Przepraszam, że to tyle trwało, że musieliście czekać na aktualizację ponad rok. Gdybym była w stanie napisać to szybciej, zrobiłabym to – ale całymi miesiącami walczyłam z otępieniem i brakiem emocji, które wcześniej pozwalały mi pisać to opowiadanie. Ten rozdział został wręcz wydarty mojej głupocie. Jednocześnie muszę przyznać, że nie wiem, kiedy pojawi się następny rozdział. Za dwa tygodnie? Za rok? Wiem tylko, że komentarze pomagają. Przypominajcie się, zachęcajcie mnie do pisania, jeśli uważacie, że to coś warte, bo to naprawdę mnie mobilizuje, wzbudza wyrzuty sumienia, sprawia, że przypominam sobie, jak to było robić ludziom dobrze słowami.
Betowała ginny358, wszelkie błędy to moja i tylko moja wina.
Pozdrawiam i przepraszam, Cellar
Rozdział 10
Kontrola
Najpierw czuła się wspaniale, jakby miało ją rozsadzić od nadmiaru energii. Była ponad wszystkim, na szczycie świata i nic nie stało na przeszkodzie jej planom. Potem to uczucie zmętniało, aż wreszcie rozprysło się jak bańka. Nie miała już energii. Spadała w przepaść, zapadała się w sobie.
Wróciła do niej magia. Magia, która nigdy dotąd nie dawała o sobie znać w tak dotkliwy sposób. Wstrząśnięta, wcale nie tym, co zrobiła, ale tym, jak się poczuła, mordując, deportowała się z powrotem do swojego mieszkania.
Musiała przypadkiem wyzwolić zbyt wiele mocy. Magia zamroczyła jej umysł, popchnęła do czegoś, czego w innym przypadku nigdy by nie zrobiła. Pochwyciła na chwilę tę bzdurną myśl jako możliwe usprawiedliwienie i równie szybko ją odrzuciła. Nie mogła pozwolić sobie na zabawę w samooszukiwanie. Nie potrzebowała tego rodzaju wymówek. Jeśli próbowała się usprawiedliwiać, nie, nie usprawiedliwiać – wytłumaczyć sobie (a więc zrozumieć), dlaczego zrobiła, co zrobiła, znaczyło to tyle, że stało się coś, czego obawiała się najbardziej.
Straciła nad sobą kontrolę. Być może nigdy jej nie miała.
Po prostu zdecydowała, że go zabije. Wybrała to rozwiązanie bez żadnego „ale", rozwiązanie, które likwidowało wszelkie ryzyko. Tym samym postąpiła jak ktoś, kogo dobrze znała, ktoś, kto reagował dokładnie w ten sam sposób.
Riddle.
Jeśli kogoś zabiła, powinna pozwolić winie spaść na swoje barki.
Tyle że poczucie winy nie nadchodziło. Szukała go w sobie, ale nigdzie go nie odnajdywała. Czuła wiele emocji, ale nie tych, których się spodziewała. Jakby to nie była ona. Jakby to wszystko, co ją otaczało, nie było już znajome.
I nagle było tak źle, źle i niespokojnie. Zimno. Obco. Przez otwarte okno wpadało do środka chłodne, poranne powietrze. Wstawał nowy dzień, a ona czuła, jakby zmierzchało na dobre, ostatecznie.
Nie zabiła Riddle'a, ponieważ… Głęboki wdech. Nie zabiła Riddle'a, ponieważ wówczas nie potrafiła tego zrobić. Miała wiele powodów. I wszystko, co sobie w związku z nim postanowiła, wciąż obowiązywało. Zawsze. Miało moc wieczystej przysięgi.
Ale czy teraz mogłaby go zabić? Czy byłaby w stanie?
Tak. Nie zniszczyłoby to jej. Boże, przetrwałaby, dałaby radę. Mogłaby ze sobą żyć. To byłoby takie łatwe, przyjemne. Przyniosłoby jej ulgę. Myśl o uldze – kolec wbity w kręgosłup. Budziła mdłości. Nie musiałaby oglądać go w swoim mieszkaniu, nie musiałaby oglądać Tony'ego w jego obecności, widzieć ich bolesnego podobieństwa. Zniknęłoby to napięcie, ta niepewność. Mogłaby przestać nieustannie myśleć i kalkulować, co jutro, co za chwilę. Pocić się, starać, wciąż i wciąż od nowa. Może mogliby znów się przeprowadzić. Czy miała teraz dość mocy, by przełamać brytyjskie zabezpieczenia graniczne dla czarodziejów i wymknąć się niezauważenie z Anglii, przeprowadzić się do Stanów lub Kanady? Tam nie musiałaby się już niczym przejmować, pozbawieni przywódcy Śmierciożercy nigdy by jej nie dosięgli. Może Tony mógłby iść do szkoły dla czarodziejów. Może Alaska, kto by ją znalazł na Alasce…
Ale im bardziej o tym myślała, tym gorzej się czuła, ręce zaczęły się jej trząść jak u rozklekotanej staruszki. Nie mogła. Postanowienie o mocy wieczystej przysięgi, pamiętasz, Granger? Te wszystkie duchy, wszyscy, którzy zginęli tamtej nocy. Wszystkie zielone błyski. Ty jedna im zostałaś. Ty jedna możesz tego dokonać i co, teraz chcesz się wycofać? Kiedy zaszłaś już tak daleko? Kiedy przewaga leży po twojej stronie?
A twoja własna krzywda?
Nie, istniały rzeczy, na które nie mogłaby sobie pozwolić. Ani teraz, ani nigdy. Nie mogła ponieść klęski. Nie mogła być słaba. Kiedyś przyrzekła sobie, że już nigdy nie będzie, a wszystkie przeciwności – zwalczy. Nie robiła tego przecież tylko dla siebie. Dopiero, kiedy pomści swoich przyjaciół, będzie mogła żyć dalej... Ale co jeśli oni chcieliby, żeby po prostu żyła dalej? Bez żadnej, choćby i słusznej zemsty? Co jeśli była tak głupia, tak cholernie głupia, że pozwoliła sobie posunąć się za daleko? Ale czy naprawdę za daleko? Czy to nie było i tak jeszcze za mało? Cierpienie jednego człowieka, jeśli można nadać mu to miano, złożone w ofierze im wszystkim...
