Witajcie

przed wami druga część świątecznego aktu u Potterów. Mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu. Jak zwykle serdecznie dziękuję za wszystkie komentarze, są balsamem na moje grafomańskie serduszko ;).

Życzę miłej lektury.


XI

Cisza jaka zapanowała w jadalni, była więcej niż znacząca. Wszystkie oczy zwróciły się na Scorpiusa, który najchętniej zapadłby się pod ziemię. Wiedział, że przyjechanie tutaj było fatalnym pomysłem z uwagi na otaczające go stadko nie zawsze przychylnych Gryfonów, ale nigdy nie przypuszczał, że sprawy przybiorą taki obrót.

Nie mógł jednak zbyt długo zwlekać z podjęciem działania. Zirytowany czekaniem ojciec, będzie jeszcze gorszy niż normalnie. Dlatego wziął głęboki wdech i podniósł się z krzesła, po czym ruszył w stronę wyjścia, odprowadzany zaniepokojonym spojrzeniem tak rodzeństwa Potterów, jak i ich rodziców.

Drzwi do domu były lekko uchylone i kiedy do nich podszedł, zobaczył, że ojciec stoi kilka metrów od wejścia, zupełnie jakby nie zamierzał się zbliżać bardziej niż to całkowicie konieczne. Ubrany w swój standardowy, czarny garnitur, ręce miał skrzyżowane na piersi i wpatrywał się w dom przed nim wzrokiem pełnym z trudem powstrzymywanej wściekłości.

Kiedy zobaczył Scorpiusa, opuścił ręce i ruszył w stronę furtki.

– Do samochodu – rzucił przez ramię.

Chłopak zszedł po dwóch schodkach prowadzących do drzwi i zatrzymał się na ścieżce z białego żwirku. Przelotnie spojrzał na czarne Volvo, to samo, którym ojciec jeździł do swojej mugolskiej pracy. Zarówno on, jak i wielu innych doświadczonych czarodziejów potrafiło się teleportować, ale Ministerstwo ograniczyło wydawanie licencji na korzystanie z tego środka transportu praktycznie wyłącznie do aurorów i ważniejszych ministrów. Miało to swoje podłoże w fakcie, że teleportacji stanowczo nadużywali śmierciożercy, przez co jeszcze trudniej było namierzyć ich działania. Stąd też większość czarodziejów albo ograniczała się do sieci Fiuu, albo wybierała bardziej mugolskie środki transportu.

Gdy był dzieckiem, zawsze bardzo cieszył się na widok tego samochodu podjeżdżającego do posiadłości Malfoyów, niestety od tego czasu bardzo dużo się zmieniło.

– Nie – odpowiedział tonem stanowczym, choć nadal spokojnym. – Zostaję tutaj.

Draco zatrzymał się i odwrócił gwałtownie. Szybkim krokiem przemierzył dzieląca ich odległość i już chciał chwycić syna za ramię, ale w ostatniej chwili rozmyślił się i jedynie spojrzał na niego gniewnie. Najwyraźniej świadomość, że może być obserwowany studziła jego zapędy.

– Nie będę o tym tutaj dyskutował – warknął. – Wracasz do domu.

– Po co?

To pytanie wyraźnie zaskoczyło Draco, bo na chwilę jego tłumiona wściekłość nieco przygasła. Potem zastąpiło ją zrozumienie.

– A więc to w taki sposób postanowiłeś się na mnie zemścić za tamte słowa.

Scorpio wciąż nie odrywał wzroku od ojca, próbując jak najwięcej wyczytać z jego twarzy. Jednocześnie wkładał wiele wysiłku, by tym razem nie dać ponieść się emocjom. Wbrew temu co sądził Draco, on również nie chciał urządzać sceny przed Gryfonami.

– Nieprawda. Wręcz przeciwnie. Robię dokładnie to, czego ode mnie chciałeś – naprawiam popełnione błędy. – Widząc, że ojciec już zbiera się do dłuższej tyrady, szybko pociągnął dalej. – Chciałeś, żebym wyprostował wszystko, co poplątałem i zrobiłem to, a nawet poszedłem krok dalej.

– Co ty kombinujesz?

Nie przypuszczał, że to pytanie aż tak go zaboli. Jeśli jego własny ojciec uważa go za kłamcę i krętacza, to jak inni mieliby uwierzyć, że jest inaczej? Z drugiej strony zrobił bardzo wiele by sobie na to zasłużyć. Teraz jednak nie był czas na podobne rozważania.

– Naprawdę tak trudno ci uwierzyć, że po prostu zostałem tutaj zaproszony? – Choć tego nie planował, ton jego głosu zyskał ostrą, dość nieprzyjemną nutę. – To, że ciebie wszyscy wyklęli, nie znaczy, ze muszę podzielić ten los. Nie jestem tobą.

Przypuszczał, że za podobne słowa znowu zarobi w pysk, tymczasem Draco niespodziewanie zacisnął pięść i odwrócił wzrok.

– Nie jestem tutaj tobie na złość – dorzucił.

– Skoro tak, to dlaczego zataiłeś prawdę. Co miałem pomyśleć, kiedy Pansy napisała do mnie, że odbierając córki widziała, jak opuszczasz King's Cross z Potterami? Jeśli niczego nie knujesz, to dlaczego skłamałeś?

Na twarzy Scorpiusa pojawił się cień smutnego uśmiechu.

– Bo wam nie ufam, mniej więcej w takim samym stopniu, jak wy nie ufacie mnie. A przede wszystkim dlatego, że za wszelką cenę chciałem uniknąć tej rozmowy. Dobrze wiedziałem, jak zareagujesz, kiedy się dowiesz. Matka prosiła mnie, bym oszczędził ci kolejnych upokorzeń i to właśnie chciałem zrobić.

Draco spojrzał na niego dziwnie. Wcześniejsza złość niemal zupełnie znikła, zastąpiona przez zdziwienie. Z pewnością nie spodziewał się podobnych słów z ust Scorpiusa. Nic jednak nie mówił, więc ten kontynuował.

– Możemy teraz skoczyć sobie do gardeł jak ostatnim razem i tam wewnątrz będą mieli piękne przedstawienie, niektórzy zapewne bardzo się ucieszą. Albo możemy to rozegrać w cywilizowany sposób. Naprawdę nie wszystko kręci się wokół ciebie i nie wszystko co robię ma z tobą związek. Wręcz przeciwnie, staram się, by w ogóle mnie z tobą nie wiązali. Dlatego po prostu zostaw mnie w spokoju i wróć do domu... proszę.

Scorpio nigdy nie przypuszczał, że tak wiele trudu będzie go kosztowało, wypowiedzenie tego ostatniego słowa. Zwłaszcza, że chciał by zabrzmiało szczerze, a nie jak kolejna ociekająca ironią kpina.

Niespodziewanie wyraz twarzy Draco zmienił się znacząco, a nawet pojawił się na niej cień dziwnego, całkowicie pozbawionego wesołości uśmiechu. Jednak co innego spowodowało, że Scorpio poczuł nieprzyjemny ucisk w gardle. Ojciec wyglądał na prawdziwie dotkniętego tymi słowami, choć duma nie pozwalała mu tego otwarcie okazać.

Draco wziął krótki oddech, jakby próbując ostatecznie się uspokoić, po czym położył dłoń na ramieniu Scorpiusa.

– Oby udało ci się zetrzeć tę klątwę, jaką jest dla ciebie bycie moim synem – powiedział dziwnie oficjalnym tonem, a potem odwrócił się i ruszył w stronę furtki.

Scorpio patrzył w plecy ojca i chciał jeszcze coś dodać, ale tamten przyśpieszył i bez zastanowienia wsiadł do samochodu. Odpalił silnik i odjechał, więcej nie spoglądając na syna.

Tymczasem w głowie Scorpiusa huczało ostatnie usłyszane zdanie. Dlaczego cokolwiek by nie zrobił, jakkolwiek by się nie starał, zawsze kończy się tak samo? Zawsze jest dla ojca powodem do rozczarowania, bez względu na to czy prowadzi prywatną wojnę, czy próbuje budować mosty. Co by nie zrobił i tak wychodzi źle. Nawet teraz, mimo że włożył tyle trudu, by panować nad nerwami, ostatecznie i tak rozstali się w gniewie. Choć nie, to nie był gniew, to było coś znacznie gorszego – ból. Z pewnością swoimi słowami znowu zadał go bez litości. Przecież po raz kolejny otwarcie przyznał, że nie chce mieć z Draco, z własnym ojcem nic wspólnego. I kiedy teraz o tym myślał, czuł się jak ostatni drań. Ale było już za późno żeby to odkręcić. Co więcej to nie były słowa wypowiedziane w gniewie, kiedy z taką łatwością mówi się rzeczy, których tak naprawdę wcale się na myśli. Nie, teraz powiedział to będąc spokojnym i w pełni świadomym ich znaczenia. I najwyraźniej osiągnął swój cel. Draco odjechał, zostawił go samemu sobie, zaakceptował jego decyzję. A teraz jechał do domu ze świadomością, że jego jedyny syn woli przebywać w domu jego wrogów, że jego jedyny syn się go brzydzi.

