Przez kilka następnych tygodni działo się naprawdę wiele rzeczy.

Gdziekolwiek byśmy nie poszli, obok zawsze pałętał się ktoś z gazet. Wokół całej naszej sprawy nadal było sporo szumu i na niektóre pytania prasa wciąż nie miała odpowiedzi, dlatego próbowali nas wszystkich zapędzić w kozi róg, żeby uzyskać je z pierwszej ręki. Jackson, jako nasz adwokat, razem ze swoim wspólnikiem, Greenbergiem, załatwił dla każdego dziennikarza zakaz zbliżania się na sto metrów. Byłem mu wdzięczny z całego serca.

Isaac ze Scottem postanowili wynająć własne mieszkanie, a kiedy tylko o tym usłyszałem, od razu złożyłem im propozycję…

- Mój dom jest zbyt duży, żebym mieszkał w nim sam.

Wciąż nie wydawali się przekonani.

- Proszę.

Dodałem błagalnym tonem. Nie chciałem… Nie mogłem być sam. Nie w tym domu. Nie w ogóle.

W końcu się zgodzili, podając warunki.

- Płacimy razem za zakupy, rachunki i dokładamy ci się do remontu.

Chciałem się kłócić, ale byli nieugięci, więc w końcu przystałem na ich wymagania.

Co do remontu – miałem zamiar wprowadzić kilka zmian w obu łazienkach (na górze i na dole), zmienić meble w salonie i mojej sypialni. Dałem także wolną rękę chłopakom w kwestii ich nowego pokoju. Poza tym planowałem wymienić wyposażenie w kuchni i sprzedać wszystko, czego chciałem się pozbyć. W ten sposób nie straciłem aż tak dużo pieniędzy na remont, bo uzyskałem całkiem sporo gotówki ze sprzedaży starych gratów. Odświeżyliśmy także wszystkie ściany, malując je na bardziej pozytywne kolory.

Mój pokój zmienił się całkowicie. Ściany pozostały niebieskie, ale wybrałem odrobinę jaśniejszy odcień. Wymieniłem łóżko na większe, ponieważ do takiego byłem już przyzwyczajony. Kupiłem całkiem podobne do tego, które miałem w mieszkaniu Lyds. Większość jednej ze ścian zajmowały półki na książki (na których znalazły także swoje miejsce ukochane komiksy). Ten pokój, w przeciwieństwie do tego z moich dziecięcych lat, był bardziej pusty i bezosobowy. Oczywiście na biurku stało zdjęcie, na którym byłem razem z mamą i ojcem, ale przez większość czasu leżało płasko na drewnie, bo nie mogłem na nie patrzeć. Na tablicy korkowej, która wisiała nad biurkiem, przyczepiłem kilka zdjęć moich przyjaciół, nawet te z Ericą i Boydem, ale prawie zawsze omijałem je wzrokiem. Nad łóżkiem wisiał obraz namalowany farbami, przedstawiający znak Batmana, który sprezentowała mi Lyds, a nad komodą, w ramce - jedyne zdjęcie, na którym znajdowaliśmy się wszyscy razem. Erica, Vernon, Lydia, Jackson, Scott, Isaac, Derek i ja.

Na nie również starałem się nie zwracać uwagi.

Martin postanowiła zamieszkać z Jacksonem. Sprzedała poprzednie miejsce i próbowała oddać nam część pieniędzy, ale nikt z nas nie chciał ich przyjąć. Decyzję o przeprowadzce podjęła, kiedy każdy z nas miał już swoje cztery kąty.

Bo Derek…

Derek też znalazł sobie mieszkanie. Mniejsze niż to należące do Lyds. A przynajmniej tak twierdził Isaac. Nie miałem pojęcia, jak ono wygląda, ponieważ nie odwiedziłem go jeszcze ani razu.

Nie mieliśmy ze sobą kontaktu.

I to nie tak, że nie próbowałem…

Dobra, totalnie się nie starałem, ale gdy tylko myślałem o tym, jak Hale odrzucił moją propozycję i powiedział, że nie możemy już ze sobą być...

