Lidia strzeliła do kogoś. Trafiła w drzewo. Powinna być ostrożna z kulami – nie miała ich tak wiele. Allison strzeliła w ziemię i Isaak odskoczył w tył przed strumieniem iskier.

– Rusz się, Isaak, to nie Derek! – warknął Scott z korony drzewa. Allison strzeliła w niego i strąciła go na ziemię. Od kiedy Isaak stał się częścią stada McCalla był mu posłuszny, szczególnie kiedy wilkołaczeli. Scott był teraz Alfą, co najwyraźniej czyniło go Alfą Isaaka. Lidia nie wiedziała jeszcze jak działa ta cała „dynamika stada".

– Scott, musisz opanować wilka. Zrobisz nam krzywdę. – warknęła Allison z łukiem wycelowanym w Scotta. Cholera, powinna postrzelić go w kolano!

– Szczerze, mam ważniejsze rzeczy do zrobienia niż wy dwie. – warknął gardłowo McCall z dwuznacznym akcentem, który całkowicie nie pasował do niego. Machnął całym ramieniem w bok, aby Isaak zmienił kierunek biegu. Lidia strzeliła z pistoletu do Scotta i zraniła go w ramię. Lahey rzucił się na nią z rykiem i wytrącił jej broń. Martin upadła na ziemię. Allison strzeliła do Isaaka, ale chybiła i ten uciekł w cień.

– Lidia, kule z tojadem?! – ryknął wściekle Scott urywając rękaw koszuli i owiązując go wokoło bicepsa. Isaak wyskoczył z cienia i kopnął Allison w plecy, tak że dosłownie poleciała kawałek i zatrzymała się na drzewie. Lahey znokautował całkowicie Argent.

Scott podniósł broń Danny'ego i wysunął magazynek. Włożył go do kieszeni. Rzucił rozładowaną broń pod nogi Martin z kpiącą miną. Lidia sięgnęła do kieszeni kamizelki i strzeliła z paralizatora do Isaaka, ogłuszając go. Rzuciła się po pistolet. Odbezpieczyła go.

Strzeliła Scottowi w wątrobę. Ten złapał się za bok i padł na kolana. Może nie powinna strzelać mu z tojadu w organ witalny, ale nie pozostawił jej wielkiego wyboru. Miała nadzieję że Danny nie użył agresywnego gatunku tojadu.

– Zawsze zapominają o jednym w komorze. – warknęła Lidia podnosząc się z ziemi, zasadzając pistolet za pasek na brzuchu. Podbiegła do Allison i podniosła ją z trudem. Boże, krwawiła.

– Al! AL, WSTAWAJ! – krzyknęła Lidia i odniosła miękką i nieprzytomną koleżankę. Wyjęła jej kompas i spojrzała na niego. Uderzyła otwartą dłonią Allison po twarzy, aby choć częściowo przywołać ją do świadomości. Argent zamarudziła i Martin uznała że przyjaciółka była w dość dobrej formie aby uciekać! Szczególnie że Isaak i Scott zaczęli robić się mobilni.

– Al, potrzebuję Cię. – jęknęła Lidia. Ledwo widziała na oczy ze zmęczenia. Dziewczynom udało się odbiec jedynie sto metrów w przód. Allison była za ciężka. Martin upadła na ziemię i wypuściła przyjaciółkę.

– Allison, błagam Cię. – jęknęła Lidia i szarpnęła półprzytomną przyjaciółkę. Isaak stanął nad nimi z poważną miną. Jego rysy wróciły do ludzkich. Lidia przytuliła Allison z całych sił.

– Błagam, Isaak, to Allison. Lubisz Allison. – zapłakała Martin. Lahey pochylił się nad nimi i podniósł Argent z ziemi i wziął na ręce. Lidia spojrzała z nadzieją.

– Szybko, póki Scott próbuje poradzić sobie z magiczną kulą. – powiedział Lahey i ruszył w stronę drogi. Lidia szybko pobiegła za nim.

– Czujesz się lepiej? – zapytała Martin starając się nadążyć za Isaakiem.

– Nie, ale dlatego bo jestem Betą mogę oprzeć się instynktowi zdominowania Dereka. – odpowiedział Lahey. Samochód był już w zasięgu wzroku. Lidia odetchnęła z ulgą.

– Scotty nie jest sobą, prawda? – zapytała Lidia wyciągając z kieszeni przyjaciółki klucze do auta Argentów.

– Żadne z nas nie jest sobą. – odpowiedział Isaak. Lidia otworzyła auto a Lahey położył Allison na siedzeniu pasażera. – Nie chcemy robić wam krzywdy, ale jeśli staniecie nam na drodze nie będziemy wahać się.

– Pamiętajcie że jesteśmy częścią stada. – westchnęła Lidia oddychając głęboko. Były z Allison bezpieczne w aucie.

– Jesteście i tym gorzej dla was. Wśród wilkołaków panuje prawo silniejszego i wszystko rozwiązujemy przemocą. W takie noce nie myślimy o was jako miękkich ludziach. Jesteście jednymi z nas i to czyni was konkurencją. – powiedział Isaak. Odczesał włosy z twarzy Allison. – Jedźcie i nie odwracajcie się, nie zwalniajcie dopóki nie dotrzecie do kliniki weterynaryjnej. Najbezpieczniejsze miejsce w mieście.

– Dziękuję, Isaak. Wiem że nie musiałeś tego robić. – powiedziała Lidia nakrywając dłoń chłopaka swoją i uśmiechając się zapewniająco. Wycie odwróciło uwagę Isaaka. Uciekł w głąb lasu za swoim Alfą.

Lidia wcisnęła gaz do dechy i pojechała w stronę kliniki weterynaryjnej. Oby Stiles z Dannym poradzili sobie z Aidanem i Ethanem. Lidia nie mogła pomóc im, musiała zaopiekować się przyjaciółką.

Lasy były nieprzyjemne po ciemku i Martin przestała zwracać uwagę na licznik póki nie wyjedzie z lasu. Allison poruszyła się na siedzeniu i powoli otworzyła oczy. Podskoczyła w miejscu i rozejrzała się przerażona.

– Gdzie jesteśmy?

– W drodze do Deatona. – odpowiedziała Lidia ściskając kierownicę mocniej. – Nie poruszaj się gwałtownie. Możesz mieć wstrząs mózgu.

Allison opadła na siedzenie z westchnieniem ulgi.

– Cieszę się, że jesteśmy całe. Uch, Isaak mocno mnie uderzył.

– Nie wiń go. To instynkt wziął górę. – mruknęła Lidia i odprężyła się, gdy wjechały do miasta.

– Łatwo zapomnieć, że są w gruncie rzeczy zwierzętami. – westchnęła Allison i na początku Lidia chciała zaprzeczyć, ale to prawda.

Boże, błagam, daj nam to przeżyć. – pomyślała Lidia szczerze, choć nigdy nie miała wiary w nadnaturalne siły.