Tylko czy rzeczywiście tego Scorpio pragnął? Oczywiście, że nie. Może nie zawsze dobrze się między nimi układało, ale nadal pamiętał jak bardzo w dzieciństwie kochał ojca. Teraz co prawda złość i żal w dużej mierze wyrugowały to uczucie, ale mimo to Scorpius nie chciał być aż tak okrutny. Nie planował krzywdzić członków własnej rodziny, nie to było jego celem. Chciałby po prostu patrzyć na innych jak równy z równym, wiedzieć, że akceptują go takim jak jest, bez względu na to czyja krew w nim płynie. O ile bardziej pragnąłby usłyszeć, że postępuje słusznie, że ktoś jest dumny z decyzji jakie podjął. Chciałby móc przyjechać do tego domu wraz ze swoją rodziną i nie czuć się jak wyrzutek czy odmieniec. Ale to było niemożliwe. Był sam.

– Scorpio... – Usłyszał głos Harry'ego Pottera. Mężczyzna stał dwa kroki za nim.

– Może mnie pan na razie zostawić samego? – zapytał przez ściśnięte gardło.

– Jasne – odparł ten i nie dodając nic więcej, wrócił do domu.

Nagle Scorpio poczuł, że pieką go oczy. Czuł narastającą, bezsilną złość, tak na siebie, jak i na cały otaczający świat. Czy naprawdę nie było dla niego rozwiązania, przy którym nie czułby obrzydzenia do samego siebie?

Wiedział, że nie da rady teraz wrócić do domu Potterów i spokojnie rozmawiać. Zwłaszcza, że z pewnością nie uniknie pytań o ojca. Dlatego podszedł do furtki i wyszedł na ulicę. Rozejrzał się w obie strony, ale w najbliższej okolicy nie było żywego ducha, więc skręcił w prawo i bez żadnego konkretnego celu ruszył przed siebie.

Zawsze po kłótni z ojcem długo zajmowało mu odzyskanie spokoju, tym razem jednak było inaczej. Wcale nie był zdenerwowany. Zamiast tego czuł coraz większą frustrację. Chciałby znaleźć dobre rozwiązanie, takie przy którym wszyscy byliby szczęśliwi. Ale tego zwyczajnie nie dało się pogodzić. Jeśli spróbuje zaufać Potterom, automatycznie stanie w opozycji do ojca, który nie chce mieć z nimi nic wspólnego. A jeśli wybierze własną rodzinę, to nigdy nie zdoła zmazać piętna jakie na nim ciąży. Na to zresztą było już trochę za późno, szczerze wątpił, by Albus się odczepił, nawet gdyby dał mu to jasno do zrozumienia. Gryfon był bardziej uparty, niż można był przypuszczać. Poza tym wcale tego nie chciał. Musiał przyznać, że mimo wszystko znajomość z Potterem była miłą odmianą. Przynajmniej on jeden nie patrzył na niego przez pryzmat ojca.

Z irytacją Scorpius przeczesał włosy, próbując w ten sposób zwalczyć narastający ból głowy. A potem niespodziewanie zatrzymał się w pół kroku. Jakieś trzydzieści metrów dalej stał zaparkowany samochód ojca, a sam Draco siedział na krawężniku i palił papierosa. Ten widok był tak niepodobny do czegokolwiek wcześniej, że Scorpio przez moment zastanawiał się czy nie ma zwidów.

Ojciec wpatrywał się w przestrzeń przed sobą i najwyraźniej wciąż nie miał świadomości, że nie jest już sam na pustej ulicy. Scorpio wziął głęboki oddech i podszedł bliżej. Po kilkunastu krokach Draco wreszcie go spostrzegł, ale nadal nic nie powiedział, ani w żaden inny sposób nie zareagował.

Po prawdzie Scorpius też nie miał pojęcia, co miałby powiedzieć. Widok tak przybitego ojca kompletnie wyprowadził go z równowagi. Zawsze sądził, że żadne słowa nie są w stanie go dotknąć, że nic nie robi na nim większego wrażenia. A jednak teraz ewidentnie próbował się uspokoić, zbyt przejęty by jechać dalej.

Ostatecznie więc Scorpio bez słowa usiadł obok na krawężniku i w milczeniu obserwował cienką strużkę dymu unoszącą się z papierosa.

– Wiesz co matka myśli o mugolskich używkach – powiedział, kiedy cisza zrobiła się nie do zniesienia.

Draco wzruszył ramionami i wyrzucił niedopałek.

– Raczej się o tym nie dowie. Co tutaj robisz?

– Musiałem się trochę uspokoić.

– No to jest nas dwóch.

Scorpio westchnął nieznacznie.

– Co mam zrobić? – spytał, sam do końca nie wiedząc jak ubrać w słowa własne myśli. – Jakiej decyzji bym nie podjął i tak wychodzi źle.

Po twarzy Draco przeszedł cień nieprzyjemnego uśmiechu.

– Mnie się o to pytasz? Całe moje życie to pasmo fatalnych decyzji.

Gorycz jaką dało się wyczuć w głosie ojca, przyprawiła Scorpio o dreszcz niepokoju. Naprawdę nie wiedział, co miałby teraz powiedzieć. Nie chciał się znowu kłócić, ale miał przeczucie, że mimo pozornego spokoju, bardzo łatwo sytuacja między nimi może pójść na noże. Nie potrafił rozmawiać z ojcem, nawet jeśli zależało mu na pokojowym rozwiązaniu.

– Tęsknię za czasami sprzed Hogwartu – stwierdził w końcu, również spoglądając przed siebie. Draco nic nie powiedział, ale skupiał się na jego słowach. – Wtedy wszystko nie było takie pokręcone. Chciałbym nie musieć cały czas udawać, że nic mnie nie obchodzi, że mam za nic słowa, które słyszę za plecami. Po prostu jestem tym już zmęczony. Chyba dlatego zgodziłem się z nimi pojechać, bo chciałem się przekonać, czy może być inaczej.

Ojciec wciąż nic nie odpowiadał, więc Scorpius wziął głębszy wdech i pociągnął dalej.

– Przepraszam, że nie napisałem w liście dokąd się wybieram. Chyba bałem się waszej reakcji. Pomyślałem, zgodnie zresztą z prawda, że się wściekniesz i zabronisz mi jechać.

– I miałeś rację – mruknął Draco, a potem spojrzał kątem oka na syna. – Naprawdę ze wszystkich ludzi, musiałeś wybrać akurat ich?

Scorpio wzruszył ramionami.

– To nie był świadomy wybór i wbrew temu co myślisz, nie zrobiłem tego tobie po złości. Tak po prostu wyszło. Naprawdę nie wszystkie moje działania są nastawione na wkurzenie ciebie.

– Doprawdy?

Przez sekundę Scorpio dostrzegł lekki uśmiech na twarzy ojca.

– Niesamowite, nie? Ale czy nie tego chciałeś? Przecież powiedziałeś, żebym naprawił sytuację, skoro zaprosili mnie do siebie na święta, to chyba można stwierdzić, że spełniłem twoje wymagania.

Draco pokręcił nieznacznie głową i westchnął ciężko.

– Po wszystkim co się wydarzyło, nie jestem w stanie stać koło nich z podniesioną głową. Dlatego wolałbym, żebyś się z nimi nie zadawał, bo prędzej czy później zmusisz mnie do obcowania z nimi. Tak jak choćby dzisiaj.

Przez jedną krótką chwilę Scorpiusa znów ogarnęła złość, powstrzymał ją jednak, nim znów zapanowała nad jego niepokornym językiem.

– Problem w tym, że tu nie chodzi o ciebie. To moje życie i wolałbym, żebyś się do niego nie mieszał.

– Zapominasz, że jestem twoim ojcem, muszę się mieszać.