Nie potrafiłem stanąć z nim twarzą w twarz.

- Zamieszkaj ze mną. W moim rodzinnym domu.

Nie myślałem o tym wcześniej, w zasadzie w ogóle nie zastanawiałem się za wiele, co zrobić z faktem, że odziedziczyłem ogromny dom tylko dla siebie, ale kiedy zaproponowałem to Derekowi na głos, wydawało mi się całkiem oczywistym, że to coś, co powinienem zrobić już dawno. Przyszło mi to tak naturalnie i bez zająknięcia, ale wciąż nie mogłem pozbyć się myśli, że coś jest nie tak.

Wszystko wewnątrz mnie zacisnęło się w oczekiwaniu.

- Jestem… zaszczycony, że mi to zaproponowałeś, ale przykro mi, Stiles, nie mogę.

Uśmiech Dereka był smutny, a ja zbladłem jeszcze bardziej. Wciąż miałem ślady zadrapań na twarzy i pewnie wyglądały teraz okropnie, na białej jak papier skórze.

- A co… co z nami?

Hale nie odpowiadał przez chwilę, przyglądając mi się intensywnie.

Stałem przed nim, z nisko opuszczonymi ramionami, bawiąc się nerwowo brzegiem koszulki. Prawdopodobnie wydawałem się teraz mniejszy, niż w rzeczywistości byłem.

- Myślę… że powinniśmy się rozstać. Tak będzie najlepiej.

Wypuściłem z ust powietrze, które wstrzymywałem przez cały ten czas. Oczy zaczęły mnie piec, a gardło – boleć. Razem z sercem, które pękło. I nie tak, jak wcześniej – jedynie na dwie części – ale na milion małych kawałeczków, których nie potrafiłem pozbierać.

- Przepraszam, Stiles.

To był pierwszy raz, kiedy odważyłem się do niego zadzwonić.

Zrobiłem to z własnej nieprzymuszonej woli, nawet jeśli Lydia wcześniej prawie skopała mi tyłek, Jackson nazwał idiotą więcej razy niż zwykle i próbował doradzić (what the fuck is going on?), jak sobie z tym poradzić, Scott postanowił na mnie nakrzyczeć, gdy znowu zacząłem włóczyć się po domu jak zgubiony piesek, a Isaac sprawił, że się popłakałem, kiedy powiedział, że zachowuję się jak dziecko i powinienem zawalczyć o pierwszą i jedyną osobę, którą pokochałem.

Mogłem być odrobinę pijany. Tylko odrobinę.

Dobra, może trochę bardziej niż odrobinę, wnioskując po tym, jakie miałem problemy z wybraniem numeru Dereka.

- Słucham?

Zatkało mnie. Nie przemyślałem tego, w ogóle tego nie przemyślałem. A powinienem! Miałem mu… miałem tyle do powiedzenia, a… A teraz… Siedziałem (spocony z wysiłku, bo próbowałem utrzymać się w pionie i nie runąć bokiem na kanapę) i nie mogłem wydać z siebie żadnego dźwięku.

- Stiles?

Głos Dereka był miękki, jak zawsze, kiedy do mnie mówił. Jak zawsze, gdy próbował odegnać złe myśli.

Kiedy zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo za nim tęsknię, jak bardzo mi go brakuje, jak bardzo go kocham - zacząłem płakać. Hale przez cały ten czas nie rozłączył się, czekał, aż skończę… jak zawsze. Nie naciskał, nie mówił, nie próbował wciągać mnie w rozmowę.

W końcu się uspokoiłem i wydałem z siebie sfrustrowany dźwięk. To chyba dało mu znak, że planuję się rozłączyć.

- Przepraszam, Stiles.

Usłyszałem, zanim rozmowa się skończyła.

Postanowiłem zapisać się do liceum.

Co prawda do rozpoczęcia roku miałem jeszcze dużo czasu, w końcu był dopiero początek kwietnia. Jednak wolałem mieć to już za sobą. Dyrektor Beacon Hills High School pamiętał, kim był mój ojciec, pamiętał, kim była Claudia Stilinski, i bez żadnego problemu obiecał wpisać mnie na listę uczniów pierwszej klasy w następnym roku szkolnym.

