11.
– Panie Snape, dziesięć minut spóźnienia!
Hermiona podniosła głowę znad książki do Transmutacji, gdy drzwi do sali się otworzyły i McGonagall zareagowała okrzykiem. Snape, jak gdyby nigdy nic, skinął głową i przeprosił, mówiąc, że niby miał coś ważnego do zrobienia. Swoją drogą… Rozejrzała się i potwierdziły się jej przypuszczenia. Ron i Harry gdzieś zniknęli. Snape był zbyt spokojny i opanowany.
– Co im zrobiłeś? – spytała spokojnie, gdy tylko posadził swój chudy tyłek na krześle.
– Komu co zrobiłem?
– Dobrze wiesz. Harry i Ron.
– Kto?
Zacisnęła usta i wczytała się w rozdział, który i tak znała już na pamięć. Wiedziała, że jeśli spojrzy na Snape'a, ten będzie diablo zadowolony z siebie. To było denerwujące. Cały poprzedni dzień jej unikał i nawet zadanie z Transmutacji musiała zrobić sama!
– Co z Tonks?
– Żyje. Lupin się nią zajmuje.
– Od kiedy lochy są po drodze do Skrzydła Szpitalnego?
– To taki skrót…
– Mhm. Jasne.
– Nie ironizuj.
– Przepraszam.
To „przepraszam" było odruchem na jego ostry ton. Słowa może i były nieszkodliwe, ale wyraźnie był zirytowany. Gdzieś w tym młodym chłopaku siedział przyszły zgorzkniały, wredny, niesprawiedliwy i ostry Mistrz Eliksirów, i to właśnie on powodował u niej tę okropną uległość. Mama zawsze jej mówiła, że nie wolno obrażać nauczycieli. Nie wolno im odpyskowywać. Trzeba być pokornym i wdzięcznym za wiedzę, którą przekazują i Hermiona zawsze się do tego stosowała. Owszem, ze Snape'em było ciężko, nawet bardzo, ale mimo wszystko zaciskała zęby i dalej robiła swoje. Młody Snape działał jej na nerwy jeszcze bardziej – nie tylko miał dziwne poglądy na świat, ale była zmuszona spędzać z nim więcej czasu niżby chciała. A w takich ilościach był absolutnie nie do zniesienia.
– Dzisiaj wprowadzimy pewną modyfikację zaklęcia. – McGonagall stanęła przed tablicą i napisała na niej wskazówki. – Delikatna zmiana ruchu nadgarstka przy drugim okrążeniu i mocniejszy akcent na drugą sylabę spowodują, że wasze zbroje nie tylko będą same się poruszać, ale będą was chronić. To wymaga znacznie większej koncentracji niż tylko pozwalanie na walkę. Rycerz waszego przeciwnika będzie starał się was zaatakować, a zadaniem waszej zbroi będzie ratowanie wam życia. Kto pierwszy zostanie ugodzony – przegrywa. Nie martwcie się, rana będzie malutka. Musicie mieć motywację do wygranej, stąd to zagrożenie. No, odsuńcie ławki pod ściany i szykujcie się!
Hermiona posłała stolik i krzesła jak najdalej, po czym obróciła się w stronę Snape'a. Malutka ranka… Jednak patrząc na ponurą, brzydką twarz swojego przeciwnika nagle zrozumiała, jaka jest między nimi różnica wzrostu. Był wielki, nie sięgała mu nawet ramienia, i teraz, gdy mieli zacząć walczyć, nagle poczuła się znacznie mniejsza. Do tego widziała, jaki jest dobry w pojedynkach… Zaraz. Przecież on nie będzie jej atakował bezpośrednio. Czym się tu martwić?
– Boisz się?
Uśmiechnął się paskudnie, wyraźnie znajdując przyjemność w jej strachu.
– Tylko źle poinformowani nie boją się niczego, gdy są przed walką.
– Też prawda. Czasami nieświadomość jest błogosławieństwem.
– Ale też zagrożeniem.
– Może.
– Jakie: może? Jeśli nie wiesz czego się spodziewać, to nie możesz się na to przygotować!
– Ale oznacza to też, że dłużej możesz żyć w słodkiej nieświadomości i być sobie szczęśliwą.
– Ale… – Dopiero teraz zauważyła lekkie napięcie wokół jego oczu i ust i nagle do niej dotarło. – Ty… Ty się ze mnie nabijasz!
– Ja? Skądże znowu! Jestem w pełni za słodką nieświadomością!
Owszem, wyglądał niewinnie, ale ona wiedziała – po prostu wiedziała – że robi sobie z niej żarty. Wściekła, rzuciła zaklęcie i jej rycerz rzucił się na paskudnie szczerzącego się Ślizgona. Jego już był gotowy do obrony i póki dwie zbroje ścierały się ze sobą, oni mierzyli się wzrokiem.
– Odpuść – syknął.
– Nigdy.
– I tak przegrasz.
– Szczerze wątpię. Już nic na mnie nie zadziała. Możesz sobie próbować.
Niestety, w przeciwieństwie do poprzedniego zadania, tu ciężko było jednocześnie mówić i skupiać się na obronie czy ataku. Po pół godzinie była już niesamowicie zmęczona, a Snape miał się doskonale. Najwyraźniej jej fizyczne predyspozycje nie były takie znowu świetne. Powinna w końcu zacząć uprawiać jakiś sport, naprawdę powinna.