Scorpio uśmiechnął się z przekąsem. Nie chciał wspominać, że Draco miesza w jego życiu, nawet jeśli jest daleko. Obaj wiedzieli o tym doskonale, nie było potrzeby tego przypominać.

Przez dłuższą chwilę panowało między nimi milczenie. Scorpius zdał sobie sprawę, że to był chyba pierwszy raz od kilku lat, kiedy rozmawiali ze sobą prawie normalnie, bez fałszu, złości i wzajemnych oskarżeń. Miła odmiana. Mimo wszystko, jakaś jego część nadal dążyła, by zyskać akceptację ojca. Nawet jeśli tak wiele miał mu do zarzucenia.

– Wrócę do domu – powiedział, zanim na dobre zastanowił się nad tym, co mówi. – W ogóle nie powinno mnie tutaj być, to było głupie. Nie chciałem znowu was zdenerwować. Zazwyczaj tego nie chcę, ale po prostu jakoś tak wychodzi.

Draco podniósł się z ziemi i otrzepał spodnie.

– W młodość starałem się za wszelką cenę zadowolić ojca – powiedział, spoglądając gdzieś w mrok ulicy. – Niestety nic dobrego mi z tego nie przyszło.

Scorpio dostrzegł jak nieświadomie Draco chwycił się za lewe przedramię, tam gdzie wciąż znajdował się mroczny symbol Voldemorta.

– Ufam, że wiesz co robisz i że dzięki temu będziesz mógł chodzić z podniesioną głową bez względu na okoliczności – dodał, po czym skinął Scorpiusowi głową i wsiadł do samochodu.

Chłopak również się podniósł i w milczeniu obserwował jak ojciec odpala silnik i odjeżdża. Stał tam jeszcze długo po tym jak samochód zniknął mu z oczu. W końcu jednak zebrał się w sobie, odwrócił się i ruszył w stronę domu Potterów. Czekała go kolejna runda, ale chyba uspokoił się już na tyle, że mógł się z tym mierzyć. Po prawdzie to czekało go jeszcze mnóstwo kolejnych rund, a to dopiero pierwszy dzień.

Po kilku minutach zobaczył znajomą okolicę, a co więcej dostrzegł dwie postacie stojące przy furtce. Gdy podszedł bliżej rozpoznał w nich Albusa i Lily.

– Już myśleliśmy, że nie wrócisz – zawołała dziewczyna, machając do niego.

Zastanawiające jak szybko od niechęci młoda Gryfonka przeszła do entuzjazmu na widok Scorpiusa. Mając taką siostrę Albus mógł dopisać jeszcze jedną pozycję do listy własnego szczęścia.

– Tak łatwo nie pozbędziecie się problemu – odparł, uśmiechając się w bardzo paskudny sposób. – Jak już mnie zaprosiliście, to musicie żyć z konsekwencjami tej decyzji.

Lily zaśmiała się całkiem otwarcie.

– Zabrzmiało to prawie tak, jakbyśmy mieli tego żałować. Chodź, będą lody – powiedziała, po czym kiwnęła głową i ruszyła do domu.

– Utuczę się tutaj jak prosiak – odparł Ślizgon, po czym we trójkę weszli do środka.


Scorpius postawił torbę na podłodze i sam usiadł na przeznaczonym dla niego łóżku. Pokój, który normalnie należał do Albusa, nie był zbyt wielki, a teraz kiedy trafił tutaj dodatkowy mebel, w ogóle zrobiło się zupełnie ciasno. Prócz łóżek większość przestrzeni zajmowało biurko, komoda, szafa i spory regał z książkami. Natomiast na ścianach wisiało dużo różnych, większych i mniejszych fotografii. Część z nich przedstawiała członków rodziny Potterów inne jakieś krajobrazy, przedmioty, bądź zwierzęta. W niektórych można było dostrzec specyficzną, artystyczną nutę.

Patrząc na te wszystkie zdjęcia, Scorpius zdał sobie sprawę, że w rzeczywistości nic nie wie o Gryfonie. Nie znał jego pasji, ani zainteresowań, nie wiedział także co lubi, albo wręcz przeciwnie, czego nie cierpi. Tak naprawdę to mimo, że spędzili razem wiele godzin w cieplarni, mało wiedzieli o sobie nawzajem.

Scorpio skrzywił się w duchu na tę myśl i ostatecznie powściągnął chęć pytania o cokolwiek. Prędzej czy później prowadziłoby to, do pytań o jego osobę, a stanowczo nie miał ochoty teraz zwierzać się ze swoich sekretów. Gdyby karty się odwróciły, później Potter mógłby wykorzystać tę wiedzę przeciwko niemu. Nie wolno mu było o tym zapomnieć.

– Wszystko w porządku? – zapytał Albus, kładąc swoje rzeczy na szafce. – Wiesz... z twoim ojcem.

Scorpio prychnął cicho. Gryfon chyba z godzinę zbierał się w sobie, by wreszcie zadać to pytanie.

– Nie trafiła we mnie żadna klątwa, więc chyba dobrze – rzucił z fałszywym rozbawieniem. O jego ostatniej rozmowie z ojcem, jeszcze bardziej nie miał ochoty rozmawiać.

Zresztą Potter nie zamierzał naciskać.

– To dobrze – mruknął i wrócił do rozkładania rzeczy.

Przez dłuższą chwilę panowało między nimi milczenie i najwyraźniej Gryfon nie planował pytać o nic więcej, zupełnie jakby wyczuwał, że Scorpio nie jest w nastroju do pogaduszek.

Ostatecznie więc Ślizgon zdjął buty i położył się z rękoma splecionymi na poduszce. Miał taki mętlik w głowie, że w sumie to nie wiedział, której myśli się uczepić. Opuszczenie szkoły, poznanie rodziny Potterów, spięcie z Ronaldem Weasleyem, rozmowa z ojcem, no i zapomniałby, że poznał własnego kuzyna. Było tego stanowczo za dużo jak na jeden dzień, a przecież to dopiero wierzchołek góry lodowej. Żeby nie zadręczać się wszystkimi nieprzyjemnymi kwestiami, skupił się na jedynej, która była chyba najbardziej neutralna.

– Ten cały Ted Lupin, wspominał że mieszka z babcią. Domyślam się, że jego rodzice nie żyją.

Albus spojrzał na niego przelotnie i pokiwał głową.

– Zginęli na wojnie. Oboje należeli do Zakonu Feniksa i zostali zabici w czasie bitwy o Hogwart. To było tuż po jego narodzinach.

– Nie zachowuje się jak ktoś z tak traumatyczną przeszłością.

– Nie został sam, moi rodzice otoczyli go opieką. Wiesz, mój tata też jest sierotą, więc łatwo było mu zrozumieć jakie to ważne. Ted jest dla mnie trochę jak drugi brat.

– Jakby jednego Jamesa było mało – rzucił Scorpio.

Albus zaśmiał się nieznacznie.

– Fakt bywa natrętny, nikt nie wie tego lepiej ode mnie, ale można się przyzwyczaić. Ma dobre chęci.

– Nie wątpię. Zwłaszcza chętnie przefasonowałby mi twarz.

– Czasami sam miałem na to ochotę.

– I vice versa.

Scorpio spojrzał na Gryfona, racząc go swoim klasycznie wrednym uśmiechem. Ten mimo to nadal uśmiechał się przyjaźnie, kompletnie tym niezrażony.

– Cieszę się, że ostatecznie do tego nie doszło – rzucił w końcu.

– Spokojnie, mamy jeszcze cztery dni, żeby się serdecznie znienawidzić.


Scorpio obudził się bardzo wcześnie, nieprzyzwyczajony do nowego otoczenia. Na dworze dopiero świtało, więc prawdopodobnie miał jeszcze wiele czasu dopóki wszyscy wstaną. Mimo, że kilkukrotnie przewalał się z boku na bok, nie potrafił już powtórnie zasnąć. Nie chciał też wstawać, kręcenie się po domu Potterów, kiedy wszyscy jeszcze spali, mogłoby zostać fatalnie odebrane. Dlatego przez ponad godzinę leżał, gapiąc się w sufit i dla zabicia czasu odtwarzała w pamięci poznane ostatnio zaklęcia.

Z niekrytą radością usłyszał w końcu jak Albus ziewa i przeciąga się w łóżku. Mógł wtedy bez skrępowania wstać i odnaleźć łazienkę, żeby się trochę ogarnąć. Ubrany w granatową koszulę z krótkim rękawem i jeansy, wrócił do pokoju, gdzie zobaczył, że na jego łóżku siedzi Lily. Dziewczynka wciąż była w kolorowej piżamie i rozmawiała o czymś z bratem. O dziwo jednak nie urwała, kiedy Scorpius wszedł do środka.

