Rozdział dziesiąty

Lovino zerknął na drzwi, za którymi zniknął Antonio i po chwili zastanowienia stwierdził, że rzeczywiście by coś zjadł. Postanowił więc skorzystać z rady Hiszpana i mimo tego, iż pewna część jego wolała pozostać w tym pokoju, ruszył do kuchni.

Kiedy do niej wszedł najpierw poczuł słodki zapach, jakby ktoś piekł ciasto albo jakieś ciasteczka. Jeden rzut oka na piekarnik, utwierdził go w tym przekonaniu.

- Siema, Lovino – odezwał się do niego siedzący przy stole Gilbert, który właśnie jadł śniadanie. Włoch postanowił zignorować ten wiedzący uśmieszek. Dla dobra wszystkich.

- Dzień dobry – odpowiedział wystarczająco głośno by stojący przy kuchence Francis odwrócił się i spojrzał na niego z sympatycznym uśmiechem.

- Bonjour! - powitał go radośnie Francuz i zaraz dodał. - Masz ochotę na omlet?

Lovino wedle zasady „nie odmawiaj jedzeniu, którego nie musisz przygotowywać" mruknął „Jasne", krzywiąc się lekko na to jak wszyscy wydają się tu być tacy radośni z samego rana. To było dziwne i nieludzkie. Chociaż nie wszyscy. Gilbert nie wydawał się radosny, tylko jak zwykle zadufany w sobie.

- Usiądź – poinstruował go Francis. Lovino usiadł przy stole i już po chwili stała przed nim szklanka z sokiem pomarańczowym i talerz z naprawdę dobrze wyglądającym omletem.

- Smacznego – powiedział Francis, a telefon leżący na stole zawibrował. Z zadziwiającą szybkością Francuz złapał go, przeczytał wiadomość, uśmiechnął się jeszcze szerzej i zaczął odpisywać. Po chwili blondyn westchnął zadowolony, jak gdyby nigdy nic odłożył telefon i podszedł do piekarnika.

W kuchni nastała cisza, którą przerywały tylko dźwięki pochodzące od Francisa, który wydawał się przygotowywać jakiś krem. Lovino jadł spokojnie, zastanawiając się kiedy pojawi się Antonio. Nagle odezwał się Gilbert.

- To powiesz mi czy nie, czemu szczerzysz się jak idiota i przygotowujesz babeczki? - powiedział, najwidoczniej powracając do przerwanej wcześniej rozmowy.

Do kuchni wszedł Antonio.
- Czyżbym słyszał, że Franny przygotowuje babeczki? Stanie się coś dobrego?

- Ile razy mam powtarzać, że po prostu mam ochotę upiec trochę babeczek? I nie zachowujcie się jakby wam to przeszkadzało, wiem, że kiedy tylko się odwrócę pozostaną z nich okruszki – rzucił Francis.

- Łatwiej będzie jeśli nam po prostu powiesz. Dobrze ci radzę, amigo – stwierdził Antonio, zerkając na Gilberta, który wskazał telefon.

- A ja radziłbym ci zjeść twojego omleta zanim ostygnie – odparował Francis, wstawiając miskę z gotowym już kremem do lodówki.

W momencie kiedy drzwiczki lodówki zatrzasnęły się, Antonio złapał Francisa unieruchamiając go, a Gilbert z triumfalnym uśmiechem przechwycił telefon Francuza. Lovino patrzył na to z szeroko otwartymi oczami, zaczynając dziękować Bogu, że nie ma przyjaciół.

Gilbert zerknął czy Antonio wciąż daje radę z wyrywającym się Francisem i szybko włączy spis ostatniej rozmowy.
- „Poleć mi jakąś książkę" – przeczytał na głos Gilbert. - Tak wczoraj zaczął Franny zaczął rozmowę z niejakim Arthurem.
- Odłóż to! - krzyknął Francis.

- Odłoży jak dowiemy się wszystkiego – powiedział z pogodnym uśmiechem Antonio.

Telefon w ręku Gilberta zawibrował, kiedy przyszedł kolejny sms. Prusak otworzył go.
- Earl gray. Nie mogę pisać pracuję. – przeczytał na głos. - O co chodzi z Earl gray'em? - zapytał, a ręka Francuza wyciągnęła mu z dłoni telefon.

- I kim jest Arthur? - zapytał Antonio, biorąc swój talerz z omletem i siadając obok Lovino, który miał ochotę zapytać ich „Czy mi się zdaje czy jesteście zdrowo szurnięci"

- I na kiedy jesteś z nim umówiony? - dodał Gilbert.