Zgasiła kolejną myśl mówiącą, że nie ma pojęcia, jaki smak mogłoby mieć zwycięstwo, ani to dalsze życie, kiedy już dokona tego, co postanowiła... Może przeprowadzi się gdzieś na wieś? Zabrzmiało to w jej myślach blado. I kiedy była tam znowu, w miejscu, gdzie kończą się marzenia o ucieczce od zemsty i odpowiedzialności za pół zła wynalezionego przez ludzi, pojawiła się kolejna myśl, najtrudniejsza i najbardziej bolesna ze wszystkich. Otępiająca. Myśl o chłopcu, który nie należał do świata magii, który znała, i nie mógł należeć, w najmniejszym stopniu, skoro ów świat wyglądał właśnie w ten sposób. Choć zagrożenie było blisko, nie potrafiła zostawić go samego, oddać komuś dobremu na wychowanie, gdzieś jak najdalej od tego wszystkiego i niebezpieczeństwa, jakie na niego ściągała. Jej rodzice, w Australii… Urwała i tę myśl, porażona, oszalała z bólu, niezdolna już niczego rozważać. Wiedziała, że nie potrafi podjąć żadnej decyzji. Jedyne, co jej pozostawało, to trwać przy tych, które podjęła, mając więcej rozumu w głowie niż teraz. To… To miało sens.
~o~o~o~
Zdążyła się przespać, zanim wstał Tony. Jadł śniadanie i patrzył na nią zaniepokojony, z wyrazem szczerej troski w oczach. Wciąż nie mogła opanować lekkiego drżenia rąk, które znów się pojawiło. Bardzo ją to irytowało. Patrzyła na swoje drżące nad stołem dłonie i coś w niej wzdymało się i zapadało, jak oddychający złością pęcherz. Nie miała eliksirów, które mogłyby jej pomóc. Zresztą, żadne eliksiry nie powinny być jej potrzebne. Ale wiedziała, że nie będzie mogła tego tak zostawić, że będzie musiała uważnie prześledzić zmiany w swoim organizmie. Codziennie było inaczej, ciężej, pełniej. Tyle rzeczy naraz.
Tony przyglądał się jej, widziała, jak jego wzrok próbuje odnaleźć źródło zmarszczki, która przecięła jej czoło. Miał taki dojrzały sposób patrzenia, kiedy był poważny lub nadąsany i czasem wydawało jej się, że za jego ciemnymi oczami kryją się całkiem dorosłe myśli. Powiedziała więc, że chyba się przeziębiła, ale weźmie lekarstwa i nic jej nie będzie. To go nieco uspokoiło. Nadal bezwarunkowo wierzył swojej mamie.
Kiedy tylko wyszedł do szkoły, wciąż wykończona, padła na kanapę w salonie i zasnęła. Trzy godziny później rozległo się pukanie, którego nie usłyszała, pogrążona w głębokim śnie. Nie doczekawszy się odpowiedzi z jej strony ktoś nacisnął klamkę, a niezamknięte na zamek drzwi otworzyły się i do środka wszedł znajomy, wysoki mężczyzna.
~o~o~o~
Tylko jedna rzecz mogłaby ją teraz przekonać do wstania. Kawa. Dobra, mocna kawa. Jej marzenie musiało być chyba dość intensywne, ponieważ sen wypełnił intensywny aromat. Był tak silny, że zmącił ów sen i w końcu go rozwiał.
Z trudem otworzyła oczy. Zapach był rzeczywisty.
– Pora wstawać – usłyszała.
Do kogo należał ten głos? Przez chwilę nie wiedziała. Zerwała się i obróciła na kanapie. Odruchowo chwyciła różdżkę z kieszeni bluzy, gotowa przekląć intruza.
– Spokojnie, to tylko ja.
Tylko on.
– Co tu robisz? Jak wszedłeś?
– Robię ci kawy. Zostawiłaś otwarte drzwi. Źle sypiasz?
Nic nie odpowiedziała, choć jej wzrok musiał być wymownie morderczy. Jednak znów doszła do niej ta intensywna woń i przez chwilę walczyła z przyjemnym, acz nieco drażniącym doznaniem, które wywoływał zapach świeżo zaparzonej kawy. Riddle stał z za wyspą kuchenną, jego oczy skrzyły się rozbawieniem.
Przez jej głowę przelatywało pytanie za pytaniem. Dlaczego nie obudziła się, kiedy wchodził? To nie była pierwsza nieprzespana noc. Czy to wszystko naprawdę tak ją wyczerpało? Co się stało z jej ostrożnością? Jeśli on mógł tu wejść, mógł to zrobić każdy.
– Cholera – przeklęła pod nosem.
– Tak, powinnaś bardziej uważać – odparł dość oschle.
Przyjrzała mu się, próbując wyczuć, jaki był cel jego kolejnej wizyty. Niczego nie robił przecież bez powodu. Stał tam, nieprzenikniony jak zawsze. Pił kawę, jej kawę, z jej filiżanki. Druga stała przed nim na blacie i czekała na nią. Drzwi były zamknięte na zamek. Zamknął je za sobą. Klucze na swoim miejscu, w miseczce przy drzwiach, odnotowała mechanicznie. Wszystko inne w takim stanie, w jakim je zostawiła.
Mimo to czuła skradającą się panikę, tę, którą sprawnie stłumiła nad ranem. I teraz rozproszyła ją szybko, przy pomocy magii. Wiedziała, że tkwienie w takim stanie w niczym jej nie pomoże. Nie mogła teraz myśleć o tym, co jeśli… to nie byłby on? Lub co, jeśli miałby mniej przyjazne zamiary? Może zresztą miał. Zawsze mógł mieć.