– Masz kąpielówki? – zapytała, bez żadnego wstępu.

Nieco zaskoczony, uniósł brwi i pokręcił głową. Gryfonka nie wyglądał na zrażoną, bo machnęła od niechcenia ręką.

– Nie szkodzi, Albus ci pożyczy. Mama powiedziała, że po śniadaniu pojedziemy na basen.

To nie było pytanie, lecz stwierdzenia faktu, więc nie zamierzał komentować tego pomysłu.

– Umiesz pływać?

– Oczywiście – prychnął, odpowiednio markując święte oburzenie. Mógł iść o zakład, że potrafił pływać lepiej od któregokolwiek z nich.

Rzeczywiście, po szybkim śniadaniu, które odbyło się w tym samym gronie co wczorajsza kolacja, zebrali rzeczy i w towarzystwie pani Potter oraz pani Granger wpakowali się do magicznie powiększonego Forda. W ostatniej chwili dołączył do nich także Ted.


Scorpio dopłynął do krawędzi i zatrzymał się, żeby złapać oddech. W odróżnieniu od dziewczyn, które wraz z Hugo poszły moczyć się na płytkich basenach dla dzieci, on wolał pływać na normalnym torze, teraz dość tłocznym z uwagi na dzień wolny od pracy.

Przetarł ręką twarz, by usunąć z niej mokre włosy i rozejrzał się dookoła. Na torze obok pływał Ted, a jeszcze dalej James. Zarówno jeden jak i drugi byli naprawdę wprawni i bez trudu robili kolejne długości basenu. Choć jeśli lepiej się przyjrzeć, to technika Pottera była bardziej doszlifowana.

– Wymiękasz? – zapytał rozbawiony Ted, który również dopłynął do krawędzi. Mimo hardej miny, on również z trudem łapał oddech.

Scorpio prychnął.

– Chciałbyś – mruknął, po czym zanurkował i odbił się od ściany basenu, pokonując niemal połowę jego długości pod wodą.

Dopłynął do drugiego brzegu, zawrócił i po chwili był z powrotem koło Lupina.

– Widzę, że czujesz się jak ryba w wodzie, ja nigdy nie byłem dobry w nurkowaniu. Jako dziecko nie cierpiałem kiedy zalewało mi uszy.

– Niedaleko naszego domu jest spora rzeka – odparł Ślizgon. – Pływałem w niej jeszcze zanim nauczyłem się dobrze chodzić. Nie miałem więc podobnych dylematów.

Tak, pływanie było z pewnością jedną z tych rzeczy, która nieodłącznie kojarzyła mu się z dzieciństwem. Kiedy tylko pogoda na to pozwalała, wraz z okolicznymi dzieciakami potrafili całe dnie spędzać nad wodą, często robiąc rzeczy dalekie od bezpiecznych. Matka wielokrotnie strofowała go, by nie zrobili sobie krzywdy, ale już wtedy miał podobne ostrzeżenia głęboko w poważaniu.

Pamiętał jak wspinali się na najwyższe z drzew rosnących na brzegu i skakali do wody, z wysokości, która stanowczo przeczyła zdrowemu rozsądkowi. Kiedy teraz o tym myślał, zakrawało na cud, że nikt nie skręcił sobie przy tym karku.

– I rodzice pozwalali ci na to?

Scorpio wzruszył ramionami.

– Zazwyczaj nie pytałem ich o zdanie – stwierdził z rozbawieniem, po czym wyskoczył z wody i przeszedł po brzegu do sektora z trampoliną. Nie zastanawiając się zbyt długo, wszedł na samą górę, spojrzał przelotnie na obserwującego go Teda, po czym bez wahania dał nura na główkę do wody. Tak, to stanowczo przywodziło wspomnienia.

Wypłynął, otarł twarz i zobaczył, że na brzegu stoją bracia Potter i obserwują jego popisy. James ewidentnie też palił się do skoków, w odróżnieniu od Albusa, któremu chyba znowu brakowało gryfońskiej odwagi. Ostatecznie jednak ruszył w stronę drabinek, szturchany przez brata.

Po niespełna minucie z trampoliny najpierw skoczył James, który w pełni profesjonalnie przeciął taflę wody rękoma, a chwilę później ze znacznie mniejszą gracją wpadł do wody Albus.

– Już myślałem, że strach cię obleciał – rzucił Scorpio, kiedy młodszy z braci wypłynął na powierzchnię.

– Nie przepadam za skokami – stwierdził Albus, ocierając twarz.

W tej właśnie chwili Scorpius dostrzegł niewielki, kolorowy kształt na dnie basenu. Bez zastanowienia, zanurkował i wyłowił tajemniczą rzecz.

– No proszę, zdobyłem trofeum – zawołał z rozbawieniem, po czym rzucił przedmiot w stronę Jamesa.

Gryfon niemal natychmiast rozpoznał w tym kraciaste kąpielówki brata. Zresztą nie tylko on, bo Albus nagle zrobił się cały czerwony.

– Oddawaj! – zawołał.

Na twarz Jamesa wypłynął nader złośliwy uśmiech, który był czymś zgoła niezwykłym w wykonaniu starszego z Potterów.

– To kara za braki w technice. Spokojnie przekażemy je Rose, będzie miała co wywiesić jako nowa flagę Gryffindoru.

– Bardzo zabawne – zirytował się Albus i popłynął w stronę Jamesa, gotowy odebrać swoją własność. Ten jednak go uprzedził i odrzucił spodenki w stronę Scorpiusa.

– Może te również od ciebie pożyczę – zaśmiał się Ślizgon, a potem odczekał, aż Gryfon zbliży się do niego, by przerzucić kąpielówki z powrotem do Jamesa.

Ten ostatecznie zlitował się nad bratem, choć wyczekał odpowiedni moment i pacnął go mokrymi gatkami prosto w twarz.

– Dranie z was – warknął Albus, ku rozbawieniu obu chłopaków.

– Jesteście niepoprawni – odezwał się Ted, który dotychczas obserwował całe zajście z bezpiecznej odległości. – Nie wiecie, że rzeczy znalezione w basenie, należy zwracać ratownikowi.

– Widzisz Albus, a to nas nazywasz draniami. Ciesz się, że nie mamy takich pomysłów, bo połowa aquaparku oglądałaby cię w stroju Adama – skomentował wciąż rozbawiony Scorpio.

Młody Gryfon jedynie pokręcił głową i dla pewności dokładniej zawiązał sznurki przy spodenkach.


Scorpio wyszedł spod prysznica, zabrał swoje rzeczy i przeszedł do jednego z boksów, żeby przebrać się w suche ubranie. Kiedy był już gotowy, dołączył do dziewczyn, które właśnie skrupulatnie suszyły swoje długie włosy suszarkami. Oczywiście towarzyszące im dorosłe czarownice mogłyby to zrobić w przeciągu kilku sekund za pomocą magii, ale wokoło kręciło się tylu mugoli, że byłoby to proszenie się o kłopoty. Ostatecznie więc Scorpio również chwycił jedną z suszarek wiszących na ścianie i ciepłym strumieniem powietrza, szybko osuszył włosy.

Po kilku minutach wszyscy byli gotowi do wyjścia. Kolejno przechodzili przez bramki, jednocześnie oddając kolorowe bransoletki, które otrzymali przy wejściu. Potem udali się w stronę parkingu, gdzie zostawili samochód. Czekał ich jednak dłuższy spacer, bo od samego rana panował tutaj znaczny ruch i pani Potter miała spory problem, by znaleźć miejsce do zaparkowania.

Scorpio szedł koło Albusa, który najwyraźniej już wybaczył zarówno jemu jak i Jamesowi ich wygłupy, bo teraz dyskutował z bratem i Rose, na temat dalszych planów na dzisiejszy dzień.

– Jak na czarodzieja pochodzącego z tak... hm... konserwatywnej rodziny, dobrze odnajdujesz się w świecie mugoli – zaczepiła Scorpiusa pani Granger.

Ślizgon przez moment patrzył na kobietę, zastanawiając się, jak powinien zinterpretować "konserwatywność" jego rodziny. Ostatecznie jednak pominął tę kwestię i wzruszył nieznacznie ramionami.

