Rozdział 11

Wytykanie palcami

- Gdzie byłeś dzisiaj rano?

- Hmm?

John odstawił kubki na stolik i przysiadł na brzegu fotela, przyglądając się rozciągniętej na kanapie sylwetce Sherlocka.

- Dzisiaj rano. Wpadłeś po mnie na Baker Street, żebyśmy mogli pojechać na miejsce zbrodni. Nawet nie wiedziałem, że nie ma cię w domu.

- Och. Sprawdzałem jeden trop. – Sherlock zgiął palce u stóp i rozprostował nogi, unosząc się do półsiedzącej pozycji. Przysunął kolana pod brodę, żeby zrobić miejsce, i John usiadł obok niego, sięgając po swoją kawę.

- Jaki trop?

Sherlock zmarszczył brwi.

- Nic związanego ze sprawą – zapewnił. – Jedno z bieżących badań. – Wziął do ręki swój kubek i schował za nim twarz.

- Masz na myśli Moriarty'ego.

- Miałem ze sobą telefon – odparł pochmurnie Holmes. – I odebrałem go. Nawet mimo tego, że dzwoniła Sally. – Zirytował go własny obronny ton i rozprostował nieco nogi, wgniatając Johna w oparcie kanapy.

- Ała! – John skrzywił się, masując biodro, i Sherlock przypomniał sobie wcześniejszy wypadek z szalikiem. Cofnął nogi, odstawił kawę na stolik i zwinął się na boku.

- Nie jestem dzieckiem! – rzucił z urazą. – Mogę wychodzić z domu sam.

John potrząsnął głową, czując, jak w jego umyśle rozczulenie i irytacja zakładają bokserskie rękawice i przygotowują się do kolejnej rundy.

- Nie uważam, że jesteś dzieckiem – powiedział. – Uważam, że jesteś geniuszem... – przerwał na sekundę - ...który czasem zachowuje się dziecinnie.

- Wielka mi różnica – prychnął Sherlock.

- Istotna.

Sherlock odwrócił się z powrotem na plecy, podnosząc nogi i opuszczając je na johnowe kolana, co w jego mniemaniu było gestem skruchy.

- Sprawa jest poważna, skoro jesteś na boso.

- Moje nogi nie śmierdzą, jeśli o to ci chodzi – obronił się Holmes, zamykając z powrotem oczy.

- Nie, jestem pewien, że chodzi mi o to, że zaobserwowałem – podkreślił John – że czasem, kiedy wyjątkowo intensywnie myślisz, zdejmujesz buty i skarpetki.

Wargi Sherlocka drgnęły.

- Gdybym był Andersonem, robiłbym to, żeby móc policzyć powyżej dziesięciu.

- Gdybyś był Andersonem, ja bym tutaj nie siedział – zauważył John. – Chociaż mógłbyś zamiast mnie mieć Sally.

- Źle dobrałeś temat, jeśli masz zamiar wmusić we mnie dzisiaj jakieś jedzenie – wytknął mu Holmes, wyglądając, jakby go mdliło.

- Sam zacząłeś gadać o Andersonie – odciął się John. – A poza tym, zrobiłem tylko jedną kanapkę i jest przeznaczona dla mnie. Jak też chcesz, będziesz musiał iść na zakupy. – Sięgnął po talerzyk.

- Nie mam czasu na zakupy! – poskarżył się Sherlock, zezując na kanapkę, w którą wgryzł się John. Jego wzrok powędrował na drugą połowę, cały czas czekającą na talerzu.

- Żaden problem – wymamrotał John z pełnymi ustami. – I tak nie jesteś głodny. Pójdę jutro.

- Wiem, co próbujesz zrobić.

- Zjeść swój lunch. Nawet tresowana małpa by to wydedukowała. – Odstawił talerzyk na łydki Sherlocka.

- Nie jem, kiedy pracuję.

- A ktoś cię prosi?

Sherlock przyglądał się, jak kolejny kęs znika w ustach Johna.

- Okej! – warknął, sięgając po drugą połówkę. – Ale tylko dlatego, że nadal czuję się winny za twoje biodro.

John posłał mu oblepiony okruszkami uśmiech i przez moment obaj przeżuwali kanapki w zgodnej ciszy.

- Cały problem polega na tym – zaczął John, popijając skończony lunch herbatą – że ktoś przy opuszczaniu miejsca zbrodni celowo przebrał się za ciebie.

Wybrał idealny moment – Sherlock wziął akurat duży kęs kanapki i tkwiące w nim resztki zasad dobrego wychowania zadziałały jak knebel.

- Gdybyś wszedł do środka wyglądając jak mężczyzna opisany przez świadka, cały poranek potoczyłby się zupełnie inaczej.

Sherlock zerknął na resztkę lunchu w swojej dłoni, jakby podejrzewał, że John celowo uciszył go pełnoziarnistym chlebem.

- Na twoje szczęście Lestrade ufa ci wystarczająco, żeby wyszedł i cię ostrzegł. Ale gdyby zapytał mnie, gdzie byłeś dzisiaj o siódmej piętnaście rano, co miałbym mu powiedzieć?

Sherlock w końcu przełknął i otworzył usta, żeby odpowiedzieć. Potem przemyślał ponownie pytanie, posłał Johnowi lekki uśmieszek i – bardzo znacząco – dokończył zamiast tego kanapkę.

Ledwo zdążył przełknąć ostatni kęs, kiedy usłyszeli głos pani Hudson przy frontowych drzwiach, a po chwili odgłosy zamieszania na korytarzu. John zerwał się na nogi, a Sherlock prędko naciągnął skarpetki. Kiedy Lestrade pojawił się w progu – z Sally i grupką innych policjantów za plecami – akurat zakładał buty, przytrzymując się dla równowagi johnowego ramienia.

Uniósł brew.

- Dwa nowe wyrazy twarzy w jeden dzień – zaobserwował. – Aczkolwiek ten wygląda mniej obiecująco.

