej zmienił zdanie w ostatniej chwili gdyż zamiast wyjść zwrócił uwagę na Harry'ego, który w ciszy przyglądał się wymianie zdań. Mężczyzna znowu obdarzył go spojrzeniem, którego chłopiec nie potrafił zinterpretować.
Barman spojrzał szybko na grupę ludzi i z powrotem na Harry'ego cicho pytając go o coś.
Nie wiedział o co był pytany. Był więc zadowolony, że Estel najwyraźniej zauważył tę komunikację pomimo (marnej) próby gospodarza na prywatną wyminę zdań z nim. Estel zainterweniował zanim Harry musiałby odpowiedzieć i odpowiedział coś mężczyźnie sprawiając, że ten wyszedł.
Harry odetchnął z ulgą uznając, że to, że nie potrafi mówić w tym samym języku co inni zdradziłby go równie szybko jak ujawnienie jego uszu.
Estel powiedział kilka słów więcej w kierunku pozostałych mężczyzn zanim położył dłoń na ramieniu Harry'ego. - Chodź, zobaczymy czy uda nam się znaleźć lepiej pasujące na ciebie ubranie. Thurston będzie nam towarzyszył podczas gdy Halbarad i Dunnere zbiorą pozostałe zaopatrzenie."
Niedługo po tym Harry znów był prowadzony ulicami przez Estela. Thurston szedł nieco przed nimi. Nie był na sto procent pewny gdzie zmierzają ale myślał, że prawdopodobnie próbują znaleźć mu jakieś lepiej dopasowane ubrania.
Podejrzliwe spojrzenia rzucane w ich kierunku nie straciły na sile ale po początkowym szoku udało mu się z nich otrząsnąć i w pewnym stopniu je ignorować. Nieprzyjemnie przypominało to jego drugi i czwarty rok a jednocześnie było nieco inne... po jakimś czasie stało się jasne dla Harry'ego, że w tym przypadku to nie na niego wszyscy patrzyli. Gniewne i podejrzliwe spojrzenia były głównie kierowane na jego kompanów. Harry był natomiast obdarzany ciekawskimi i prawie współczującymi spojrzeniami.
„Nie lubią ich." szybko stało się dla niego jasne. „Ale dlaczego?" zastanawiał się.
Przypominały mu się spojrzenia ich gospodarza i to jak próbował z nim rozmawiać. Uzmysłowił sobie, że jego spojrzenia były pełne troski.
Czy ci ludzie myśleli, że miał kłopoty? Że Thurston, Estel i pozostali mogliby go skrzywdzić, albo że go porwali czy coś? Sam ten pomysł wydawał się idiotyczny. Z pewnością był bardzo ostrożny i niepewny w stosunku do tych mężczyzn. Ale to prawie zniknęło po tym jak spędził z nimi kilka dni a teraz był raczej pewny, że go nie skrzywdzą.
Nadal był nieco niepewny w stosunku do tego gdzie go zabierali. A nie chciał uczynić się jeszcze bardziej bezbronnym niż był teraz przez podanie im swojego imienia i odpowiedzenie na ich pytania.
Ale mimo wszystko.
Nie uważał, że mogliby go rzeczywiście skrzywdzić.
Thurston, Halbarad, Dunnere a teraz nawet Estel mieli wiele okazji by zrobić mu krzywdę gdyby tylko chcieli. Zamiast tego udowodnili, że byli łagodnymi, pełnymi ciepła, cierpliwymi ludźmi.
Może i wydawali się nieco szorstcy w obejściu i tak naprawdę to również nie powiedzieli mu nic o sobie, ale pomimo niechęci Harry'ego i jego umysłowej niezależności zdał sobie sprawę, że zaczął ufać tym mężczyznom.
Nie musieli mu pomóc ale to zrobili. Nic nie zyskiwali na byciu miłym dla niego ale i tak byli.
Więc dlaczego wszyscy tak ich traktowali? Czy to z jego powodu?
Ta myśl sprawiła, że czuł się przez chwilę winny zanim pozbył się tej myśli.
„Nie." powiedział sobie „ To nie miałoby sensu. Estel, Thurston, Halbarad, Dunnere, oni wszyscy zachowują się tak jakby to było normalne zachowanie." Zauważył jak mężczyźni ignorują spojrzenia i szepty tak jakby byli do nich przyzwyczajeni. Tak jak Harry powinien już być przyzwyczajony. I był, prawie. Po prostu całkowicie go zaskoczyły po cichym towarzystwie tych mężczyzn na otwartej przestrzeni. Nie wspominając o tych dziecięcych uczuciach które wzbierały w nim by tylko to pogorszyć.
