Autor: Pillster
Korekta: Kesseg
Rozdział X
Red Viper
- Długo jeszcze? - spytała Flash, wlokąc się za swoim przewodnikiem. Znajdowali się blisko ponurej ściany gór, zimny wiatr wiejący w twarz nie ułatwiał marszu. Słońce było już bardzo blisko grzbietu gór na zachodzie, cienie wędrowców wydłużyły się.
- Przecież ci mówiłem - odparł Rope, stając na rozdrożu. - Niebezpiecznie przebywać w tej okolicy. Nie wiadomo, ilu łotrów jest w pobliżu. Im szybciej dotrzemy do brodu Sirion tym lepiej - dodał. Klacz spojrzała niego z powątpiewaniem.
- Daj spokój, jaki bandyta chciałby koczować na takim pustkowiu? - odparła, rozglądając się dookoła. - Oj weź, znajdźmy jakie miejsce na popas, nóg już nie czuję.
- Musimy dzisiaj dotrzeć do rzeki. Im szybciej miniemy to cholerne pustkowie, tym lepiej - powiedział stanowczo porucznik, nie odwracając nawet głowy.
Spojrzał z rozpaczą w dal, zgadując, gdzie w półmroku znajduje się Sirion. Po burzy wody zapewne przybyło, więc bród będzie nie do przebycia. Najbliższy most znajdował się wiele kilometrów na zachód, a droga powrotna prowadziła niebezpiecznie blisko ruin Tambelonu.
Właśnie. Tambelon.
Owiane tajemnicą opuszczone miasto. W jego ulicach na pewno roiło się od bandytów, łotrów i Celestia wie, od czego jeszcze. Porucznik spojrzał na zrujnowane szczątki wież na horyzoncie. Wiedział dobrze, że jeśli nie będą uważać, mogą wpaść w tarapaty. Póki co postanowił zostawić tą drogę w zapasie.
- Pospiesz się. Słońce zachodzi - ponaglił Rope.
- Jednego ci nie można zarzucić. Spostrzegawczości - odparła Flash kwaśno. Przewodnik taktownie przemilczał tą uwagę.
Słońce skryło się już za ciemnym wałem gór, ale poszczerbiony grzbiet był wciąż bardzo wyraźny na tle różowego nieba. Ze wschodu wyłaniał się mrok nocy, nad głowami wędrowców zapaliła się pierwsza gwiazda. Noc zdawała się wypełzać z każdego ciemniejszego miejsca w lesie.
Rope ziewnął szeroko. Wiedział, że nie może się zatrzymać. Jeśli dziś nie dotrą do rzeki, jutro stracą cenny czas na sprawdzenie jej poziomu. Nagle do jego uszu dobiegł ledwie słyszalny, ale pożądany dźwięk - plusk wody. Rope zgadywał, że coś dużego musiało wpaść do rzeki. Resztkami sił przyspieszył kroku. Flash również przeszła do kłusu, co w tych warunkach było granicą jej możliwości. Długi marsz, chęć snu i obolałe nogi czyniły z marszu heroiczny wysiłek.
Oba kucyki biegły przez ciemny las, zawadzając o korzenie. Szum wody był coraz głośniejszy. Po kilku minutach biegu oba kucyki stanęły w końcu nad brzegiem rzeki.
- Cholera - mruknął Rope. Jego przednie kopyta niemal nurzały się w ciemnej wodzie. - Wiedziałem, że tak będzie - dodał. Klacz popatrzyła na niego z rezygnacją.
- Co znowu? - spytała, kładąc się na wilgotnej trawie. - Mamy twoją rzekę. Możemy wreszcie odpocząć? - spytała z nadzieją w głosie. Porucznik westchnął ciężko.
- Nie łapiesz? - spytał, odwracając się zadem do ciemnej wody. - Tu powinien być bród. Ale go nie ma. Poziom wody znacznie się podniósł - dodał, wlokąc się między drzewa. Klacz ruszyła za nim. Po głosie można było poznać, że jej opiekun jest załamany.
- Nie martw się - powiedziała krzepiącym tonem. - Znajdziemy inna drogę. Będzie dobrze.
- Nic nie rozumiesz - odparł Rope. - Przez tą cholerną burzę będziemy musieli pójść dziesięć kilometrów na zachód, do mostu w Staddle. A potem kolejne piętnaście, żeby wrócić na szlak. Mamy do zrobienia dwadzieścia pięć nadprogramowych kilometrów w ciągu jednego dnia, żeby dotrzeć do miejsca, w którym normalnie bylibyśmy w ciągu piętnastu minut - dodał, badając ziemię kopytami. - Teraz rozumiesz? Cały dzień w marszu na darmo - jęknął, siadając zadem na suchej ściółce.
- Mamy czas - odparła klacz, próbując pocieszyć porucznika. - Wyśpimy się, odpoczniemy. Damy radę - dodała, kładąc przewodnikowi kopyto na grzbiecie.
- Nie tylko o dzień tu chodzi - powiedział ogier, wpatrując się w niknący blask na zachodzie. - Będziemy musieli przejść niebezpiecznie blisko ruin Tambelon. A jak nas złapią bandyci, to będzie koniec pieśni.
- Jesteśmy twardzi - odpowiedziała klacz krzepiącym tonem, wyciągając płaszcz z juk. - Niech tylko ktoś spróbuje nas zaczepić.
- Ty nic nie rozumiesz - odparł Rope, zawijając się w płaszcz. - Jeśli nas złapią, mnie zabiją, a ciebie będą gwałcić bez końca - dodał. Zimny dreszcz przebiegł Flash.
- S-skąd wiesz? - spytała drżącym głosem. Porucznik odwrócił się na drugi bok.
- Po prostu wiem. Śpij - mruknął, usiłując zasnąć. Błękitna klacz wpatrywała się w niego przez chwilę. Po chwili z westchnieniem położyła się na czarnym materiale. Próbowała pójść w ślady swojego opiekuna, ale dręczył ją niepokój. Czuła, że coś jest nie tak.