Dyskretnie wsunęła różdżkę do kieszeni, podniosła się i podeszła do wyspy. Postanowiła, że nie będzie robić mu scen o najście, przecież się oswajali, przecież miała zacząć mu ulegać. Wczoraj jedli razem obiad, tańczyli… Zresztą, może nawet wolała, by zaprzątał teraz jej uwagę i swoją obecnością przypomniał o tym, jak bardzo powinno być tak, jak jest – jak postanowiła.
Kiedy usiadła na stołku, zrobił to samo.
– Czemu zawdzięczam twoją wizytę? – zapytała możliwie uprzejmie nieco zachrypniętym głosem. Odchrząknęła.
– Fanaberii.
– Fanaberii – powtórzyła, przecierając oczy i z trudem powstrzymując się od przeciągłego ziewnięcia. – Gdzieś już to słyszałam. To… naprawdę świetnie – dodała z fałszywym entuzjazmem.
Wpatrzyła się nieprzytomnie w swoją kawę. Chyba nie chciał jej otruć? Nie, gdyby to zrobił, nigdy nie poznałby prawdy. Nie mógł sobie na to pozwolić. Magia jednak napęczniała, sięgając kawy i badając ją. Jakby to było normalne, tak sprawdzać zawartość swojej filiżanki. Która była w porządku. Naprawdę niczego jej nie dosypał. Upiła pierwszy łyk i przymknęła na chwilę oczy. Zrobił dobrą kawę, na tyle dobrą, że zapomniała mieć do siebie pretensje o odczuwanie przyjemności.
– Czy coś ci dolega, Anne? – zapytał, przyglądając się uważnie jej twarzy.
Nie, nie było w tym pytaniu ani odrobiny troski, jedynie ciekawość; spowodowało, że nagle miała ochotę przejrzeć się w lustrze, by zobaczyć, czy naprawdę tak kiepsko wygląda. Nie powstrzymała się przed sprawdzeniem twarzy w odbiciu kamiennego blatu.
– Nic mi nie jest. A ty jak się czujesz? Minęła twoja bezsenność? Przestałeś już demolować mieszkanie po nocach. To miła odmiana – dodała odrobinę żartobliwie, biorąc kolejny łyk kawy. Spojrzał na nią chłodno, unosząc lekko brwi. – No co, ty możesz pytać o moje samopoczucie, a ja nie mogę o twoje? Nie troszczymy się teraz o siebie, sąsiedzie?
– Naprawdę jesteś nieznośna. Zupełnie nie wiem, dlaczego nie udusiłem cię jeszcze te… pięćdziesiąt osiem razy.
Pokiwał do siebie głową.
– To urocze, kiedy mi grozisz – cmoknęła w jego kierunku i oparła policzek na dłoni.
– Pięćdziesiąt dziewięć razy. Myślisz, że to było moje hobby? – zapytał niedbale.
– Duszenie ludzi?
To było trochę tak, jakby się nad sobą znęcała.
– Duszenie ciebie.
Tak, czysty masochizm.
– Pewnie coś w tym rodzaju.
– To wskazówka?
– Nie. Żyjemy w czasach, kiedy połowa ludzi ma kogoś na sumieniu lub przynajmniej systematycznie obmyśla czyjąś śmierć dla lepszego samopoczucia.
– I ty zaliczasz się do tej połowy… ?
– Zgadnij – odparła radośnie.
– Ach. Nie mógłbym. Nic o tobie nie wiem. Jesteś dla mnie wielką tajemnicą – powiedział poważnym tonem, jednak z oczywistą drwiną.
Przewróciła oczami. Co za banał, nawet jeśli udawany.
– Zgadywanie opiera się na niewiedzy.
– Nie lubię zgadywać.
Zamilkła. Pewnie, że nie lubisz, nigdy nie leżały ci zagadki. Spójrzmy na twoje prawdziwe nazwisko.
– Widziałaś kiedyś czyjąś śmierć?
Żarty się skończyły.
– Rety. Dlaczego pytasz o coś takiego?
– W jakiś dziwny sposób kojarzysz mi się ze śmiercią – oświadczył.
– Czyją? Jaką? – zapytała, z trudem przełykając ślinę.
– Nie wiem.
Nie powinna pytać.
– Kojarzę ci się z czymś jeszcze? – wydyszała i zamarła w oczekiwaniu.
Wyglądał na dziwnie przejętego jej pytaniem. Wpatrywał się w nią, nie widząc, wzrokiem odbiegając na boki, ale nigdy poza obręb jej postaci. Wyglądał, jakby próbował odebrać ją bardziej innymi zmysłami, a może zmysłem, którego nie posiadał. Wreszcie pokręcił głową, po czym upił kolejny łyk i uśmiechnął się do siebie, jakby wnioski, do których doszedł, były wyjątkowo zabawne. I najwyraźniej nieprzeznaczone dla jej uszu. Nie wytrzymała!
– No dalej, powiedz mi, co cię tak bawi.
– Z trollami górskimi.
Zapowietrzyła się.
– Co, przepraszam?
– Masz w sobie coś z trolla górskiego. Na pewno czytałaś „Hobbita".
– Oczywiście – żachnęła się. – Wiedz w takim razie, że jesteś ucieleśnieniem Smauga. Boże, to takie adekwatne!
Roześmiała się szczerze, choć równocześnie przeszły ją ciarki. To skojarzenie w jakiś sposób było aż za adekwatne. Obydwa były.
Przyglądał jej się uważnie. Patrzył na nią teraz zbyt chłodno, by można mówić o żarze, a jednocześnie zbyt ciepło, zupełnie jakby... Nie, niemożliwe. Hermionie coś przekręciło się w żołądku. Gdyby nie wiedziała lepiej, mogłaby pomyśleć, że patrzy na nią z uczuciem. Co oczywiście nie miało miejsca. Jednak, pomimo tej wiedzy, poczuła się niemal obezwładniona wrażeniem, które wywołały w niej jego pozornie ciepłe spojrzenie i niewielki uśmiech. Zmarszczki wokół oczu… Nawet oczy mu się uśmiechały, robiło jej się od tego słabo.