Lestrade zrobił krok do przodu i pogrzebał chwilę w kieszeni kurtki, po czym wyciągnął z niej dokument.

- Nakaz przeszukania – rzuciła Sally, wyjmując mu z ręki papier i machając nim przed nosem Sherlocka, który kompletnie ją zignorował. John wziął od niej nakaz, przejrzał go szybko i przeniósł wzrok na inspektora.

- Dlaczego? – zażądał ostro, a Lestrade odruchowo niemal stanął na baczność.

- Znaleźliśmy na miejscu zbrodni jedną z moich legitymacji – odparł. – Była schowana w salonie, w poszewce od poduszki. Możemy tylko przypuszczać, że ofiara zdołała ją w którymś momencie ukryć.

John przetrawił to przez moment, myśląc, jak okropna dla Lestrade'a musi być świadomość, że morderca używał jego tożsamości, żeby zmylić ofiary.

- To nie wyjaśnia, czemu jesteś tutaj – zauważył, chociaż miał bardzo złe przeczucie, dokąd to prowadzi.

- Na legitymacji są odciski palców Sherlocka – wyjaśnił Lestrade. – A ponieważ znaleźliśmy ją dopiero po tym, jak obaj opuściliście budynek... – Umilkł. – Dodaj do tego podany przez świadka opis mężczyzny, którego widziała rano... – Wzruszył ramionami, sprawiając wrażenie rozdartego. – Obawiam się, że nie możemy tego uniknąć.

Trzech oficerów policji zdążyło już ominąć go w progu i wpakować się do mieszkania. Rozdzielili się i zaczęli sukcesywnie przewracać je do góry nogami.

Sherlock przechadzał się w tę i z powrotem, podczas gdy John mielił w głowie ostatnią rewelację. Po paru minutach stanął detektywowi na drodze.

- To oznacza, że morderca tutaj był – powiedział cicho. – W naszym mieszkaniu.

Sherlock zacisnął usta.

- Niekoniecznie – mruknął, upewniwszy się, że słyszy go tylko John. – Zwykle mam jedną legitymację w płaszczu. Możliwe, że ktoś mi ją wyjął, tak jak ja to robię Lestrade'owi.

- Więc nie wiesz nawet, czy ci jednej brakuje? – spytał niedowierzająco Watson.

Sherlock wzruszył ramionami z irytacją.

- Cóż, Lestrade nie powinien mi tego tak ułatwiać – prychnął, tym razem głośniej. – To on jest odpowiedzialny, nie ja. – Wrócił do przechadzania się po salonie.

John przeniósł swoją uwagę na inspektora, który stał obok kominka, wyglądając na wyjątkowo skrępowanego – bardziej, niż można by się spodziewać, biorąc pod uwagę fakt, że nie pierwszy raz przeszukiwał ich mieszkanie.

- Nie możesz na poważnie podejrzewać Sherlocka – powiedział. – Jaki mógłby mieć motyw?

- Szlaban odciął mu główne źródło rozrywki – wtrąciła się Sally z kuchni. – A psychopaci się nudzą.

- On nie jest... – John przerwał, dając sobie spokój z udziałem w niekończącej się kłótni, i przeszedł do bardziej praktycznych spraw. – Ale morderca spędza ze swoimi ofiarami całe weekendy – zauważył. – Ktokolwiek to jest, był wyjęty z obiegu od sobotniego popołudnia do poniedziałku rano, i to przez ostatnie pięć tygodni. Setki ludzi widziały w tym czasie Sherlocka. To jakiś absurd!

- John. – Głos Holmesa był łagodny i John obrócił się, widząc, jak detektyw kręci głową.

- Teorie na temat mordercy są oparte na dedukcjach Sherlocka – powiedział Lestrade. – Jeśli jest podejrzanym, musimy je wszystkie zignorować.

John zmarszczył brwi, a Holmes posłał mu zrezygnowane wzruszenie ramionami. Wyraźnie wiedział o tym na długo zanim inspektor w ogóle się odezwał.

- Ale... – Przerwał mu okrzyk dochodzący z sypialni Sherlocka. Po chwili jedna z policjantek pojawiła się w salonie, trzymając coś na odległość ramienia.

Zbliżyła się do inspektora i stanęła na środku pokoju, w garści osłoniętej lateksową rękawiczką ściskając perukę.

John, jak wszyscy inni w pomieszczeniu, patrzył to na perukę, to na włosy Lestrade'a. Cięcie i ułożenie były niemal identyczne. Sally złapała gwałtownie powietrze, wyglądając na autentycznie zszokowaną, że udało im się znaleźć coś na poparcie oskarżenia.

- Och, na miłość boską! – rzucił Sherlock. – To jedna z tuzina peruk, które posiadam. I nie jest nawet w połowie wystarczająco siwa, żeby pasować do włosów Lestrade'a. – Inspektor zjeżył się oburzony. Była to prawda: peruka miała znacznie ciemniejszy odcień.

Sherlock obrócił się na pięcie i ruszył prędko w stronę swojej sypialni. John i Lestrade podążyli za nim i stanęli w progu, z resztą policjantów tłoczącą się i zaglądającą im przez ramiona. Holmes uklęknął przy łóżku, wyjął spod niego wielką walizkę i otworzył ją szeroko, ukazując całe naręcze produktów do makijażu, okularów i mnóstwa innych wymieszanych ze sobą przedmiotów.

- Nie miałem pojęcia, że to masz – powiedział John z zaskoczeniem.

Sherlock wzruszył ramionami.

- Nieużywane od dawna, ale nigdy nic nie wiadomo – odparł. – Przebieranie się potrafi być bardzo efektywne.

- Więc mówisz, że ta peruka należy do ciebie? – upewnił się Lestrade.

- Jako jedna z wielu.

- Eee... ona nie była razem z resztą, sir – odezwała się policjantka. – Znalazłam ją w szafie.

Sherlock rozejrzał się znacząco po pokoju, zwracając powszechną uwagę na panujący w nim spektakularny bałagan.

