XI
Dzień, w którym szeryf Hudson pomógł Sue zanieść paczkę do szkoły, stał się początkiem nowego rozdziału w życiu ich obojga. Bardzo szybko przekonali się, że w swoim towarzystwie czują się nadzwyczaj dobrze. Zupełnie, jakby znali się od wieków. Kiedy byli razem, nie musieli niczego udawać, mogli być po prostu sobą. Rozmawiali o wszystkim i o niczym, lekko i naturalnie, odkrywając, że łączy ich więcej, niż na pozór mogłoby się wydawać. Oboje lubili książki (choć ich gusta odnośnie gatunków się różniły), spacery i jazdę konną (Sue ubolewała, że nie ma jeszcze konia. Postanowiła jednak, że kiedy już przeniesie się do domku, jaki przygotowywała dla niej rada miejska, kupi sobie jednego.). Oboje fascynowała kuchnia, choć w nieco odmienny sposób. Panna Thomas lubiła gotować, a szeryf Hudson lubił jeść… Oboje też dzielili przekonanie, że na prawdziwą miłość warto poczekać, a kiedy już się ją znajdzie, nie pozwolić jej odejść.
Ich przyjaźń rozwijała się bardzo szybko, na tyle intensywnie, by ludzie zaczęli zauważać subtelne symptomy wskazujące na to, iż młodzi są w fazie zalotów. Były to wieści nader sensacyjne, zwłaszcza w kręgu znajomych panny Allison, która już niemal oficjalnie wzgardziła znajomością z piękną nauczycielką „kradnącą innym narzeczonych". Oczywiście, niewielu obchodziło to, co wygadywała córka burmistrza. Rozsądna część miasta dobrze wiedziała, że były to jadowite słowa wzgardzonej przez szeryfa panny, na dodatek panny ambitnej. Większość ludzi szybko polubiła Sue Thomas za jej szczerość, łagodny charakter i fakt, że dziewczyna ciężko pracowała, by czegoś nauczyć ich dzieci. Skoro wzbudzała afekt w kimś takim, jak ich wspaniały szeryf, to tym lepiej to o niej świadczyło. Każdy przecież wiedział, że kobieta, którą wybierze Jack Hudson, musi być niezwykła i najwyraźniej panna Sue taka była.
Szeryf nie przejmował się plotkami. W zasadzie był dumny, że mógł spędzać czas ze śliczną nauczycielką. Nie przejmował się już nawet żartami Bobby'ego, który bez ogródek zaczął pytać, kiedy jego najlepszy przyjaciel się wreszcie oświadczy. Jack zawsze zbywał go jakimś krótkim komentarzem i robił swoje. Nie to jednak, by nie planował oświadczyn. Przeciwnie, każdego dnia utwierdzał się w przekonaniu, że panna Sue jest „tą jedyną". Chciał jednak, by poznała go lepiej, zanim otwarcie ofiaruje jej swoje serce i poprosi o rękę. Tymczasem starał się być blisko niej, pomagać i słuchać, kiedy tego potrzebowała, a robił to tak, by nikomu nie przyszło do głowy mówić o niej źle. Jej reputacja była tu najważniejsza.
Prawda. Panna Stevens nie omieszkała skomentować faktu, iż nauczycielka mieszka w Saloonie i na dodatek przyjaźni się z „żyjącą na krawędzi skandalu" Tarą Williams, ale wszyscy wiedzieli, że panna Thomas rezyduje w prywatnej części hotelu (i to bynajmniej nie z wyboru, lecz z braku innych możliwości) i w dodatku, że znajduje się tam pod szczególną opieką nie tylko świetnie strzelającej właścicielki tego interesu, ale przede wszystkim, obu stróżów prawa. Taka ochrona odstraszyła każdego nachalnego mężczyznę w mieście i była gwarantem spokoju oraz nienagannego prowadzenia się dziewczyny. Poza tym, każdy, kto widział Sue w kościele, zauważał, jak silnie jest wierząca, więc jeśli miał trochę rozumu w głowie, po prostu nie słuchał plotek.
Lato minęło i nadeszła jesień , a wraz z nią czas przeprowadzki do nowego lokum. Zgodnie z obietnicą, rada miejska wybudowała dla nowej nauczycielki niewielki domek z jedną sypialnią i przytulnym salonikiem oraz małą kuchnią, zaopatrzony w wychodek i stajnię dla jednego konia. Nie był to może szczyt luksusu w porównaniu z jej rodzinnym domem, ale całość sprawiała miłe wrażenie. Pokoje były jasne, z ładnymi oknami wykończonymi okiennicami, kuchnia miała piec, a w sypialni i saloniku były kominki. Przy odrobinie pracy, mogło to być całkiem urocze gniazdko.
Oczywiście, w przeprowadzce dopomógł szeryf Hudson wraz ze swoim zastępcą, a także dwie przyjaciółki panny Sue- Tara i Lucy, przy czym ta pierwsza (z braku lepszych pomysłów) ofiarowała jej mały, damski pistolet i obietnicę nauki strzelania („Kobieta musi umieć się bronić!"- stwierdziła), a druga- piękną, pikowaną narzutę na łóżko, którą zrobiła własnoręcznie. Zastępca szeryfa Manning, zdobył skądś dla niej małe drzewko pomarańczowe w doniczce (nikomu się nie przyznał, skąd je wytrzasnął), ale to prezent od Jacka wywołał największe wrażenie na całym towarzystwie, bo w czasie, gdy dziewczęta krzątały się po domu, a Bobby rąbał drewno na opał, szeryf wymknął się na pół godziny, po czym powrócił z… koniem.
- To Luna…- powiedział, przedstawiając Sue cudowną klacz o ciemnozłotej sierści i białej grzywie oraz ogonie.- Jest niezwykle łagodna. Sam ją oswoiłem i wytrenowałem. Kiedy wspomniała pani o koniu, panno Sue, wiedziałem, że Luna będzie dla pani idealna. Mam nadzieję, że zechce ją pani ode mnie przyjąć.- powiedział nieśmiało, rumieniąc się po czubek głowy.
- Ależ, to zbyt wiele…- wyszeptała zaszokowana.- Nie mogłabym. Ten koń musi kosztować majątek!- dodała, z czułością dotykając pyska zwierzęcia.
- Nie.- Jack zaprzeczył zaraz.- Jak już mówiłem, Luna była dzika, kiedy ją znalazłem. W wolnej chwili ją oswoiłem i wytrenowałem. Nie kosztowała mnie więcej niż trawa na pastwisku, którą zjadła. Szkoda, by się u mnie marnowała, skoro mam Pegaza…- wyjaśnił, wskazując swego ogiera.-… więc pomyślałem, że…
- Dziękuję! Jest piękna!- nadal zaskoczona Sue przerwała mu wpół słowa i spontanicznie pocałowała w policzek, zanim zdołała się powstrzymać, po czym oblała szkarłatem.
Idiotyczny uśmiech na twarzy szeryfa pasował tylko do tych na buziach Tary, Lucy i Bobby'ego, którzy byli już przeświadczeni, że ślub, to tylko kwestia czasu. Taki prezent mówił wiele o intencjach Jacka, a reakcja Sue o tym, że są jej one miłe.
Tak. To musiało skończyć się weselem!
TBC