Nie wiedziała, że cała klasa dawno już skończyła i teraz ich obserwowała. McGonagall, z lekkim błyskiem w oku spoglądała na ich zacięte w skupieniu twarze i zastanowiła się, czy miała kiedykolwiek w swojej klasie dwoje tak uzdolnionych uczniów na raz. Niewątpliwie było to ciekawe przeżycie. Nagle Hermiona poczuła, że nie może się więcej skupić, że jedyne czego pragnie, to dobry sen… Przymknęła oczy i oczekiwała na cios, gdy coś szarpnęło ją za rękę i wylądowała tyłkiem na podłodze. Głośny huk tak ją wystraszył, że otworzyła szeroko oczy i rozejrzała się. Obie zbroje leżały na ziemi, a uśmiechający się wrednie Snape puszcza jej dłoń.
– Przegrałaś, nawet jeśli nie oberwałaś. – Pomógł jej wstać, po czym powiedział tak cicho, że tylko ona go usłyszała. – Szkoda byłoby takiej gładkiej skóry, gdyby przebił ją miecz.
Zarumieniła się słysząc wyraźną sugestię w jego zbyt jedwabnym głosie. Wmawiała sobie, żeby nie reagować. Nie reagować. Nie reagować. Kiedy w miarę się uspokoiła, skinęła głową.
– Dziękuję za pomoc.
Nie mogła nic poradzić na to, że wciąż był w jej umyśle nauczycielem. Nie mogła mu odpyskować. To nie wypadało.
vBvOvBvOvBvOv
Severus uśmiechnął się złośliwie na wspomnienie jej zażenowania. To całe podrywanie dziewczyn było znacznie prostsze niż mu się wydawało. Albo to Granger na niego tak działała. Z dwojga złego wolał myśleć, że nagle zyskał bliżej nieokreślony czar. Może po prostu dziewczyny w teraźniejszości były bardziej dostępne? Patrząc na Parkinson, która uwiesiła się na jego ramieniu, a chwilę później wylądowała na tyłku z wyrazem zdziwienia wymalowanym na twarzy, najwyraźniej właśnie tak było. Za jego czasów dziewczyny były skromne i świętojebliwe, nawet Ślizgonki, które – zamiast ostentacyjnego rzucania się na faceta – uciekały się do manipulacji i subtelnego flirtu. Nie był pewien, czy ta nowa rzeczywistość mu pasuje. Kiedy Granger go dogoniła był jednak pewien, że ma to jakieś swoje plusy.
– Czego?
– Musimy napisać esej.
– Możemy to zrobić jutro.
– Jutro jest Hogsmeade.
– No, to po Hogsmeade.
– Wolę mieć to już z głowy.
– A ja wolę mieć wolny wieczór.
– Słuchaj, Snape, byłam przekonana, że naukę bierzesz na poważnie. Najwyraźniej się pomyliłam i jesteś taki sam, jak reszta tych durniów. Proszę bardzo, idź sobie! Zrobię to sama!
– Nie zrobisz. Musimy zrobić to w parach.
Spojrzał na nią z góry i po raz pierwszy w życiu poczuł się dobrze z takim wzrostem. Wpasowałaby się idealnie pod jego pachę, gdyby chciał kiedykolwiek ochronić ją przed deszczem. Czego pewnie i tak by nie zrobił – zmoczona deszczem koszulka… Nie. Stop. Wróć do myślenia o eseju. Esej. Pamiętasz? Tam nie było nic o koronkowych biustonoszach, oblepionych mokrą… Zboczeniec. Odchrząknął, czując lekkie gorąco, a ona tymczasem zacisnęła zęby i warknęła:
– Czyżby? Jeszcze się okaże.
Po czym obróciła się na pięcie i ruszyła zdeterminowanym krokiem do Biblioteki. Zastanowił się co ma zrobić. Jeśli za nią pójdzie – wyjdzie na pantoflarza. Jeśli zostanie – nie będzie mógł oglądać jej nóg wysoko, aż prawie po linię majtek (nie zauważała, że kiedy nosiła książki, to zawsze zaczepiała o nie spódnicę i praktycznie paradowała pół-nago), za to inni idioci będą mogli się ślinić. Swoją drogą – czy tylko on zauważył ten fakt? Bo wyżej wymienionych idiotów nie widział. Zupełnie, jakby Granger była dla wszystkich aseksualna. Ale wracając do tematu… Wybrać image czy libido? Libido czy image? Kiedy zauważył podejrzliwe spojrzenie Parkinson westchnął i postawił nie tyle na image, ile na zdrowy rozsądek. Zapomniał przez chwilę, że jest pod ciągłą obserwacją i byle błąd może kosztować go życie. To nie był żaden IDiOTA, który mógł mu zrobić krzywdę, upokorzyć i wyśmiać, ale Voldemort, który zabijał z byle powodu. Och, tak. Severus dokopał się do dzienników, gazet, wspomnień i wielu innych ciekawych rzeczy, które opisywały Czarnego Pana, jak go nazywali Śmierciożercy. Dodatkowo Dumbledore i McGonagall dali mu całkiem pokaźną literaturę, żeby mógł się odnaleźć i nie dać zabić. Niestety, w wielu zapiskach odnajdywał swoje nazwisko i niekoniecznie mu się podobało to, co znajdywał. Wychodziło na to, że był z niego prawdziwy potwór. Cóż, w tej chwili to nie dotyczyło jego, jakby nie patrzeć. Parkinson, niewątpliwie, była jego ogonem – obserwowała go uważnie i nie mógł sobie pozwolić na nic, póki nie przedstawił „pionierom" (jak ich nazwał) swoich planów. Co, zważywszy na inteligencję ich przywódczyni, powinno być dziecinnie łatwe.