Nazajutrz wędrowców obudziły promienie słońca. Po kilku minutach oboje byli już na nogach. Spakowali rzeczy, po czym Rope popatrzył w stronę rzeki.
Zamiast szumiącego na kamieniach, płytkiego koryta przed wędrowcami rozciągał się szeroki pas burej wody, poznaczony wirami. Nie było żadnych szans na przeprawę wpław.
- Pójdziemy brzegiem. Kiedy będziemy w Staddle, uzupełnię zapasy. Po przekroczeniu mostu wciąż będziemy trzymać się rzeki.
- Chodźmy lepiej. Czuję, że nogi za mało mnie bolą - odparła klacz zgryźliwie. Porucznik mruknął coś niewyraźnie w odpowiedzi, ruszając na zachód.
Po godzinie marszu na horyzoncie przed wędrowcami pojawiły się błyszczące w słońcu dachy i wysoka wieża.
- Oto Staddle - powiedział Rope. - Żeby przejść przez most, będziemy musieli zapłacić.
- To jakaś osada bandytów?
- Ty to masz pomysły - odparł ogier. - To zwykłe miasteczko. Bandyci siedzą po drugiej stronie Sirionu.
- Czyli dokładnie na naszej drodze - powiedziała klacz. - Niezbyt przyjemna perspektywa.
- Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo - odparł przewodnik, patrząc smutno na drugi brzeg rzeki.
- Więc mnie oświeć.
- Na północnym brzegu Sirionu grasuje spora grupa bandytów pod dowództwem kucyka, znanego jako Red Viper. Ci dranie nie znają litości ani normalnych uczuć. Mają w głowach tylko rozboje, gwałty i zabijanie.
- Brzmi groźnie.
- Przyzywyczajaj się. I módl się, żeby nas nie wytropili.
- Ten Red Viper... co o nim wiesz?
- Tyle co wszyscy - odparł porucznik wymijająco. - Pegaz bez litości i współczucia. Dowodzi bandytami. I... - zwahał się - krążą pogłoski, że ma słabość do węży.
- Brrr... - wzdrygnęła się Flash. - Ohydne.
- To tylko pogłoski - rzucił Rope.
Po jakimś czasie oba kucyki dotarły do Staddle. Niewielkie miasteczko nad rzeką nie wyglądało zachęcająco. Nie było wesołe i kolorowe jak Ponyville, bardziej przypominało Dzielnicę Ciemnych Zaułków w Dalanis. Wysokie domy ze stromymi dachami były utrzymane w różnych odcieniach brązu i szarości. Mieszkańcy nie zważali na dwójkę wędrowców, zajęci własnymi sprawami.
- Wesoło tutaj - mruknęła Flash, rozglądając się. - Zupełnie jak na cmentarzu.
- Nie zabawimy tu długo - odparł ogier, rozglądając się. - Mamy spory kawał drogi do przejścia. O, tam jest most - powiedział nagle, wskazując jedną z nielicznych ulic. Na jej końcu znajdowała się wysoka brama z budką po prawej stronie.
- Poczekaj tam. Ja skołuję w tym czasie jakieś zapasy - rzucił Rope, oddalając się. Błękitna klacz powlokła się w stronę rzeki. Nie zauważyła, że całej sytuacji przygląda się fioletowy kucyk ze znaczkiem w kształcie sakiewki. Skierowała się w stronę mostu i oparła się o drewnianą barierę, dając wytchnienie zmęczonym nogom.
Nagle katem oka zobaczyła w zaułku jakiegoś kucyka. Gdy ich spojrzenia skrzyżowały się, nieznajomy szybko zniknął w ciemnej uliczce. Flash zdążyła zauważyć, że nieznajomy miał fioletową sierść, skrzydła i jakąś dziwną brązową bulwę na boku. Przez chwilę chciała za nim pobiec, ale zmęczenie i obolałe kopyta zniechęciły ją do tego pomysłu.
Błękitna klacz z nudów zaczęła liczyć kucyki przechodzące przez rynek. Jeden, drugi, dziesiąty... siedemnasty. Postawny, brązowy ziemski kucyk, zmierzający w jej stronę. Flash niechętnie podniosła się z ziemi.
- Już myślałam, ze mnie zostawiłeś - rzuciła na powitanie. Rope uśmiechnął się.
- Oficer by mnie zabił - odparł, podchodząc do budki przy moście. Zapukał w solidne, drewniane drzwi z małym okienkiem. Po chwili zastawka blokująca otwór odsunęła się. W środku pokazała się para niebieskich oczu na zielonym tle.
- Czego?! - zaskrzeczał ktoś ze środka.
- Chcemy przejść - odpowiedział porucznik. Zasuwka zamknęła się, wewnątrz zaczęły szczękać odblokowywane zamki.
Kiedy szóste szczękniecie przebrzmiało, drzwi otwarły się z głośnym skrzypnięciem. Ze środka wyszedł stary zielony jednorożec o siwej grzywie.
- Rope, chłopcze, jak ja cię dawno nie widziałem - powiedział, otwierając kłódkę przy bramie. - Co słychać w szerokim świecie?
- Nic ciekawego - odparł porucznik. - A tutaj? Coś się zmieniło? Jakieś wieści? - spytał. Jednorożec podrapał się po głowie.
- Dawno nie słyszałem o Red Viper, jeśli o to ci chodzi - powiedział w końcu.
- Czyżby bandyci się wynieśli? - spytał Rope z nagłym zainteresowaniem.
- Tego nie wiem. Ale fakt faktem, że już od dawna nikt nie wrócił tutaj ograbiony i pobity.
- Nie powiem, żeby mnie to martwiło - powiedział porucznik wesoło, wchodząc na most. Flash poszła za nim. Staruszek przez chwilę obserwował odchodzące kucyki.
- Co ja to miałem... Zapłata! - krzyknął nagle. Rope stanął w miejscu.
- Wybacz, oto pieniądze - powiedział, podchodząc do kucyka. Podał mu kilka monet, po czym ruszył przez most. Pokazał Flash gestem, żeby poszła za nim.
