11. Z dumą spójrz w niebo

Szare, zużyte deski, z których skonstruowana była podłoga zaskrzypiały głośno gdy stopy młodego chłopaka się o nie oparły. Nie był w stanie wydobyć z zamglonych snem zakątków swego umysłu jakichkolwiek wspomnień na temat tego co wyszarpnęło go tak gwałtownie z długiej drzemki. Coś odebrało mu też czucie w prawej ręce - od dłoni aż po bark. Pomasował pokrytą gęsią skórką kończynę, a nawet dźgnął się kilka razy palcem w mięśnie. Żadnej reakcji. Żadnych odczuć.

Mimowolnie zaciskając wychudłe palce na bezwładnej ręce podniósł się z legowiska. Uwolniony od napierającego nań ciężaru, stary, poplamiony materac skrzypnął wymęczonymi sprężynami. Zaraz odpowiedziała mu podłoga, wydając z siebie serię nieprzyjemnych i jeszcze głośniejszych niż poprzednio dźwięków. Chłopak rozejrzał się po niewielki pomieszczeniu, w jakim się obudził. Ściany były z drewna i wyglądały jakby ktoś zbudował je własnoręcznie i dość prowizorycznie. Nie dało się w nich zobaczyć ani krztyny rzemieślniczego kunsztu. Wszystko było nierówne, chropowate i zbudowane na szybko.

Z drewnianego sufitu zwisała stara, emitująca żałośnie słaby blask żarówka. Kabel, na którym się rytmicznie bujała poprowadzony był po ścianach i znikał gdzieś przy podłodze, za krzywym biurkiem. Mebel był starszy niż większość zawartości pomieszczenia. Wyraźnie widać było na nim ślady po licznych naprawach i zabiegach konserwujących. Farba łuszczyła się z kilku warstw, które tworzyły grubą, kolorową skorupę. Po blacie, w tę i we w tę turlał się ogryzek ołówka, wydając przy tym monotonny dźwięk.

Zanim chłopak zaczął zastanawiać się dlaczego właściwie żarówka i ołówek się ruszają, powietrze przeciął przeraźliwy wrzask. Po dźwięku można było stwierdzić, że prawdopodobnie należy do kobiety. Młodzieniec, z ciekawości i czystej dobroci, postanowił sprawdzić o co chodzi. Wyszedł z pomieszczenia przez otwarte na oścież drzwi, po czym prawie wywalił się na twarz.

Wstrząs, który wytrącił go z równowagi był również w stanie zatrzasnąć znajdujące się tuż za nim drzwi. Na pozbawionym jakichkolwiek źródeł światła, długim korytarzu o ścianach z ledwo co obrobionych desek zrobiło się straszliwie ciemno. Tylko w oddali widać było jakiś blady blask emanujący z okrągłego otworu.

Nie mając w praktyce innego wyboru, chłopak zaczął powoli iść w tamtym kierunku. Nie było to łatwe. Co chwilę rzucało nim to w lewo, to w prawo, a jego bose stopy co jakiś czas trafiały na jakieś ostre krawędzie niewprawnie skonstruowanej podłogi. Do tego wciąż mógł podeprzeć się tylko lewą ręką.

Cały ten spacer zajął mu zdecydowanie za dużo czasu. W końcu jednak dopadł do niewielkiego, okrągłego okienka wbudowanego w metalową ścianę. Szkło przytrzymywał w miejscu zamocowany za pomocą śrub pierścień z pokrytego warstewką rdzy żelaza. Za owym okienkiem rozpościerał się wzburzony ocean. Wysokie fale uderzały w burty statku powodując gwałtowne bujnięcia pokładu, które co chwilę prawie zwalały chłopaka z nóg. Niebo, ledwo widoczne przez warstwę osiadłych na szkle kropel, pokryte było ciemnymi chmurami, z których co jakiś czas strzelały błyskawice. Jakimś cudem dopiero teraz do uszu młodzieńca dotarła nawałnica dźwięków. Fale uderzające w cielsko niewiadomego statku, wściekłe pomruki szalejącej na zewnątrz burzy i gwizd przedzierającego się przez najróżniejsze szczeliny wichru.

Dopiero kolejny przeraźliwy, żałosny wrzask oderwał go od podziwiania nowych, przerażających widoków i dźwięków. Odwróciwszy wzrok od okienka, rozejrzał się dookoła. Znajdował się na skrzyżowaniu korytarzu w kształcie litery "t". Po prawej droga ginęła w ciemności, a po lewej znajdowała się klatka schodowa. Bił od niej chłód.

Postawiony przed dwoma niewiadomymi, chłopak postanowił wybrać tą, która zdawała się być nieco bardziej znajoma i, chodź zimniejsza, nieco bardziej jasna. Walcząc z podskakującym na falach statkiem o zachowanie równowagi, ruchami przez to prawie tanecznymi, zbliżył się do schodów i zaczął się po nich wspinać. Szkoda tylko, że po naliczeniu sześciu tysięcy nierównych, drewnianych stopni, kompletnie stracił cel i sens istnienia. Jego bosa stopa poślizgnęła się na sześć tysięcy pierwszym i poleciał w tył, gubiąc swe ciało w pustce niekończącego się upadku.

Instynktowne reakcje zaskoczyły ze znacznym opóźnieniem, ale chłopak w końcu wrzasnął przerażony. Wołał bardziej aby los się nad nim zlitował niż na ratunek, ale nawet to nie poszło po jego myśli - zamiast dźwięku z jego gardła wydobyła się struga bąbelków powietrza, które powoli odpłynęły gdzieś w górę, w stronę burzliwe ciemności, pozostawiając w swoim zastępstwie słoną, czarną masę, która zaczęła rozrywać płuca dzieciaka. Mrok w oddali zaszedł szarą mgłą, a umysł się zamknął.

Ciemne, burzliwe niebo zajęło całe pole widzenia chłopaka po tym jak jego oczy zostały otwarte przez jakąś tajemniczą siłę. Deski pokładu uginały się pod nim niczym cienki materac leżący na metalowym łóżku.

