od autora:
- Świat Harry'ego Pottera należy do JKR, ja tylko pożyczam go na chwilę dla zabawy. Nie osiągam z tego żadnych zysków.
- Wszelkie podobieństwo osób i wydarzeń jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
- Wygląd wnętrz został w całości stworzony na potrzeby tego opowiadania przeze mnie i nie ma nic wspólnego z rzeczywiście istniejącymi miejscami!
Rozdział 10
Tej nocy Michał na pewno długo nie zapomni. Ani on, ani jego współlokatorzy. Około trzeciej nad ranem po kolejnym budzeniu zdecydował się ubrać i iść pospacerować, żeby Mikołaj i Tadek choć trochę się zdrzemnęli.
Swoją wędrówkę rozpoczął od kwadransa pod prysznicem, potem ubrał się i ruszył szkolnymi korytarzami. Wędrując korytarzami w pewnej chwili ze zdziwieniem stwierdził, że słyszy dość wyraźnie rozmowę jakichś istot. Zaintrygowany wystawił głowę zza załomu muru. Jakież było jego jego zdziwienie kiedy zobaczył dwie niewielki istotki stojące i wykłócające się o coś. Chwila uwagi wystarczyła, aby Michał zorientował się, że powodem gwałtownej wymiany zdań jest menu na dzisiejszy dzień.
Spacerując pustymi teraz korytarzami Michał zauważył wiele szczegółów, które w dzień powszedni w świetle, zgiełku i gwarze znikały. Zauważył jak starannie są spasowane ze sobą poszczególne bloki, jak współgrają kolorem, kształtem i zdobieniami.
Wędrują powoli korytarzem na drugim piętrze zatrzymał się przez chwilę, aby w świetle swojej różdżki popodziwiać obraz koło którego właśnie przechodził.
- Psst! - rozległo się nagle tuż koło niego – Zgaś światło!
- Kto... - zająknął się Michał.
- Światło zgasić szybko trzeba! - upomniał się jakiś głos. Michał błyskawicznie zgasił światło.
- Już idą... - szept zdawał się docierać do Michała... z obrazu! - Patrz!
Rzeczywiście na obrazie zaczęło się coś dziać, obraz zaczął jaśnieć od lewego boku, by po chwili ukazać piękny wschód słońca, na tle którego widać było majestatycznie przemieszczające się stado dużych zwierząt. Po chwili Michał rozpoznał je – to były lwy jaskiniowe. Olbrzymi samiec i siedem samic oraz kila młodych majestatycznie przemierzało płótno obrazu od lewego do prawego brzegu, w czasie kiedy słońce powoli podnosiło się zza widnokręgu. Przemarsz stada lwów trwał około pięciu minut i przez ten cały czas Michał bał się głośniej odetchnąć.
- Piękne... - szepnął głos z obrazu, kiedy całe stado zniknęło już za prawym obramowaniem. - Od dawna nie udało mi się ich zobaczyć... Są takie ostrożne. Zresztą musiały cię wyczuć. A mimo to wyszły, musisz być bardzo ale to bardzo ważny.
- Kim jesteś? – zapytał w końcu Michał – I gdzie się chowasz? - uważnie obrzucił spojrzeniem cały korytarz, czym wywołał tylko śmiech swojego rozmówcy lub rozmówczyni.
- Jestem Zekora – rozległo się z obrazu, po czym dobiegł stamtąd szmer rozgarnianych traw i Michał zauważył wychodzącą młodą kobietę o skórze barwy gorzkiej czekolady, ubraną w przepaskę biodrową i napierśnik zrobiony z dwu skorup żółwia.
- Jesteś na obrazie? - nie krył zaskoczenia Michał. Odpowiedział mu tylko szczery i dźwięczny śmiech rozmówczyni.
- Bardzo jesteś spostrzegawczy... - odparła z lekkim prychnięciem. - Tak, mieszkam na tym portrecie, podobnie jak inni na innych. Nie wiedziałeś o tym? - zrobiła zdziwioną minę widząc szok na twarzy Michała.
-Nieeee... - pokręcił przecząco głową, zupełnie zdezorientowany.
- Jedynie cztery portrety są martwe – dodała ze śmiechem, bawiła się wybornie widząc malujące się na twarzy Michała doznania.
- Reszta portretów też się rusza? I też może rozmawiać? - zdziwił się Michał.
- Tak, tak... Młody człowieku – rozległo się nagle z drugiej strony korytarza – I jakbyś tak nie hałasował, to udało by mi się jeszcze chwilę pospać – odezwał się jakiś starszy mężczyzna drzemiący w bujanym fotelu na obrazie naprzeciw tego przed którym stał Michał.
- A jak chcesz prowadzić dysputy o portretach, to poszukaj mistrza Michaellego – burknął jeszcze staruszek – Ooo, powinien być gdzieś tam... - machną ręką w kierunku w którym Michał szedł przed postojem przy obrazie Zekory.
Michał uśmiechnął się tylko lekko.
- Dziękuję i już nie przeszkadzam – pożegnał się z Zekorą i ruszył dalej we wskazanym kierunku.
Wędrując dalej zaczął większą uwagę zwracać na wiszące portrety, kolejny z nich przedstawiał kogoś kto mógł być malarzem, co sugerowała potężna paleta jaką trzymał w dłoni oraz kilka pędzli trzymanych w drugiej ręce.
- Mistrz Armando Sergio Michaello – odczytał podpis.
- Do usług młody czarodzieju, co cię sprowadza w te zimne i nieprzystępne miejsca? - odezwał się portret rozprostowując ręce.
- Koszmary – uśmiechnął się smutno Michał.
- Aaa, tak, tak... - zamyślił się mistrz – to co teraz się wyrabia z portretami to zaiste koszmar...
- Zamilkłbyś na chwilę chociaż – dobiegło z przeciwległej ściany.
- Ojejku... - obruszył się mistrz Michaello – odezwał się wszystko wiedzący... - wydął wargi i naburmuszył się. - Jak jesteś taki mądry, to sam sobie rozmawiaj z tymi... tymi... tymi... A-MA-TO-RA-MI. - przesylabizował powoli, po czym na znak że skończył rozmowę odwrócił się plecami do korytarza.
Ciche parsknięcie śmiechu skłoniło Michała do zbliżenia się do drugiej ściany.
- O młody czarodziej – przedstawiony na portrecie młodo wyglądający człowiek uśmiechnął się do Michała. - Jakież to koszmary cię trapią? - zapytał z poważniejącą miną.