– Całe dzieciństwo spędziłem w towarzystwie dzieciaków z wioski niedaleko mojego domu. Dlatego na co dzień miałem styczność z ich technologią. Zapewne w tym gronie tylko pani i ja znamy różnicę między mikrofalówką, a krótkofalówką.

Kobieta zaśmiała się szczerze na to stwierdzenie.

– Rzeczywiście, pewnie masz rację. Wiem, jakie Ron ma problemy z mugolskimi wynalazkami.

– A twoim rodzicom nie przeszkadzało, że zadajesz się z mugolami? Nie bali się, że przypadkiem ujawnisz magiczne zdolności? – zapytała Rose, która szła koło matki.

Scorpio zawahał się przez moment. Nie był przekonany czy chce dzielić się z Gryfonami podobnymi szczegółami ze swojego życia, zwłaszcza, gdy dostrzegł, że pozostali również spoglądają w jego stronę, czekając na odpowiedź. Z drugiej jednak strony nie chciał też kłamać w żywe oczy. Bądź co bądź okazali mu więcej gościnności niż zakładał w najśmielszych przypuszczeniach. Po prawdzie dziś miał wrażenie, że traktowali go niemal jak jednego z nich.

Dlatego po krótkim zastanowieniu wziął głęboki wdech i spojrzał w stronę Gryfonki.

– Wiesz, moja rodzina mieszka w tamtym miejscu od pokoleń. Naprawdę sądzisz, że okoliczni mieszkańcy nie wiedzą kim jesteśmy?

Wyraz twarzy zarówno Rose, jak i pozostałych wyraźnie sugerował, że w ogóle nie brali tego pod uwagę. Mimo to Scorpio pociągnął dalej.

– W przeszłości do mojej rodziny należało kilka okolicznych wiosek i wielu mieszkańców było w jakiś sposób związanych z dworem. Stajenni, ogrodnicy, kurierzy. Nie wszystko mogły zrobić domowe skrzaty. W przeszłości znacznie mniej dbano o tę całą konspirację i dlatego okoliczni mugole wiedzieli, że pan dworu nie jest zwykłym człowiekiem. Służyli mu, a on dbał o ich bezpieczeństwo. Ta wiedza przetrwała do dziś.

– Więc chcesz powiedzieć, że dzieciaki z którymi się przyjaźniłeś, wiedziały, że jesteś czarodziejem? – zapytała Lily.

– Nikt o tym nie mówił głośno, ale tak, myślę, że wiedziały – odparł Scorpio i zamyślił się na chwilę. – Pamiętam jedną sytuację, gdy do mojej matki przyszła w środku nocy pewna kobieta, której syn ciężko zachorował. To była zima i wezwana karetka nie była w stanie dojechać. Dlatego bojąc się, że ten nie przeżyje do rana, poprosiła moją matkę o pomoc.

– I co? Co zrobiła twoja mama? – dopytywała młoda Gryfonka.

– Nie wiem dokładnie, miałem wtedy jakieś osiem lat. Pamiętam tylko, że wyszła z domu, a kiedy wróciła, nie chciała o tym rozmawiać. Nie mniej tamten chłopak żyje po dziś dzień.

Dopiero gdy to powiedział, zdał sobie sprawę, jak wielki błąd popełnił i przeklinał w duchu swój długi język. A trzeba było milczeć. Właśnie otwarcie przyznał, że prawdopodobnie jego matka używała magii w obecności mugoli, co było poważnym wykroczeniem i teraz z łatwością mógłby sprowadzić na nią kłopoty. Ministerstwo tylko czekało, by takich jak ona obciążyć dodatkowymi zarzutami. Jednak kiedy spojrzał na twarze otaczających go Gryfonów, dominowało na nich raczej zdumienie, niż chęć wykorzystania tego przeciwko komukolwiek. Oby nie pożałował w przyszłość tej lekkomyślności.

– Myślałem, że Malfoyowie gardzą mugolami – rzucił James, przerywając przedłużającą się ciszę.

Tym razem Scorpio znacznie uważniej dobierał słowa.

– To zależy jak kto. Ja tam do mugoli nic nie mam. Moi rodzice mają większe problemy na głowie, a wcześniej to różnie bywało. Większość rodów czystej krwi uważała, że każdy ma swoje miejsce, a miejsce mugoli nie jest pomiędzy czarodziejami.

– Ale mogli być sługami albo niewolnikami?

Scorpius wzruszył ramionami.

– Coś w tym stylu. Ale czy naprawdę aż tak cię to dziwi? Każdy posiadający jakąś władzę, czy to czarodziej czy mugol, próbuje podporządkować sobie innych. A magia daje bardzo dużą władzę. Dlatego wielu wykorzystywało ją w ten sposób. Nie każdy jest tak pełen szlachetnych przekonań, by uznawać, że wszyscy są równi.

– A ty?

Ślizgon doskonale wiedział, do czego dąży James. Jednak Scorpio nie zmierzał dać mu tej satysfakcji. Wręcz przeciwnie, trochę brutalnej prawdy może utemperuje nieco pewnego siebie Gryfona.

– Ja? Już dawno przekonałem się, że równość nie istnieje ani wśród mugoli, ani nawet między czarodziejami.

Choć miał na myśli zupełnie coś innego, po chwili zdał sobie sprawę, że dla nich musi brzmieć, jak typowy zwolennik idei Voldemorta.

– Czyli twierdzisz... – zaczęła Rose, ale wszedł jej w słowo.

– Twierdzę, że mam z góry przerąbane, bo jestem Ślizgonem i synem śmierciożercy. Nie miałem na to żadnego wpływu, a jednak ponoszę tego konsekwencję. Jeśli tak według ciebie wygląda równość, to chyba powinnaś poszukać w słowniku znaczenia tego słowa.

Mówił zupełnie spokojnym tonem, a mimo to, cisza jaka zapadła po jego słowach była wymowna.

W milczeniu doszli do samochodu, a z każdą kolejną chwilą Scorpius miał coraz większe wyrzuty sumienia, że sam popsuł całkiem przyjemną atmosferę. Jednak jak zwykle trzeba było mu trzymać język za zębami.

Kolejne rozmowy zaczęły się dopiero, kiedy wszyscy siedzieli już w samochodzie, jednak Scorpio nie brał w nich udziału. Przez całą drogę gapił się w okno i rozmyślał nad wszystkim głupotami, które powiedział. Przeklinał się w duchu, że nie był w stanie bardziej panować nad swoimi słowami. Dlaczego kiedy wchodził z kimś w polemikę, tak łatwo znajdował odpowiednie argumenty, a gdy sytuacja wymagała rozwagi, paplał zupełnie bez pojęcia?

Zjedli obiad w jednej z pizzerii w centrum, a ostatecznie skończyli w kinie, oglądając jakąś głupkowatą komedię. Ale ani jedno, ani drugie nie było w stanie poprawić jego samopoczucia.


Scorpio leżał na łóżku i czytał bez większego zainteresowania książkę wziętą z regału Pottera. Albus kilka minut wcześniej zniknął w łazience i teraz nic nie zakłócało panującej wokoło ciszy. Za wszelką cenę Ślizgon starał się skupić na czytanym tekście, żeby po raz setny nie rozbierać na czynniki pierwsze wydarzeń dzisiejszego dnia.

Nagle ciszę pokoju przerwał dźwięk otwieranych drzwi. Scorpio spodziewał się zobaczyć Albusa, tymczasem do środka weszła Lily. Ubrana w swoją kolorowa piżamę, rozejrzała się po pokoju, najwyraźniej poszukując brata.

– Myje się – rzucił Scorpius zza książki.

– To się dobrze składa, bo ja przyszłam do ciebie – stwierdziła, po czym weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi.

Było to co najmniej podejrzane, a widząc dziwnie skonsternowaną minę dziewczyny, Scorpio opuścił książkę i podniósł się do pozycji siedzącej. Przez dłuższą chwilę obserwował ją w milczeniu.

– Do mnie? – zapytał w końcu niezbyt elokwentnie.

Lily skinęła głową i podeszła bliżej. Teraz stała jakieś dwa kroki od jego łóżka. Stanowczo wyglądała, jakby zbierała się na jakieś wielkie słowa, a w końcu wzięła głęboki wdech, uśmiechnęła się i odezwała.

– Chciałam tylko żebyś wiedział, że dla mnie nie ma znaczenia, że jesteś Ślizgonem i że twój tata był śmierciożercą. Lubię cię, jesteś w porządku.