– Przebiegły, oślizgły gad – wydusiła z siebie, nagle zapominając, na czym stanęło i że jej inwektywa była częścią dyskusji, którą toczyła nie z nim, a ze sobą we własnej głowie. Zero kontroli, Granger.
Uniósł brwi, rozbawiony tą nagłą, dziwną obelgą. Zmrużyła oczy, ponieważ właśnie wyszło zza chmur słońce i oświetliło jej twarz. Riddle pociemniał jej przed oczami, wreszcie zamknęła je, zupełnie oślepiona. Coś się w niej poruszyło, zwierzęcego, niebezpiecznego, w jego bliskości. Otworzyła oczy. Riddle siedział na swoim miejscu. Znudzony, obrysowywał palcem brzeg filiżanki. Nic nie mówił i nie miała pojęcia, czy widział… czy słyszał. Czy coś zrobiła?
Czekała na jego reakcję, na jakąkolwiek wskazówkę odnośnie jej zachowania, tej sekundy nagłego zamroczenia i chaosu, kiedy nie mogła patrzeć, ale on dopijał tylko w ciszy kawę, a kiedy skończył, wstawił swoją filiżankę do zmywarki, podziękował jej, powiedział jeszcze coś na odchodne, czego nie zrozumiała, wciąż zdezorientowana, i chwilę później usłyszała, jak otwiera drzwi i zamyka je za sobą cicho.
Siedziała na stołku i jeszcze przez chwilę wpatrywała się przed siebie, próbując sięgnąć do tego poruszenia wewnątrz niej, zrozumieć, czym było. Bezskutecznie. Podniosła się na nogi. Wciąż musiała przejrzeć się w lustrze, zobaczyć swoje odbicie, spojrzeć sobie w oczy.
~o~o~o~
Główny sprawca minorowych nastrojów, Czarny Pan, zniknął, ale obecna atmosfera niewiele różniła się od tej sprzed paru miesięcy. Choć podczas jego obecności śmierć mogło przynieść jakiekolwiek przewinienie czy nawet cień podejrzenia, który można było na siebie ściągnąć choćby przez niewłaściwy dobór słów, dzisiejszy lęk wśród zasiadających przy stole Śmierciożerców przybrał inną postać. Absolutnie każdy mógł się okazać tym, który wbije nóż w plecy. Niebezpieczeństwo uległo rozproszeniu. Od czasu zniknięcia Czarnego Pana (bo wciąż mówili o jego zniknięciu) zdążyły się już utworzyć i upaść liczne nieoficjalne sojusze, i choć atmosfera była wyjątkowo napięta, nic nie zapowiadało odwilży. W związku z ostatnią niespodziewaną wizytą Voldemorta w Ministerstwie, wśród Śmierciożerców narosły tylko kolejne wątpliwości. Czy On miał w ogóle zamiar dalej im przewodzić? Ich wcześniejszą siłą były wywoływane jego obecnością terror i strach, tak pomocne przy zaprowadzeniu i utrzymywaniu nowego porządku. Najwyraźniej niewiele czasu musiało minąć, by ludzie zapomnieli o bólu, który potrafiła zadać jego różdżka. Ci mniej roztropni czy lojalni zaczynali już kwestionować osąd Mistrza Zła. Wszystko wisiało na włosku.
Draco wpatrywał się ze zmęczeniem w twarze towarzyszy, po raz kolejny zastanawiając się, jaką dokładnie powinien przyjąć taktykę. Miał nad nimi wszystkimi tę przewagę, że wiedział, co się stało z Czarnym Panem, co stało za jego zniknięciem. I nie był tym uspokojony. Wcale.
Granger. Kazała mu czekać, ale to oczekiwanie zdawało się ciągnąć w nieskończoność. Zwyczajnie czuł, że nie wytrzyma dłużej.
To było drugie tego rodzaju spotkanie w tym tygodniu. Draco wiedział, jaki będzie jego efekt. Żaden. Natężenie bełkotu znów zmuszało go do tego, by się odezwał.
– Być może łatwiej byłoby podjąć jakiekolwiek wiążące dla naszej grupy decyzje, gdyby wszyscy przestali rzucać się sobie do gardeł i zamiast szastać na prawo i lewo bezpodstawnymi oskarżeniami, zastanowili się nad problemami i możliwościami, które staną przed nami w najbliższym czasie – powiedział, przez chwilę jeszcze nie podnosząc wzroku, którym błądził wśród nieregularnych sęków drewnianego stołu. Potem spojrzał wprost na Lestrange'a. – Zdaje się, że mamy trochę wspólnych interesów, które powinny zostać dopilnowane, a władza, z którą zostawił nas chwilowo Czarny Pan, nie jest dana raz na zawsze – oznajmił z odpowiednią dozą irytacji. Czuł się zmuszony powtarzać takie banały po wysłuchaniu kolejnych bezpodstawnych oskarżeń ze strony McNaira, który zawsze był nieco w gorącej wodzie kąpany. Kiedyś siedział tu ktoś, kto panował nad tą zgrają pomyleńców i okrutników, których połowa miała za sobą odsiadkę w Azkabanie. Teraz, bez Niego, otaczała go chmara aroganckich pretendentów do tronu.
Usłyszał kilka niepewnych pomruków sygnalizujących poparcie. Potrzebował więcej niż pomruków. Musieli uwierzyć, że sytuacja wciąż jest pod kontrolą. Nie wierzył, że nie było tu jakiegoś idioty, który się wygada. Prędzej czy później istota ich problemu dotrze do społeczeństwa i stanie się więcej niż tylko plotką.
– Nie mieliśmy do tej pory żadnych sygnałów, o możliwym buncie. Zresztą, kto miałby go zorganizować? Trudno uwierzyć, by nasi ewentualni, nieliczni przeciwnicy wiedzieli więcej od nas. Czarny Pan pojawił się miesiąc temu, rozwiewając wszelkie plotki o swoim odejściu czy śmierci. Tylko my wiemy, jak frustrujące w swej istocie było jego nagłe pojawienie się w Ministerstwie, jak wiele pytań i wątpliwości namnożyło. Nie wydaje mi się, by ktokolwiek zdawał sobie sprawę, w jakiej niewiedzy pozostajemy my sami. To wciąż nasza mocna strona.