- Wpadaj częściej! - krzyknął za nimi staruszek, po czym zamknął bramę.
Woda hucząca między filarami kamiennego mostu uniemożliwiała jakiekolwiek rozmowy. Wędrowcy przeszli przez kamienna budowlę w milczeniu, każdy zatopiony we własnych myślach. Kiedy zeszli na stały ląd, przewodnik skierował się na wschód. Postanowił w miarę możliwości trzymać się brzegu rzeki, jak najdalej od zrujnowanych wież, majaczących na północy.
Porucznik milczał, ale widać było, że coś go trapi. Drżał na każdy najmniejszy dźwięk inny niż szum wezbranego Sirionu. Idąca obok klacz przyjrzała mu się uważnie.
- Ty weź się tak nie spinaj - powiedziała nagle, próbując zagaić rozmowę. Brązowy kucyk aż podskoczył.
- Cicho! - syknął.
- Słuchaj, jest taka sprawa... - powiedziała klacz szeptem.
- Tak? - rzucił porucznik, nasłuchując uważnie odgłosów lasu.
- Kiedy na ciebie czekałam, zauważyłam coś dziwnego.
- Co? - spytał z czystej grzeczności.
- Jakiś kucyk chyba mnie obserwował - odparła Flash konspiracyjnym szeptem. Rope zatrzymał się.
- Jak wyglądał?
- F-fioletowy pegaz, brązowa grzywa i... - zaczęła drżącym głosem.
- ...sakiewka na boku? - dokończył za nią porucznik.
- C-chyba tak...
- O cholera - zaklął kucyk. - Musimy uciekać. BIEGIEM! - krzyknął, po czym zawrócił i zerwał się do kłusu. Klacz dogoniła go.
- O co w tym wszystkim chodzi?! - krzyknęła Flash, próbując nadążyć za Rope'm. Ziemski kucyk zatrzymał się tak gwałtownie, że aż zarył kopytami w ziemię.
- Posłuchaj uważnie, mamy mało czasu - powiedział, nerwowo rozglądając się na wszystkie strony. Chodzi o to, że... UWAŻAJ! - krzyknął nagle, rzucając się na klacz. Oboje padli na miękką leśną ściółkę. Uderzenie zwalistego cielska brązowego kucyka pozbawiło Flash tchu.
Zakaszlała, oczy wyszły jej na wierzch. Nagle do jej uszu dobiegł świst i głuchy stuk.
Porucznik poderwał się z ziemi. Nie zdążył jeszcze pewnie stanąć na nogach, gdy z boku rzucił się na niego chudy pegaz o bladożółtej sierści i jasnoczerwonej grzywie. Przygniótł brązowego kucyka do ziemi, dociskając kopyto do jego szyi.
- Ucie... kaj - wycharczał Rope, próbując zrzucić z siebie napastnika. Flash bez namysłu chwyciła magią pegaza i cisnęła nim o pobliskie drzewo. Rope natychmiast poderwał się z ziemi.
- Biegiem. BIEGIEM! - krzyknął, kierując się z powrotem do miasta. Nim Flash zdążyła zrozumieć polecenie, już pędziła w kierunku, z którego przyszli. Obok kłusował Rope, pochylając nisko głowę.
Nagle tuż obok niego świsnęła strzała, potem druga. Porucznik obejrzał się w biegu do tyłu. Nagle usłyszał kolejny świst i poczuł straszliwy ból w nodze.
- Kurwa no! - krzyknął, zatrzymując się. Klacz również zwolniła, nie wiedząc, co robić. - Wiej! - krzyknął ziemski kucyk, odwracając się. W ich stronę biegł drobny seledynowy jednorożec o żółtej grzywie, obok niego w chmurze białej magii unosił się napięty łuk, gotowy do strzału.
Sytuacja była beznadziejna. Rope wiedział, że zielony kucyk był świetnym strzelcem, a przebita noga znacznie ograniczała zdolności poruszania się. Mimo wszystko stanął na trzech nogach, gotów do walki.
- Przestań, Rope - powiedział ktoś z boku. - To bezcelowe - dodał spokojnym głosem. Porucznik stanął w miejscu i zwiesił głowę. Postawny szary jednorożec o czarnej grzywie spojrzał w stronę uciekającej klaczy. - Bierz ją - rzucił krótko do przelatującego nad nim żółtego pegaza.
- Z rozkoszą - syknął. Szary kucyk rzucił w jego stronę niewielki przedmiot, który ten zręcznie pochwycił.
Flash pędziła tak szybko jak mogła. Nie myślała o tym, żeby pomóc porucznikowi. O niczym nie myślała. Instynktownie gnała przed siebie na złamanie karku. Adrenalina pozwalała na szybki galop, pomimo zmęczenia marszem.
Nagle zatrzymała się gwałtownie w miejscu i spojrzała za siebie. Porucznik stał w miejscu ze zwieszoną głową, pomiędzy tym z łukiem i drugim jednorożcem. Po sekundzie wahania zerwała się w ich stronę i skupiła swoją magię.
Nagle runęła na ziemię jak długa, koziołkując kilkukrotnie. Zatrzymała się kilka metrów dalej, a na jej grzbiecie leżał żółty pegaz, który w sekundę zręcznie zacisnął na jej rogu antymagiczną obręcz. Klacz chciała instynktownie rzucić jakieś zaklęcie, ale było za późno. Napięła mięśnie, próbując podnieść się z ziemi z kucykiem na grzbiecie. Nagle poczuła na szyi dotyk zimnego metalu.
- Spokojnie, ślicznotko - syknął napastnik. - Nie chciałbym cię uszkodzić... zbyt wcześnie - dodał. Klacz posłusznie znieruchomiała, w jej oczach zaszkliły się łzy. - Liny! - krzyknął pegaz, dociskając lekko sztylet do szyi jednorożca.
Po kilku minutach oba kucyki były związane. Do trzech napastników dołączył jeszcze jeden, fioletowy pegaz o brązowej grzywie.