Skłamałby gdyby powiedział, że nie zaskoczyły go te słowa. Co jak co, ale wydawało mu się, iż najmłodsza Potterówna co najwyżej czuje do niego daleko posuniętą ostrożność. Nie mniej jej oświadczenie wydawało się zupełnie szczere.

– Niektórzy nie podzieliliby twojego entuzjazmu.

Dziewczyna wywróciła oczami.

– Nie przejmuj się Jamesem, on po prostu za bardzo się martwi.

– Zdążyłem zauważyć, że jest trochę przewrażliwiony.

Lily podeszła bliżej i z pewnym wahaniem usiadła w nogach łóżka.

– Wiesz, kiedyś taki nie był, a potem zdarzył się pewien wypadek i od tego czasu jest bardzo czujny.

Scorpiusa kusiło, żeby dopytać o ten tajemniczy wypadek, ale czuł, że dziewczyna nie zamierza powiedzieć niczego więcej. Mógł się jedynie domyślać, iż miało to jakiś związek z Albusem, bo w stosunku do Lily James nigdy nie wydawał się nadmiernie opiekuńczy.

– Rozumiem. Tak czy inaczej miło, że przynajmniej jeden Gryfon nie uważa mnie za kupę, śmierdzącego trollowego...

– Fuj, nawet nie kończ tego porównania – zaśmiała się dziewczyna.

On również się uśmiechnął i tym razem pozbawione to było zwyczajowej złośliwości.


Następnego dnia wybrali się cała ekipą metrem do centrum Londynu. Jak zwykle na dzień przed świętami miasto tętniło życiem. Na ulicach odbywało się wiele występów i pokazów, trafili również na festiwal sztuk cyrkowych, gdzie akrobaci prezentowali przeróżne sztuczki.

Pogoda była naprawdę przyjemna jak na połowę kwietnia i nasuwała myśli o zbliżających się wakacjach. Nie żeby Scorpio jakoś specjalnie tęsknił za powrotem do domu, po ostatnich wydarzeniach miał pewną obawę przed spędzeniem z ojcem całych dwóch miesięcy, ale teraz wolał nad tym nie rozmyślać. Ogólnie dziś znacznie bardziej starał się panować nad tym to mówi, dzięki czemu ani razu nie doprowadził do tak niezręcznej sytuacji jak dzień wcześniej. Rozmawiał zresztą głównie z Lily, która uparcie ciągała go od jednej atrakcji do drugiej, ku wyraźnemu rozbawieniu Albusa.

Kiedy zaś obejrzeli już większość okolicznych występów, Harry Potter, który dziś towarzyszył im w roli opiekuna, poprowadził ich do wielkiego akwarium znajdującego się w samym centrum Londynu, dosłownie tuż koło London Eye.

Zazwyczaj niewiele rzeczy mogło zrobić wrażenie na Scorpiusie, ale musiał przyznać z czystym sumieniem, że to miejsce przerosło wszelkie jego wyobrażenia. Nawet tłum zwiedzających nie był w stanie zniszczyć niesamowitej atmosfery panującej tutaj.

Wędrując przeszklonymi korytarzami i obserwując pływające wokoło przeróżnych kształtów i rozmiarów morskie istoty, Scorpius czuł się, jakby wszedł do zupełnie innej rzeczywistości. W pewnej chwili tuż nad jego głową przepłynął pokaźnych rozmiarów rekin i chłopak aż zatrzymał się w pół kroku, żeby obejrzeć go dokładniej.

– Niesamowite, nie? – odezwał się Albus, który stanął tuż obok i również patrzył na rekina.

Scorpio pokiwał głową.

– Opieka nad Magicznymi Stworzeniami może się schować.

Gryfon zaśmiał się na to oświadczenie.

– Nie wiedziałem, że w ogóle na nią chodzisz.

– Teoretycznie.

Potter spojrzał w jego stronę pytająco, na co on wzruszył ramionami.

– Musiałem wybrać jakiś drugi fakultety, ale mam ciekawsze rzeczy do roboty.

– I nie boisz się, że profesor Hagrid cię obleje?

– Hagrid? Wszyscy wiemy, że oddaję mu przysługę nie pojawiając się na zajęciach. Ma wystarczający problem z formułowaniem zdań bez moich komentarzy, cholibka.

Albus parsknął śmiechem.

– Jeśli spojrzeć na to w ten sposób – stwierdził, kiedy już odzyskał oddech. – Ja tam lubię te zajęcia, są stanowczo przyjemniejsze niż numerologia.

– Rany, kto przy zdrowych zmysłach wybiera numerologię?

– Rose mnie namówiła, wiesz, ona bardzo stara się być prymuską, jak ciocia, tyle że brakuje jej trochę zacięcia do nauki.

Scorpius spojrzał w stronę dziewczyny, która właśnie tłumaczyła coś przy szybie Lily i Hugonowi. Najwyraźniej nie tylko on i Albus mieli kompleks posiadania sławnego rodzica.

– A na jaki drugi fakultet jeszcze NIE chodzisz?

Scorpio zaśmiał się otwarcie, najwyraźniej Gryfon przestał tak bardzo przejmować się tym, co mówi w jego obecności. Kpina była wyraźnie słyszalna w tonie jego głosu.

– Wróżbiarstwo. I wbrew temu co insynuujesz akurat tam bywam regularnie. Trelawney jest naprawdę zabawna. Uwielbiam słuchać, jak przepowiada mi śmierć w męczarniach. Nie mógłbym tego sobie odpuścić.

Albus pokręcił głową.

– Ty to masz dopiero dziwne rozrywki.

– Powiedział miłośnik sprzątania łajna jednorożców.


W podobnie przyjemnej atmosferze upłynęła im reszta zwiedzania akwarium. Przez większość czasu Scorpius spacerował w towarzystwie młodego Pottera i wspólnie komentowali różne dziwaczne stworzenia widoczne za szybą. Po ostatnich dniach, kiedy Albus pozostawał dziwnie milczący, była to miła odmiana. Najwyraźniej Gryfon przestał wreszcie obawiać się, że jego integracyjny eksperyment, jak nazwał to James, skończy się totalną katastrofą i teraz pozwalał sobie na bardziej swobodne zachowanie. Scorpio ze swojej strony musiał przyznać, że absolutnie mu to nie przeszkadza, co więcej sam również przestał aż tak bardzo pilnować własnego języka i niejednokrotnie odpowiadał w sposób, który daleki był od uprzejmego. O dziwo jednak Potter zdawał się zupełnie tym nie przejmować.

Choć Scorpius nigdy nie przyznałby tego głośno, to w jednym Gryfon z pewnością miał rację. Wcale tak bardzo się nie różnili. Oczywiście ich charaktery były skrajnie odmienne, ale z pewnością dzielili podobne poczucie humoru, a raczej Scorpio zauważył, że jego złośliwe komentarze wyraźnie bawią Albusa. Co więcej obaj nie mieli w zwyczaju ukazywać tego, co rzeczywiście myślą. Ślizgon, jeśli prawda była niewygodna, zasłaniał się najczęściej kłamstwami, natomiast Gryfon w takich przypadkach po prostu milczał. Jednocześnie po pewnym czasie nawzajem zaczęli dostrzegać, kiedy ich rozmowa schodziła na nieprzyjemny dla któregoś temat i szybko nauczyli się je skutecznie omijać. Ani jeden, ani drugi nie miał ochoty psuć przyjemnego dnia wchodzeniem na jakieś śliskie kwestie.

Oczywiście przez większość czasu Scorpius czuł na sobie czujne spojrzenie Jamesa, ale najstarszy z Potterów trzymał się na odległość, głównie rozmawiając z ojcem.

Sam Harry Potter również okazał się inny niż Scorpius sobie wyobrażał. Jak na wojennego bohatera, dziecko z przepowiedni i pogromcę Voldemorta, był… bardzo zwyczajny. Normalny facet, który kocha swoją rodzinę i troszczy się o nią. Uprzejmy i stonowany, zdawał się wręcz być przeciwieństwem wszystkiego co można było o nim przeczytać w książkach czy prasie. On również przelotnie ich obserwował, choć w jego wzroku nie było podejrzliwości Jamesa, raczej po prostu był zadowolony, że jego syn dobrze się bawi.


Było późne popołudnie, kiedy wreszcie zdołali wyjść z akwarium. Głodni i zmęczeni chętnie pojechali do domu, gdzie pani Potter i pani Granger przygotowały grilla na świeżym powietrzu.