Cokolwiek wyszarpnęło go z głębi oceanu nie było łaskawe wymazać mu wspomnień o dławieniu się żrącą, morską wodą, więc zaraz po odzyskaniu pełnej przytomności, chłopak zaczął się krztusić nieistniejącym płynem. Głośne kasłanie i gwałtowne torsje trwały dobrą minutę i były dość bolesne zważywszy na to, że nie było czego wykasłać.

Gdy wymęczone, obolałe ciało poradziło sobie wreszcie z automatycznymi reakcjami i z trudem uspokoiło oddech, chłopak mógł się pozbierać. Usiadł na dziwacznych deskach i rozejrzał się po opustoszałym statku. Ani żywej duszy. Nikogo. Nawet śladu po czyjejś obecności.

Chwiejąc się na osłabionych nogach, podniósł się do pionu. Nie było łatwo, bo statek wciąż skakał na rozszalałym morzu, a do tego nieco kręciło mu się w głowie. Zdołał zrobić ledwie dwa kroki zanim zgięło go w pół, a z jego pustego żołądka wylała się fala słonej wody pełnej niewielkich rybek i skorupiaków. Deski pokładu, na których to wszystko wylądowało natychmiast pokryły się gęsto małymi muszelkami.

Chłopak nawet na to nie spojrzał. Bujając się razem ze statkiem ruszył w stronę jednej z pokładowych struktur. Była to blaszana nadbudówka z okutymi drzwiami o zaokrąglonych rogach oraz trzema okrągłymi okienkami. Przejście można było otworzyć za pomocą metalowego pokrętła, które pokrywały plamki rdzy. To też zrobił chłopak, a nie była to łatwa czynność - zwłaszcza dla kogoś, kto nie może posługiwać się jedną z rąk.

Drzwi stanęły jednak po chwili otworem, a w pomieszczeniu za nimi zapaliła się goła żarówka bujająca się smętnie pod sufitem. Słabe, żółtawe światło wyłowiło z ciemności prowizoryczny stół operacyjny, stos upaskudzonych szmat oraz blaszaną miskę z wodą, która prawie się wylewała z każdym kolejnym bujnięciem statku. Chłopak nie był w stanie ruszyć się z miejsca. Mógł tylko patrzeć jak z olbrzymiej dziury w głowie leżącej na stole kobiety powoli sączy się krew, spływając na podłogę i tworząc coraz większą i większą kałużę. Jak z lufy porzuconej na deskach strzelby ulatnia się szary dym po celnym wystrzale.

Jak łysawy mężczyzna z brązową brodą przytula do ubranej w czerwień piersi płaczące zawiniątko. Szepcząc…

- "We dwóch przeżyjemy... Dla dwóch starczy jedzenia…"


Z krzykiem zagłuszonym przez dobiegający zza okna grzmot, Finn zerwał się z łóżka. Ranek był wyjątkowo chłodny, a szalejąca na zewnątrz burza zakryła gęstymi, czarnymi chmurami jakiekolwiek oznaki wschodu słońca, więc było również ciemno jak w środku nocy. Jake kręcił się pod kołdrą i mamrotał coś pod nosem, ale jednocześnie zdawał się spać całkiem mocno. Ani krzyk młodszego brata ani naturalny pokaz światło i dźwięk odbywający się właśnie na zewnątrz nie były w stanie blondyna z niego wyrwać.

Sprawa wyglądała całkowicie inaczej w przypadku trzeciego gościa w pokoju. Paul nie spał bowiem. Nawet nie leżał pod kołdrą. Siedział za to po turecku na ułożonej w schludny stosik pościeli. Dłonie oparte miał o kolana, a oczy szeroko otwarte i wbite w pustkę. No… Przynajmniej do momentu, w którym Finn postanowił się ponownie ruszyć. Wtedy wzrok brązowowłosego natychmiast przeskoczył na młodszego chłopaka.

- "Nie dopatruj się prawdy w sztucznych snach" - powiedział dziwacznym, obcym szeptem - "Nadchodzi sztorm i zmiecie on niejeden umysł."

- "Eemmm…" - blondyn wyraźnie się przestraszył.

- "Nie śpisz?" - zapytał Paul przymykając lekko oczy - "Koszmar?"

Zanim chłopka choćby pomyślał o odpowiedzi, głęboko przemyślał to co właśnie się stało, zmuszając się do zostania na miejscu i nie odbieganiu w nie do końca określonym kierunku. Udało mu się uspokoić na tyle, żeby odłożyć poduszkę, którą ściskał z całej siły w dłoni praktycznie od momentu, w którym się obudził. Dotychczas nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, że ją trzymał. Może robił to dlatego, żeby być gotowym na ciśnięcie nią w stronę jakiegokolwiek zagrożenia, które pojawiłoby się w zasięgu jego wzroku. Nie żeby był w stanie się w ten sposób przed kimkolwiek, czy czymkolwiek obronić. Pewnie nawet nie trafiłby w medytującego współlokatora.

- "Ta… Druga noc z kolei" - odparł ponuro.

- "Przyzwyczaj się" - powiedział brązowowłosy wzruszając ramionami - "Zresztą ja będę musiał się przygotować… Niedługo amulet od ciotki mi się rozpadnie, a wtedy to dopiero zacznie się zabawa."

- "Dlaczego się rozpadnie?" - zapytał Finn.

- "Zużycie materiału" - odpowiedział chicho Paul - "Ciężką pracę ma, nie ma się co dziwić" - ponownie uniósł wzrok na blondyna - "Spróbuj się jeszcze wyspać. Nie ma nawet trzeciej w nocy."


Tego dnia słońce nie pokazało swojej ciepłej, świetlistej mordki na niebieskim niebie. Od miasteczka odcinała je gruba warstwa chmur w kolorze grafitu, z których spadały wielkie, ciężkie krople zimnego deszczu. Dźwięk jaki powstawał w zderzeniu tych wodnych pocisków ze światem na dole zagłuszyć były tylko w stanie grzmoty, które co jakiś czas trzęsły szybami w całym ośrodku. Zwykle towarzyszyły im błyskawice, które, niczym stroboskop, rozświetlały okolicę trupio-białym światłem.

Atmosfera nie była zbyt wesoła. Mało kto był w stanie zaznać zdrowej ilości snu - jeśli wytrzymywał koszmary, wypoczynek zdecydowanie utrudniał mu hałas. Co ciekawe jednak, niewiele osób wyglądało na jakoś wyraźnie zmęczone. Z ich twarzy wyczytać można było raczej frustrację niż wyczerpanie. Widocznie sny okazały się wyjątkowo dokuczliwe.