- Dobra robota, Purse - powiedział szary jednorożec, wręczając pegazowi wypchany mieszek. Ten wzbił się w powietrze i odleciał w stronę Staddle. Uwaga szarego kucyka zwróciła się na związanego agenta.
- Rope, kopę lat - powiedział wesoło. Zbliżył się do porucznika. Ten jęknął coś niewyraźnie, próbując zsunąć linę z pyska. Jednorożec pochylił się nad nim.
- Co jest? - spytał. - Zapomniałeś języka w gębie? - z tymi słowami kopnął brązowego kucyka w brzuch. Porucznik stęknął, ale wytrzymał cios. Flash chciała się zerwać, ale liny i siedzący na jej boku żółty pegaz powstrzymały ją.
- Nie... poznajesz... starych... przyjaciół?! - z każdym słowem kopyto szarego kucyka trafiało odsłonięty korpus Rope'a. Ten zacisnął oczy, dzielnie przyjmując kolejne razy. - Twardy jesteś. Jak zawsze - powiedział jednorożec. - Ale to - wskazał na strzałę, tkwiącą w ciele agenta - musi cholernie boleć - powiedział z udawana troską. - Pozwól, że ci pomogę - dodał, po czym chwycił magią pocisk. Nie wyciągnął go jednak, ale zaczął powoli wyginać. Kiedy patyk złamał się z trzaskiem w ranie, ze związanego pyska dobył się stłumiony wrzask. - Oj wybacz, to było specjalnie - powiedział mściwie szary kucyk, wyciągając roztrzaskany koniec kija z nogi porucznika. Nie zważając na jego krzyki, rozwarł magią ranę i wprawnie oczyścił ją z odłamków. Na koniec wyciągał koniec z grotem z drugiej strony.
Zamroczony Rope spojrzał na swojego oprawcę. Ten skupił swoją magię i w kilkanaście sekund zasklepił otwór w nodze.
- Lightwing - rzucił krotko w stronę pegaza - przyślij tu kogoś z wozem. - Żółty pegaz zasalutował, po czym odleciał na północny wschód. - A ty, mały zdrajco - powiedział jednorożec, pochylając się nad porucznikiem - spotkasz się z naszą starą znajomą. - Gdy to powiedział, leżący na ziemi kucyk jęknął niewyraźnie. - Dobrze myślisz - powiedział szary kucyk, siadając na obolałym boku swojej ofiary. - Jestem pewien, że Red Viper też się za tobą stęskniła.
Po jakimś czasie do uszu kucyków dobiegł terkot drewnianych kół na nierównej leśnej drodze. Wkrótce ich oczom ukazał się prosty, dwukołowy wóz, ciągnięty przez żółtego pegaza i bladoniebieskiego jednorożca o szarej grzywie i zielonych oczach. Szary kucyk chwycił magią Flash i rzucił ją niedbale na wóz. Potem to samo zrobił z porucznikiem.
Kiedy jeńcy leżeli już na deskach, kawalkada skierowała się wyboista drogą na północny wschód. Nagle szary jednorożec wstrzymał pochód.
- Lightwing, leć i zawiadom Red Viper o naszym jeńcu - powiedział do pegaza. - Quick Arrow, zajmiesz jego miejsce - rzucił w stronę seledynowego kucyka. Ten niechętnie założył na siebie uprząż. Uwolniony pegaz pomknął przodem, a konwój ruszył za nim.
W czasie jazdy Flash czuła każdą nierówność terenu. Po kilku minutach jazdy cały bok miała poobijany. Odwróciła głowę i spojrzała z rozpaczą na idącego obok wozu jednorożca. Ich spojrzenia skrzyżowały się. Szary kucyk wyszczerzył zęby w uśmiechu. Klacz odwróciła głowę.
"No to po nas" - pomyślała.
Kamienna komnata tonęła w półmroku. Trochę światła dawały świecące magiczne kryształy, zawieszone w drucianym koszu pod sufitem. Pomieszczenie było skąpo umeblowane - kamienna skrzynia, stolik i krzesło pod jedną ze ścian, drewniana szafa pod drugą. Na szerokim łożu na wprost drzwi leżała klacz pegaza o ciemnoczerwonym umaszczeniu i ciemnoszarej grzywie. Na boku miała znaczek w postaci zwiniętego węża. Spojrzenie złotych oczu kucyka było utkwione w suficie nad nim.
Klacz bezwiednie pieściła kopytem blisko dwumetrową żmiję z czarnym zygzakiem na grzbiecie, leżącą na jej piersi. Po chwili wąż leniwie owinął się wokół jej szyi i kopyta, sycząc cicho.
- Cii... - szepnął czerwony kucyk, zdejmując sobie gada z szyi. Zbliżył jego głowę do swojego pyska. - Spokojnie, Pysiu - powiedziała czerwona klacz miękkim, melodyjnym głosem. - Mamusia zaraz cię nakarmi - dodała ciepło, po czym cmoknęła żmiję w pysk. Ta wystawiła rozwidlony język, muskając nim nos pegaza. - Grzeczna dziewczynka - mruknęła zadowolona klacz, po czym położyła sobie gada na piersi. Ten ponownie okręcił się wokół jej karku. Pegaz przymknął oczy, rozkoszując się dotykiem gładkiego, zimnego ciała. Nagle wąż syknął głośniej, zwracając głowę w stronę ciężkich, mosiężnych drzwi. Klacz również spojrzała w tamtą stronę.
Na korytarzu zadudniły szybkie kroki, po czym wrota otwarły się. Stanął w nich żółty pegaz. Niepewnie rozglądał się po pomieszczeniu. Klacz na łożu wbiła spojrzenie w sufit.
- Nie lubię, jak mi się przerywa - powiedziała zimnym, beznamiętnym głosem, głaszcząc węża. Pegaz położył po sobie uszy.
- N-nie chciałem przeszkadzać, ale widzisz, jest taka drobna sprawa...
- Lepiej, żeby nie była drobna. Chyba że chcesz ugościć w nocy moją Pysię.