- Na środę – odpowiedział ze zrezygnowaniem Francis. - I odmawiam udzielenia dalszych informacji.

Gilbert i Antonio nie wyglądali jakby byli zawiedzeni przez brak współpracy ze strony Francisa.

- Widzisz, mówiłem ci, że na coś czekasz. Ty nigdy nie przygotowujesz babeczek bez powodu – powiedział Gilbert.

- Przygotowuję je, bo mam ochotę – upierał się Francis. - Na pewno nie czekam na spotkanie z Arthurem – skłamał.

- Tak, i dlatego jak idiota cały ranek latasz od piekarnika do komórki – stwierdził Gilbert. - Czyli mam rozumieć, że ten Arthur jest już poza naszym zasięgiem?

Francis tylko kiwnął głową.

~~*~~*~~*~~*~~*~~
Parkując na parkingu niedaleko antykwariatu, Francis pogodził się z tym, że Arthur go pociąga. Co prawda już wcześniej, przyznał się przed swoimi przyjaciółmi, że jest nim zainteresowany, ale dopiero teraz, chwilę przed spotkaniem, uderzyło go to, że chciał by coś z tego wyszło. To było zupełnie tak, jakby spacerując po mieście zobaczył na wystawie książkę, a po wejściu do środka i przeczytaniu kilku pierwszych zdań zadecydował, że bez względu na cenę musi kupić ją i sześć następnych tomów, by móc przeczytać każdą stronę i rozkoszować się w spokoju lekturą.

Spotkanie z Arthurem było jak dostanie w swoje ręce pierwszego tomu. Pierwsza część powieści zatytułowanej „Arthur" i Francis był zdeterminowany przeczytać ją uważnie, by czytanie kolejnych części było coraz bardziej przyjemne.

Kiedy Francis znalazł się koło antykwariatu, Arthur już tam był. Oparty o ścianę, ze słuchawkami na uszach i zamkniętymi oczami wydawał się być pogrążony we własnym świecie.

Widząc to, kąciki ust Francisa bezwiednie uniosły się w uśmiechu i przyłapał się na tym, że gapi się bezmyślnie na Arthura, podziwiając sposób w jaki ubrania, a w szczególności ciasne, porozdzierane jeansy, miło opinają jego szczupłe ciało, oraz włosy opadają mu na zamknięte powieki. Wpadłeś jak śliwka w kompot, pomyślał Francis cicho podchodząc bliżej.

Francuz stanął metr przed Arthurem i uśmiechnął się szerzej, czują zignorowany i rozbawiony. To, że Arthur nie dostrzegł jego obecności było takie niewinne i bezbronne. A tym co Francis robił najlepiej było wykorzystywanie takich sytuacji.

Pochylając się, przeszło mu przez głowę, że naprawdę romantycznym i ekscytującym jest skradanie pierwszego wspólnego pocałunku. Kiedy poczuł na ustach oddech Arthura i w końcu na sekundę ich usta się spotkały, pomyślał, że nie posądzał te suche, łatwo wykrzywiające się w gniewie usta o bycie takimi ciepłymi i miękkimi. Kiedy poczuł, jak zadziwiająco silne ramiona odpychają go i uderzają w twarz, do jego umysłu wkradła się myśl, że może to była głupota. Jednak gdy tylko spojrzał, na zaczerwienioną twarz i spanikowaną minę Arthura wiedział, że warto było.

- Co ty robisz, idioto? - zawołał Arthur, oddychając ciężko i wyciągając słuchawki z uszu.

- Zwracam twoją uwagę – odpowiedział Francis z uśmiechem.

- Normalny człowiek klapnąłby mnie w ramię albo zawołał moje imię.

- Wołałem twoje imię ale nie reagowałeś – skłamał gładko Francuz.

- Wcale nie – obruszył się Anglik.

- Ależ wołałem, ale zignorowałeś mnie, więc postanowiłem powiadomić cię o mojej obecności w inny sposób. Nie sądziłem, że jesteś taki waleczny, cher.

Arthur wydął wargi, patrząc na Francisa. Nie wierzył w to co Francis mówił, ale w sumie dostał już za swoje, więc cóż. Mógł mu odpuścić. W sumie nie tak źle jest zostać pocałowanym na powitanie. Nie, żeby miał zamiar mu o tym mówić.

- Więc? Dokąd idziemy? - zapytał w zamian, zgrabnie zmieniając temat.