- Nie jestem najporządniejszą z osób – przyznał. – Jak będziecie dalej szukać, pewnie znajdziecie ich więcej, w równie dziwacznych miejscach.

Lestrade obserwował go przez chwilę, po czym obrócił się na pięcie i poszedł do salonu. Cała reszta podążyła za nim. John przygryzł z zamyśleniem wargę. Dołączył do nich jako ostatni i stanął obok Holmesa.

- Ale, z tym czasem... – zaczął.

Lestrade potrząsnął głową.

- Przepraszam, John, ale to nie przejdzie. Dopóki Sherlock jest podejrzanym, musimy odrzucić każdy podsunięty przez niego trop. Narkotyki w filiżance odkryte przez niego, historia przeglądarek w laptopach, do których miał dostęp, teorie na temat rozmów telefonicznych – wszystko musimy wyłączyć ze śledztwa. Jedyna pewna rzecz to w tym momencie czas śmierci, który w większości wypadków można określić na "kiedykolwiek w niedzielę". Dopóki Sherlock nie był fizycznie nieobecny w kraju, będzie trudno udowodnić, że nie popełnił morderstwa w którymś momencie dnia lub nocy.

- Ale...

Tym razem przerwała mu Sally.

- Nie możesz zignorować peruki – powiedziała, kierując słowa w stronę Lestrade'a. – Idealnie się zgadza z podkradaniem twoich legitymacji. Co z tego, że ma całą walizkę? Ta jedna nie była z resztą i za bardzo przypomina twoje włosy, żeby mógł to być przypadek. Zwłaszcza, jak dodamy do tego przyciemnione okulary z opisu świadka... specjalnie, żeby ukryć te charakterystyczne oczy. I nie chodzi tylko o dowody z dzisiaj – mówiła dalej. – Sam powiedziałeś: wiedział, że czwarta ofiara jest kobietą, zanim w ogóle miał szansę gdzieś o tym usłyszeć.

Lestrade zachwiał się lekko, bardziej zakłopotany, niż John kiedykolwiek go widział.

- Wiesz, co powiedział komisarz – naciskała dalej Sally. – Jedna rzecz... Jeśli znajdziemy jedną podejrzaną rzecz. I proszę, mamy ją tutaj. – Wskazała brodą na posterunkową Douglas, która nadal ściskała perukę. Lestrade przymknął na krótko oczy. Odwrócił się w stronę Sherlocka z wyrazem żalu na twarzy i zaczął sięgać do kieszeni kurtki.

- Czy ktoś może mi pozwolić na dokończenie jednego pieprzonego zdania, proszę? – zażądał głośno John.

Lestrade zastygł, a Sally prychnęła z rozdrażnieniem.

- Dziękuję – powiedział John sarkastycznie. – Więc, jeśli uda nam się udowodnić, że Sherlock nie mógł być zamieszany w chociaż jedną z tych spraw, możemy go zdjąć z listy podejrzanych i zająć się szukaniem prawdziwego mordercy. Mam rację?

- To seryjna sprawa – potwierdził Lestrade. – Wszystkie albo żadna.

- Proszę bardzo – odparł John, wzruszając ramionami. – W czasie, kiedy miało miejsce ostatnie morderstwo, Sherlock był ze mną. – Skrzyżował ręce na piersiach. – Ofiara została znaleziona szybciej niż reszta, więc da się ustalić dokładniejszą datę śmierci. Tylko cztery godziny luzu, z tego, co mówiłeś rano? – Poczekał, aż Lestrade skinie głową. – Więc mogę ci absolutnie zagwarantować, że Sherlock nie popełnił tego przestępstwa.

- Czyli dajesz mu alibi?

- Nie – odparł natychmiast John. – Nie, nie daję mu niczego. On ma alibi. Ja ci je tylko przedstawiam.

- Był w mieszkaniu od dziesiątej wieczorem do drugiej nad ranem? – upewnił się Lestrade. – I naprawdę byłeś z nim... Nie chodzi tylko o to, że nie słyszałeś, jak wychodzi z domu – byłeś z nim fizycznie w tym samym pokoju, przez cały czas?

John wzruszył ramionami.

- W którymś momencie jeden z nas poszedł pewnie do toalety – powiedział. – Jeśli chcesz stuprocentowej dokładności. Ale gwarantuję, że żaden nie opuścił mieszkania.

Sally wtrąciła się, widząc pierwszy ślad wahania na twarzy inspektora.

- Sir, to jest bzdura! – rzuciła. – Nie ma mowy, żeby tych dwóch było... – Machnęła ręką z wyrazem niedowierzania na twarzy.

- Och, daj spokój... – mruknęła posterunkowa Douglas. – To znaczy... wszyscy się nad tym zastanawialiśmy... – Cała reszta pokiwała gorliwie głowami.

- Kurs Wyciągania Zbyt Szybkich Wniosków to teraz część policyjnego szkolenia? – spytał John, w imponujący sposób naśladując manierę Sherlocka. – Zasnęliśmy razem na kanapie, jeśli musicie wiedzieć. – Automatycznie przesunął wydarzenia z piątkowej nocy na sobotę. – Najważniejsze, to że Sherlock był tutaj, w mieszkaniu, ze mną – a nie na Shoreditch, mordując tę biedną kobietę.

- Przepraszam, John, ale jeśli zasnąłeś, skąd masz pewność, że Sherlock nie wychodził z domu?

Watson skrzywił się lekko z zażenowania, ale upewnił, że jego odpowiedź nie pozostawi miejsca na wątpliwości.

- Bo na mnie leżał – powiedział, po raz pierwszy wdzięczny za rozlewający się po policzkach rumieniec, który przydał się w dodaniu historii wiarygodności. – Obudził mnie wstając i miałem kompletnie zdrętwiałą, więc musiał leżeć na niej co najmniej kilka godzin. A poza tym... miał... ee... – Przerwał, niepewnie wskazując dłonią na swój policzek. Bał się, że jeśli dokończy zdanie, Sherlock nigdy mu tego nie wybaczy.