- Zaręczam, że to ważne - odparł pegaz, z lękiem lustrując podłogę. Wiedział dobrze, że w pokoju Red Viper niejeden gad siedzi.
- Zaskocz mnie - rzuciła od niechcenia klacz, patrząc w oczy swojej żmii. Żółty pegaz zaczerpnął powietrza.
- Złapaliśmy Rope'a - powiedział, wpatrując się w napięciu w czerwoną klacz. Ta uśmiechnęła się szeroko. Wstała z łoża, zostawiając na nim węża.
- Bądź grzeczna, Pysiu - powiedziała do gada, po czym wyszła z pokoju, zamykając go na klucz. - Jesteś pewien, że to on? - spytała, w jej głosie słychać było ekscytację.
- Jak najbardziej, pani - odparł służalczo pegaz. - Nie zapomnieliśmy jak wygląda. I... - zamilkł nagle, uciekając wzrokiem w bok.
- Co chcesz mi powiedzieć? - spytała, ton jej głosu stał się ostrzejszy.
- Wraz z nim schwytaliśmy młodą klacz jednorożca. Wygląda na to, że razem wędrowali - powiedział szybko Lightwing.
- No i?
- Kiedy walczyliśmy z nimi, nasz przyjaciel próbował nas zatrzymać, żeby ona mogła uciec - powiedział pegaz szybko.
- Interesujace... widać, że mu na niej zależy - odparła klacz, krzywiąc się. - Powiem szczerze, że mam co do tego mieszane uczucia. Z jednej strony ona zagwarantuje, że nasz harcerzyk będzie posłuszny, a z drugiej... - westchnęła ciężko. - Kiedy przybędą, przyprowadź ich do wielkiej sali - rzuciła, wchodząc do pomieszczenia po prawej stronie korytarza. Żółty pegaz odetchnął z ulgą.
"Wsadź sobie tą swoją żmiję" - pomyślał mściwie, kierując się w stronę wielkich wrót na końcu korytarza.
Rozklekotany wóz zatrzymał się po pół godziny jazdy. Szary jednorożec brutalnie zrzucił oba kucyki z desek na miękką trawę.
- Arrow, skocz po kajdany - rzucił w stronę seledynowego jednorożca. Ten z ulgą wyskoczył z uprzęży i zniknął we wnętrzu jaskini opodal. Po jakimś czasie dobiegło stamtąd brzęczenie metalowych łańcuchów. Potem z pieczary wyszedł jednorożec, niosąc w swojej magii dwa komplety kajdan.
- Pilnuj ich, gdy będę zmieniał więzy - rozkazał szary kucyk. Quick Arrow napiął łuk, gotów w każdej chwili uśmiercić leżących na ziemi jeńców. Szary kucyk wyciągnął nóż, po czym sprawnie rozciął liny, pętające porucznika. Wprawnym ruchem zatrzasnął na nich swoje kajdany, po czym usunął więzy z pyska Rope'a. Porucznik westchnął głęboko. Zamknął oczy, wsłuchując się w brzęk kajdanów obok.
- Ładnie nas wpakowałeś - usłyszał nagle głos Flash.
- Milczeć! - warknął szary kucyk, uderzając błękitnego jednorożca w twarz.
- Przestań, Dimrill - powiedział Rope, podnosząc się z ziemi. - To mnie chcecie. Jej to nie dotyczy.
- I tu się mylisz - odparł jednorożec. - Teraz już dotyczy - rzucił, po czym pchnął oba kucyki w stronę wielkich kamiennych wrót, osadzonych w pionowej skalnej ścianie.
Konwój z więźniami przemierzał mroczne korytarze. Do uszu kucyków co chwila dochodziły odgłosy rozmów, czasem salwy śmiechu i jednoznaczne jęki. Po kilku minutach grupa zatrzymała się przed wrotami trochę tylko mniejszymi, niż wejściowe. Dimrill pchnął je magią, po czym wszedł do środka. Więźniowie niechętnie poszli w ślady swoich oprawców. Kiedy przekroczyli próg, Flash otwarła usta ze zdziwienia.
Komnata była dość wysoka, miała jakieś dziesięć metrów wysokości i drugie tyle szerokości i długości. Na ścianach świeciły się jakieś białe kryształy, kosz zawieszony pod sufitem też był nimi wypełniony. "Stylowy żyrandol" - pomyślała Flash. Na wielkim tronie po drugiej stronie siedziała wysoka klacz pegaza o czerwonym umaszczeniu. Wstała, gdy jeńcy weszli do sali.
- Rope, kochanie, dawno się nie widzieliśmy - powiedziała wesoło, podchodząc do porucznika. Ten spojrzał na nią spode łba. Milczał.
- Ooo, nie mów, że dalej jesteś zły o tamtą sprawę - powiedziała, chwytając porucznika kopytem za podbródek. Ich spojrzenia skrzyżowały się. W oczach porucznika płonęła nienawiść. Klacz cofnęła się, odpychając pysk więźnia w bok.
- Nie jesteś tak rozmowny jak dawniej - mruknęła Viper, podchodząc do stojącej obok Flash. Kopytem zmusiła ją do spojrzenia sobie prosto w oczy.
Błękitna klacz nie widziała wściekłości, ani innych negatywnych emocji w spojrzeniu pegaza. Jej wzrok był spojrzeniem dobrotliwej i trochę zmęczonej władczyni.
- Jak się nazywasz, moje dziecko? - spytała miękkim głosem, który całkowicie zbił jednorożca z tropu. Klacz przed nią nie przypominała bandyty, czy bezwzględnego łotra, który wyłaniał się z opisów porucznika. Wyglądała raczej na dobrą, łagodną i chyba ciut zmęczoną matkę.
- F-Flash Forward - odparła klacz niepewnie.
- Tęsknisz za domem? - spytała łagodnie Viper. Jednorożec zawahał się.
- Jak każdy - powiedziała onieśmielona.
- Możesz znów tam trafić - odparła czerwona klacz łagodnie. - Wszystko zależy od twojego towarzysza. Chyba nie powiedział ci o sobie całej prawdy?