Kilka razy odwiedziłem Bobby'ego i Elen, sam lub z przyjaciółmi. Raz nawet próbowałem zabrać z nami Dereka, ale ten odmówił.

Na końcu ponownie usłyszałem jego „Przepraszam, Stiles". Aż miałem ochotę zwymiotować jedzenie, które zjadłem, zanim odważyłem się go zaprosić.

Bobby znalazł mi pracę dorywczą, ponieważ uznał, iż powinienem coś robić. Nawet jeśli nie dla pieniędzy, to dla własnej satysfakcji. Albo przynajmniej po to, żeby nie siedzieć w domy dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Musiałem mu tutaj przyznać rację, dlatego już wkrótce zacząłem uczęszczać na kurs baristy. Nie były to jakieś zaawansowane zajęcia, zwyczajne podstawy, dzięki którym mogłem zająć się przygotowywaniem kawy w całkiem niedawno otwartej kawiarni West Coast w Beacon Hills. Zapisałem się również na prawo jazdy, żeby móc korzystać z tego niebieskiego cacka, które wciąż stało w garażu. Wcześniej oddałem Jeepa na przegląd, ale jeśli wierzyć mechanikom, wszystko było z nim w porządku.

Po tym, co wydarzyło się w piwnicy jednej z domowych fabryk narkotyków Deucaliona, miałem problemy z ludźmi. Na każdego patrzyłem nieco podejrzliwie, nie odzywałem się już tak dużo jak kiedyś, a jeśli chodziło o dotyk – stroniłem od niego i uciekałem jak od ognia. Znajomi z pracy szybko nauczyli się, żeby nie dotykać mnie bez pozwolenia, ani tym bardziej - z zaskoczenia.

Nadal były dni, w czasie których po prostu zamykałem się w swoim pokoju, niezdolny nawet do udawania, że wszystko jest ze mną w porządku. Leżałem wtedy najczęściej w łóżku, wpatrując się w sufit i próbując odgonić wstrętne wspomnienia. Czasami pomagałem sobie alkoholem, ale nie na tyle często, żeby popaść w nałóg.

Odwiedzałem też cmentarz.

Na początku mówiłem jedynie do mamy, ale w końcu przemogłem się i w moich monologach zacząłem brać pod uwagę także ojca.

Bywało, że odwiedzałem również Laurę albo jedno z miejsc, w których Derek wysypał prochy Cory. Przy nich zazwyczaj milczałem, chociaż zdarzało mi się płakać albo powiedzieć słowo lub dwa, zanim wracałem do domu.

Po tych odwiedzinach zawsze miałem nieodpartą potrzebę, by zadzwonić do Hale'a i powiedzieć mu, jak cholernie bardzo za nim tęsknię i jak bardzo potrzebuję go w moim życiu, ale rezygnowałem z tego pomysłu, kiedy tylko wyciągałem telefon.

Od Isaaca dowiedziałem się, że Derek znalazł pracę.

Kira powiedziała mi, że widziała go raz czy dwa pod naszym starym mieszkaniem. Razem z Allison mieszkały w pobliżu, stąd często przechodziła obok. Raz udało jej się nawet go zaczepić, ale nie rozmawiali długo. „Derek był jakby trochę wyłączony. Chyba skupiał się na czymś innym niż na rozmowie". Chciałbym móc wiedzieć na czym.

Raz, podczas pracy, ktoś próbował ze mną flirtować.

Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, a w zasadzie – kiedy Lauren, druga baristka, mnie w tym uświadomiła, nie wiedziałem, jak się zachować. Na moment mnie zatkało i oddałem zamówienie tak szybko, że dziewczyna patrzyła na mnie przez chwilę całkowicie zaskoczona. W końcu odeszła od kasy. Już więcej jej nie widziałem.

Za drugim razem padło na chłopaka. Rozmawiał ze mną jakiś czas, ponieważ ruch był naprawdę bardzo mały, i poczekał, aż skończę zmianę. Spytał, czy gdzieś z nim wyjdę, a ja prawie dostałem ataku paniki, kiedy mu odmawiałem. Uciekłem, aż się za mną kurzyło, zaskoczony swoją dobrą formą.