Jeszcze ciekawsze było zachowanie pani Ragano, która krzątała się po jadalni bez widocznego celu. Wyglądała na poważnie czymś zaniepokojoną i co chwila wyglądała za ociekające wodą okna, próbując wypatrzeć coś w półmroku. Te paranoiczne zabawy wpędziły w pewien niepokój również obserwującego znad talerza z lichą kanapką Paula.

Starsza kobieta nie miała w zwyczaju się tak zachowywać. Zwykle była opanowana i większość emocji kryła za złośliwym uśmieszkiem. Czasem się tylko na kogoś wściekła i zapędziła go do roboty, która w jej mniemaniu była zarówno najlepszą karą jak i nagrodą.

Dlatego też, gdy kobieta po kilku minutach wyszła, chłopak wstał i niezauważony przez zdecydowaną większość żujących smętnie śniadanie nastolatków podążył za nią. Wymknął się przez podwójne drzwi i ruszył po ciuch korytarzem, na końcu którego wciąż widać było lekko przygarbioną sylwetkę staruszki. Po chwili zniknęła za rogiem.

Wciąż nie spostrzeżony chłopak przekradł się szybkim krokiem aż do zakrętu i ostrożnie wyjrzał zza winkla. Następnie przeklął pod nosem. Kobiety nie było. Nawet śladu po niej nie było. Żadne drzwi nie były nawet uchylone. Tylko szafa stojąca pod ścianą była lekko uchylona, ale Paul z doświadczenia wiedział, że jest za płytka by ktokolwiek był w stanie się w niej schować.

Coś jednak było nie tak. Wszystkie pomieszczenia na całej długości korytarza były pokojami mieszkalnymi, które, zgodnie z obserwacjami chłopaka, powinny być aktualnie puste i zamknięte na klucz. Poza nimi były tu również dwie łazienki oraz schowek na szczotki. Te pierwsze otwierano tylko wtedy gdy jakiś pokój na danym korytarzu był zamieszkany, o czym Paul również wiedział. Podobnie było ze schowkiem: otwierano go tylko wtedy gdy korzystano z jego zawartości. Do tego brązowowłosy pewien był, że staruszka nie nosi ze sobą kluczy.

Gdzie więc zniknęła? Przecież nie pokonałaby korytarza długiego na jakieś piętnaście metrów w kilka sekund. Musiałaby biec sprintem, a to byłoby słychać. Zresztą ciężko było sobie nawet wyobrazić staruszkę pędzącą z taką prędkością. Zwłaszcza w tej swojej długiej sukni. Pewnie zaplątała by się w nią po pierwszych kilku krokach i wyłożyła na posadzkę.

- "Kogo śledzisz?" - znajomy, niewinny głosik zabrzmiał tuż obok ucha chłopaka. Prawie się przez to przewrócił.

- "Zawału przez ciebie dostanę…" - odetchnął ciężko Paul opierając się o ścianę. Stojąca tuż obok niego Carroll uśmiechnęła się lekko - "Szedłem za Ragano. Dziwnie się dziś zachowywała w stołówce."

- "I co?" - zapytała z ciekawością dziewczyna. Nie podzieliła się wcześniej swoimi przemyśleniami z chłopakiem, ale również zauważyła niezwykłe zachowanie gospodyni.

- "Zniknęła" - odparł - "Skręciła za róg i zniknęła."

- "Co?" - zdziwiła się niebieskowłosa. Wyjrzała zza rogu i rozejrzała się po korytarzu. Zamknięte drzwi i uchylona nieznacznie szafa, a spory kawałek dalej kolejny zakręt - "Może po prostu zdążyła przejść cały korytarz?"

- "Musiałaby biec."

- "Drzwi? Szafa?" - dopytywała.

- "Zamknięte i za płytka. Ale jak chcesz, to możemy sprawdzić" - zaproponował pokazując dziewczynie język.

Ignorując narastający zgiełk dochodzący z opuszczanej właśnie przez uczniów stołówki ruszyli w głąb korytarza sprawdzając po drodze każde drzwi. Za każdym razem odpowiadało im kliknięcie zamkniętej zasuwy o ścianki otworu w framudze. W końcu stanęli przed szafą.

Mebel był dość stary. Z tego co pamiętał Paul, przemieszczano go kilka razy z korytarza na korytarz. Wykonano go z ciemnego drewna, w którym wyrzeźbione były proste, ozdobne wzory. Komplikowały się one troszkę tylko w narożnikach drzwi, gdzie dodatkowo znajdowały się wzorki w kształcie liści i gałązek. Podobne ozdoby znaleźć można było na okrągłych uchwytach.

Za jeden z nich bez zastanawiania się pociągnęła Carroll. Drzwiczki otworzyły się bez najmniejszego oporu, ale za to wydając z siebie przeciągłe, nieprzyjemne skrzypienie. Chłopak szturchnął lekko niebieskowłosą i pokręcił głową z dezaprobatą. Nie do końca powinni byli się teraz szlajać po ośrodku. Gdyby Ragano ich teraz złapała, pewnie kazałaby im skrobać kartofle albo coś w tym rodzaju.

Dziewczyna tylko pokazała mu język, po czym otworzyła drugie skrzydło drzwiczek i zerknęła do środka. Paul zrobił to samo.

Wewnątrz szafy nie było żadnych półek. Służyła do wieszania ciuchów wyposażonych w wieszaki, o czym świadczyła rura z pociemniałego metalu oraz samotny, futrzany płaszcz znajdujący się w dość opłakanym stanie. Na samym dnie mebla leżało za to coś podejrzanego. Były to poszarpany i trochę wyblakły papierek po batoniku energetycznym oraz kupka pogruchotanych, wylizanych do czysta kości jakiegoś niewielkiego gryzonia.

- "Fuu…" - skrzywiła się lekko Carroll.

- "Nie krzywiłaś się tak jak opowiadałem o szkieletach na statku" - zauważył Paul nachylając się nad szczątkami.

- "Bo ich nie widziałam" - odparła.