Zajadając kiełbaski i pieczone warzywa, rozsiedli się na rozłożonych kocach, a dyskusja wciąż obejmowała głównie atrakcje widziane w mieście. Dominowała w tym Lily, która każdy szczegół musiała opowiedzieć matce.

Wieczór był ciepły i bardzo przyjemny. Scorpio siedział na kocu ze skrzyżowanymi nogami, obok niego leżał Albus i najzwyczajniej w świecie zasnął. Po jego lewej Rose darła koty z Jamesem, który po raz kolejny próbował wyprowadzić ją z równowagi. A najmłodsi Lily i Hugo siedzieli ze swoimi ojcami i wciąż przeżywali wizytę w Akwarium. Dziś o dziwo nawet Ronald Weasley odzyskał nieco humoru i przestał zerkać na Scorpiusa spode łba.

Obserwując to wszystko w ciszy, Scorpius znowu poczuł dziwne ukłucie zazdrości. Dobrze wiedział, że kiedy wróci do własnego domu nic nie będzie tak wyglądać. Mógł mieć jedynie nadzieję, że rodzice pozwolą mu na lato wyjechać do dziadków, tam przynajmniej więcej rzeczy przypominało mu o beztroskim dzieciństwie, niż o nieprzyjemnościach jego obecnego życia.

I pomyśleć, że gdyby urodził się w innej rodzinie, jego obecność tutaj wcale nie wydawałaby się dziwna. Niestety nic nie mógł na to poradzić i choć wszyscy byli dla niego zaskakująco mili, to nadal czuł się tutaj intruzem, zwłaszcza w tak rodzinnych, niemal intymnych chwilach.

Ostatecznie czując narastającą frustrację, wstał i wszedł do domu. Nalał sobie szklankę wody i oparty o bufet starał się przełknąć nieprzyjemną gulę, która uformowała się w jego gardle.

– Wszystko w porządku? – zapytał pan Potter, kiedy minutę później wszedł za nim do środka.

Scorpius błyskawicznie powściągnął wszystkie negatywne emocje. Stanowczo nie miał ochoty teraz z nikim rozmawiać. Niestety nie miał wyjścia, dlatego przełknął ostatni łyk wody i skinął głową.

– Musiałem rozprostować nogi – skłamał bez mrugnięcia.

Mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie, po czym podszedł do zlewu i włożył do niego trzymane w ręce talerze.

– Naprawdę Hogwart tak się zmienił? – zapytał niespodziewanie, nie patrząc w stronę Scorpiusa.

Ten w pierwszej chwili nie wiedział co odpowiedzieć na tak postawione pytanie.

– Trudno mnie to ocenić, nie wiem jak było wcześniej – odparł w końcu, również odstawiając swoją szklankę do zlewu. A potem dodał z pewnym wahaniem. – Ale to nie jest kwestia tylko Hogwartu. To cały świat czarodziejów po prostu nienawidzi takich jak ja.

Potter spojrzał na niego wyraźnie zaskoczony ostrością tych słów. Zresztą on sam również był zdumiony, że zebrał się na taką szczerość. Harry Potter był dla niego niemal zupełnie obcą osobą, a mimo to ta otwartość wydawała się słuszna i wręcz naturalna.

– Tak nie powinno być – westchnął mężczyzna. – Dwadzieścia lat po śmierci Voldemort nadal sieje swój ferment. Dużo prawdy jest w stwierdzeniu, że człowieka można zabić, ale idea pozostanie wieczna. On nie stworzył tych podziałów, istniały od zawsze, ale właśnie on wprowadził je na zupełnie inny poziom. Nie powinno być tak, że krew czy pochodzenie decyduje o naszym życiu. Tylko nasze czyny.

Scorpio skrzywił się w duchu. Gdyby oceniać go po tym co robił, to wcale nie byłoby lepiej. Tę uwagę pozostawił jednak dla siebie.

– Pewnie jeszcze nie wasze pokolenie – kontynuowała tymczasem mężczyzna – ale może pokolenie waszych dzieci zdoła wymazać jego wpływ z naszego świata.

Dla Scorpiusa nie było to zbyt wielkie pocieszenie, nie wybiegał myślami tak daleko.

– Może, choć szczerze w to wątpię. Co najwyżej zmieni się obiekt nienawiści. Nie wierzę, żeby całkiem dało się ją wyplenić.

Potter spojrzał na niego w nieco dziwny sposób.

– Bardzo cyniczne podejście jak kogoś tak młodego.

Scorpio wzruszył ramionami.

– Niewiele pozostaje w mojej sytuacji.

– Postaraj się nie zarazić nim Albusa. On nie jest zbyt odporny psychicznie. Stara się jak może, ale dobrze wiem, że jego niedoskonałości bardzo mu ciążą.

Scorpius uśmiechnął się nieznacznie.

– Mam dziwne wrażenie, że to on ma większy wpływ na mnie niż odwrotnie. Jak inaczej wyjaśnić to, że tu jestem?

Harry Potter odwzajemnił uśmiech, odkręcił wodę i zaczął myć talerze. Tak, największy bohater ich czasów właśnie zakasał rękawy i najzwyczajniej w świecie zaczął zmywać brudne naczynia. Widać, że wychował się w mugolskiej rodzinie, skoro nie zamierzał do tego wykorzystywać magii. Czy to umniejszało jego postać? Wręcz przeciwnie. Ten czarodziej mógłby być najważniejszą i najpotężniejszą osobą w kraju, ale postanowił wieść zupełnie zwykłe życie, nie wywyższać się, zapewne po to by jego rodzina, jego dzieci, nie musiały żyć w cieniu bohatera. Czy w pewnym sensie tego samego nie próbował zrobić Draco? Przecież usunął się z publicznego życia, wycofał niemal całkowicie ze świata czarodziejów, żeby jego piętno jak najmniej dotknęło Scorpiusa. Wszystko poświęcił dla tej jednej sprawy, ale dotychczas Scorpio tego nie dostrzegał. Tak naprawdę w wielu kwestiach był zaślepiony.

Teraz jednak nie miał możliwości w żaden sposób tego naprawić, przyjdzie na to pora, kiedy wróci do domu na wakacje. Tymczasem nie zamierzał stać bezczynnie. Podwinął rękawy koszuli, po czym zaczął znosić brudne talerze i szklanki do kuchni.


Poranek w świąteczną niedzielę był w domu Potterów bardzo ruchliwy. Lily zbudziła ich o nieprzyzwoicie wczesnej porze i zagoniła na dół, gdzie stopniowo pojawiało się coraz więcej osób. Na długim stole w jadalni stawiali kolejne półmiski, talerze i szklanki. Po niespełna półgodzinie większość była gotowa i wszyscy zasiedli do Wielkanocnego śniadania. Atmosfera była niezwykle radosna i naprawdę rodzinna, tym razem nie zakłócona już żadnymi nieprzyjemnymi wydarzeniami.

To co jednak najbardziej zaskoczyło Scorpiusa, to fakt, że tak samo jak reszta Gryfonów, otrzymał po śniadaniu sporą paczkę wypełnioną po brzegi czekoladowymi jajkami, zajączkami i innymi przysmakami.

Potem wybrali się wraz z dziadkami Potterów na długi spacer, który zakończył się na sporej łące, tuż nad rzeką, gdzie niemal już nie było miejskiej zabudowy. To miejsce niezwykle przypominało Scorpiusowi jego rodzinna okolicę. Leżąc na kocu i obserwując przepływające po niebie obłoki, mógł na dłuższą chwilę zapomnieć o wszystkich tych nieprzyjemnych kwestiach, które prędzej czy później wrócą. W sumie to nawet prędzej niż można przypuszczać, w końcu już jutro wieczorem wracają do Hogwartu. A im dłużej przebywał w tym towarzystwie tym bardziej nie miał na to ochoty. Dobrze wiedział, że po powrocie wszystko wróci do stanu wyjściowego. Przecież nie zacznie nagle prowadzać się z Gryfonami, narobiłoby sobie tym wrogów w obu Domach.

– Długo masz kiblować u McGonagall? – zapytał w pewnej chwili Albus, który siedział na trawie i popijał lemoniadę.

Chyba jedyne co zachęcało go do powrotu do szkoły, to perspektywa dalszych lekcji pod okiem dyrektorki. Gdyby nie to, naprawdę nie widziałby żadnych pozytywów.

– Do odwołania.

Potter spojrzał na niego podejrzliwie.