Michał przez chwilę zastanawiał się czy i co powiedzieć, ale w końcu uznał, że sam i tak sobie nie poradzi, a dobrze będzie jak ktoś go przynajmniej wysłucha. Wziąwszy głęboki oddech rozpoczął swoją opowieść...
- Dziwne... - odezwał się portret po ponad dwudziestu minutach kiedy Michał skończył opowiadać o sobie i swoich koszmarach. - Ale wybacz, nie dosłyszałem twego nazwiska...
- Michał Jerzy Dawbór, herbu Pawęż – przedstawił się oficjalnie Michał.
- Ciekawe, zaiste ciekawe... - niczym sam do siebie mówił drobny człowieczek na portrecie – po dwakroć siódmy syn...
- Pomóc ci zapewne nie potrafię... - Michał skrzywił się tylko słysząc te słowa – Ale... mogę dać ci pewną wskazówkę. - kontynuował portret.
- Pomyśl w czym jesteś dobry... a raczej w czym był dobry twój daleki przodek – kontynuował.
Michał zastanowił się dłuższą chwilę.
- W czym był dobry mój praprzodek... – zastanawiał się chwilę, i nagle usłyszał tę samą melodię która dotarła do jego uszu kiedy po raz pierwszy podjął swoją różdżkę. Skonsternowany zauważył, że lewa dłoń sama, mimowolnie ułożyła się jakby trzymając coś.
- Był wojownikiem! - zauważył Michał z zaskoczeniem.
- No właśnie – ze śmiechem odparł portret. - Udzielę ci jeszcze jednej porady, nie próbuj już teraz iść spać. Przejdź się po szkole, pooglądaj. Może poszukaj czterech martwych portretów? - dodał z uśmiechem.
- A gdzie ich szukać? – szybko zapytał Michał widząc, że portret zaczyna jakby zasypiać.
- Idź dalej i pytaj napotkanych po drodze. - odparł sennie już portret.
Pokrzepiony rozmową ruszył w dalszą drogę, zastanowił się przez chwilę.
- Zabawmy się... – pomyślał – W końcu zawsze mogę się zabawić w łowy... - dostosowując się do przyjętej nomenklatury zmienił sposób chodzenia, zaczął się skradać, starając się maksymalnie wykorzystać cień i wszelkie miejsca dające możliwość ukrycia się. Zanim przekroczył jakąkolwiek plamę światła, lub tylko jaśniejszego cienia uważnie lustrował okolicę.
- Przydałby się low-light... – mruknął do siebie, wbijając wzrok w cień znajdujący się po drugiej stronie jaśniejszej plamy mroku na styku dwu korytarzy.
- A cóż to takiego jest? – usłyszał tuż koło ucha szept, na dźwięk którego niemal podskoczył.
- Wynalazek niemagicznych, który czyni widzenie w ciemnościach łatwiejszym... - równie szeptem wyjaśnił.
- A kim ty jesteś? - zainteresował się mieszkaniec bardzo starego i zniszczonego portretu.
- Michał Jerzy Dawbór, herbu Pawęż – wzdychając przedstawił się ponownie Michał.
- Hmmm – rozległo się z portretu. - Podejdź proszę do mnie bliżej, bo wzrok już nie ten... – rozległo się cicho.
- A jednak! - głos z portretu zabrzmiał radośnie. - Nie zniszczyli całej krwi! Młody człowieku... - odezwał się znowu spokojny głos z portretu. - Czy masz już „Dusmanlar Tanri'nin Kirbac"?
- Czy co mam? - zdziwił się Michał.
- Nieważne, nieważne... Kiedy go znajdziesz będziesz wiedział... – odparł podekscytowany portret. - Jak go znajdziesz idź natychmiast do nauczyciela uczącego zaklęć! - postać na portrecie zdawała się być bardzo przejęta. - Nie używaj samemu! To bardzo niebezpieczne! I trzymaj jak najdalej od krwi, od jakiejkolwiek krwi. A teraz już idź, idź... - portret zdawał się znikać.
- Zaraz! - zawołał Michał – Gdzie znajdę martwe portrety? - zapytał szybko.
Odpowiedziała mu jedynie cisza.
- No fajnie... - skomentował to Michał. - Czego wszyscy wariują jak usłyszą jak się nazywam? I kogo teraz zapytać o drogę? - zastanowił się na głos.
- Na pierwsze pytanie ci nie odpowiem młody człowieku, ale na drugie chętnie... – rozległo się nagle mamrotanie zza Michała.
Zaskoczony Michał błyskawicznie przykucnął obracając się w stronę głosu, nawet nie zarejestrował momentu kiedy różdżka znalazła się w jego ręku.
- Kim jesteś? - odezwał się celując różdżką w ciemność i będąc gotowym do natychmiastowego skoku w bok.
- Jestem starcem, który ma dość zawracania mu głowy – doleciał lekko sepleniący głos. - Jeśli odwrócisz się do mnie plecami i pójdziesz prosto – kontynuował monotonnie głos – to piąty portret będzie jednym z tych, których szukasz. - Michał wypatrzył wreszcie swojego rozmówcę, maleńki portret na którym był stareńki profesor w otoczeniu wielu ksiąg.
- To znaczy, że tam jest jeden z tych czterech portretów, które nigdy się nie odezwały? - upewnił się Michał.
- Nie, nie nigdy się nie odezwały, a zostały po prostu namalowane przez niemagicznego mistrza. A jak się pewnie kiedyś będziesz uczył, tylko podczas tworzenia obrazu można w niego wpleść odpowiednie zaklęcia, aby potem portret zdawał się żyć. - stareńki profesor sprawiał wrażenie już lekko znudzonego. - Idź już sobie... Idź. - zwrócił się do Michała.
Michał z lekką nieśmiałością ruszył we wskazanym kierunku i podszedł do portretu. Z portretu patrzył na niego dość postawny mężczyzna, nie można go było nazwać urodziwym, ale miał w sobie to coś, co nie pozwało przejść obojętnie obok takiego człowieka.
- Jan Twardowski – przeczytał cicho podpis pod obrazem. - A więc tak wygląda patron szkoły... – pokiwał głową.
- Piękny to ty nie jesteś, tak jak mi mówili, ale i prawdą jest to, że nie można przejść koło ciebie obojętnie... – ciągnął Michał obserwując uważnie portret.
- Więcej szacunku! - padło z lewej strony portretu. - To Mistrz Twardowski!
- Nie – odparł twardo Michał, choć jego samego ta odpowiedź zdziwiła. - To jego portret.
- Jesteś bezczelny! - dobiegł go głos z ciemności.