- Na to wygląda - mruknęła klacz, patrząc z ukosa na brązowego kucyka. Ten wbił wzrok w podłogę.
- Widzisz, Flash, twój przyjaciel - wskazała wymownie na stojącego obok kucyka - dawno temu wyrządził mi straszną krzywdę. Oszukał mnie i wykorzystał, a potem zostawił, jak jakiś zużyty przedmiot. Cierpiałam. Bardzo. Wciąż cierpię. Jednak wciąż go kocham i to tak bardzo, że jestem gotowa wszystko mu wybaczyć - dodała, siadając na kamiennym bloku. - Mam nadzieję, że pomożesz mi przekonać go, żeby był grzeczny. Inaczej możesz już nigdy nie zobaczyć...
- Nie słuchaj jej! - krzyknął nagle Rope. Twarz czerwonej klaczy stężała.
- Ty ciągle swoje - powiedziała, jej głos stał się twardy jak kamień, na którym siedziała. - Ile razy ci mówiłam, żebyś się nie odzywał NIEPROSZONY! - z ostatnim słowem wymierzyła porucznikowi siarczysty policzek. Flash patrzyła na to wszystko w niemym szoku. Łagodna, skrzywdzona przez los istota zmieniła się nagle w twardą jędzę. To było tak gwałtowne, ze Flash miała wrażenie, że rozmawia z dwiema różnymi osobami.
- Wybacz, kochanie - powiedziała Viper, delikatnie unosząc podbródek porucznika. - Poniosło mnie. Ale obiecuję, ze ci to wynagrodzę - szepnęła mu do ucha zmysłowym głosem.
- Wal się - warknął Rope. Klacz zaśmiała się.
- Z tobą zawsze, kochasiu - odparła filuternie. Porucznik splunął jej pod nogi. Widząc to, Dimrill kopnął brązowego kucyka w bok.
- Spokój - powiedziała czerwona klacz stanowczo, po czym usiadła z powrotem na kamiennym bloku. - Pozwólcie, że przedstawię wam obecną sytuację - powiedziała, spierając się na łokciu. - Ty - wskazała na porucznika - będziesz grzecznym chłopcem i będziesz robił wszystko, co pani rozkaże. Inaczej ona - wycelowała kopytem w Flash - będzie miała spore nieprzyjemności. Kapujesz?
- Odpuść sobie. Jej to nie dotyczy - odparł porucznik.. Red Viper zaśmiała się głośno.
- Teraz już dotyczy - powiedziała czerwona klacz. - Dokładnie od momentu, w którym cię poznała. Powiedz mi, moja droga - zwróciła się do Flash - co on ci obiecał? Co ci powiedział? I najważniejsze: co ty w nim widzisz? Poza mięśniami, ma się rozumieć.
- Nie jesteśmy razem. Wybieraliśmy się na północ i...
- Czyli że nie jesteś kolejną z jego panienek? - zgadła czerwona klacz. Jednorożec skinął głową.
- Tylko wędrujemy. Tak wypadło, że mamy wspólną drogę przez jakiś czas - odparła błękitna klacz. W desperacji pomyślała, że bandyci wypuszczą ją, jeśli wyprze się znajomości z porucznikiem. Wtedy mogłaby sprowadzić pomoc, lub zrobić cokolwiek innego.
- Czyli że go nie znasz?
- Kilka dni to jeszcze nie znajomość - zełgała Flash.
- Wobec tego - odarła Viper, wstając - nie jesteś nam potrzebna - z tymi słowami wyjęła sztylet i szybkim ruchem przystawiła go do szyi jednorożca. Rope zerwał się, ale kajdany zatrzymały go w miejscu. Czerwona klacz popatrzyła na Flash z politowaniem.
- Nieładnie tak oszukiwać starszych, moja panno - powiedziała, chowając ostrze. - I żeby mi to było ostatni raz, jasne? - spytała. Flash przytaknęła nerwowo.
- Skoro tą kwestie mamy już omówioną to pozwól proszę ze mną - powiedziała, podchodząc do porucznika. - Nie masz nawet pojęcia, jak bardzo się za tobą stęskniłam - szepnęła mu wprost do ucha zmysłowym głosem. Rope wzdrygnął się. Czuł do tego kucyka tylko nienawiść i odrazę, nic więcej.
- Ją - skinęła głową w stronę Flash - zabierzcie do czwórki. Upewnijcie się, że nie nawieje. A ty - zwróciła się w stronę Rope'a - pamiętaj o naszej umowie, harcerzyku. - W odpowiedzi kucyk zmełł w ustach przekleństwo.
Kiedy oboje dotarli do komnaty, Viper podniosła z łóżka swoją żmiję i wrzuciła ją do stojącego obok wysokiego, wiklinowego kosza.
- Wybacz, Pysiu, ale nie chcę, żebyś nam przeszkadzała - powiedziała słodko, wkładając pysk do wnętrza naczynia.
- Widzę, ze dalej masz fioła na punkcie tych swoich gadów - rzucił Rope, rozglądając się po pokoju. Red Viper zaśmiała się.
- W końcu ich zaklinanie to mój talent. Ale ale - powiedziała nagle, zbliżając się do porucznika - nie przyszliśmy tu po to, żeby rozmawiać o wężach, prawda, skarbie? - szepnęła zmysłowym głosem. Musnęła ustami jego szyję. Dreszcz obrzydzenia przebiegł porucznika.
- A co powiesz na małe bondage? - spytała nagle Viper, uśmiechając się diabolicznie. - Jak za dawnych lat - dodała. Porucznik zacisnął szczęki.
- Dobrze ci radzę, nie drażnij mnie bardziej, niż to konieczne - warknął. Czerwona klacz roześmiała się i legła na łożu, klepiąc wymownie miejsce obok siebie.
- Wiesz co lubię - powiedziała stanowczym głosem. Rope westchnął ciężko. "To będzie długa noc" - pomyślał.
- To tutaj - powiedział jeden ze strażników, otwierając drzwi celi. Flash potulnie weszła do środka.