- "Ale tamto byli ludzie" - mruknął pod nosem, przyglądając się kościom - "To są chyba szczury…"

- "Szczury?" - zapytała niebieskowłosa kucając tuż obok.

- "Co najmniej dwie sztuki. Tyle czaszek tu leży" - pokazał kilka większych kawałków - "Chociaż bardziej niepokoi mnie to" - wskazał wyraźne ślady na drewnianych ściankach i podłodze. Otaczały one kości i wyglądały jakby ktoś zrobił je dość szerokimi pazurami.

- "Wyglądają na większe niż szczurze" - zauważyła Carroll wskazując na pazurki wciąż przyczepione do kości ze szczurzych łapek, a następnie na ślady w drewnie - "Masz pomysł co mogło je zrobić?"

- "Nope. Nic mi nie przychodzi do głowy" - odparł Paul czując ciarki przebiegające po plecach - "Nie podoba mi się to… Zmywajmy się do pokoju, chyba mam pomysł" - powiedział wstając i chwytając za drzwiczki.


- "Ughhhh…" - przeciągły jęk doszedł spod dwóch, poplątanych kołder, które ledwo mieściły się na niezbyt szerokim łóżku - "Wciąż nie jestem wyspana…" - kolejny jęk był znacznie bardziej chrapliwy. Zupełnie jakby komuś przez noc zaschło gardło - "Durna burza… Durne koszmary…"

- "Mam pewne wątpliwości, czy omijanie śniadania było dobrym pomysłem…" - wymamrotał drugi głos. Jej słowa potwierdziło całkiem donośne burczenie w brzuchu.

- "Hej, tak nie przystoi damie" - zaśmiała się pierwsza osoba. Jej głos brzmiał już odrobinę lepiej.

- "I kto to mówi" - odpowiedziała druga podnosząc się powoli do pozycji siedzącej.

Bonnibel ziewnęła przeciągle. Jej różowe włosy były poplątane i częściowo spływały na jej twarz, zasłaniając oczy i nos. Kilka kosmyków dostało jej się nawet do ust. Zaraz je wypluła.

- "Zastanawiam się jakim cudem nikt nam się nie wbił do pokoju i nas nie zagonił na śniadanie" - mruknęła czarnowłosa również się podnosząc. Przeciągnęła się, po czym objęła różowowłosą jedną ręką - "Jakoś wątpię, żebyśmy dzisiaj mieli jakąś wycieczkę."

- "Ciekawe, czy ten sztorm był w prognozach pogody…" - zastanowiła się na głos - "Gdyby było wiadomo, to można by zmienić cel wyjaa… Nie. Nie byłoby czasu. Pewnie byśmy nigdzie nie pojechali."

- "A tak przynajmniej mamy wolne od szkoły" - wyszczerzyła się Marcelina.

- "Wolne, czy nie, przydałoby się już wstać. Bo w końcu nas stąd wywalą" - powiedziała Bonnibel zsuwając z siebie kołdrę i stawiając stopy na podłodze. Wymacała nimi kapcie, po czym wstała i przeciągnęła się. Odwróciła się w stronę łóżka i wciąż owiniętej kołdrą Marceliny.

- "Głodna jestem…" - jęknęła czarnowłosa.

- "Im szybciej uwiniemy się z ogarnianiem się, tym szybciej będziemy mogły poszukać czegoś do jedzenia" - oznajmiła różowa nachylając się nad swoją torbą i wyciągając zestaw świeżych ciuchów oraz torebkę z między innymi szczoteczką i pastą do zębów. Po chwili zastanowienia wyłowiła też jedną z bagażu swojej dziewczyny.

Marcelina ociągała się znacznie bardziej. Zaczęła od wysunięcia spod pierzyny pojedynczej stopy. Zaraz ją jednak cofnęła, wydając z siebie jednocześnie niezadowolone syknięcie. Na zewnątrz było chłodno. Zbyt chłodno dla wygrzanej przez noc i ranek prawie-snu czarnowłosej. Dopiero pod presją rozczarowanego wzroku Bonnibel, ruszyła się z ciepłego gniazdka. Założyła swoje ciemno-czerwone japonki i zaczęła grzebać w ubraniowym kotle jakim był jej przerośnięty plecak. Gdzieś z jego głębi wydobyła nieco wymyemłaną, czarną koszulkę z barwnym logiem jakiegoś zespołu, którego różowa nie rozpoznawała. Do tego wzięła szarawą bluzę oraz jeansy, które miała na sobie wczoraj. Na koniec wzięła trzymaną przez różowowłosą torebkę.

Nie zamykając drzwi pozostawionym przez Lady kluczem, dziewczyny wymaszerowały na zewnątrz i skierowały się w stronę łazienki. Korytarz był pusty i cichy. Pewności nie było, ale Bonnibel podejrzewała, że śniadanie się jeszcze nie skończyło. Nie było po czym oceniać, bo nie spojrzały przed wyjściem na żaden zegar.

Wnętrze łazienki było równie puste i smętne co poprzedniego dnia. No… może trochę bardziej. Zza ścian ośrodka dochodził monotonny szum deszczu, zagłuszany okazjonalnie przez grzmot, co nie polepszało to atmosfery w żaden sposób. Do tego okazało się, że sprzątaczka nie odwiedza tej części ośrodka w tej części dnia - lustra i umywalki upaćkane były zaciekami z piany po paście do zębów oraz samą pastą.

- "Chłodno tu…" - wzdrygnęła się Marcelina ruszając do części łazienki, w której wydzielono miejsce na toalety. Bonnibel podążyła za nią tuż po tym jak położyła swoje rzeczy oraz rzeczy przejęte chwilę wcześniej od czarnowłosej na piecopodobnej konstrukcji znajdującej się w części prysznicowej.

Niedługo później różowowłosa wróciła. Wzięła szczoteczkę i pastę ze swojej torebki, po czym stanęła przed lustrem i zaczęła myć zęby. Jej dziewczyna weszła do prysznicowej części łazienki po kilku chwilach. Jej klapki stukały o jej stopy z każdym krokiem, a dźwięk przez nie wydawany roznosił się zabawnym echem po łazience. Złapała potrzebne rzeczy, po czym dołączyła do Bonnibel przy zlewach. Zanim zaczęłą myć zęby, uśmiechając się, chwyciła różowowłosą za schowaną za różowymi majtkami pupę. Jedyną reakcją jaką otrzymała było lekko zirytowane, ale jednocześnie rozbawione spojrzenie.