- Znam pewną naprawdę dobrą restaurację, spodoba ci się – stwierdził Francis. - Chodźmy zaparkowałem tuż za rogiem.

- Zaparkowałem? Pan Host jest zbyt leniwy by iść piechotą? - zapytał Arthur, właściwie jednak zadowolony, że pojadą tam. Był już całkiem zmęczony po pracy i liczył na to, że w trakcie tego spotkania odpocznie chociaż trochę. W końcu nie może pójść do baru, zataczając się jak pijany królik Bugs.

- Może nie zbyt leniwy, ale woli do drugiej części miasta pojechać jednak samochodem – odparł Francis ze śmiechem.

Już po chwili byli w samochodzie Francisa, oboje usadowieni wygodnie i zapięci pasami.

- Jak minął ci dzień? - zapytał grzecznie Francis, wiedząc, że jakoś trzeba zacząć rozmowę.

- Pracowicie. Kto to widział, żeby singel miał tyle mebli i innych gratów w trakcie przeprowadzki – jęknął. - Naprawdę, wydaje mi się, że w części kartonów musiały być tylko śmieci.

- Och, gdzie pracujesz? - zapytał Francis.

- W firmie od przeprowadzek, kwiaciarni i w barze – odpowiedział Arthur krótko. Francis aż na chwilę zaniemówił. Jak można pogodzić trzy tak różne prace? - A jak minął ci twój dzień?

- Na pieczeniu babeczek – wyznał Francuz. Nie powiedział jednak, że piekł babeczki codziennie od niedzieli.

- Och? Z jakiej to okazji? - zapytał Arthur.

- Nie potrzeba żadnej okazji, by upiec coś słodkiego – odparł wymijająco Francis, i dodał. - Następnym razem upiekę coś dla ciebie, co ty na to?

- To byłby zbyt duży kłopot – odpowiedział uprzejmie Arthur, mówiąc stanowcze NIE tej części siebie, która dałaby się zabić za dobre słodycze. Szczególnie czekoladowe ciasto.

- Pieczenie dla swojego chłopaka nigdy nie jest kłopotem – stwierdził, by po chwili zamknąć się, przerażony. Czy on właśnie nazwał mężczyznę siedzącego obok niego swoim chłopakiem? Wcześniej nawet nie myślał o tym, a teraz ni z tego ni z owego powiedział to. Przy nim. Nie dał jednak po sobie poznać jakie poruszenie wywołało w nim to jedno, niewinne zdanie. Czekał na reakcję Arthura.

- Chłopakiem?! - Anglik, spojrzał się na niego lekko otwierając usta. Po chwili jakby otrząsnął się z szoku, bo mówił dalej dość nerwowo. - Ja i ty? Razem? Po jednej randce?

- Ha, czyli jednak uważasz, tamto spotkanie za randkę! - wtrącił z triumfem Francis. Korzystając z tego, że aktualnie stali na czerwonym świetle, zerknął na równie czerwoną twarz Arthura. Bycie tak słodkim powinno być karalne.

- Nie! - rzucił Arthur. - To znaczy może. To bez znaczenia. No i... że my parą?

Śmiejąc się, z problemów Anglika z wysławianiem, Francis szybko przemyślał co może na tym stracić. Nie miał zupełnie nic do stracenia.

- Jeśli tylko chcesz.

Arthur wzruszył lekko ramionami. Bycie chłopakiem tego niemożliwego Francuza nie wydawało mu się czymś okropnym. Przecież to nie tak, że przyjmuje jego oświadczyny, to tylko zwykłe, szczeniackie chodzenie ze sobą.

- Nie mam nic przeciwko – stwierdził, odwracając twarz w stronę bocznego okna. Wręcz czuł jak czerwone były jego policzki i wcale nie podobało mu się to. Nienawidził tego jak jego twarz przy każdej możliwej okazji stawała się okropnie czerwona. To było dla niego żenujące.

- Czyli od teraz jesteśmy parą – powiedział Francis rozkoszując się brzmieniem tego słodkiego słowa. - Parą. Parą.

- Nie musisz tego powtarzać, idioto – warknął Arthur, ukrywając swój uśmiech. Minęło sporo czasu od kiedy z kimś chodził, i już zapomniał jakim miłym uczuciem było posiadanie kogoś na własność.

- Ale kiedy coś powtarzam to staje się bardziej prawdziwe.

- To głupie.

- Tak, bardzo głupie. Ale jesteśmy teraz parą. Pa... rą.

- Francis!