Nikt nie kwestionował tego, że to on pojawił się wtedy w Ministerstwie. Wszyscy obecni czuli na własnej skórze, że to był on.
– Ostrożnie, Augustusie, z tymi wątpliwościami – rzucił ktoś.
– Rookwood ma rację – podjął Rudolf. – Nie możemy popadać w paranoję. Nic takiego jeszcze się nie wydarzyło. Sytuacja wciąż jest pod kontrolą.
– O ile w ogóle zakładamy, że jest jakaś sytuacja.
– Kpisz sobie? Oczywiście, że jest „jakaś sytuacja". Nic nikomu nie powiedział. Nie mamy od niego żadnych informacji. Włącznie z naszymi rozkazami.
– Jeśli masz problem z tym, że nie wiesz, co robić ze swoim czasem, McNair, być może…
– Tak. Mnie również wciąż nie chce się w to wszystko wierzyć. Służę mu od pięćdziesięciu lat, nigdy coś takiego się zdarzyło.
– Poza jego zniknięciem związanym z Sami-Wiecie-Czym.
– Chwila, stop, w ten sposób do niczego nie dojdziemy.
– Ciekawi mnie, dlaczego młody Malfoy jest taki spokojny i pewny, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Ciekawi mnie, jakie słowa, a może zapewnienia Czarnego Pana utrzymują go w tej pewności.
Draco wysłuchiwał tego wszystkiego z rosnącą irytacją.
– Wydawało mi się, że wyjaśniłem naturę wizyty Czarnego Pana w moim gabinecie – warknął wreszcie. – Dla tych, którzy nie zrozumieli, za pierwszym, drugim i trzecim razem, powtarzam…
– Nie obchodzi nas to, w co Czarny Pan kazał ci wierzyć, interesują nas jego prawdziwe powody, które mógł zataić przed takim gówniarzem jak ty.
– Widocznie nie jestem aż takim gówniarzem, skoro zwrócił się właśnie do mnie. I widzę, że znów wracamy do podważania osądu i intencji Czarnego Pana. Wiecie, może właściwie jest tu coś na rzeczy – zaśmiał się z irytacją.
Rozmowa schodziła na złą drogę, a on swoimi mało stonowanymi wypowiedziami tylko podsycał tę niezdrową wymianę zdań. Co za idioci, co za kretyni, myślał, coraz mniej cierpliwy.
– Uważałbym na słowa, chłopcze, to, że siedzisz przy tym stole zawdzięczasz tylko i wyłącznie zaufaniu Czarnego Pana, nie naszemu.
– A ty podważasz moją lojalność… wobec kogo właściwie? I przy okazji wciąż umniejszasz przy tym Czarnemu Panu – odgryzł się Draco.
– Wyszczekany gnojek – przyznał ktoś z rozbawieniem. Kto? Rabastan Lestrange. Dobrze byłoby mieć go po swojej stronie, pomyślał Draco, choć wiedział, że nie można mu ufać. Jego ambicje polityczne nie miały sobie równych i zdecydowanie przeważały nad zdrowym rozsądkiem.
– Draco tym razem ma rację. Powinniśmy skupić się na tym, co możemy zrobić, zamiast bezustannie rozprawiać nad stanem naszej niewiedzy i rzeczy, na które niewiele możemy poradzić. Pamiętajcie, że Czarny Pan hojnie wynagradza tych, którzy służą mu wiernie.
– Dlatego chciałbym postulować…
Kolejna propozycja wywołała okrzyki oburzenia. Draco przestał już słuchać, wiedząc, że to nic nie da. Sytuacja nie naprawi się przy pomocy czyjegokolwiek zdrowego rozsądku. Za dużo tu nastawionych na doraźne zaspokajanie własnych chorych potrzeb idiotów, którym nie miał już kto wyznaczać nagród i kar. To po prostu nie mogło działać bez jednej silnej jednostki na szczycie. Być może… powinien pozwolić sprawom potoczyć się samym. Niech tyrania pod płaszczykiem sam nie wiedział czego zamieni się w oligarchię pod płaszczykiem tym bardziej nie wiedział czego. Tyle że… coś mu podpowiadało, że, po pierwsze, nie mógłby już więcej stać z boku i patrzeć jak świat płonie, po drugie, byłoby zbyt dużo ofiar, o wiele więcej niż do tej pory, a on mógł być jedną z nich. Miał wyobraźnię. Kiedy zdadzą sobie sprawę, co naprawdę się stało, zacznie się nie tyle walka o wpływy, ile o to, kto zdąży więcej ukraść, nim wszystko zamieni się w ruinę.
Szczerze mówiąc pachniało to wojną jeszcze straszniejszą niż wcześniejsze dwie z Voldemortem, kiedy strony były wyraźnie zaznaczone. Teraz pachniało wojną wszystkich ze wszystkimi – prawdziwym chaosem.
~o~o~o~
Siedziała w fotelu koło okna, uważnie obserwując ruch uliczny na obrzeżach Southampton. To było jedno z jej starych mieszkań, które wynajmowała kiedyś od starego Araba. Z niewiadomych przyczyn nikt po jej wyprowadzce nie wytrzymał w tym mieszkaniu dużej niż kilka dni. Niektórzy mówili o duchach lub klątwie, w dodatku jedna z lokatorek – ta, która mieszkała tu z malutkim synkiem – zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Uśmiechnęła się lekko pod nosem, śledząc wzrokiem przechodzącego po pasach, wspierającego się na lasce starca. Wkrótce jednak jej uśmiech zbladł, odwróciła niechętnie wzrok. Zachowała to mieszkanie jako jedną ze swoich kryjówek. Wciąż działała tu jej magia, te wszystkie trudne do wykrycia zabezpieczenia, których wznoszenie wymagało wielu zarwanych nocy pełnych długich inkantacji, którym poświęcić musiała mnóstwo uwagi i cierpliwości.