- "Jakiś pomysł na śniadanie?" - zapytała dziewczyna wypluwając sporą porcję piany. Prędkość z jaką płyn spływał w odpływ poniekąd tłumaczyła liczbę plam na zlewach.

- "Paul kupił wczoraj kanapki w częściach" - powiedziała czarnowłosa tuż przed wepchnięciem sobie szczoteczki do ust - "Mosze szę poszelą."

- "Oby… Inaczej będzie trzeba przeżyć do południa na resztkach z podróży" - powiedziała różowa idąc w stronę stosiku ze swoimi ubraniami jednocześnie ściągając koszulkę przez głowę. Marcelina praktycznie natychmiast odwróciła się w jej stronę. Przysiadła na krawędzi zlewu nie przerywając szorowania zębów - "Co? Podziwiasz widoki?" - zapytała Bonnie zerkając na czarnowłosą.

- "Ciężko oderwać wzrok" - odpowiedziała dziewczyna starając się jednocześnie zachować spienioną pastę do zębów w ustach i mówić w miarę wyraźnie. Wyszło jej to całkiem nieźle, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że jeszcze się przy tym uśmiechała.

Trwałoby to wszystko jeszcze pewnie kilka, albo nawet kilkanaście długich minut, gdyby nie to, że zza drzwi zaczęły dochodzić wyraźne dźwięki kroków na wyłożonej gumowatym materiałem podłodze oraz kluczy przekręcanych w zamkach. Dziewczyny natychmiast przestały się wygłupiać i zaczęły uwijać. Już po minucie były ubrane i gotowe na szukanie czegoś do żarcia.

Rozglądając się po względnie pustym korytarzu przemknęły do swojego pokoju, żeby pozbyć się swoich rzeczy. Lady nie było - pewnie jeszcze nie wróciła albo poszła do Jake'a. Dokładnie do tego samego pokoju, do którego zaraz miały udać się Bonnibel i Marcelina. Jej obecność prawdopodobnie do pewnego stopnia utrudni zdobycie śniadania. Będzie pewnie marudzić, że dziewczyny mogły wcześniej wstać.

Nie poświęcając tej sprawie dłuższych rozmyślań, głodna parka wyszła z pokoju i udała się do miejsca zakwaterowania ich brązowowłosego przyjaciela. Cel ich krótkiego spacerku znajdował się ledwie kilka metrów dalej. Zapukały do pokrytych udającą drewno folią drzwi, a dochodzące zza nich głosy na chwilę ucichły. Ktoś uderzył stopami o podłogę, po czym dość głośno poczłapał pokojem i chwycił za klamkę.

- "O, hej" - przywitał ich uśmiechnięty i ociupinę mniej energiczny niż zwykle Finn.

- "Jest Paul?" - zapytała Marcelina robiąc krok do przodu i opierając się o framugę.

- "Nope" - pokręcił głową blondyn - "Gdzieś polazł w środku śniadania, ale pewnie zaraz przyjdzie. Wejdźcie" - powiedział odsuwając się w głąb pokoju.

Wewnątrz rzeczywiście siedziała Lady. A poza nią jeszcze Jake oraz Phoebe. Wszyscy zajmowali miejsca na dwóch niedbale pościelonych łóżkach. Gadali o czymś niezbyt żywo. Gdy tylko dziewczyny weszły w zasięg ich wzroku, przywitali się serdecznie.

- "놓친 아침 식사" - powiedziała zaraz po powitaniu Lady.

- "Właśnie, nie było was na śniadaniu" - zauważyła Phoebe - "Zaspałyście?"

- "Czy świadome zaspanie liczy się jako zaspanie?" - zapytała Bonnibel siadając po turecku na łóżku, które było mniej zajęte. Czarnowłosa usiadła tuż za nią, położyła nogi po jej bokach i oparła podbródek na jej ramieniu.

- "Nie, to już lenistwo" - odparł Jake szczerząc się radośnie.

- "Jak myślicie? Będzie coś jeszcze z tej wycieczki?" - Finn zwrócił się z pytaniem do nowoprzybyłych gości - "Zastanawialiśmy się, czy przypadkiem nie skończy się wcześniej."

- "Wolę siedzieć tutaj niż w szkole, fajnie gdyby jeszcze trochę potrwała" - wzruszyła ramionami Marcelina.

- "Znając naszego dyrektora… Nie byłby zadowolony gdyby okazało się, że skończyliśmy wycieczkę wcześniej, bo bałby się, że jacyś rodzice przyjdą do niego z pretensjami i prośbami o zwrot pieniędzy" - powiedziała Bonnie - "Więc pewnie jeszcze troszkę posłuchamy sobie deszczu."

- "Obyśmy tylko nie musieli obierać kartofli" - wzdrygnął się Jake.

- "Znając życie, to pewnie każe" - dało się słyszeć od wejścia. Do pokoju wmaszerowali Paul i Carroll - "Chociaż cholera wie. Coś dziś Ragano taka trochę rozproszona jest."

- "Cześć" - powiedziały praktycznie w tym samym momencie Bonnibel i Marcelina. Nowoprzybyli pomachali im na powitanie.

- "Rzeczywiście coś się dziś tak dziwnie zachowywała przy śniadaniu. Cały czas gapiła się w okna" - przypomniał sobie Finn - "A potem gdzieś sobie poszła. Nawet nie pilnowała sprzątania."

- "Właśnie… Jeśli już mowa o śniadaniu" - wzrok brązowowłosego przesunął się na przytulone do siebie dziewczyny. Obydwie lekko się jakby skurczyły, starając się unikać kontaktu wzrokowego - "Zaspało się, co?"

- "Tak trochę…" - odparła Bonnibel.

- "Głodne?" - zapytał chłopak i nie czekając na odpowiedź ruszył w stronę swojego plecaka. Carroll podążyła za nim i usadowiła się na jego łóżku, opierając się plecami o ścianę.