- Miał co? – popędził go Lestrade.

- Miałem odciśnięty wzór jego swetra na całym boku twarzy – rzucił z irytacją Holmes. – Co zdecydowanie potrzebowało czasu, żeby się wytworzyć. A obudziłem się dzisiejszego ranka o czwartej, jeśli to ci uzupełni obrazek. – Patrzył się na Lestrade'a wyzywająco, jakby prowokując go, żeby się zaśmiał.

- Nie wierzę w to – zaprotestowała Sally. – Przytulanie się na sofie – on? Nie ma mowy.

- Wzór swetra odciśnięty na twarzy, Donovan, serio? – powiedział Lestrade. – Naprawdę myślisz, że Sherlock by coś takiego wymyślił?

Sally odwróciła się do Johna.

- Więc mówisz, że jesteście razem? – zażądała. – W związku?

- Niczego takiego nie powiedziałem – zaprzeczył Watson, po czym zdał sobie sprawę, że niejednoznaczna odpowiedź doskonale zbije wszystkich z tropu. – Moim jedynym zamiarem jest potwierdzenie, gdzie był Sherlock w określonym przedziale czasowym, a nie zaspokojenie twojej ciekawości.

Rozległ się dźwięk otwieranych drzwi i w mieszkaniu pojawiła się pani Hudson.

- Wszystko w porządku, kochani? – spytała z troską Sherlocka i Johna, po czym odwróciła głowę w stronę ekipy policyjnej, obrzucając ją karcącym spojrzeniem.

- Kolejny z tych paskudnych narkotykowych nalotów? Nie wiem nawet, po co się trudzicie. Nigdy ich nie znajdziecie.

Lestrade odchrząknął.

- Niczego – poprawiła się prędko pani Hudson. – Nigdy niczego nie znajdziecie. – Wyglądała na speszoną.

- Może pani pomogłaby nam rozwiązać jedną kwestię? – wtrąciła się Sally. – Czy słyszała pani, żeby któryś z lokatorów opuszczał mieszkanie wczoraj wieczorem? Albo dzisiaj z samego rana?

- Och, tak, kochanie – odparła pani Hudson. – Kiepsko dzisiaj spałam... moje biodro, wiesz. – Potarła je znacząco. – I słyszałam, jak Sherlock wychodzi nad ranem z domu. Nie da się go pomylić z doktorem, jak tak zbiega po schodach – dodała. – Ma znacznie dłuższe nogi. Przepraszam, skarbie. – Uśmiechnęła się przepraszająco do Watsona.

- O której godzinie? – zapytał Lestrade.

Pani Hudson zamyśliła się. Wszyscy w pokoju pochylili się nieznacznie w jej stronę, z napięciem czekając na odpowiedź.

- Och, to musiała być... niech pomyślę... koło szóstej? – zastanowiła się. – Może szósta trzydzieści. Coś takiego.

Lestrade wypuścił powietrze, a Sally zacisnęła wargi.

- A w nocy? Między dziesiątą a drugą?

- Cóż, doktor Watson oglądał jeden z tych strasznie głośnych filmów akcji – powiedziała pani Hudson. – A Sherlock cały czas na to narzekał.

Sally nie wyglądała na przekonaną.

- Na pewno nie słyszy pani na dole zbyt dużo? To stary budynek, ma grube ściany.

- Masz rację – zgodziła się pani Hudson. – Słyszę głosy tylko wtedy, kiedy są podniesione. Tak jak twój w piątek – dodała. – Ty to potrafisz hałasować, prawda, kochanie? – Sally machnęła ręką.

- Ale Sherlock narzekał skrzypcami – dokończyła starsza pani. – Co było trochę... skrzeczące.

Pomimo powagi sytuacji John nie mógł powstrzymać uśmiechu, kiedy Holmes prychnął urażony.

- O której to było godzinie? – spytał ponownie Lestrade.

- Och, aż do wpół do dwunastej. Zdążyłam podgrzać swoje kakao i kiedy poszłam do łóżka, już się trochę uspokoili, chociaż telewizor był ciągle włączony.

- A czy są ze sobą związani? – spróbowała jeszcze Sally. – To znaczy, widziała pani między nimi jakieś fizyczne oznaki czułości?

Pani Hudson posłała jej litościwe spojrzenie.

- Jeśli nie widzisz tego, że są związku, potrzebujesz okularów bardziej niż ja – odparła. – Obojętnie, czego nie mówi mój okulista. – Jej twarz złagodniała. – Są dla siebie bardzo czuli! Ale tylko kiedy nikt nie widzi, oczywiście. Jeszcze parę dni temu ja... – zniżyła głos, raczej bezcelowo, bo wszyscy w mieszkaniu i tak wstrzymali zasłuchani oddech - ...przez przypadek zobaczyłam ich razem – wyszeptała, kierując stronę Johna i Sherlocka przepraszające spojrzenie.

Johnowi zaskakująco łatwo udało się utrzymać obojętną minę, jako że jego twarz sprawiała wrażenie zamrożonej.

- Nie zauważyli mnie – wyznała pani Hudson. – Kompletnie sobą pochłonięci, ot co. – Uśmiechnęła się radośnie, a Sally patrzyła, jak z całej reszty ekipy wątpliwości ulatniają się jak pączki z niepilnowanego pudełka.

- Dość tego gadania – oświadczył Sherlock, odwracając się do Lestrade'a. – Ufam, że masz wystarczające podstawy, żeby odrzucić nakaz aresztowania, po który wyraźnie sięgałeś do kieszeni.

Stanął za Johnem i położył mu dłonie na ramionach, rozglądając się wkoło i bardzo dokładnie krzyżując spojrzenie z każdym obecnym w pokoju policjantem.