Odwróciła głowę. Ten zapach. Wyczuła go w chwili, gdy pojawił się na korytarzu. Wstała z fotela, ostatni raz spojrzała na zupełnie już pustą ulicę i zdecydowanym gestem zasunęła zasłony. W tej samej chwili panujący w pokoju półmrok rozjaśniło blade światło lampy.
Podeszła do drzwi i otworzyła je, nim zdążył zapukać. Jego pięść zawisła w powietrzu, nie dotknąwszy drewna. Twarz Draco wykrzywił kwaśny uśmiech. Ustąpiła mu miejsca i wszedł do środka. Mina mu się nie poprawiła, nawet trochę zrzedła. Teraz i on ją poczuł, pomyślała, przesuwając między palcami wiązki magii, która robiła się coraz bardziej zuchwała. Choć Malfoy wszedł dumnym, zgrabnym krokiem, widziała, że zachowanie pozorów trochę go kosztowało. Wyglądał, jakby miał za sobą kilka nieprzespanych nocy. Niewiele ją to obchodziło. Miała nadzieję, że nie wzywał jej z jakiegoś błahego powodu.
– Niezła nora – powiedział, a jego twarz wyrażała co najmniej obrzydzenie. Przyjęła to, z dużą dozą cierpliwości. Żadnego wzdychania. Obeszła go spokojnie i stanęła naprzeciwko, skutecznie łowiąc jego zbłąkany wzrok.
– Rozumiem, że zrobiłeś, co ci kazałam.
– Tak.
– I zażądałeś spotkania, by się tym pochwalić?
Przewrócił oczami. Jeszcze bardziej apodyktyczna i irytująca Granger. To było możliwe. Przypominała mu w tym Snape'a. Szkoda, że akurat to musiało w niej przetrwać.
– Sprawy wymykają się spod kontroli. Musisz być świadoma, że zniknięcie Czarnego Pana, a potem jego pojawienie się w Ministerstwie, narobiło sporego zamieszania. Powinnaś wiedzieć o tym, że twój ruch niczego ostatecznie nie rozwiąże. Zdaje się, że właściwie jedynie pogorszył sprawę.
– Coś tam na pewno rozwiązał, ale ja wiem, jaki masz problem, Draco.
– O tak? Ach, wydaje ci się, że to mnie narobiłaś problemów i przyszedłem tu ponarzekać? Ja sobie z tym poradzę, Granger. Jak zawsze. Nie o to chodzi…
– To o co?
– O wszystko. Kiedy postanowiłaś zamiast odejść w swoje usłane różami mugolskie życie i zabić Czarnego Pana, zostawić go przy życiu, robić, cokolwiek robisz… Nie, kiedy przyszłaś wtedy do Ministerstwa, jako on, nie ktokolwiek inny, wtedy, gdy postanowiłaś załatwić kilka rzeczy na raz... Wiesz, nie jedną i, na przykład, w moim mieszkaniu, a te kilka, wtedy, w Ministerstwie. Wtedy rozpoczęłaś grę, w której nie możesz po prostu powiedzieć „pas", bo zbyt wiele leży na szali. Słuchaj, Granger, wiem, że masz swoje własne bagienko i pewnie masz całkiem sensowne powody, by robić to wszystko z Riddle'em i swoim dzieciakiem, i naprawdę nie chcę w to wnikać, ale to, co teraz się stanie, może być gorsze od tego, co On nam zaserwował.
Zmarszczyła brwi. Naprawdę starała się panować nad sobą przez całą jego gadaninę. Działał jej na nerwy jeszcze bardziej niż do tej pory, a czy ona bardziej nad sobą panowała…? Ostatnio nie była tego pewna.
– Gorsze…?!
– Mam ci zrobić wykład? Czarny Pan, mimo że siał strach i terror, prowadził całkiem racjonalną, konsekwentną politykę, to wszystko miało sens, nawet jeśli ponury. Oni wciąż mają władzę, którą im zapewnił – Ministerstwo pod kontrolą, pieniądze, a do tego całą masę naprawdę fatalnych pomysłów. Tylko czekać, kiedy zaczną je wszystkie realizować na własną rękę. – Pokręcił głową. – Byłem wczoraj na jednym ze śmierciożerczych spotkanek, które wciąż się odbywają w naszym dworze. Mam ci streścić, jakie dokładnie padały pomysły?
Odwróciła się do niego plecami. Biło od niej falami złości i rozdrażnienia, więc się trochę cofnął. Przez chwilę nawet, w poczuciu zagrożenia, rozważał użycie różdżki, potem przypomniał sobie jednak, że Czarny Pan, emanujący dokładnie taką samą mocą, również nie miał problemu z odwracaniem się plecami do przeciwników. Mogła sobie na to pozwolić. Myśl, że to tylko Granger, pomagała nieco. Trochę. Nie mogła już chować do niego takiej urazy, prawda? Z pewnością nie. Poza tym pomógł jej. Była mu coś winna.
Skrzywił się do siebie, zupełnie nieprzekonany własnymi argumentami. Hermiona odwróciła się gwałtownie, wciąż rozeźlona.
– Myślisz, że ta moc daje mi faktyczną władzę? Że mogę coś dzięki niej rozwiązać?
– Chciałbym wiedzieć, co możesz zrobić. I niekoniecznie chciałbym przekonywać się o tym na własnej skórze. Bo, Merlinie, to jest kurewsko dużo mocy – odpowiedział, chwiejąc się lekko.
Usiadła w fotelu. Wskazała Draconowi, by zrobił to samo.