- Nie, szczery... – odparł zgodnie z prawdą – Zawsze mi wpajano, że mam mówić prawdę, a nie chować się za kłamstwami.
- A kimże ty jesteś, żeby tak się odzywać? - padło ciche pytanie z drugiej strony portretu. Dziwne, ale Michał nie widział tam żadnych obrazów.
- Michał Jerzy Dawbór, herbu Pawęż – z westchnieniem po raz kolejny przedstawił się Michał
- Piekło i szatani! - padło z lewej strony portretu.
- Tanrı bizi korusun! - zawtórowało z prawej, po czym zaległa cisza.
- I to by było na tyle... - warknął zdecydowanie zły Michał.
Patrzył przez chwilę na portret, który zdawał się wwiercać w niego wzrokiem.
- Co ty tu robić? - rozległo się nagle na wysokości jego kolan. Zaskoczony Michał popatrzył w dół. Stał przed nim mały tak na oko o wzroście pół metra stworek podobny do tego którego wezwał profesor Tarczyński, kiedy oglądał różdżkę Michała.
- Stoję i patrzę... – odwarknął, po czym natychmiast się zreflektował i spokojnie już dodał – Przepraszam, szukałem martwych portretów.
Stworek tylko popatrzył wielkimi oczami na Michała i zapytał cicho – Ty szukać "Wiecznie Milczących"?.
Na co Michał tylko pokiwał głową.
- Jeden być tu – stworek wskazał portret – drugi być koło stara sala zamian, - wyliczał dalej – trzeci być w zamknięta sala gdzie być dużo książka, a czwarty być w sala z broń.
- Hmm, - zastanowił się Michał – dziś już ich nie znajdę. Kim ty jesteś? - zapytał małą istotę.
- Ja? Ja być Drzazga i służyć w kuchnia... - ostrożnie odparło stworzenie.
- A zaprowadzisz mnie tam? - zapytał Michał.
- Drzazga zaprowadzić zaraz, zaprowadzić wielki pan... - Michał lekko się uśmiechnął na takie zapewnienie, ale poszedł za stworkiem.
Po kilku minutach marszu stanęli przed wielkimi drzwiami zza których dochodziły różne dźwięki i zapachy. Mały stworek pchnął wielkie drzwi...
- Drzazga! - rozległ się dziki okrzyk – Gdzieś ty zawlokła swoją zawszoną... - głos się gwałtownie urwał, kiedy Michał wszedł za Drzazgą do kuchni.
- Wielki pan przyjść! – wykrzyknął stworek który jeszcze chwilę temu krzyczał na Drzazgę – Flejek już wołać Kolano... - wypowiedział te słowa w biegu i zniknął gdzieś w ciemnym małym tunelu. Chwilę później z cichym trzaskiem pojawił się kolejny stworek.
- Kolano słuchać co pan chcieć... - powiedział ostrożnie.
Michał kucnął, aby różnica wzrostu nie była tak wielka i spojrzawszy raz jeszcze na krzątające się po wielkiej kuchni stworki odezwał się spokojnie.
- Czy mogę dostać teraz coś do jedzenia? - zapytał – Nie jadłem kolacji, bo nie byłem w stanie i jestem troszkę głodny...
Kolano uważnie zlustrował Michała z góry do dołu.
- Ty być niemagiczny? - odważył się zapytać. Kiedy Michał potwierdził skinięciem głowy, Kolano kontynuował.
- Kura jeść? - wskazał na dużego kurczaka piekącego się akurat nad olbrzymim paleniskiem. Część stworków spojrzała złym wzrokiem na Kolano, ale ten zdawał się tego nie widzieć, natomiast nie uszło to uwadze Michała.
- To wasza kolacja? - zapytał patrząc na resztę stworzeń.
- Śniadanie – odezwała się Drzazga, i zaraz umilkła pod wpływem karcącego wzroku Kolana.
- To nie... - zdecydowanie odezwał się Michał – Zaczekam na nasze śniadanie. Już niezadługo powinno być.
- Już nosić pierwsza miska... - cicho powiedziała Drzazga.
- Dziękuję, to ja idę na swoje śniadanie. - odparł ze śmiechem Michał. Chwilę mu zajęło zanim zorientował się gdzie jest i ruszył w stronę jadalni.
Zimno ostatecznie obudziło Fellean. Dotarło do niej, że spędziła noc na kolanach w swojej łazience nad muszlą. Szybko przypomniała sobie wydarzenia dnia wczorajszego. Wyjście do klubu, spotkanie chłopaka, rozmowę i odkrycie, że chłopak jest Rekersem.
Tak, to było coś, czego żadne z nich nie brało pod uwagę przyjmując zlecenie.
Nikt tak naprawdę nie wiedział wiele o Rekersach, ale nikt też nie chciał z nimi zadzierać. Plotki jakie chodziły po magicznym świecie mówiły o organizacji na tyle wpływowej i bogatej, że nie obawiającej się o swoje istnienie. A z drugiej strony na tyle tajemniczej, że nikt tak naprawdę nie wiedział czym się zajmowała. Ale jakakolwiek by ta organizacja nie była na pewno nie puściła by płazem szpiegowania jednego ze swoich członków. A chłopak był niezły, co sama Fellean ku własnej irytacji musiała potwierdzić. Mało, że zdołał ją upolować, to jeszcze zabezpieczył się i to chyba nawet skutecznie przed dalszą inwigilacją.
Fellean zebrała się w sobie, wstała doprowadziła do stanu w jakim mogła funkcjonować i ruszyła pieszo w stronę niemagicznego Krakowa.
Musiała przemyśleć sporo spraw.
Pospacerowała po Plantach, zaglądnęła do paru kawiarni, w "Cyklopie" zjadła pizzę na obiad.
Jej myśli jednak cały czas krążyły wkoło tego czego świadkiem była poprzedniego wieczora. Ten czar którego on użył. Adam. Był taki, taki delikatny, subtelny, szarmancki. W pewnym momencie dotarło do Fellean o czym zaczyna myśleć i zrobiło się jej gorąco – to zdecydowanie szło w złym kierunku.
Dalsze jej myśli przerwał jednak mały, tak na oko ośmioletni chłopak, który podbiegł do niej i przyjrzawszy się jej uważnie wyciągnął do niej rączkę z czymś okrągłym.
- Dwaj panowie mówili, żeby ci to dać – powiedział lekko wypinając pierś do przodu. Dzwonek alarmowy zawył w jej umyśle.
- Jacy panowie? - ostrożnie zapytała.