Czasami miałem wrażenie, że zamiast poprawiać się, ze mną jest coraz gorzej.

W końcu nie wytrzymałem.

Miotałem się od rogu do rogu w mojej sypialni, aż Scott przyszedł spytać, czy wszystko jest ze mną w porządku. Spojrzałem na niego, nieco zły, że znowu zaczyna, ale po chwili zatrzymałem się w pół kroku.

- Nie.

McCall mrugnął kilka razy, zanim spytał:

- Co powiedziałeś?

- Nie, nie jest w porządku.

Scott patrzył na mnie, jakbym był zrobiony z waty cukrowej – był jednocześnie zdziwiony i bardziej niż zadowolony, że się przyznałem.

- Masz zamiar coś z tym zrobić?

Spytał Isaac, opierając się o framugę drzwi. Jego chłopak próbował udawać, że wcale się nie uśmiecha.

- Tak.

Powiedziałem pewnie, zaciskając dłonie w pięści.

Znałem adres, ponieważ Lahey podał mi go już wcześniej.

Być może kilka razy zdarzyło mi się podjechać pod kamienicę Dereka, żeby wejść na górę i z nim porozmawiać, ale nikt nie musi o tym wiedzieć.

Teoretycznie miał to być pierwszy raz, kiedy wspinałem się po tych schodach na górę i stałem przed wielkimi, rozsuwanymi, metalowymi drzwiami do loftu Hale'a. W praktyce wyglądało to trochę inaczej.

Tym razem jednak kiedy podniosłem rękę, odważyłem się zapukać. Nie musiałem długo czekać, żeby drzwi stanęły przede mną otworem.

- Braeden, mówiłem ci, że daję so…

Zapadła cisza, kiedy Derek dostrzegł, komu otworzył.

- …bie radę.

Dokończył, a jego twarz nagle zrobiła się niepewna.

- Stiles.

- Mo-mogę wejść? Może przyszedłem nie w porę, więc… Może lepiej sobie… pójdę, tak, to dobry pomysł, pójść sobie, ja… Tak…

Nadal jednak nie ruszałem się z miejsca, byłem jak spetryfikowany. Hale przez chwilę wyglądał na zaskoczonego, ale w końcu uśmiechnął się kącikiem ust.

- Wejdź, proszę.

Usłyszałem po kolejnej porcji niekomfortowej ciszy. Przynajmniej dla mnie.

Wszedłem do mieszkania mężczyzny i przypadkowo otarłem się o jego ramię. Co prawda miałem na sobie lekką kurtkę - wiatr wciąż dawał się we znaki - ale i tak poczułem jego ciepło. Policzki zaczerwieniły mi się nieznacznie.

Przed sobą miałem naprawdę ogromną przestrzeń i przez chwilę zastanawiałem się, po co Derekowi tyle miejsca. Może kogoś miał? Może zrezygnował ze mnie po to, żeby znaleźć sobie kogoś normalnego? Kogoś, kto nie byłby tak zepsuty i nic niewarty… jak ja.

Sądząc po minie Hale'a, powiedziałem to wszystko na głos. Zasłoniłem sobie usta dłonią, ale już nie mogłem niczego cofnąć. Derek wyglądał, jakby ktoś uderzył go w twarz.

- Nie zostawiłem cię dla kogoś innego, Stiles.

Wycedził przez zaciśnięte zęby. Pierwszy raz od dawna ujrzałem starego Dereka. Dereka, który patrzył na mnie, jakby chciał mnie zamordować, jakby chciał rozerwać mi gardło własnymi zębami.

- Więc dlaczego?

Spytałem, unosząc wysoko głowę. Wyprostowałem się i zacisnąłem dłonie w pięści, trzymając je blisko przy bokach. Ton mojego głosu był niemal wyzywający.

- Jesteś młody, Stiles.

- Co to ma do rzeczy?

Derek westchnął ciężko, pocierając palcami skroń.