– Tak, to dużo mocy, ale nie mam jego wiedzy. Mogłabym mu ją zabrać, myślałam może o tym przez chwilę… – Zamyśliła się. Wróciła pamięcią do czasu, kiedy o wszystkim decydowała, kiedy siedziała nad nieprzytomnym Voldemortem i zastanawiała się, czy powinna posiąść także jego pamięć, a wraz z nią całą jego wiedzę – i zdecydowała, by tego nie robić. To była kosztowna decyzja. Kosztowna, bo może, zyskując jego wiedzę, mogłaby uratować więcej istnień, niż wtedy, gdy nie wiedziała. Zaklęcie samo w sobie było jednak zbyt ryzykowne. A to wszystko, co mieściło się w jego umyśle… On miał tylko skrawek duszy, ona poczułaby wszystko. Jego pamięć mogła ją zniszczyć, pogrzebać. – Podejrzewam jednak, że to by mnie zmieniło bardziej niż jego magia – kontynuowała. – Nie zamierzam korzystać z jego metod utrzymywania władzy. Nie mogę też wrócić jako ja, ponieważ sama, nawet z jego mocą, nic nie zdziałam. Mogę mieć jego siłę magiczną, ale naprawdę nie władam tak różdżką, nie potrafię pojedynkować się w ten sposób. Nie wzbudzam też takiego strachu, bo ten strach wymaga pewnych metod, których nie zamierzam stosować. Co więcej, mam zbyt wielu wrogów o interesach sprzecznych z moimi. Voldemort potrafił wykorzystać rasistowskie przekonania arystokratycznych czarodziejów do budowy własnego frontu, ja nie mogę zrobić niczego takiego. Nie mam żadnej karty przetargowej. Jestem tylko zbyt potężną szlamą, wciąż Niepożądaną Numer Jeden. Rzuciliby się na mnie wszyscy naraz i zanim byś się obejrzał, zostałby ze mnie krwawy ochłap.
– No i masz syna – dodał cierpko, niezadowolony. Nie spodobało jej się to. Nie wiedział, jak bardzo. – Co jeśli… nie wróciłabyś jako on czy jako ty? – dodał szybko. – Mogłabyś być jeszcze kimś innym.
Założyła ręce na piersi, mrużąc oczy. Nigdy nie opanowała dobrze Legilimencji, która stwarzała jej spore trudności (och, o ile lepsza byłaby jej sytuacja, gdyby mogła po prostu zajrzeć do głowy Riddle'a), wydawało jej się jednak, że Draco mówił szczerze. Oczywiście knuł, spiskował i, co irytowało ją niezmiernie, bez względu na to, co mówił, po prostu musiał brzmieć opryskliwie, jakby nic na świecie go nie obchodziło, bo przecież jakże by mogło… Ale w pewnym sensie był po jej... nie, po ich stronie. A przynajmniej bał się. To był stary strach, kładł się z nim do łóżka i wstawał co rano, a teraz, miał go jeszcze więcej, za dużo. Rozumiała to.
– Hmmm. To mogłoby być rozwiązanie, ale nie mogłabym być byle kim znikąd. Zresztą, nie mogę sobie na to wszystko pozwolić. Jeszcze nie teraz…
Draco pokręcił w irytacji głową.
– A kiedy? Gdy już nie będzie czego ratować? Wiesz, że jeśli wybuchnie kolejna wojna, przeniesie się na ten twój mugolski świat? Wielu było zaskoczonych, że Czarny Pan po przejęciu władzy nie zaczął prowadzić otwartej wojny z mugolami, ale najwyraźniej był świadomy jak bardzo pozorną przewagę dawała mu jego magia w obliczu praktycznej mugolskiej przewagi liczebnej i technologicznej. On nigdy nie będzie miał takiej siły rażenia jak, powiedzmy, bomba wodorowa, prawda? Wiedział o tym. – Hermiona skrzywiła się. Wcale nie było łatwo jej słyszeć o tym, że Voldemort nie był bezmyślnym potworem. Choć nie od dziś wiedziała, że nie był. Gdyby tak było, Thomas Granger byłby inny. – Może mu czegoś brakowało. Zresztą to nie takie ważne. Obawiam się, że teraz to się rozniesie na zewnątrz, ponieważ większość miłościwie nam panujących nie jest w stanie właściwie ocenić konsekwencji swoich działań, bo nie zna pełni możliwości, którymi dysponują mugole. To cholerni ignoranci, jednak jak dotąd ta ignorancja w większości była Lordowi bardzo na rękę. Siał ją, ale kontrolował. A teraz go nie ma, w związku z czym prawdopodobieństwo kolejnej wojny istnieje i myślę, że jest całkiem spore. Nie unikniesz tego, choćbyś bardzo chciała.
– Na razie ma żadnej wojny. Draco. Ale powiedz mi, dlaczego wcześniej nie byłeś tak przytomny? – odparła zaskakująco łagodnym tonem, co bardzo go zaskoczyło.
– Robię, co mogę w tym syfie od siedmiu lat. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak trudno było mi…
– Nie, nie wzruszę się. Chcę tylko znać odpowiedź. Dlaczego dopiero teraz chcesz walczyć?
Malfoy z trudem już krył wściekłość.
– Dlaczego dopiero teraz? Żartujesz. A zastanawiałaś się kiedyś jak to wszystko mogło wyglądać z mojej strony? Nigdy nie miałaś wątpliwości, że twoje miejsce jest po jasnej stronie, zresztą jak mogło być inaczej? Moja sytuacja była inna, Granger, nawet jeśli na pewnym poziomie dokładnie taka sama. Zawsze stałem po ciemnej stronie, ponieważ moi rodzice po niej stali, od dziecka wpajając mi pewne podziały, które były naturalne, oczywiste, których nawet nie starałem się podważać. Dopiero z czasem pojąłem, jak złe jest wszystko, co robi mój ojciec. I to było bolesne, trudne... Czy myślisz, że chciałem zostać cholernym Śmierciożercą? Może podobała mi się idea bycia arystokratą czy idea wyższości nad innymi. Faktycznie tak było. Ale to wszystko, dopóki w moim domu nie pojawił się potwór, który zaczął torturować moich rodziców, kazał patrzeć na śmierć hogwarckiej nauczycielki i wielu innych ludzi, czasem szkolnych kolegów. Skazał mnie na to, bym zabił Dumbledore'a, człowieka, którego szanowałem bardziej niż myślisz. Jak myślisz, czy mogłem być aż tak ślepy? Wy mieliście przynajmniej za co walczyć i za co ginąć. Ja może miałem za kogo walczyć, bo po stronie Czarnego Pana walczyła przecież większość bliskich mi osób, ale nie miałem za co. I tak, przez lata musiałem żyć z myślą, że zabrakło mi odwagi, by się przeciwstawić i poświęcić, aby nie być tym kawałkiem gówna, które po prostu wykonuje rozkazy. Ze strachu. Bałem się i robiłem, co mi kazano. Byłem tchórzem. Może wciąż nim jestem, ale nie każdy ma tyle odwagi, kiedy zobaczy na własne oczy, jako pomysłowy jest Czarny Pan w zadawaniu ludziom bólu i odkładaniu ich śmierci przez jakiś czas, by mógł sobie jeszcze poeksperymentować z najczarniejszymi klątwami.