- Nie wiem - chłopiec popatrzył na nią z uśmiechem – zapytali mnie tam, na ulicy czy chce galeona. Jak powiedziałem, że tylko głupi by nie chciał. To dali to – pokazał brodą trzymany w dłoni krążek – i powiedzieli komu oddać. I nawet od razu dali galeona! – dodał z uśmiechem, pokazując najprawdziwszego galeona.
To wszystko zastanowiło Fellean, to musieli być magowie, podobnie jak chłopczyk i chcieli coś jej przekazać...
Z lekkim wahaniem wyciągnęła rękę i zabrała z dłoni malca srebrny dysk.
Zaledwie go dotknęła dysk rozgrzał się delikatnie i na gładkiej do tej pory powierzchni dysku pojawił się na moment napis: "Jesteś pod naszą opieką".
Fellean musiała przyznać, że tego się nie spodziewała.
Michał całą sobotę poświęcił na przygotowanie się do konfrontacji z koszmarem. Nie miał bladego pojęcia czym koszmar go zaskoczy, ale musiał się czymś zająć, żeby nie usnąć. Wreszczie parę minut po kolacji dał za wygraną.
- Idę spać – zakomunikował swoim współlokatorom. - I albo przeżyję, albo mnie diabli wezmą – zażartował z wisielczym humorem.
- Jestem już tym za bardzo zmęczony... - dodał, po czym skierował się w stronę sypialni. Pięć minut później już spał.
I znowu obudziły go dzwony, ale tym razem Michał był zdecydowany na walkę. Wiedział, że to koszmar, że jego przyjaciołom tak naprawdę nic się nie dzieje. Ale wiedzieć to jedno, a widzieć wszystkich zamkniętych w wielkim szklanym pojemniku to drugie.
I znowu ten sam głos szydził z niego i śmiał się.
- Pomyśl w czym dobry był twój przodek... - powiedział sam do siebie półgłosem Michał. Odprężył się na tyle na ile pozwalały mu okoliczności i...
- Do mnie! - rzucił mocnym pewnym głosem składając prawą dłoń jakby trzymał w niej rękojeść szabli.
Nic się jednak nie stało, a śmiech stał się jeszcze bardziej szyderczy i złośliwy.
- Do mnie! - rzucił Michał nie myśląc o porażce, tym razem jedak składają lewą dłoń . I również nic się nie stało. Lekko zaskoczony Michał popatrzył przed siebie.
- No jasne, ale ze mnie baran! - zawołał - Po dwakroć... - Michał odetchnął głęboko, staną na lekko ugiętych nogach, po czym czyniąc obiema dłońmi gest chwytania, rzucił pewnym siebie głosem.
- DO MNIE!
Trzasnęło, huknęło, błysnęło i Michał poczuł że w dłoniach wylądowała mu jakaś broń. Kiedy otworzył oczy nie zdołał stłumić jęku ł w dłoniach dwie czarne szable husarskie. Długie, delikatnie wygięte, idealnie wyważone jakby stworzone dla niego. Machnął nimi raz i drugi. Szable były jakby przedłużeniem jego rąk, sam nie wiedział, że potrafi tak władać tak wspaniałą bronią. Dopiero po chwili zrozumiał, że to nie on, że broń sama z siebie współgra z jego wewnętrznym instynktem walki. Rozejrzał się wkoło, po czym podszedł do szklanej tafli.
- Koniec twojej władzy nade mną koszmarze... – powiedział kręcąc młynka oboma szablami.
Zakręcił raz, i drugi, po czym bez żadnego ostrzeżenia z potężnym zamachem wbił ostrza obu szabli w jeden punkt na gładkiej tafli szkła oddzielającej go od przyjaciół. Na tafli pojawiło się maleńkie zarysowanie, Michał jednak nie przestawał pchać i napierać całą swoją siłą na rękojeści obu szabli. Zdesperowany naparł ze wszystkich sił i kiedy już zaczynał tracić nadzieję, po tafli rozbiegła się pajęczyna pęknięć i w ułamku sekundy tafla zniknęła, a Michał z krzykiem się obudził.
- Co się stało? - zapytał wpadając do sypialni Tadek.
- Skończyło się... – wydyszał Michał, sprawiał wrażenie jakby zaliczył maraton, i to nie raz a kilka razy. - Pokonałem koszmar... – uśmiechnął się blado do Tadka, po czym padł na poduszkę i usnął jak małe dziecko.
Wieczór i noc Michał przespał spokojnie.
Niedzielny poranek był ciepły, słoneczny i wręcz zachęcał do wczesnego wstawania. Michał obudzony tuż przed śniadaniem przez Mikołaja szybko się ubrał i już wychodząc na śniadanie zauważył Igora Łęckowskiego, który poszarzały na twarzy, z cierpiętniczą miną wychodził ze swojego pokoju i kierował się ku jadalni.
- Cześć – rzucił Michał wesoło wszystkim przy stole, czym wywołał lekkie zaskoczenie. Nie było tajemnicą, że ostatnio nie sypiał najlepiej.
- Co zrobiłeś? - zainteresowała się od razu Sylwia.
- To co mi poradzono – odparł swobodnie – stanąłem do walki i... wygrałem.
Nie dało się nie zauważyć, że w tym momencie Igor wykrzywił się nieprzyjemnie, ale nie było to nic nowego, obaj wzajemnie się nie znosili i porażki tego drugiego bardzo ich cieszyły.
Widząc zaciekawione miny kolegów Michał streścił to stało się tej nocy. Opowiedział, o tym jak to mu poradzono walczyć z koszmarem i że zasugerowano wybór metody. Lekkie zamieszanie spowodowało wyjście Igora, który musiał być w nie najlepszym stanie, bo się zataczał i ostatecznie został odprowadzony do skrzydła szpitalnego przez Grześka i Jurka.
- Przed obiadem pielęgniarka wezwała do siebie ich obu i zostawiła na obserwacji. - usłyszał profesor Hammis kiedy przy obiedzie zapytał o nieobecność kilku swoich podopiecznych.
Jakież było jego zdziwienie kiedy dowiedział się, że Igor Łęckowski sprawia wrażenie bardzo chorego i lekarze podejrzewają możliwość jakiejś zakaźnej choroby.
– * –
Obudziwszy się Fellean stwierdziła, że musi koniecznie dać znać Thornowi o tym co się z nią dzieje. Szybko ubrała się, zjadła lekkie śniadanie po czym ruszyła na ulicę Tajemną, do budynku Publicznej Sowiej Poczty.