- Wszystkie informacje z tego dochodzenia mają pozostać całkowicie poufne, dla bezpieczeństwa Johna. – Zniżył głos, powodując, że na niektórych karkach uniosły się włoski. – Jeśli stanie mu się jakakolwiek krzywda z powodu plotek, które rozpuści ktokolwiek z was... pożałujecie tego. – Nikt nie kwestionował powagi jego słów i wokół rozległy się zgodne pomruki.

- Więc mówisz, że mam zignorować wszystkie dowody świadczące przeciwko tobie i założyć, że ktoś cię wrabia, opierając się wyłącznie na zeznaniu jednego świadka, z którym jesteś w bardzo bliskich relacjach? – spytał Lestrade.

Od strony drzwi wejściowych rozległ się pełen słodyczy głos.

- Słowo honoru zasłużonego weterana wojennego będzie miało dla twojego przełożonego wystarczającą wagę, nieprawdaż?

Sherlock zacisnął powieki.

- Mój dzień się wypełnił – zaanonsował.

- Witaj, Mycroft – powiedział John, nieprzyjemnie świadomy umiejscowienia dłoni Sherlocka, ale nie podejmując próby strącenia ich z siebie.

- John. – Mycroft skinął w jego kierunku głową. – Cóż, detektywie inspektorze? – kontynuował. – Czy skończyliśmy już z tym... – zrobił wystarczającą pauzę, żeby każdy w pokoju mógł dokończyć zdanie własnym wariantem słowa "kretyństwo" - ...przesłuchaniem?

John wstrzymał oddech. Lestrade wyraźnie nie chciał aresztować Sherlocka – sam zresztą szukał pretekstu, żeby tego nie zrobić – ale metoda silnej ręki mogła odnieść odwrotny skutek. Dwóch mężczyzn mierzyło się przez chwilę spojrzeniem. Zdawało się, że Mycroft doszedł do podobnej konkluzji i nieznacznie zmodyfikował swoją postawę – zbyt subtelnie, żeby John mógł ją zidentyfikować, ale w jakiś sposób zmieniła "groźbę" na "pytanie".

Lestrade podjął decyzję.

- W porządku, wszyscy, wychodzić – zaanonsował. – I żadnego gadania na temat czegokolwiek, co tutaj usłyszeliście, rozumiemy się? – Odwrócił się do Sherlocka. – Będę wdzięczny za twoje pomysły co do tego, kto próbuje cię wrobić – powiedział, podczas gdy reszta ekipy opuszczała mieszkanie: włącznie z Sally, która wyglądała na jednocześnie nadąsaną i zdezorientowaną.

Sherlock skinął głową.

- Napiszę do ciebie później – obiecał.

- Eee, sir? – odezwała się posterunkowa Douglas, a Sherlock zacisnął mocniej dłonie na ramionach Johna. – Co mam z tym zrobić, sir? – Nadal trzymała perukę.

- John! – wyszeptał Holmes z naciskiem, pochylając się tuż nad jego uchem.

Lestrade prędko odwrócił wzrok od obejmującej się pary, czując coraz większą ochotę na filiżankę herbaty i ciastko... albo dwa. Tak, to zdecydowanie podpadało pod dwuciastkową sytuację.

John odchrząknął i zrobił krok do przodu, w końcu zrozumiawszy, w jakim celu detektyw uczepił się jego ramion.

- Jeśli nie stawiasz Sherlockowi żadnych zarzutów, ma chyba prawo zachować swoją własność? – zapytał, nadając swojemu głosowi nieco żołnierski ton.

Lestrade westchnął.

- Tak, w porządku – powiedział, machając ręką na posterunkową. – Zostaw to – poinstruował. – I zabierajmy się stąd. – Zaryzykował szybkie spojrzenie w ich stronę, rejestrując z ulgą, że odsunęli się od siebie na normalny dystans. – Pogadam z wami później, okej? – dokończył i wymknął się przez drzwi.

Sherlock rzucił się na perukę w sekundę po jego wyjściu. Uniósł ją końcówką ołówka i przeniósł do kuchni, podczas gdy Mycroft rozsiadł się w fotelu, a pani Hudson krzątała się wkoło, poprawiając poduszki. John nie miał pojęcia, do kogo pierwszego się odezwać, i naturalny wybór padł na Sherlocka.

- Dlaczego chciałeś, żebym go powstrzymał przed zabraniem peruki? – zapytał, patrząc, jak Holmes wciąga na dłonie lateksowe rękawiczki. – Przecież i tak jest twoja?

Sherlock posłał mu litościwe spojrzenie.

- Oczywiście, że nie jest moja – prychnął. – Po co miałbym trzymać w domu perukę przypominającą idealnie włosy Lestrade'a sprzed dwóch lat?

- Bóg jeden wie – westchnął John, pocierając dłonią czoło. – Ale jakoś nie wykluczałem tej możliwości.

Wargi Sherlocka drgnęły.

- Słuszna uwaga – zgodził się. – Ale nie, nie należy do mnie.

John poczuł się zmęczony, a do tego zaczynała go boleć głowa.

- To dlaczego powiedziałeś, że jest twoja? – spytał, świadomy, że pewnie zostanie wyśmiany za to, że nie zdążył sam tego rozpracować.

Sherlock patrzył na niego przez moment, po czym ruszył dookoła stołu, popchnął go na krzesło i wstawił czajnik.

- Pani Hudson! – zawołał. – John potrzebuje herbaty – oznajmił, kiedy starsza pani pojawiła się w progu. – I ciastek, jeśli jakieś zostały.

Nie kłóciła się, i Sherlock wrócił do pracy.

- Gdybym przyznał, że peruka nie jest moja – powiedział, podnosząc ją i oglądając od wewnątrz – policja albo by mi uwierzyła i zabrała ją do badań – przystawił do niej swoje szkło powiększające – albo nie uwierzyła, i też zabrała ją do badań. – Podniósł wzrok na Johna. – I bez wątpienia zabrała także mnie – dodał. – Wydawałoby się podejrzane, gdybym sam zrobił wokół niej zamieszanie, skoro utrzymywałem, że tylko walała się bezużytecznie po mieszkaniu. Tobie udało się doskonale sprawić wrażenie człowieka z zasadami, bardziej zainteresowanego dochowaniem reguł niż samym przedmiotem.