- Może teraz tego nie rozumiesz, ale kiedyś będziesz mi wdzięczny za to, że odszedłem. Kiedyś, gdy znajdziesz sobie kogoś innego, młodszego, może w swoim wieku, kto będzie dla ciebie o wiele lepszy niż ja. Ta osoba będzie całym twoim światem i… i wtedy zrozumiesz.

Przez chwilę chciałem krzyknąć „TY JESTEŚ CAŁYM MOIM ŚWIATEM!", ale powstrzymałem się, chcąc najpierw dojść do sedna sprawy.

- Co zrozumiem, Derek?

- Zrozumiesz, że jestem złym wyborem. Tylko bym ci przeszkadzał. Zniszczyłbym cię w końcu swoimi problemami, swoimi… Stiles, masz własne sprawy na głowie, po co ci dodatkowy bagaż?

Zacisnąłem mocno usta.

- Wciąż uważasz, że jesteś winny temu, co mi się stało, prawda?

Prawie na niego warknąłem, a Hale aż cofnął się o krok w tył, nieprzyzwyczajony do wrogości w moim głosie.

- Myślę, że znasz odpowiedź na to pytanie.

Pomieszczenie znowu wypełniła cisza. Patrzyłem na niego, oddychając ciężko i przez nos, na przemian zaciskając i rozluźniając palce. Powoli zaczynałem widzieć w nim tylko cel, na którym mógłbym wyładować swoją frustrację. Siłą.

Derek otwierał już nawet usta, żeby powiedzieć swoje słynne „Przepraszam, Stiles", wiedziałem to. Dlatego wciąłem się, zanim wydał z siebie jakikolwiek dźwięk.

- Nawet nie próbuj mnie przepraszać, mam dość twoich przeprosin!

Wrzasnąłem. Hale przełknął ciężko ślinę, widziałem, jak jego jabłko Adama drgnęło, kiedy to zrobił.

- Mam dość tego, że się od nas odsunąłeś! Z wszystkich moich przyjaciół, tylko Isaac ma z tobą kontakt. A WIEM, że Lydia próbowała do ciebie dotrzeć! Zostawiłeś nie tylko mnie, Derek, ale ich także! Wiesz, ile razy musiałem słuchać od Scotta, że mu ciebie brakuje? Albo od Jacksona, Jacksona!, który narzekał, że bez ciebie jestem jeszcze bardziej irytujący niż zazwyczaj?

Wydałem z siebie głośne „YGH!", wyrzucając pięści w powietrze.

- Mam dość tego, że zasypiam sam w łóżku, że… Że nie ma cię obok, kiedy źle się czuję, że nie ma cię, kiedy mam dobry humor! Mam dość! I to wszystko dlatego, że czujesz się winny? Pomyśl, Derek! Pomyśl o tym, co sobie obiecałeś! Pamiętasz jeszcze? Pamiętasz, jak w moje urodziny zabrałeś mnie na cmentarz? Pamiętasz, jak powiedziałeś, że rezygnujesz z przeszłości, że to twoje postanowienie noworoczne? Dlaczego teraz się go nie trzymasz?

Zatrzymałem się na moment, by zaczerpnąć powietrza.

- I najgorsze w tym wszystkim jest to, że nawet nie spytałeś mnie o zdanie! Nie spytałeś, czy powinniśmy się rozejść czy zostać razem, nie spytałeś, czy nie chcę cię więcej w swoim życiu. Po prostu sam podjąłeś decyzję! Nie spytałeś, czy cię kocham, czy pozwolę ci na odejście. A kocham i nigdy w życiu bym nie pozwolił! Jesteś egoistą, Derek. Cholernym dupkiem!

Hale cofnął się o kolejny krok, krzywiąc usta w nieprzyjemnym grymasie.

- Rozumiem, że możesz czuć się winny, ale bez przesady. Dlaczego uważasz, że wszystko jest twoją winą? Istnienie świata nie zależy od ciebie, Derek. Nie trzymasz na barkach całej planety, tylko własne życie. A jeśli będziesz się tak dalej zachowywał, odpychał wszystkich, co zrobisz za kilka lat, kiedy zostaniesz sam?!