Przez pewien czas zastanawiała się co i jak napisać, ale po chwili namysłu stwierdziła, że najprościej napisać krótko i zwięźle. Poinformowała Thorna, że dla bezpieczeństwa jego i reszty grupy musi zerwać z nimi wszelkie kontakty, że spotkała poszukiwanego chłopaka, ale sprawy się bardzo zagmatwały i że oni „są za ciency, żeby się w to mieszać". Poprosiła o zmianę wszystkich kontaktów i miejsc spotkań, jednym słowem prosiła o całkowite zerwanie z nią kontaktów.
Jakież było jej zdziwienie, kiedy dwie godziny później – kiedy już wróciła do domu - tą samą publiczną pocztą otrzymała odpowiedź. Lekko zestresowana odebrała list, zapłaciła sowie i nalawszy sobie do kieliszka odrobinę prawie dwudziestoletniej whiskey zasiadła w ulubionym fotelu żeby go przeczytać. Wiadomość jaką dostała była najlakoniczniejsza z możliwych, a brzmiała:
„Jutro. 9:30. Twardowski."
Emocje Fellean wyrwały się zupełnie spod jej kontroli i rozryczała się jak bóbr.
– * –
Poniedziałkowe śniadanie w Twardowskim przebiegało spokojnie jeśli nie liczyć drobnego zamieszania jakie miało miejsc przy odbiorze poczty. Duża tak ciemna, że prawie czarna sowa z gracją wylądowała przed Dominiką powodując niemałe zdziwienie. Sama zainteresowana była zdziwiona tym faktem, a jeszcze bardziej wielkością trzymanej koperty. Siedząca najbliżej niej Sylwia była bardzo zaskoczona widząc pismo sygnowane oficjalną pieczęcią szpitala pod wezwaniem Eskulapa. Takie pisma nie są wysyłane do pierwszej lepszej osoby.
Dominika niespecjalnie zdziwiona pieczęcią wyciągnęła pergamin i szybko przebiegła wzrokiem jego treść po czym sapnęła z frustracją.
- Znowu... – jęknęła chowając pergamin i kierując się na zajęcia z Zaklęć.
– * –
Zestresowana Fellean pojawiła się nazajutrz rano przed wejściem do szkoły.
Nie mogła spać w nocy, więc postanowiła przygotować się do wizytacji. Przypomniała sobie wszystko co pamiętała o nauczaniu, przeglądnęła kilka podręczników. Długo i z namysłem wybierała strój w jakim ma się pojawić. Była jedyną kobietą, więc wiedziała, że to właśnie ona będzie musiała rozmawiać z dziewczętami. Musiała wyglądać zarówno profesjonalnie jak i w miarę koleżeńsko, w końcu była raptem o kilka lat starsza od najstarszych roczników. Po dogłębnej analizie tego co musiała zrobić – wcale nie była taka głupia jak sądziła reszta ekipy, po prostu najczęściej nie chciało jej się przemęczać – wybrała odpowiedni to tego strój. Rudo-miedziany komplet, spódnica i marynarka. Do tego biała bluzka, cieliste pończochy i zgrabne czarne czółenka na małym obcasiku. Całości dopełniały dość duże okulary, które w tej wersji miały zintegrowane rejestrowanie obrazu i dźwięku, delikatne kolczyki będące fałszoskopami, bransoletka będąca awaryjnym świstoklikiem i obrączka którą miała w klubie, a która była detektorem mrocznej magii. Do tego doszedł delikatny makijaż, tak delikatny, że niemal niewidoczny i pasująca kolorystycznie torebka.
Fellean zjadła lekkie śniadanie, ubrała się, po raz ostatni skontrolowała swój wygląd, po czym wyszła na miasto tak, aby zjawić się na miejscu o określonej godzinie.
Kiedy zbliżała się do bramy w której jak wiedziała znajdowała się winda do szkoły zauważyła swoich przyjaciół. Thorn jak zwykle na takie okazje ubrany w niemagiczny garnitur sprawiał piorunujące wrażenie. Wysoki, wysportowany z podniesioną głową swobodnie mógł uchodzić za jakiegoś wysoko postawionego inspektora. Z kolei Olded ubrany jak zwykle w swoje jeansy i flanelową koszulę oraz kamizelkę z tysiącem kieszeni i kieszonek z których wystawały najprzeróżniejsze przedmioty i kaskiem budowlanym na pasku, sprawiał wrażenie typowego majstra budowlanego. Znającego się na robocie i kompetentnego, ale raczej nie będącego towarzyszem do dysput filozoficznych. Ardam... Ardam wyglądał jak typowy niższy rangą urzędnik ministerialny. Z za duża teczką, okularami i lekko przytartymi rękawami był kwintesencją pracującego urzędnika.
Kiedy się wzajemnie zobaczyli, Thorn uśmiechnął się szelmowsko do Fellean i podał jej identyfikator mówiąc – Witamy pani Moniko. Czy możemy zaczynać inspekcję? - spojrzał na resztę grupy, która tylko skinęła głowami.
- No to ruszamy...
Kiedy o dziewiątej trzydzieści jeden dyżurujący uczeń czwartego roku przyniósł dyrektorowi informację, że przybyła jakaś komisja ministerialna Jerzy Twardowski zaklął cicho pod nosem.
- Już się zaczyna... – po czym poprawiwszy garnitur, który jego zdaniem znacznie bardziej pasował do pełnionego stanowiska, niż tradycyjne szaty – ruszył na spotkanie z jak mniemał swoją Nemezis.
Skład komisji lekko go zaskoczył, spodziewał się co najmniej dwudziestu osób, które będą krzyczały, przepychały się – ogólnie zachowywały się nieodpowiednio. Zamiast tego zobaczył czworo ludzi – trzech mężczyzn i jedną młoda kobietę. Którzy stali lekko zdenerwowani i jakby zestresowani. Przyjrzawszy się bliżej dyrektor szybko ocenił, że przed sobą jakiegoś agenta lub wywiadowcę z Biura Aurorów, majstra budowlanego, chyba magomedyczke i zwykłego urzędnika.
- Witam, jestem Jerzy Twardowski – przedstawił się podchodząc do stojącej lekko na uboczu grupki. - Z kim mam przyjemność? - postanowił odwlec trochę w czasie to co i tak będzie nieuniknione.
- Inspektor Igor Tadeusiewicz – odezwał się najwyższy, również ubrany w garnitur mężczyzna przypinając jednocześnie identyfikator do klapy garnituru i ściskają wyciągniętą rękę Jerzego.