John poczuł, jak na dźwięk niespodziewanej pochwały rozlewa mu się po ciele ciepło. Wziął dużego łyka herbaty i uśmiechnął się do pani Hudson z wdzięcznością, podczas gdy starsza pani postawiła kubek Sherlocka na stole i podała drugi Mycroftowi, który teraz opierał się o framugę. Potem spojrzał na nią surowo.

- O co z tym chodziło? – spytał. – Przez przypadek zobaczyłam ich razem... Skąd to się wzięło?

Pani Hudson odstawiła własną herbatę na stół i usiadła na krześle, składając ze sobą dłonie.

- Cóż, skarbie, pomyślałam, że waszemu alibi przyda się jakieś wsparcie – powiedziała. – Usłyszałam kawałek rozmowy, kiedy wchodziłam po schodach. – Potrząsnęła głową. – Wiem co nieco o radzeniu sobie z policją, młody człowieku! A oni zawsze chcą dowodów.

John wytrzeszczył na nią oczy.

- Nie skłamałam, jeśli tym się martwisz – obiecała mu beztrosko. – Zawsze lepiej trzymać się jak najbliżej prawdy, mam rację, Sherlock?

- Cóż, zadziałało na Florydzie. – Uniósł kącik ust, po czym przerwał oglądanie peruki i podniósł wzrok na panią Hudson, zauważając niemal niedostrzegalny ruch dłoni. – Ma tam pani coś, prawda? Coś w kieszeni... och! – Zmarszczył brwi. – Proszę NIE pokazywać tego Mycroftowi! – zażądał. – A w zasadzie, natychmiast to wykasować. – Patrzył jej przez chwilę w twarz, po czym westchnął. – W porządku, ale proszę zachować je dla siebie. – Zajął się swoim mikroskopem. – Może pani pokazać je Johnowi.

Doktor miał wrażenie, jakby przysnął na moment i ominęła go spora część dyskusji. Odwrócił się do pani Hudson, unosząc brew w wyrazie, który w domyśle miał być pytający, choć przypuszczalnie wyszedł raczej ogłupiały.

Starsza pani wyciągnęła z kieszeni telefon komórkowy, wcisnęła na nim kilka klawiszy i podała mu. John zmrużył oczy i obrócił ekran, i jego umysł zarejestrował widok dopiero po krótkiej chwili... Zdjęcie przedstawiało ich kanapę, z Johnem śpiącym głęboko w rogu; jedna noga rozciągnięta na podłodze, druga na poduszkach... tak przynajmniej przypuszczał, bo zupełnie nie było jej widać – Sherlock przykrywał ją całym ciałem, z jedną ręką pod sobą i drugą ściskającą w garści johnowy sweter. Było widać tylko tył głowy detektywa i Watson obejmował go luźno jednym ramieniem.

- Kompletnie pochłonięci sobą... – powtórzył miękko John. Spojrzał na nią z niechętnym podziwem. – Podstępna...

- Uważaj, mój drogi – ostrzegła go radośnie pani Hudson. – Wpadłam tylko na górę po tej awanturze w piątek, zobaczyć, czy wszystko w porządku, ale wyglądało na to, że sobie poradziliście... nawet jeśli nie było całowania. – Mrugnęła do niego.

John odwrócił się i pomachał telefonem w stronę Sherlocka.

- Widziałeś to?

Holmes potrząsnął głową, nie przerywając pracy.

- A chcesz?

- Absolutnie nie – odparł. – I odłóż ten telefon, zanim dobierze się do niego Mycroft. – Zerknął kątem oka na swojego brata. – Schowaj też ciastka.

John obrócił się na krześle, widząc, jak Mycroft prostuje się w progu.

- Moja kolej? – spytał mężczyzna, robiąc krok do przodu i odsuwając dla siebie jedno z krzeseł. Usiadł na nim i uśmiechnął się życzliwie. – Zostałem poinformowany o sytuacji, kiedy wpłynął nakaz zatrzymania Sherlocka – wyjaśnił. – To mnie sprowadziło. Aresztowanie byłoby bardzo niefortunne dla jego pracy.

Sherlock prychnął.

- Masz na myśli to, że Mamusia dostałaby ataku histerii – powiedział. – I winiłaby cię za to, że temu nie zapobiegłeś.

Mycroft wziął oddech i John postanowił wtrącić się, zanim braciom uda się rozpocząć sprzeczkę.

- Więc teraz wiemy, że zabójca na pewno był w mieszkaniu – powiedział. – Legitymacja Lestrade'a to jedno, ale podrzucenie peruki...

- Zgadza się – powiedział Sherlock. – Aczkolwiek wątpię, że to Moriarty. Prawdopodobnie jakiś jego sługus.

John pokręcił głową.

- Znowu Moriarty? – spytał. – Skąd masz pewność?

- Zastanów się, John! – rzucił detektyw. – Rozumiem, że zwykły seryjny morderca mógłby nie mieć z nim nic wspólnego... ale kto inny byłby tak bardzo zainteresowany mną? Kto miałby środki na przedostanie się do mieszkania niezauważonym? Kto by się tyle natrudził, żeby mnie aresztować i usunąć z drogi? Albo Moriarty, albo ktoś pracujący na jego zlecenie.

John zdecydował, że nie zapyta o definicję "zwykłego" seryjnego mordercy. Zamiast tego potarł znowu obolałą głowę i przeniósł wzrok na Mycrofta.

- Cóż, na pewno masz jakiś rodzaj nadzoru? – zapytał. – Wiem, że nie powinieneś, ale pewnie masz? Może będzie jakieś nagranie na kamerze, czy coś.

Mycroft pokręcił z żalem głową.

- Zapytałeś o to samo przy sprawie z butami Carla Powersa – przypomniał mu Sherlock. – Nie ma prawa mieć nade mną nadzoru. Mówiłem ci.