Paul po chwili wydobył z bagażu foliową siatkę i włożył ją w wyciągniętą dłoń Marceliny. Dziewczyna z pomocą siedzącej tuż obok różowowłosej przygotowała dwa zestawy kanapek starając się przy tym nie nakruszyć za bardzo na pościel łóżka, na którym siedziały. Po kilku minutach zaczęły jeść mocno spóźnione śniadanie.

- "Denfi" - powiedziała z pełnymi ustami czarnowłosa. Pożuła chwilę, po czym połknęła - "Za te kanapki."

- "Nie ma za co" - odparł siadając tuż obok niebieskowłosej - "Co sądzicie o tej burzy?" - wskazał za okno.

- "Zastanawialiśmy się jak was jeszcze tu nie było, czy przerwie nam wycieczkę" - odezwała się Phoebe.

- "Miałem raczej na myśli coś innego" - przerwał jej Paul - "Nie wydaje się wam trochę dziwna?"

- "W jakim sensie? Masz na myśli to, że Ragano się na nią gapiła cały ranek?" - zapytał Jake.

- "Nie wiem… Jakoś tak po prostu czuję, że coś z tym sztormem jest nie tak…" - westchnął - "Może powinienem zapytać o to ciotki?" - wymamrotał pod nosem sięgając do kieszeni i wyciągając z niej telefon. Przez chwilę wpatrywał się w podświetlający lekko jego twarz ekran, po czym uśmiechnął się kwaśno - "Nie ma sygnału."

Reakcja większości obecnych w pomieszczeniu osób była identyczna. Wszyscy poza Finnem, Carroll oraz wciąż wcinającą kanapki parką wyciągnęli telefony i sprawdzili, czy również nie mają zasięgu. Nie mieli. Zero pasków. Cisza w eterze.

- "Wychodzi na to, że będę musiał się znów do niej pofatygować" - westchnął brązowowłosy - "Ktoś idzie ze mną? Chcecie zobaczyć wiedźmę?"


- "Oni serio wyglądali jakbym żartował" - pokręcił głową Paul narzucając na plecy tanią kurtkę przeciwdeszczową zrobioną z jakieś przezroczystej folii. Carroll nie miała zielonego pojęcia skąd je wytrzasnął - "Swoją drogą… Nie spodziewałem się, że będziesz chciała iść w ten deszcz."

- "Dlaczego miałabym z tobą nie pójść?" - dziewczyna uśmiechnęła się szeroko - "Zanudziłabym się tam z nimi, a z cukru przecież nie jestem. Trochę deszczu wytrzymam" - kurtka, którą dostała od brązowowłosego miała identyczny rozmiar co ta, którą on miał na sobie, więc dla niej była trochę za duża. Nawet trochę bardziej niż trochę. Rękawy były dłuższe od jej rąk o długość dłoni, a dolna krawędź kurtki sięgała jej niżej niż do połowy ud.

Po założeniu kurtek (przez głowę, bo były za tanie na jakiekolwiek zapięcia) i naciągnięciu półprzezroczystych kapturów, przeszli kilka metrów dzielących ich od wyjścia. Drzwi całe szczęście nie były zakluczone. Otworzyli je i prosto w ich twarze zawiał potężny wiatr niosący ze sobą ciężkie krople. Szybko wyszli nie chcąc zostawiać po sobie zbyt dużo śladów.

Na zewnątrz było strasznie. Pogoda była przytłaczająca. Wielkie krople deszczu uderzały w każdą odsłoniętą powierzchnię, a wiatr wył niczym torturowane dusze z dna piekieł. Do tego ciemne chmury zakrywające słońce sprawiły, że przedpołudnie zmieniło się w późny wieczór. Nie były to ani trochę przyjemne warunki. Już po dosłownie kilku sekundach wszystkie nieosłonięte fragmenty ubrań Paula i Carroll były przemoczone do suchej nitki. Po wdepnięciu w kałuże, którymi pokryty był praktycznie każdy skrawek ziemi, do mokrej garderoby dołączyły skarpetki. Woda lała się nawet w dół szyi dostawszy się przez przód kaptura.

Mając problemy z nabieraniem powietrza przez silny wiatr, para ruszyła w stronę bramy. Trzeba było ją otworzyć, a nie było to wcale takie łatwe. Konstrukcja była ciężka, a metal zimny i śliski od osiadłej na nim wody. Cały proces zabrał kilka długich i mokrych minut. Tuż za bramą, na drodze dojazdowej płynął potok. Powierzchnia musiała być nieco pod kątem, przez co zbierająca się woda zaczęła płynąć.

Nie była to dobra wieść, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że trzeba było się parze udać w górę tej tymczasowej rzeczki. Już po kilku krokach ledwie przeciekające wcześniej buty pełne były wody.

- "Cholera!" - odezwał się Paul przekrzykując wiatr i plusk deszczu - "Mogłem zorganizować kalosze!"

- "Skąd wziąłbyś kalosze?" - zapytała Carroll.

- "Co?"

- "Skąd kalosze?" - powtórzyła dziewczyna zbliżając się o krok do towarzysza.

- "Nie wiem!" - odparł - "Coś bym ogarnął!"

- "Myślisz, że się skapną, że nas nie ma?" - zapytała po chwili.

- "Nawet jeśli, to co?" - zaśmiał się i prawie zachłysnął wpychanym prosto do gardła, przyśpieszonym przez wiatr powietrzem. Przeklął cicho - "W najgorszym przypadku ktoś pójdzie nas szukać i pewnie będziemy musieli pomóc w szukaniu tego kogoś…" - zamilkł na chwilę - "Wiesz co? Lepiej, żeby się nie skapnęli" - wyszczerzył się. Carroll posłała mu lekki uśmiech.

Ale nie uśmiechali się już tak bardzo kiedy dotarli do centrum miasteczka. Cóż… głównie dlatego, że woda była wszędzie, a ich ciuchy były mokre mimo przeciwdeszczowych kurtek. Ważnym powodem była też jednak obecność mieszkańców. Jednego właściwie.

Stał on na środku chodnika, nie osłonięty niczym. Nie ruszał się. Ciężko było jednak stwierdzić w którą stronę patrzy, czy jak wygląda. Widoczność była na tyle słaba, że było można tylko określić, że tajemnicza osoba miała raczej męską budowę ciała.