- Macie coś do jedzenia? - spytała. - Chociaż jakieś jabłko na przegryzkę?
- Dostaniesz jeść, jak przyjdzie czas - rzucił jeden ze strażników. Flash rozejrzała się po celi. Zwykła ciupa, jak wszystkie inne. Duża cela, wykuta w żywej skale, podzielona kratą na dwie bliźniacze, prycza, sedes i głęboko osadzone zakratowane okienko. Klacz westchnęła ciężko.
- Znowu w pudle - powiedziała głośno w przestrzeń.
- Pssst! - usłyszała nagle. - Tutaj! - szepnęła jakaś klacz. Flash spojrzała przez drzwi celi na korytarz.
Po przeciwnej stronie, jedne drzwi na lewo, w niewielkiej celi siedziała drobna klacz ziemskiego kucyka. Miała ciemnożółtą sierść, jasnofioletową grzywę, szare oczy oraz znaczek w kształcie jakiegoś kwiatu.
- Kim jesteś? - spytała Flash, opierając się o kraty.
- Nazywam się Green Herb, a ty? - powiedziała żółta klacz, wpatrując się w jednorożca.
- Flash Forward.
- Jak tu trafiłaś?
- Wędrowałam na północ z przyjacielem, który okazał się być znajomym tutejszych bandytów.
- Uuu, niewesoło. Nieźle cię wykiwał. Faceci - mruknęła mściwie.
- Nie, to nie tak - zaoponowała agentka. - Z tego co wiem, on dawno od nich odszedł. A teraz złapali nas oboje.
- Ano chyba ze tak - powiedziała Green Herb, siadając na posadzce. - Czym się zajmujesz?
- Alchemią - padła odpowiedź.
- Ooo, to dość blisko - odparł ziemski kucyk wesoło. - Ja zielarstwem.
- Skąd pochodzisz?
- Ze Staddle. Złapali mnie, gdy szukałam krwawników.
- Ja z Dalanis. Wiesz gdzie to jest? - spytała. Żółta klacz zawahała się.
- Yyy, nie bardzo.
- Wzgórza Grzmiącego Kopyta?
- Coś mi świta. Czy to... - nagle rozmowę przerwał dźwięk otwieranych drzwi. Na korytarzu pojawił się Lightwing i zaczął otwierać drzwi do celi, w której siedziała Green Herb.
- Zbieraj się, mała - rzucił. Green Herb opuściła głowę i potulnie poszła za nim.
- Hej, co się dzieje? Dokąd ją zabierasz? - krzyknęła Flash. Pegaz zbliżył się do krat w jej celi. Uśmiechnął się diabolicznie.
- Ah, to ty - powiedział, świdrując Flash złośliwym spojrzeniem. - Będziesz następna. Odpłacisz mi za każdy siniak, który mi nabiłaś na tamtym drzewie - rzucił, po czym odwrócił się i odszedł w głąb korytarza, popychając przed sobą drugą klacz. Flash opadła ciężko na łóżko.
Wiedziała, że takiemu psychopacie może chodzić tylko o dwie rzeczy. I nie wiadomo, która jest gorsza.
Oficer siedział za biurkiem, przeglądając najnowsze raporty. Był zmęczony i najchętniej poszedłby spać, wszak było po dziesiątej. Spojrzał z ciężkim westchnieniem na zegar nad drzwiami.
"Po co ja to robię?" - pomyślał, odchylając się w fotelu. Dawniej z chęcią grzebał w aktach, dopasowywał szczegóły, analizował dowody i poszlaki. Ale teraz...
Stracił cały zapał. Wszystko zmieniło się z chwilą, gdy okazało się, że przeciwnikiem może okazać się jego zleceniodawca. Praca dla kogoś, kto od tak chce pozbyć się wiernych agentów nie miała sensu. Była bezcelowa. A jeśli coś jest bezcelowe, to cała chęć znika.
Z rozmyślań wyrwał go dźwięk otwieranych drzwi. Oparł kopyta na biurku, chcąc powitać agenta. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale powstrzymał się, widząc białego strażnika jednorożca o szarej grzywie i różowych tęczówkach.
- Witam, mam nadzieję, że nie przeszkadzam - powiedział kucyk, zamykając za sobą drzwi.
- W zasadzie to przeszkadzasz - odparł Silent Hoof, wstając z fotela. - Pomijam fakt, że straż ma zakaz wstępu do siedziby wywiadu.
- Mam dla ciebie interesującą propozycję - odparł strażnik, rozglądając się po biurze.
- Wywiad i straż działają osobno, wobec tego żeg...
- Co wiesz o Flash Forward? - spytał nagle strażnik. Oficer drgnął.
- W gazetach pisze. To ofiara tego szalonego jednorożca, którego...
- ...powiesili kilka dni temu, wiem - wszedł mu w słowo biały kucyk. - Oboje wiemy, że to lipa. To agentka, skazana na smierć.
- Nie wolno mi się wypowiadać na... - zaczął oficer.
- Ale wiem również, że... - zawiesił głos. - Czy ten pokój jest wytłumiony? - spytał nagle. Oficer skinął głową nerwowo. "Kto to u licha jest? Skąd wie o Flash?" - pomyślał.
- Co to ja... aha, pamietam. No więc oboje dobrze wiemy, że wyrok nie został wykonany, a agentka odeszła z... zaraz, jak mu było? Rope? - powiedział spokojnie kucyk, po czym wlepił spojrzenie w oficera. Ten nie był w stanie wykonać żadnego gestu.
- Skąd ty... - spytał w końcu z bezgranicznym zdumieniem. Jednorożec zaśmiał się.
- A wiec mam na ciebie haka. A mieć coś na przyjaciela, to mieć coś więcej, niż jego przyjaźń, czyż nie?
- Skąd wiesz to wszystko? - spytał czarny kucyk, całkowicie skołowany. Strażnik podszedł do niego. Spojrzał mu prosto w oczy. Jego różowe tęczówki wyglądały upiornie. Nagle mrugnął. Silent Hoof dopiero po chwili spostrzegł, że oczy białego kucyka stały się turkusowe. Oficer instynktownie odskoczył do tyłu.