- Ach, tak – przypomniał sobie John. – Chociaż nigdy nie wyjaśniłeś dlaczego.

- Nie wyjaśnił? – wtrącił się Mycroft. – Zaskakujesz mnie, John. Z waszą dwójką w tak bliskich relacjach... – Na jego złośliwym uśmieszku było niemal wypisane "zemsta za ciastka".

- Dobra – warknął Sherlock, odwracając się do Johna. – Mamusia kazała mu przestać. Uważała, że część moich destrukcyjnych zachowań wynikała z tego powodu.

- Masz na myśli narkotyki?

- Pośród wielu innych... - mruknął ponuro Mycroft.

- Wystarczy! – Sherlock wyprostował się. – Najwyraźniej morderca, kimkolwiek jest – zerknął kąśliwie na Johna – jest mną zainteresowany i zdolny zarówno do morderstwa, jak i dostania się do mieszkania. – Odwrócił się do pani Hudson z poważnym wyrazem twarzy. – Musi pani wyjechać.

Zrobiła zaskoczoną minę i zaczęła kręcić głową. Sherlock przeszedł dookoła stołu, przykucnął przy jej krześle i chwycił ją za dłonie.

- Marto. – Jego głos był łagodny, ale stanowczy. – Nie o wiele osób się troszczę, a John sam potrafi o siebie zadbać. Ale martwię się o panią.

John widział parę godzin wcześniej, jak Sherlock zachowuje się w identyczny sposób w stosunku do Kate, ale nie wątpił, że tym razem detektyw mówi szczerze.

- Tylko na parę dni – obiecał. – Krótkie wakacje...

- ...na wsi – dokończył Mycroft. – Nie musi pani niczego robić, samochód przyjedzie po panią... za godzinę? – zasugerował. – Może być?

- Och, Sherlock... - Wydawała się strapiona i John położył jej dłoń na ramieniu.

- Proszę – powiedział Sherlock. – Nie dam rady pracować, jeśli będę się musiał o panią martwić.

Mierzyła go przez chwilę spojrzeniem, które potem przeniosła na Mycrofta i – przez ramię – na Johna. Cała trójka patrzyła na nią ze szczerą troską. W końcu pokiwała głową i Mycroft wstał z krzesła, wyciągając z kieszeni swój telefon.

- A co z moim siostrzeńcem? – spytała pani Hudson. – Wrócił do domu parę godzin temu.

- Może pojechać z panią – zaproponował Mycroft. – Dotrzyma pani towarzystwa. – Wcisnął kilka klawiszy, po czym oddalił się do salonu, mówiąc cicho do słuchawki.

Sherlock podniósł się na nogi i pani Hudson zrobiła to samo, uśmiechając się dzielnie, po czym zeszła na dół, żeby zapakować walizkę.

Mycroft skończył rozmawiać i wrócił do kuchni, a Sherlock wyciągnął w jego kierunku rękę. Starszy z braci uniósł brwi o pół milimetra w wyrazie ekstremalnego zaskoczenia, ale uścisnął wystawioną dłoń, rozciągając usta w szczerym uśmiechu.

- Dziękuję ci – powiedział Sherlock.

- Przyjemność po mojej stronie.

- Zbiorowy uścisk? – zasugerował John. Jego śmiech na widok ich przerażonych min rozluźnił atmosferę i cała trójka ponownie usiadła przy stole.

- Więc... chciałbyś uzupełnić nieco moje informacje? – odezwał się Mycroft. – Załóż, że wiem o wszystkim, co pojawiło się w policyjnym raporcie – dodał, ignorując ich przewracanie oczami.

- Zabójca wydaje się działać autonomicznie – zaczął Sherlock. – Sposób, w jaki wybiera ofiary jest konsekwentny, podobnie jak metoda. Myślę, że działa mniej lub bardziej niezależnie. – Wzruszył ramionami. – Ale nadal sądzę, że jest w jakiś sposób powiązany z Moriartym, podobnie jak taksówkarz. Możliwe, że otrzymuje jakąś pomoc czy wsparcie finansowe, a Moriarty wykorzystuje go, żeby skupić podejrzenia na mnie – jeśli nie może zupełnie usunąć mnie z drogi, próbuje pogorszyć moje stosunki z policją.

Mycroft pokiwał powoli głową.

- A jego metoda?

- Korzysta z tożsamości Lestrade'a, żeby dostać się do środka, i przebiera tak, żeby pasować do fotografii. To prawdopodobnie jedna z legitymacji, które miałem wcześniej w rękach, bo są na niej moje odciski; ma też około dwóch lat, sądząc po ilości siwych włosów na specjalnie zaprojektowanej peruce. Oświadczenie policji w mediach tylko mu pomogło; po podaniu oficjalnej informacji o morderstwach w niedzielę ludzie nie pilnowali się, kiedy atakował ich w sobotni wieczór.

- Nadal nie wiem, co robi z ofiarami przez cały weekend, ale mam kilka pomysłów. Wygląda na to, że zabija je w którymś momencie niedzielnego wieczoru, ale prawdopodobnie zostaje w mieszkaniu do poniedziałku rano. Przed wyjściem zakłada inną perukę, tym razem przypominającą moją fryzurę. Noszenie ze sobą torby z całym zestawem ubrań wyglądałoby podejrzanie, więc ma płaszcz wystarczająco podobny do mojego, żeby pasował przy werbalnym opisie, ale też nie wydawał się nie na miejscu u oficera policji. Ma wystarczająco duże kieszenie, żeby zmieścić perukę, przyciemnione okulary, narzędzie zbrodni i czegokolwiek jeszcze nie potrzebuje do wypełnienia rytuału.

- Masz problem – zauważył Mycroft.

John uznał, że było to nieco oczywiste oświadczenie, ale Sherlock pokiwał głową.