- Mistrz budowlany, Krzysztof Gąska – przedstawił człowieka w jeansach i flanelowej koszuli, który uścisnąwszy rękę dyrektora również przypiął swój identyfikator.
- To starszy referent Jan Kowalski – przedstawił najniższego członka komisji. Pan Jan ukłonił się lekko dyrektorowi i odwzajemniwszy uścisk dłoni, również przypiął identyfikator.
- Oraz nasza pani wizytator Monika Mazur – przedstawił jedyną kobietę, która wzorem uczennicy lekko dygnąwszy zajęła się przypinaniem identyfikatora do klapy swojej marynarki.
Nie szło jej to specjalnie, dlatego też widząc, że zupełnie sobie z tym nie radzi dyrektor Twardowski świadom wyreżyserowania tego przedstawienia zaoferował się z pomocą.
Fellean musiała Thornowi przyznać, że potrafi rozgrywać takie sytuacje. Dyrektor już zmienił nastawienie do nich, już nie byli „karą boską" a zapewne „lekko utrudniającą funkcjonowanie placówki" wizytacją. A jeśli chodziło o ten przeklęty identyfikator, to on faktycznie się zaciął i musiał to zauważyć nawet dyrektor kiedy lekko się siłował, żeby go jej przypiąć. Chwilowa konsternacja związana z identyfikatorem przełamała lody wzajemnej nieufności. Dlatego też chwilę później dyrektor wezwał troje uczniów czwartego roku i polecił im bycie przewodnikami dla członków komisji.
Inspektor Tadeusiewicz przeprosił na moment dyrektora i przekazał swoim podkomendnym ostatnie uwagi odnośnie inspekcji, po czym życzył im powodzenia i wraz z dyrektorem ruszyli w stronę gabinetu.
Powiedzieć, że Thorn był zestresowany, to mało. Wprawdzie bez najmniejszego problemu udało im się dostać do szkoły, ale dostanie się to jedno a uzyskanie odpowiednich informacji – to zupełnie co innego. Sam postanowił wypytać dyrektora o problemy szkoły, cały czas pamiętając, że w efekcie końcowym ma powstać raport dla Ministerstwa Magii. Jakież było jego zdziwienie kiedy dyrektor słysząc jego pytanie jawnie się rozluźnił i spokojnie i rzeczowo zaczął przedstawiać problemy i bolączki szkoły. Rozmowa trwała ponad trzy godziny i Thorn musiał przyznać sam przed sobą, że wcale tak różowo to nie wygląda. Zwłaszcza jeśli chodzi o poziom pierwszego roku. Tutaj skłonny był się zgodzić z dyrektorem, że przydatny byłby tak zwany rok zerowy, gdzie w pewien sposób wyrównywano by poziom wiedzy wszystkich uczniów. Przyjąwszy zaproszenie na obiad Thorn zastanawiał się jak idzie jego wspólnikom...
Olded, który przedstawiał się nazwiskiem Gąska poprosił swojego przewodnika aby zaprowadził go do zniszczonej sali. Po drodze uczeń sam z siebie udzielał mu bardzo dużo informacji, które wymagały już tylko usystematyzowania i mogły zostać przekazane dalej do Ministerstwa. Olded znał się trochę na budownictwie, jednak nie na tyle, aby być autorytetem, jednak nawet dla niego uszkodzenia w sali były poważne, zakonotował w pamięci, żeby w raporcie do ministerstwa bardzo mocno podkreślić konieczność dalszych badań nad wytrzymałością szkoły, ale w sposób nie dezorganizujący życia tejże. Postanowił przepytać o wiele spraw oddelegowanego do pomocy mu ucznia. Usłyszał wiele ciekawostek z życia szkoły, dowiedział się o tym, że w szkole uczy się dziedzic rodu królewskiego. Że ponoć na pierwszym roku dzieje się nie najlepiej, że między uczniami są niesnaski.
Ardam przedstawiający się jako Kowalski skierował swe kroki wraz z przewodnikiem do osoby odpowiedzialnej za sprawy finansowe. Nie była osoba która była zaangażowana w nauczanie, więc nie usłyszał za wiele o uczniach, ale usłyszał wiele o procesie nauczania i on jako pierwszy zauważył nazwisko profesora Obrony Przed Czarną Magią. Ciężko zaklął w duchu, jeszcze tylko tego im brakowało, żeby nadziali się na najlepszego wywiadowcę w Europie Środkowo-Wschodniej. Ardam, który bardzo uważnie śledził doniesienia wiedział, że Nowowiejski odniósł jakąś kontuzję przy ostatniej swojej akcji, ale poza tym nikt nic nie mówił, że ma zostać oddelegowany gdzieś. Kolejnym zaskoczeniem były dość znaczne wydatki na przebudowę jednej z pracowni eliksirów. Wydatki bardzo dokładnie opisane, kiedy o nie zapytał usłyszał dość ciekawą informację...
- Może mi pani wyjaśnić sens tych działań? - zapytał Ardam siedzącej z nim w pokoju urzędniczki.
- Których? - zapytała urzędniczka nie widząc w pierwszej chwili o co pyta.
- Aaa, to. - uśmiechnęła się zauważywszy o co pyta. - To koszta przebudowy pracowni eliksirów na laboratorium klasy „C" - odparła.
- Laboratorium klasy „C"? - cicho zapytał Ardam. - To chyba dość ekstrawagancki wydatek jak na szkołę... - zapytał patrząc na kobietę lekko z ukosa. Ta w odpowiedzi tylko wzruszyła ramionami.
- Jak to mówią, „ja tu tylko sprzątam", to dyrekcja podejmuje tego typu decyzje. A w tym wypadku chyba akurat mają rację. Z tego co słyszałam to na pierwszym roku mamy jakąś gwiazdę eliksirów, nad umiejętnościami której wszyscy się rozwodzą. A z drugiej strony jest ten buf... - kobieta zmitygowała się niemal natychmiast. - Potomek rodu czystej krwi, który zawsze chce być na świeczniku. I dyrekcja obawia się, że będzie chciał mieszać w jej eliksirach.
Ardam na chwilę przerwał przeglądanie sprawozdań finansowych, żeby pomyśleć.
- Laboratorium klasy „C"... Ktoś dobry z eliksirów... - myślał intensywnie. - Mam! - myśl błysnęła niespodziewanie – Mistrzyni Eliksirów!
- A niech to szlag! - zaklął w myślach – Ale bagno. Należało by o tym wspomnieć w raporcie. Ale to oznacza, że dziewczyna stanie się celem numer jeden dla łowców talentów. To będzie bardzo trudne, ale coś z tym trzeba zrobić. Chrzanić kasę...