- Kim ty do cholery jesteś?! - wrzasnął, przyjmując bojową postawę, gotów walczyć do końca. Strażnik pokręcił głową.
- Nie wiedziałam, że jesteś taki strachliwy - powiedział zmienionym głosem. Głębokim, żeńskim głosem. Silent Hoof aż przysiadł ze zdziwienia.
- Co do...- zaczął, wlepiając przerażone spojrzenie w kucyka. Ten skupił swoją magię, jego grzywa zmieniła się w dziwną chmurę w kolorze indygo. Zaczęła otaczać jednorożca. Wokół nieznajomego wytworzyła się wirująca kula materii, poznaczona błyskami światła. Po kilku sekundach dziwna chmura rozwiała się.
Przed skołowanym oficerem stała księżniczka Luna. Rozprostowała skrzydła, po czym usiadła na krześle przy biurku oficera. Ziemski kucyk poderwał się z ziemi i stanął na baczność.
- Wasza Wysokość - powiedział szybko. - To zaszczyt...
- Daruj sobie - przerwała mu klacz. - Teraz już wiesz, że ja wiem, że kręcisz za plecami mojej siostry. Krótko mówiąc, mam na ciebie haka. Mogę go wykorzystać, a wtedy będzie po tobie i twoich przyjaciołach.
- Co cie powstrzymuje, księżniczko?
- Tak się składa, że ja również mam pewne zatargi z moja ukochaną siostrzyczką. Mam pewne... plany, ale żeby doszły do skutku, będę potrzebować wszelkiej dostępnej pomocy.
- Co ja mam z tym wspólnego? - spytał ostrożnie ziemski kucyk. Luna zawahała się.
- Zamierzam zdetronizować Celestię - powiedziała w końcu. Silent Hoof gwizdnął z uznaniem.
- Ambitny cel. Można wiedzieć, skąd taki pomysł?
- Spięcia z przeszłości. Opowiem ci, kiedy potwierdzisz swoją lojalność - odparła wymijająco księżniczka. - Póki co, będę potrzebować doświadczonych agentów i złodziei. Oraz fałszywych raportów, które zmylą moją siostrę. Kapujesz?
- Wywiad ma działać na szkodę państwa? To wbrew etyce - powiedział oficer, siadając w fotelu. Luna zaśmiała się.
- Nie na szkodę państwa. Na szkodę księżniczki. Pomijam fakt, że to dla ciebie nie nowina, prawda? - spytała, nachylając się do oficera. - Już raz złamałeś zasady. I możesz zrobić to ponownie. Celestia nie gra czysto. Więc dlaczego my mielibyśmy to robić?
- To ma sens. Ale co zamierzasz zrobić, no wiesz, po przejęciu władzy?
- A jak myślisz? - powiedziała. Uniosła się z krzesła ze wniesionymi kopytami, jej oczy stały się oślepiająco białe, mistyczna grzywa zaczęła wirować po pokoju. - SPROWADZIMY NA EQUESTRIĘ WIECZNĄ NOC! - krzyknęła swym królewskim głosem.
- Ty żartujesz, tak? - spytał Silent Hoof, przełykajac ślinę. Księżniczka opadła z powrotem na krzesło.
- Oczywiście, że żartuję - zaśmiała się. - Wieczna noc to był poroniony pomysł.
- Z tego co pamiętam, wtedy tak nie myślałaś - odparł oficer. Twarz Luny stężała. Nachyliła się do swojego rozmówcy.
- Wiesz co znaczy spędzić cholerne tysiąc lat w całkowitej samotności?! - wycedziła przez zęby. - Poza tym - dodała, odchylając się na krześle - muszę przyznać, że po takim okresie trochę zdziczałam...
- Wybacz, Wasza Wysokość - odparł Silent Hoof. - Mam jeszcze jedno pytanie: co stanie się z naszymi służbami, jeśli twój plan się powiedzie?
- Jeśli dowiedziecie swojej lojalności, to nic się nie zmieni - powiedziała spokojnie Luna, mierząc oficera wyniosłym wzrokiem. - Tylko kolor klaczy na tronie. Służby będą działać dalej.
- A jeśli plan zawiedzie?
- Moja w tym głowa, żeby wszystko się udało. Jeśli będziemy współpracować i dobrze to rozegramy, to plan nie ma szans na porażkę.
- Wybacz mi moją śmiałość, pani, ale niespełna cztery lata raczej nie wystarczą na dopasowanie szczegółów tak znacznego przedsięwzięcia - powiedział ostrożnie oficer.
- Myślisz, że miałam na to tylko cztery lata? - odparła księżniczka. - O nie, mój przyjacielu. Przez okrągły tysiąc lat analizowałam drobiazgowo każdy błąd, który poprzednim razem popełniłam.
- Wobec tego nie mam więcej pytań - odparł oficer. - Masz jakieś zapiski, dotyczące twoich zamierzeń? - spytał. Luna skupiła swoją magię. Tuż przed nią w błysku pojawił się zwitek papierów.
- To są szkice moich planów. Przejrzyj je, wyłap błędy, dopisz sugestie. Zbierz również najbardziej zaufanych agentów.
- Tak jest, Wasza Wysokość - odparł Silent Hoof, salutując.
- Wobec tego wracam do siebie - rzuciła księżniczka, zmieniając się na powrót w strażnika. Wyszła z pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi.
Silent Hoof natychmiast zabrał się za papiery. Wybiła jedenasta, ale oficer nie zauważył tego, skupiony całkowicie na dokumentach. Pomimo wcześniejszego zmęczenia teraz z prawdziwą satysfakcją poprawiał, modyfikował i dodawał swoje sugestie w planach księżniczki.
Znów poczuł w sobie utracony zapał i energię. Wiedział, że ta sprawa jest warta doprowadzenia jej do końca.
Poziom ukończony!
Otrzymano tytuł: "Pechowy wędrowiec"
Rozdział 9 Rozdział 11
278