- Wiem – zgodził się, po czym odwrócił do Johna. – Teraz albo przestanie, albo zmieni metodę – wyjaśnił. – Lestrade założył, że to ofiara schowała legitymację w mieszkaniu, ale z całą pewnością zrobił to morderca. Więc musi zmienić metodę, chyba że ma duplikaty – ale media mogą o tym poinformować, a już na pewno powiedzą coś na temat dostawania się do domów w soboty. Reguły się zmienią.

- A motyw? – spytał Mycroft. – Przypuszczalnie coś związanego z niewiernością, biorąc pod uwagę wybór ofiar.

- Owszem, ale to niezbyt zawęża pole – poskarżył się Sherlock. – Ile znasz osób, które nie zgadzałyby się z profilem? Nawet pomijając naszą trójkę, nie trzeba szukać daleko: siostrzeniec pani Hudson próbował się zabić z powodu zdrady żony, sąsiedzi z mieszkania obok rozstali się, bo jeden z nich romansował, ekipa policyjna jest kompletnie przesiąknięta – nawet ten wszędobylski Hopkins wspomniał, że jego ojciec odszedł z jakąś kobietą. Obrzydliwe.

Johnowi nagle wpadło coś do głowy.

- Ciekawe, czemu nie było dzisiaj Hopkinsa – powiedział. – Pomyślałby kto, że nie przegapiłby okazji na poszperanie po twoich rzeczach. Pewnie by nawet wyszedł z paroma pamiątkami.

Sherlock zmarszczył nos z niesmakiem.

- Przypuszczam, że Lestrade mu nie ufał – odparł. – Gdyby Hopkins znalazł w mieszkaniu coś podejrzanego, najpierw podszedłby z tym do mnie.

- Racja – zgodził się John. – Sally zachowywała się dziwnie – dodał po chwili zastanowienia. – To znaczy, wiem, że jest do ciebie wrogo nastawiona, zwłaszcza po wrześniu, ale nie sądziłem, że naprawdę uważa, że byłbyś zdolny do morderstwa.

- Nie sądzę, żeby tak uważała – powiedział Sherlock z zamyśleniem. – Wyglądała na zdumioną, kiedy znaleźli perukę. – Potrząsnął głową. – Nie, myślę, że do tego momentu odgrywała swoje zwyczajowe "to świr", a potem z zaskoczenia zareagowała agresywnie. – Spojrzał na Johna z dziwnym wyrazem twarzy.

- Obawiam się, że to moje alibi naprawdę pogłębiło jej wątpliwości – dodał. – A raczej jego... osobisty aspekt. – Obserwował, jak na policzki Johna wpełza rumieniec. – Instynkt podpowiedział jej, że to kłamstwo, co jest całkiem interesujące, zważywszy na to, jak gładko łyknęła je cała reszta. – Uśmiechnął się krzywo. – Być może Sally nie jest aż taką idiotką.

- Cóż, będę musiał się zbierać – oznajmił Mycroft, wstając z krzesła. Uniósł parasol i przerzucił go przez ramię. – Jak rozumiem, nie ma żadnego sensu w proszeniu was o zachowanie ostrożności – jego wzrok przesunął się z młodszego brata na doktora – ale proszę, trzymajcie się razem, dobrze? – Skinął im na pożegnanie głową i wyszedł, zostawiając za sobą niezręczną ciszę.

John przygryzł wargę.

- Przepraszam, że cię tak zawstydziłem – zaczął. – Pomyślałem tylko o tych wszystkich dowodach, nad którymi pracowałeś, że odsuną je od sprawy i nie zostanie nikt, kto byłby w stanie złapać tego mordujące sku...

- Zamknij się – przerwał mu stanowczo Sherlock. – To, co zrobiłeś... – Przerwał, kręcąc głową. – Nigdy bym cię o to nie poprosił, ale to było... – Znowu zamilkł. – Dziękuję ci – dokończył.

Z Johna uleciało całe napięcie i po twarzy rozlał mu się uśmiech.

- Nie ma za co – odparł. Poklepał Sherlocka po ramieniu, po czym ruszył w stronę salonu, gdzie opadł z ulgą na swój fotel. Nie potrafił sobie wyobrazić, jakby się czuł, gdyby alibi nie wypaliło i siedziałby teraz w mieszkaniu sam.

- Nadal mnie czasem zaskakujesz – powiedział Sherlock, dołączając do niego w pokoju.

- Już raz zabiłem dla ciebie człowieka – przypomniał mu John. – Jedno małe kłamstwo po czymś takim? Śmieszne. – Rozsiadł się wygodniej na idealnie wygładzonych przez panią Hudson poduszkach.

- A poza tym, nie skłamałem za bardzo – dodał. – Nie mogłem wczoraj zasnąć i słyszałem, jak kręcisz się po dole jeszcze z godzinę po tym, jak poszedłem do łóżka. A potem zaczęły grać skrzypce i w końcu przysnąłem do melodii, więc wiem, że nigdzie nie wychodziłeś.

Spojrzał w górę o sekundę za późno, żeby zobaczyć na twarzy Sherlocka cień uśmiechu – Bach usypiał Johna za każdym razem.

- Ale to by nie wypaliło jako alibi, więc odruchowo zamieniłem noce.

- W zasadzie to było... bardzo inteligentne zagranie – przyznał Holmes. – Prawdziwe wspomnienie zawsze jest bardziej przekonujące niż zmyślone. – Twarz Johna rozjaśniła się na ten komplement i Sherlock spojrzał na niego zakłopotany. – Może to dziwne w tych okolicznościach, ale nie spodziewałbym się... – Przekrzywił głowę. – Czy jest coś, czego byś dla mnie nie zrobił?

John odchylił głowę i zwinął dłonie na brzuchu, rozluźniając się.

- Cóż, na pewno ci nie zrobię kolejnej cholernej herbaty, jeśli o to ci chodzi.

Wargi Sherlocka drgnęły. Przełknął ślinę.

- W zasadzie... – zaczął, po czym zamilkł i odchrząknął. – Filiżanka herbaty byłaby cudowna.

John rzucił w niego poduszką.