Ardam wrócił do weryfikacji dokumentów finansowych i dopiero gong na obiad uświadomił mu upływ czasu.
Fellean zostawiona z dziewczyną zapytała ją na samym początku jak wyglądają zajęcia i lekcje, na co ta lekko zaskoczona odparła, że na ogół są fajne i przyjemnie prowadzone. Po czym zapytała, czy by nie chciała zobaczyć jak są prowadzone, na co Fellean skwapliwie przystała. Idąc korytarzem dziewczyna zatrzymała się przed jedną z sal.
- Zaklęcia pierwszy rok, prowadzi profesor Tarczyński. - poinformował ją dziewczyna i lekko zapukała, po czym otworzyła drzwi.
- Tak słucham? - padło od strony katedry za którą stał nauczyciel.
- Pani jest wizytatorką z ministerstwa – grzecznie wyjaśniła dziewczyna – i chciała zobaczyć jak wyglądają zajęcia.
Profesor przez chwilę mierzył obie wzrokiem, po czym uśmiechnął się do nich i pokazał, aby usiadły w ławce.
- Panie Dawbór – profesor zwrócił się do chłopaka stojącego przed katedrą – zaklęcie tarczy poproszę, na czas. Panno Rajski proszę mierzyć czas. Wskazana dziewczyna wzniosła swoją różdżkę i szybko rzuciła jakiś czar, po czym skinęła chłopakowi – Gotowa...
Stojący przed katedrą chłopak nie miał w ręce różdżki – co z lekka zaskoczyło Fellean. Jednak to co stało się chwilę później niemal wcisnęło Fellean pod stół.
- Bana! Protego! - padły dwa okrzyki, i przed chłopakiem zamajaczyła tarcza.
- Bardzo dobrze – pochwalił nauczyciel, po czym spojrzał na dziewczynę – A jaki mamy czas?
- Dwie sekundy i pięćdziesiąt siedem setnych. - odparła natychmiast.
- Dobrze – skinął głową profesor, po czym zwrócił się do uczniów. - Zwróćcie uwagę, że pan Dawbór – to nazwisko gdzieś się kołatało Fellean, ale nie pamiętała gdzie. - użył najpierw przywołania, a dopiero potem rzucił czar. Sprawdźmy teraz jaki będzie czas, jeśli pan Dawbór będzie musiał sięgnąć po różdżkę dłonią. - spojrzał pytająco na chłopaka. Na co ten tylko skinął głową chowając różdżkę do uchwytu na ramieniu.
- Gotowa... - szepnęła dziewczyna.
- Protego! - krzyknął chłopak i znowu zamajaczyła przed nim tarcza. Fellean musiała przyznać że jest szybki.
- Trzy zero pięć – odparła dziewczyna.
- Logiczne – skwitował chłopak. - Najpierw muszę sięgnąć po różdżkę.
Dzieląc swoją uwagę na wywód jaki właśnie prowadził chłopak Fellean rozglądnęła się po sali. Większość uczniów słuchała tego co prezentował nauczyciel, ale kilkoro jawnie ignorowało to co się działo przy katedrze. Prym w ignorowaniu tego wiódł chłopak o ciemnych włosach ubrany w bardzo bogato zdobione szaty. Towarzystwa dotrzymywała mu szatynka, która sprawiała wrażenia ślepo zapatrzonej w niego. Do tego dochodziło dwu osiłków o wyglądzie sugerującym, że wszelkie problemy rozwiązują pięścią i zaklęciem tłukącym, a nie rozumem. Zresztą sam ciemnowłosy nie prezentował się najlepiej, wyglądał na lekko nieobecnego i Fellean była by się skłonna założyć, że jest pijany. Choć to mało prawdopodobne.
- … to zostało nam ostatnie do sprawdzenia – dotarły do niej słowa profesora. - Rzucanie czarów z przygotowanej różdżki. Panno Rajski? - zapytał profesor.
- Gotowa – odparła skupiona dziewczyna.
- Protego! - padło w sekundę później.
- Owww... - tylko tyle wydobyła ze swojego gardła dziewczyna – Zero trzydzieści siedem – uzupełniła.
- Rewelacyjnie! - oznajmił profesor. - A teraz proszę o dobranie się w pary i o samodzielne poćwiczenie zestawu tarcza – rozbrojenie. - sam zaś ruszył w stronę Fellean.
- Witam, Krzysztof Tarczyński – przedstawił się oficjalnie.
Fellean na ułamek sekundy spanikowała, po czym przypomniała sobie kim jest.
- Mazur Monika, wizytatorka – grzecznie się przedstawiła. - Bardzo przepraszam, ale mamy przeprowadzić audyt szkoły dla ministerstwa – dodała lekko przepraszający tonem.
- Nic nie szkodzi – uśmiechnął się Krzysztof – jak pani widzi młodzież sobie radzi, raz lepiej, raz gorzej. Ale ogólnie starają się... Panie Łęckowski – zwrócił się do chłopaka w bogatych szatach – to nie wygłupy. Wiem kim pan jest, ale to są podstawy i ich nieznajomość na pewno nie przyniesie chluby pana rodowi. Więc proszę się przyłożyć, a jeśli nie czuje się pan na siłach, to proszę iść do skrzydła szpitalnego.
Wywołany uczeń popatrzył na profesora z mieszaniną złości i bólu po czym zrezygnowany schował różdżkę i obwieścił.
- Ma pan racje panie profesorze pójdę do skrzydła szpitalnego, jeszcze nie czuję się na siłach uczestniczyć w pełni w lekcjach. - po czym skłoniwszy się lekko profesorowi, zabrał swoje rzeczy i ruszył w kierunku drzwi.
- Pozwala mu pan tak wyjść z sali? - zapytała lekko zaskoczona Fellean. - Jak dla mnie wygląda na pijanego...
- Nie, panno Mazur, nie jest pijany. Wczoraj jeszcze znajdował się w skrzydle szpitalnym z podejrzeniem jakiejś zakaźnej choroby, ale jak powiedział nam doktor Zaręba był to fałszywy alarm. Igor zapewne czymś się struł i dlatego wygląda tak, jak wygląda.
Fellean przyjęła to do wiadomości jednocześnie konotując aby we wnioskach do ministerstwa zalecić większą dbałość o stan zdrowia uczniów.