Po kolejnych kilku minutach ciszy, Derek zaczął cicho:

- Przep…

Wtedy…

Samo wyszło?

Po prostu moja ręka wystrzeliła w przód, kiedy pokonałem dzielącą nas przepaść, i uderzyła mocno w twarz Hale'a. Derek uniósł dłoń, żeby w kompletnym oszołomieniu dotknąć kącika ust, w którym zebrała się krew.

- Zamknij się. Po prostu się, kurwa, zamknij.

Było już ciemno, kiedy dotarłem na miejsce. Upadłem na kolana, chowając twarz w dłoniach i zaniosłem się głośnym płaczem.

- S-spieprzyłem wszystko. Miałem… Miałem to na-naprawić, a-a… Wszystko zepsułem, mamo…

Na cmentarzu musiałem spędzić naprawdę dużo czasu, bo kiedy w końcu uniosłem głowę, zaczęło świtać. Nagrobek przede mną wyglądał tak jak zawsze, ale anioł, który pochylał głowę w dół ze złożonymi do modlitwy dłońmi, patrzył na mnie oskarżycielsko.

- No co?

Mruknąłem, kręcąc po chwili głową.

Możliwe, że w ciągu ostatnich godzin już wszystko powiedziałem, ale zacząłem swoją opowieść jeszcze raz. Pod koniec, znowu się rozpłakałem. Nie opanowałem się, nawet gdy usłyszałem czyjeś kroki.

- Idź sobie, Scott, nie mam ochoty na towarzystwo.

Mruknąłem. McCall czasami zachowywał się jak moja mama, kiedy bardzo się o mnie martwiła. Czułem się z tym… dziwnie. Ale teraz naprawdę chciałem być sam. Nie miałem ochoty z nikim rozmawiać.

- To tyczy się także mnie?

Uniosłem natychmiast głowę. Derek stał kilka kroków ode mnie i wyglądał jeszcze bardziej niepewnie niż kilka godzin wcześniej, kiedy wpuszczał mnie do swojego mieszkania.

- Czego chcesz, Derek?

Spytałem, wzdychając z rezygnacją. Początkowo planowałem w ogóle się nie odezwać, ale… Zatliła się we mnie iskierka nadziei. Zanim odpowiedział, uklęknął obok w odległości kilkunastu centymetrów. Jego twarz skierowana była w stronę nagrobka.

- Chciałem… przeprosić.

Na widok jego miny, tego, jak marszczył nos, parsknąłem cicho śmiechem. Wyglądał, jakby zdał sobie sprawę z tego, że jeszcze całkiem niedawno krzyczałem mu prosto w twarz, że mam dość jego przeprosin. Ale spojrzał na mnie i w jego oczach widziałem tylko szczerość. Musiałem odwrócić wzrok.

- Stiles, ja… Sądziłem, że tak będzie najlepiej. Myślałem, że… uznałem, że jestem dla ciebie zbyt wadliwy.

Teraz przyszła moja kolej, żeby zrobić minę.

- Ale masz rację. To nie zależało tylko ode mnie. Poza tym odchodząc od ciebie, odszedłem od najlepszej rzeczy, jaka mi się kiedykolwiek przytrafiła.

Tym razem cisza była nieco bardziej komfortowa. Obaj oddychaliśmy wolno, patrząc przed siebie. Żaden z nas się nie ruszył. Żaden nie zrobił nic, żeby przerwać ten spokój.

- Kocham cię, Stiles.

Dopiero po chwili dotarło do mnie, co powiedział. Poczułem wilgoć zbierającą się pod powiekami.

- I chcę z tobą być.

Nasze ramiona się zetknęły, a na moich ustach pojawił się nieśmiały uśmiech. Nie odważyłem się spojrzeć Derekowi w oczy jeszcze długi czas, a kiedy to zrobiłem, wciąż miałem łzy we własnych.

- Więc... chcesz poznać moich rodziców?

Jego uśmiech był wystarczającą odpowiedzią, ale i tak powiedział ciche „Oczywiście", kiedy chwytał moją dłoń i splatał nasze palce.