– Nieźle. Musiała się naprawdę wkurzyć, skoro nawet nie wyznaczyła jakiejś konkretnej daty zakończenia.

Co miał odpowiedzieć? Oczywiście mógł po prostu przytaknąć, ale po tych kilku dniach jakoś nie miał ochoty znowu ściemniać Albusowi. Zresztą Gryfon i tak pewnie dowiedziałby się prędzej czy później. Ostatecznie więc Scorpius przekręcił się na bok i wsparł głowę na dłoni.

– To nie do końca tak. Wcale nie rozwiązuję zadań z transmutacji. McGonagall uczy mnie zaklęć.

Tym razem Potter spojrzał na niego już całkiem zaskoczony. Szybko jednak otrząsnął się z szoku i uśmiechnął lekko.

– A twierdziłeś, że jako Ślizgon nie masz co liczyć na wsparcie ze strony nauczycieli. Jak widać nie jesteś nieomylny.

Scorpio wywrócił oczami.

– Miałem sporo szczęścia. Nie oszukujmy się, równie dobrze mogła mnie wywalić na zbity pysk.

– A co takiego zrobiłeś? – Nagle tuż obok nich wyrosła Rose. Bardzo kiepskie wyczucie czasu.

– Nic o czym chciałbym ci opowiadać – odparł natychmiast, spoglądając wyzywająco na Gryfonkę.

Dziewczyna prychnęła.

– Nie musisz, i tak wyciągnę wszystko z Albusa.

– Dzięki, Rose. Uwielbiam jak traktujesz mnie niczym swoją własność – mruknął Potter.

– Po tylu latach powinieneś się już przyzwyczaić – odparła ta, uśmiechając się przy tym nader przekornie.

Gryfon pokręcił głową, ale lekki uśmiech na twarzy sugerował, że wcale nie bierze słów kuzynki na poważnie.


Wieczorem odbyła się jeszcze uroczysta kolacja, w czasie której Scorpio niemal bez przerwy musiał wysłuchiwać paplaniny Lily, która szykowała się na jutrzejszy wyprzedażowy maraton. Już dziś ekscytowała się wyborem nowych sukienek, a także odwiedzeniem ulicy Pokątnej, która miała być ostatnim punktem programu przed powrotem do Hogwartu.

Co prawda nie milknąca nawet na minutę Gryfonka w normalnych okolicznościach zapewne doprowadzałaby go do czerwonej gorączki, jednak cały dzisiejszy dzień był tak spokojny i przyjemny, że nie potrafił mieć jej tego za złe. Co więcej zgodził się nawet, wbrew wszelkiemu zdrowemu rozsądkowi, że będzie jej towarzyszył i pomoże dokonywać wyborów. Choć przeczuwał, że jutro szczerze pożałuje tego zobowiązania.

Kiedy wraz z Albusem i Lily siedzieli na werandzie i patrzyli na pogrążony w ciemności krajobraz okolicy, doszedł do wniosku, że naprawdę mógłby się do tego przyzwyczaić. Może Gryfoni byli czasami nieco naiwni, a jeszcze częściej irytująco szczerzy, ale jeśli przymknąć na to oczy, to ich towarzystwo było nawet miłe, zwłaszcza, że niemal zupełnie przestali zwracać uwagę na to kim był. Gdyby się nad tym głębiej zastanowić, było to trochę przerażające, skoro wystarczyły zaledwie trzy dni, by zakopać wydawałoby się bezdenną przepaść. Ile z istniejących podziałów istniało tylko dlatego, że były podsycane przez tych najbardziej niechętnych do zmian?

Oczywiście Scorpius nie miał złudzeń. Doskonale wiedział, że nic nie jest aż tak proste. Jutro wieczorem będzie trzeba zderzyć się z brutalną rzeczywistością i walka rozpocznie się na nowo. Teraz jednak nie zmierzał się tym przejmować.

– Dzięki – odezwał się, nie spoglądając na towarzyszących mu Gryfonów. Niemal od razu poczuł na sobie dwoje zaskoczonych par oczu, dlatego szybko dodał – za zaproszenie.

– Nie ma za co – odpowiedziała uśmiechnięta Lily. – Tylko następnym razem nie rób z tego takiej afery.

Poczuł dziwny ucisk w żołądku na stwierdzenie "następnym razem". Raczej nie zakładał powtórki ani w bliższej, ani w dalszej przyszłości. Nie zamierzał jednak w tej chwili wyprowadzać Gryfonki z tego błędu, dlatego jedynie pokiwał głową.

– Postaram się – mruknął, nie patrząc w jej stronę.


– A co myślisz o tym? – Lily wyskoczyła z przebieralni, ubrana w białą sukienkę do kolan, przepasaną czarną błyszczącą wstążką.

Scorpio z Albusem siedzieli na sporej kanapie i oglądali z umiarkowanym entuzjazmem kolejne kreacje. Widząc tę ostatnią obaj skrzywili się i pokręcili głowami.

– Chyba że wybierasz się na pogrzeb – skomentował Ślizgon.

Dziewczyna wywróciła oczami i czmychnęła z powrotem do przebieralni.

– Daję jej jeszcze trzy próby i wychodzę – mruknął Scorpio.

– Podziwiam zacięcie, ja już mam dość – Albus z nudów już niemal leżał na sofie.

– Mięczak.

Na szczęście następna kreacja okazała się znacznie bardziej trafiona i w końcu mogli opuścić nieszczęsny sklep. Oczywiście na tym się nie skończyło, Lily musiała jeszcze obejrzeć buty, bransoletki i okulary przeciwsłoneczne. Na szczęście po pewnym czasie spotkali James, Rose i Hugo, dzięki czemu dziewczyny wyruszyły na dalsze łowy, a oni rozsiedli się w kawiarni i resztę pobytu w centrum handlowym spędzili jedząc lody i popijając je owocowymi napojami.

Niedługo później całą grupę zgarnęła pani Potter i zabrała wprost na ulice Pokątną.


Kiedy tylko przeszli przez przejście w murze na podwórku za Dziurawym Kotłem, Scorpio poczuł, że wrócił do rzeczywistości. Zupełnie jakby z jednego świata przeniósł się do innego, i to niekoniecznie lepszego. Niemal na potwierdzenie tych odczuć, nie minęło dziesięć minut, kiedy zobaczył pierwszą znajomą twarz – pyszałkowatą gębę Deana Westwooda. Gryfon aż się zatrzymał, kiedy dostrzegł zbliżającą się grupę, a jego spojrzenie utkwione było właśnie w Scorpiusie. Na szczęście nim cokolwiek powiedział, dostrzegł panią Potter i to najwyraźniej ostudziło jego zapał, bo jedynie skinął głową w stronę Albusa i Rose, a potem zniknął w drzwiach pubu. Nie mniej Scorpio już widział oczami wyobraźni, co będzie się działo po powrocie do Hogwartu. Czy się tym przejmował? Raczej był już na to mentalnie przygotowany, a nawet obmyślał plan kontrataku.

Ostatecznie na Pokątnej zjedli obiad, kupili nieco rzeczy potrzebnych na zajęcia, a potem pojechali bezpośrednio na King's Cross, gdzie na peronie dziewięć i trzy czwarte już czekał na uczniów hogwarcki ekspres.

– No to do zobaczenia na Eliksirach – rzucił Scorpio, klepiąc Albusa w ramię.

Gryfon pokiwał głową.

– Nie narozrabiaj do tego czasu, bo znowu będziesz się tłumaczył przed McGonagall.

Ślizgon uśmiechnął się nieco złośliwie. Potter stanowczo zbyt dobrze zdążył go poznać.

Pożegnał gestem głowy panią Potter, machnął reszcie zebranych, po czym wmieszał się w tłum, kierując się w stronę gdzie dostrzegł blond czuprynę Zacharego. Z pewnością czekają go ciężkie chwile, ale w ostatecznym rozrachunku te kilka dni było tego warte.


Muszę wam wyznać, że scena z Draco i Scorpiusem na pustej uliczce była jedną z pierwszych, którą wymyśliłam kiedy zaczęłam opracowywać fabułę tego fika. Teraz kiedy wreszcie przelałam ją na papier, jestem z niej bardzo zadowolona.

A jakie są wasze odczucia względem całego tego rozdziału? Jak zawsze będę wdzięczna za wszelkie uwagi i komentarze.

Ps.

Pilnie poszukuję bety do tego tekstu, głównie pod kątem literówek, interpunkcji etc. Jeśli ktoś byłby chętny proszę o info na PW.