Następnie zaczęła wypytywać o poszczególnych uczniów czyniąc w pamięci odpowiednie adnotacje na temat każdego z nich. W pewnej chwili zorientowała się że może należało by zobaczyć inne klasy, ale po zastanowieniu uznała, że lepiej będzie jak poobserwuje dokładnie tą klasę do której właśnie weszła. Dlatego też kiedy profesor Tarczyński skończył swoje zajęcia zapytała swoją przewodniczkę o to kiedy i jakie są następne zajęcia tego roku. Po czym zapytała ją czy może jej przedstawić czwarty rocznik z którym chciała zamienić kilka słów. Bardzo ją zaskoczyła gwałtowna zmiana nastawienia dziewczyny do niej, do tej chwili sympatyczna i przyjazna nagle stała się zimna, niedostępna i opryskliwa.
- Co się stało? - Fellean zdecydowała się na frontalny atak.
- Nie dowie się pani nic na temat naszej koleżanki... - wycedziła przez zęby jej przewodniczka.
- Waszej koleżanki? - Fellean najzupełniej w świecie straciła orientację.
- Tak, wszyscy wiemy, że wy w ministerstwie tylko czekacie, żeby odzyskała przytomność, żeby dorwać się do jej umysłu... - dziewczyna była najwyraźniej zła na cały świat.
Fellean parsknęła śmiechem. - A czy uspokoi cię fakt, że nie zadam ani jednego pytania na temat waszej koleżanki, a popytam o wrażenia czwartego roku z nauki i... - tu puściła oko do dziewczyny – popytam o jednego chłopaka?
Przewodniczka lekko zmieszana popatrzyła na Fellean.
- Co pani chce wiedzieć o szkole? - zapytała cicho.
- Jak uczy, ale z waszego punktu widzenia, jakie jest przygotowanie kadry, jakie jest zaopatrzenie w pomoce naukowe i tego typu sprawy – odezwała się prosto z mostu.
- A o jakiego chłopaka chce pani pytać – zapytała jeszcze ciszej.
- Szczupły wysoki, powinien mieć na ramieniu tatuaż w kształcie smoka – opisała poszukiwanego chłopaka nie patrząc specjalnie na dziewczynę. Dlatego też bardzo się zdziwiła słysząc ciche polecenie – Odwróć się.
Zaskoczona wykonała polecenie i tuż przed twarzą zobaczyła koniec różdżki.
- Czego chcesz od niego? - zapytała twardym głosem dziewczyna – chyba wam powiedziano, żebyście przestali go szukać? - zapytała z lekką złośliwością.
- Ja... - Fellean zatkało, nic jej nie ostrzegło, i stała teraz bezbronna wobec jakiejś uczennicy, która jednak nie wyglądała jak uczennica, a raczej jak wojowniczka.
- Ja... - Fellean wzięła głęboki oddech – ja chcę zrozumieć. Rozmawiałam z nim, ale chce zrozumieć – zdołała cicho powiedzieć.
- Co chcesz wiedzieć? - zapytała dziewczyna nie opuszczając różdżki. Po czym nie spuszczając z niej oka, wskazała Fellean puste pomieszczenie obok. Po wejściu dziewczyna szybko rzuciła kilka czarów, z których jeden spowodował rozgrzanie się jej obrączki.
- Jesteśmy same – stwierdziła krótko. - To teraz raz jeszcze, czego chcesz od niego? - zapytała już spokojnie.
Następne minuty były dla Fellean nieco niezręczne. Nie chciała za wiele opowiadać o grupie, ale okazało się, że przynajmniej trochę dziewczyna się orientuje w pół-świadku lokalnym i wie o ich grupie. Nie miała zamiaru wnikać w szczegóły, ale dość dobitnie uzmysłowiła Fellean, że mogą im bardzo napsuć krwi. Kiedy doszły do konsensusu Fellean musiała przewartościować swoją wiedzę. Wyszło jej na to że Rekersi to potężna organizacja zorganizowana na wzór niemagicznego wojska wraz z wywiadem, kontrwywiadem i całą tą otoczką. Kiedy Fellean wyjaśniła sobie wszystko z przewodniczką, obie zgodnie ruszyły na następne zajęcia pierwszego roku. Kiedy przewodniczka zdziwiła się tym faktem wyjaśniła jej, że może dzięki temu zobaczyć te same osoby u różnych nauczycieli. Dotarły na zajęcia równo z ich rozpoczęciem dlatego też Fellean była świadkiem rozmowy przeprowadzonej przez jedną z dziewczyn z profesorem prowadzącym Eliksiry.
Szczupła dość wysoka dziewczyna o długich ciemnokasztanowych włosach podeszła do prowadzącego zajęcia i przez chwilę rozmawiała z nim cicho, na tyle cicho, że gwar rozlokowujących się uczniów skuteczne zagłuszał słowa. Profesor był chyba z czegoś niezadowolony, lub nieprzekonany, dlatego też – jak zauważyła Fellean – jego rozmówczyni wyjęła coś ze swojej torby i mu podała. Fellean której tylko mignęła duża zielona pieczęć, błyskawicznie zastanowiła się jaka instytucja używa tego typu pieczęci.
- No dobrze panno Bór – widać było, że profesor nie jest najszczęśliwszy z powodu rozmowy. - Może pani spokojnie iść do swojego laboratorium.
- Zaraz, zaraz... - Fellean pomyślała, że się przesłyszała – Ona idzie do JEJ laboratorium? Taka siksa ma w szkole własne laboratorium? Kim na wszystkie demony ta dziewczyna jest? - tysiące pytań przelatywało przez jej umysł. Widząc gwałtowną mimikę jej twarzy przewodniczka zaczęła się cicho śmiać.
- Tak, to nasz własna mistrzyni eliksirów... - nie starała się nawet ukryć dumy w głosie.
- O rzesz ty... - pomyślała Fellean – Ale się zrobi bagno. Wolę nie myśleć co zrobią inne szkoły magii, żeby ją mieć u siebie... Biedna dziewczyna.
I tak rozmawiając szeptem obie doczekały do końca lekcji, która jak zauważyła Fellean była prowadzona ciekawie z pomysłem i raczej swobodnie, choć jak też zauważyła uczniowie bardzo dokładnie wykonywali polecenia i zachowywali się niemal wzorowo. Co ja lekko zaskoczyło.
Gong wzywający na obiad uzmysłowił jej jak jest głodna. Z przewodniczką ruszyła więc w stronę jadalni poprzedzana przez uczniów pierwszego roku, wśród których brakowało jednak dziewczyny od eliksirów.
Cała czwórka spotkała się przy obiedzie, przy specjalnie dla nich przygotowanym stoliku. I każde z nich wyglądało na zmęczone.
Zapraszam do komentowania.