W rzeczywistości to właśnie te dziecięce pragnienia i uczucia winił za to co się następnie stało.
To stało się raczej szybko, młoda kobieta trzymająca niezręcznie paczkę i patrząca w dół gdy próbowała lepiej ją chwycić nieświadomie weszła prosto w drogę dużego mężczyzny szybko poruszającego w przeciwnym kierunku. Zderzenie było nieuniknione i kobieta wraz z paczką upadły na ziemię. Mężczyzna najwidoczniej był zbyt zajęty lub niedbający o to by pomóc i to Thurston pierwszy podszedł do niej i podniósł paczkę po czym pomógł jej wstać.
Spojrzenie pełne strachu i podejrzliwości, którym kobieta obrzuciła Thurstona gdy oddał jej paczkę nie było Harry'emu obce. Widział je rzucane w jego kierunku wystarczająco wiele razy: kiedy ludzie myśleli, że jest dziedzicem Slytherina albo po tym jak minister zaprzeczył powrotowi Voldemorta i uważano, że Harry albo zwariował albo kłamał. Ale nie widział powodu by takie spojrzenie rzucano Thurstonowi. I przeszkadzało mu to. Chociaż to Halbarad był pierwszą osobą, która przemówiła do Harry'ego, to właśnie cierpliwość i dobroć Thurstona wywołały w nim pierwsze zalążki ufności.
Kobieta przemówiła i chociaż nie zrozumiał jej słów to wyczuł,że zawierały w sobie podszytą strachem pogardę.
I chociaż chwilę później Thurston odwrócił się od tej sceny tak jakby go to nic nie obeszło, jakby to co się stało nie miało żadnego znaczenia, to Harry'emu to bardzo przeszkadzało. Wiedział, jak bardzo takie sytuacje potrafiły zaboleć.
Bez żadnych dalszych przemyśleń czy względów szybko wyrwał swoją rączkę z większej dłoni Estela dając radę wyślizgnąć mu się tylko dzięki zaskoczeniu tym gestem, i szybko przesunął się o kilka kroków w stronę Thurstona.
Dziecięce uczucia w jego wnętrzu połączyły się jedność ze współczuciem które było całkowicie Harry'ego i nie zawahał się nawet gdy jego małe ramiona otoczyły w tali wysokiego mężczyznę o ponurej twarzy.
Thurston zamrugał.
Przez chwilę był całkowicie wytrącony z równowagi.
Kiedy minęło zaskoczenie na jego podniszczoną twarz zaczął wypływać pełen ciepła uśmiech zazwyczaj rezerwowany na chwile spędzone z jego własnymi dziećmi.
Delikatnie otoczył dziecko ramionami. Nie był pewny jak chłopiec stwierdził, że ta sytuacja go zasmuciła. Szczególnie, że dziecko nie potrafiło zrozumieć ich języka.
Ale widział współczucie w oczach chłopca gdy w końcu został wypuszczony z jego objęć i elfiątko spojrzało w górę na niego.
Patrzyli na siebie przez chwilę, dziecko szukało w oczach mężczyzny znaku, że rzeczywiście jest wszystko w porządku. Mężczyzna czerpał pociechę w słodkim, łagodnym współczuciu chłopca, które mógł dostrzec w oczach dziecka. Tak różne od pogardy, podejrzliwości i bezmyślnych reakcji ludzi, których starał się ratować.
To Aragorn wyrwał ich w końcu z zamyślenia kładąc lekko dłoń na ramieniu Thurstona. - Ruszajmy dalej przyjacielu. - powiedział mu kapitan łagodnie i Thurston skinął w odpowiedzi.
- Dziękuję maleńki – powiedział cicho do elfiątka wyciągając swoją dłoń w jego kierunku.
Zaufanie w oczach chłopca gdy ją chwycił było jedną z najbardziej chwytających za serce rzeczy które widział w życiu.
Bardzo długi rozdział ufff... Mam nadzieję, że nie ma wielu błędów. Postaram się dodać kolejny jeszcze w tym tygodniu. Proszę zostawiajcie komentarze :)