Zastanawiając się dlaczego ktoś chciałby stać w bezruchu podczas takiej pogody, Paul i Carroll zbliżyli się do nieznajomego. Odruchowo zaczęli poruszać się ostrożnie i powoli - sytuacja wydawała się dość mocno niepokojąca, a ciężko było nie mieć wyobraźni pobudzonej choć trochę w takiej okolicy. Cóż to może być? Jakaś klątwa? Opętanie? A może typek po prostu jest świrem?

Nawet stojąc z nim twarzą w twarz ciężko było stwierdzić. A właściwie to bardziej twarzą w podbródek, bo młody mężczyzna wpatrywał się prosto w niebo. Ciężkie krople uderzały w jego twarz i szeroko otwarte oczy, a strugi wody spływały po jego policzkach i kapały z włosów i zarostu na ubranie i zalany chodnik. Typek nic sobie z tego nie robił. Żadnej reakcji. Nie zareagował nawet na kilka coraz mocniejszych szturchnięć, które zafundował mu Paul. Ruszył się dopiero gdy chłopak podłożył mu nogę i popchnął go prosto w kałużę. Ale nawet wtedy jedyne co zrobił, to wstał i powrócił do identycznej pozycji co wcześniej.

- "Teraz tylko czuję się źle…" - skomentował swój eksperyment Paul.

- "A ja czuję się mocno zaniepokojona" - powiedziała Carroll, po czym złapała brązowowłosego za rękaw i pociągnęła go dalej - "Chodźmy już" - chłopak nie stawiał oporu.

W drodze na plażę nie napotkali całe szczęście już żadnych wielbicieli deszczu. Znaleźli za to całkiem dużo wody. Okazało się bowiem, że morze postanowiło zrobić sobie niewinny dowcip zalewając dobre trzy czwarte szerokości plaży. Nie zapowiadało się przy tym, żeby chciało na tym poprzestać, bo popychane przez silny wiatr fale za każdym razem zdawały się sięgać kawałek dalej, zmieniając każdą nierówność na piasku w gładziutką, mokrą powierzchnię.

- "Idziemy dalej?" - zapytał Paul odwracając się do niebieskowłosej.

- "Teraz chcesz się cofnąć?" - zapytała - "Nie martw się, nie jestem z cukru. Przeżyję fale obmywające mi kostki" - pokazała mu język.

Postanowili jednak nie wchodzić jeszcze na plażę. Ruszyli wzdłuż niewysokiego murku, który odcinał miasto od plaży i tworzył pewną, żałośnie słabą, barierę przeciwsztormową. W ten sposób dotarli aż do lasu, który przy tej pogodzie - w półmroku i z drzewami bujanymi przez wiatr - wyglądał jeszcze bardziej upiornie i odrzucająco. Nie było jednak rady - trzeba było do niego wejść.

Niestety w tym celu trzeba było zejść na plażę. Szybko okazało się, że ostatnie kilka metrów marszu będzie cięższe niż mogłoby się wydawać. Piasek był wręcz przesiąknięty wodą. Gdy stawiało się krok, but zapadał się prawie do połowy, a mimo, że podnoszeniu stopy nie towarzyszyło charakterystyczne, błotne mlaśnięcie, to i tak głębokie ślady natychmiast zapełniały się wodą. Chwilę później do błocka dołączyły fale zimnej, słonej wody, która rzeczywiście potrafiła sięgnąć kostek. Do praktycznie stuprocentowej wilgoci w butach dołączyły irytujące drobinki piasku.

Udało się w końcu jakoś przejść przez wydmę i stanąć przed wejściem do lasu, ale nie była to łatwa przeprawa. W najgorszym momencie woda sięgnęłą do prawie do kolan. Po ciężkiej przeprawie, parka urządziła sobie malutką przerwę. Nawet nie zauważyli z początku kolejnej przeszkody jaka stanęłą na ich drodze.

- "Wiesz co?" - odezwała się Carroll przekrzykując deszcz - "Nie chcę tam iść."

- "Dlaczego?" - zdziwił się Paul.

- "Nie wiem… Po prostu nie chcę. Chcę, żeby mi się chciało, ale nie mogę tego na sobie wymusić" - odpowiedziała celowo omijając wzrokiem ciemniejszą niż ostatnio ścieżkę.

- "Cholera… Też mi się zaczyna nie chcieć…" - chłopak zatrzymał się jakieś dwa kroki od początku ścieżyny. Coś w głębi jego podświadomości kazało mu stanąć i mocno się zastanowić po jaką cholerę ma iść dalej. Co da rozmowa z ciotką? Co to zmieni? Nagle przestanie padać? Co jeszcze… - "Nie ma co… Najlepsza ciotka ever…" - westchnął ciężko.

- "To jej wina?" - zapytała niebieskowłosa. Albo raczej granatowowłosa. Jej czupryna mocno zmieniła kolor pod wpływem wilgoci.

- "Najpewniej" - odparł chłopak wyraźnie zdenerwowanym tonem - "Nie ważne jak bardzo chcemy tam wejść, nie wpuści nas. Blokuje nas wymuszone lenistwo."

- "Pfff… Wymuszone lenistwo" - prychnęła dziewczyna.

- "No nic… Trzeba wracać…" - westchnął ponownie Paul - "Nie mamy już tutaj nic do roboty."

Czując narastający chłód spowodowany mokrym odzieniem i brakiem ruchu, wyleźli z lasu i wrócili na wydmę, o którą agresywnie uderzały fale. Całe szczęście niewielkie fale, więc nie było żadnego niebezpieczeństwa. Z pluskiem zeskoczyli do płytkiej wody i zaczęli powoli maszerować w stronę niezalanej części plaży.

Paul skupił się chwilowo na swoich butach. Wdzięczny był samemu sobie, że nie kupił sobie żadnej nowej pary przed wycieczką. Była duża szansa, że po tym wypadzie niewiele z nich zostanie. Podobnie jak ze skarpet zresztą… Właściwie to właśnie o skarpety bardziej się martwił. Były zdecydowanie tańsze niż buty, to wiadomo, ale w tym konkretnym momencie miał dość mało takich idealnych, wygodnych i odpowiednio grubych. Cała reszta była za krótka, za gruba, za cienka lub cholernie niewygodna. Dobrze, że pomyślał o zabraniu małego ich zapasu na wycieczkę, inaczej byłoby niewesoło.

Jego myśli przechodziły powoli na jakiś inny, lekko związany z poprzednim temat gdy poczuł jak go coś ciągnie za rękaw przeciwdeszczowej kurtki. Domyślił się, że to Carroll i nawet nie musiał się odwracać, żeby dowiedzieć się o co jej chodzi. Dziewczyna pokazywała, i kątem oka widział wyraźnie jej wyprostowany palec wskazujący, na kolejną ledwo widoczną postać stojącą gdzieś przed nimi. Tym razem nie w kałuży na chodniku, a po kolana w morzu. Po sylwetce stwierdzić można było, że mieli do czynienia z kobietą. Szczegółów dopatrzeć się praktycznie nie dało. Trzeba by podejść i przyjrzeć się z bliska.

Ani Paul ani Carroll nie mieli ochoty na bliższą znajomość z tajemniczą kobietą.


Gdy do pokoju wpadł przemoczony do suchej nitki Paul trzymający w dłoniach dwie pary butów, wszyscy zamilkli, wpatrując się w niego z szeroko otwartymi oczami. Nie trudno było się czegoś takiego spodziewać, nawet jeśli ktoś do końca wmawiał sobie, że para zniknęła na pół godziny, żeby się gdzieś schować i… zrobić głupi dowcip, czy coś. Mimo to taki widok wciąż był dość zaskakujący.

- "I… Jak poszło?" - zapytał przerywając grobową ciszę Jake. Nikt nie odrywał wzroku od maszerującego przez pokój chłopaka. Brązowowłosy wsadził buty pod grzejnik, a następnie sprawdził jego temperaturę i kiwając z zadowoleniem głową zaczął ściągać bluzę. Chwilę się z tym męczył, bo przez wilgoć jego ciuchy przykleiły się do jego ciała i do siebie nawzajem.

- "Nijak" - odparł obojętnym głosem. Zostawił przemoczony ciuch na kaloryferze, po czym przeszedł do swojego plecaka i wyciągniętym z niego ręcznikiem wytarł sobie ręce, twarz i włosy - "Ciotka zabunkrowała się w swojej chacie. Inni mieszkańcy za to chyba lubią burzę, bo kilku wylazło z domów."

- "Po cholerę?" - zdziwiła się Phoebe, która wilgoci wręcz nienawidziła. Nikt nie wiedział dlaczego.

- "A ja wiem?" - wzruszył ramionami chłopak wycofując się powoli w stronę drzwi. Po drodze zabrał zestaw suchych ubrań z torby - "Stali i gapili się w niebo" - dokończył wychodząc z pokoju.

Mówił to bardzo spokojnie. Zupełnie jakby nie było to niczym niecodziennym. Jakby ludzie gapiący się w niebo podczas burzy byli całkowicie normalnym widokiem.

Przyjaciele popatrzyli po sobie z lekko poddenerwowanymi wyrazami twarzy. Zaczęli zastanawiać się, czy deklaracje o ty, że woleliby siedzieć tutaj niż na lekcjach nie były aby wypowiedziane troszkę za wcześnie.

- "Jak myślicie? Jak ciepło jest teraz w domu?" - zapytał Jake nie precyzując za bardzo co ma na myśli mówiąc "dom". Nie żeby ktokolwiek miał problem z domyśleniem się.

- "Pewnie ze dwadzieścia stopni…" - mruknęła oparta o Bonnibel Marcelina - "Lekki wiatr i żadnego deszczu."

- "I żadnych creepy miejsc…" - westchnęła Phoebe.

- "Ale musicie przyznać" - odezwał się Finn - "Ten statek był całkiem spoko."

- "Ta… Pełen trupów i przeklęty" - zaśmiał się jego brat - "Jak ci ludzie tu żyją?"

- "Może wszyscy miejscowi to kosmici podszywający się pod ludzi!" - powiedział z nieukrywanym zachwytem młodszy blondyn.

- "Albo zombiaki sterowane przez jakiegoś potwora z głębin!" - starszy natychmiast podchwycił temat i rozpędził wyobraźnię.

- "Zombiaki?" - skrzywił się chłopak drapiąc się w ukrytą pod jasną czupryną głowę - "Nie wyglądają jakby gnili…"

- "Miałem na myśli inne zombie" - sprecyzował Jake - "Takie z voodoo. Wiesz. Ktoś wziął i wąchnął jakiś magiczny proszek i teraz jest niewolnikiem."

- "Pff…" - Lady prychnęła słysząc pomysły chłopaków.

- "Magia to bzdury…" - mruknęła pod nosem Bonnibel - "Nie ma czegoś takiego."

- "A zdziwiłabyś się" - zaśmiał się Paul zamykając za sobą drzwi. Wszyscy obecni drgnęli nie zauważywszy przyjścia brązowowłosego.

Chłopak nie kontynuował wątku. Niosąc naręcze przemoczonych ciuchów przeszedł przez pokój i zatrzymał się przy grzejniku. Rozprostował każdą sztukę odzieży, po czym powiesił wszystko na promieniującej ciepłem konstrukcji z żeliwnych rur. Niedługo trzeba było czekać, żeby w pokoju zrobiło się lekko duszno.

Niedługo też było trzeba czekać na pojawienie się Carroll, która najpewniej powiesiła swoje ciuchy w swoim pokoju. Swoje wejście dziewczyna zaakcentowała potężnym kichnięciem, podczas którego gwałtownie pokłoniła się do przodu. Potrzebowała po tym chwili oddechu zanim się wyprostowała i siakając nosem poczłapała w stronę łóżka, na którego krawędzi znalazł sobie miejsce Paul. Bez chwili wahania rzuciła się na miękką powierzchnię i przeczołgała się wężowymi ruchami tak, by położyć głowę na poduszce.

Obserwujący to wszystko brązowowłosy uśmiechnął się połową ust, po czym wstał z łóżka i przykrył dziewczynę kołdrą, po czym rozczochrał lekko jej niebieskie włosy.

I zapowiadałoby się całkiem przyjemne, spokojne i leniwe popołudnie…

...gdyby nie straszliwy, przerażony wrzask odbijający się echem po korytarzach ośrodka.

He... He... Nie mam nic na swoją obronę...