Choć Hermiona na początku miała ochotę mu przerwać, wysłuchała go w ciszy.
– Zmieniłeś się, Draco. Dorosłeś – przyznała cicho, z niewielkim, smutnym uśmiechem na twarzy i wzrokiem utkwionym ślepo w jednym punkcie.
– I możesz wypieprzać ze swoim protekcjonalnym podejściem – warknął.
– Albo i nie – powiedziała, parskając krótkim śmiechem. – Nie miałam zamiaru cię osądzać i wolałabym, żebyś również nie próbował tego robić odnośnie mnie.
– Jak chcesz, Granger. Naprawdę chciałbym, żeby się to kiedyś skończyło. I myślę, że jeśli ktokolwiek ma moc zainicjowania przemian, to tą osoba jesteś ty. Obecnie nikt nie ma więcej możliwości, więcej asów w rękawie…
– A jednocześnie nikt nie ma bardziej skrępowanych rąk.
– Na swoje własne życzenie – warknął. Hermiona pokręciła głową. Nie miała ochoty się przed nim tłumaczyć, ani trochę.
– To się skończy, Draco. Chcesz zrobić coś dobrego? Zacznij szukać ludzi, którzy, powiedzmy, mogliby mieć podobne do twojego podejście do obecnych rządów. Ostrożnie – powiedziała z naciskiem i zamyśliła się, pukając różdżką o ramię. – Ja nie wiem, jak to teraz wygląda, ale na pewno masz, jeśli nie wiedzę, to chociaż jakieś podejrzenia, kto jest równie dobrym aktorem, co ty.
– Tak… To mogę zrobić. Zresztą, teraz wszyscy węszą i wyczuwają zamiary innych. To nie powinno być więc tak niebezpieczne, jak mogłoby się wydawać.
– Tym lepiej. – Podniosła się. – Daj mi kilka dni. Pomyślę o tym wszystkim. Znajdę rozwiązanie. I to ja się odezwę. Wtedy spotkamy się gdzie indziej i omówimy wszystkie szczegóły.
Draco zniknął za drzwiami, niedługo potem zniknął zapach jego strachu i złości. Hermiona spędziła jeszcze chwilę w fotelu pod oknem, wsłuchując się w ciche tykanie ściennego zegara. Tykał od lat, pomimo braku baterii.
~o~o~o~
Magia obracała się w niej, niespokojna, nie osiadała już na dnie, pozostawała w stanie łagodnego uniesienia i wirowania. Nie mogła jej wyciszyć, nie na dobre. To było jak ciągłe, nie do końca nieprzyjemne łaskotanie. Może powinna jednak spróbować coś na to uwarzyć. Rozumiała już, że musi używać magii, bo kiedy się powstrzymuje, łaskotanie znika i zastępuje je napór na palce, który przemienia się w rwanie, ze wszystkich znajomych najbardziej przypominające silny ból reumatyczny.
Była zmęczona rozmową z Draco przynajmniej tym, do jakich wniosków ją doprowadziła. Weszła za próg mieszkania, cicho zamykając za sobą drzwi. Przeszła korytarzem, po drodze zrzucając buty. Zostawiła je za sobą w nieładzie.
Musiała jeszcze tylko zajrzeć do małego, zanim położy się do łóżka, tak jak zawsze to robiła. Zaglądała do rozjaśnionego czerwonawym światłem lawa lampy pokoju i poprawiała mu kołdrę, nawet jeśli wystawała mu spod niej tylko jego głowa. Tym razem łóżko Tony'ego było jednak puste. Zamrugała. Potem ocknęła się ze stuporu. Zapaliła światło. Nie było go.
– Tony?
Obróciła się w stronę łazienki. Otworzyła kolejne drzwi. Zapaliła światło. Pusto. W jej sypialni? Pusto. Salon? Pusto. Nie było małego. Jedno mocniejsze uderzenie serca, może nawet zakręciło się jej w głowie. Musiała się skoncentrować. To prosta inkantacja. Wymawiała ją setki razy.
– Puine posine tonjomu!
Na moment straciła wizję, a potem ją odzyskała. Wiedziała już, gdzie jest Tony. Odwróciła się na pięcie i zachwiała się na palcach, biorąc głęboki wdech. Jej magia wzburzyła się, kiedy wypadła z mieszkania.
Drzwi obok były otwarte. Wydawało jej się, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi, choć nie było żadnego racjonalnego powodu do paniki. Zaklęcie pokazało absolutny brak zagrożenia. Usłyszała stłumiony szum telewizora. Serce biło jej tak mocno. Dlaczego się skradała? Wiedziała, że mały tu jest, że nic mu nie jest. Ale bała się…
Weszła na palcach do salonu i straciła oddech. Spali. Obaj. Mały przykryty kocem w jednym kącie kanapy, Riddle śpiący w drugim. Kiedy weszła do środka, Riddle poruszył się lekko. Otworzył powoli oczy, przetarł je i przeciągnął się.
– Wreszcie – mruknął, zupełnie nieprzejęty. Podniósł się z kanapy.
– Dlaczego Tony tu jest? – zapytała cicho.
– Bo jego matki nie było w domu, kiedy obudził się z koszmaru? – odparł szeptem, zbliżając się do niej. Zatrzymał się blisko, tuż obok. Cały był taki zwyczajny, przebudzony i odrobinę zdezorientowany. Niemożliwy.
– On… on nie miewa koszmarów.
– A jednak – powiedział, zakładając ręce na piersi.
– Mówił coś? – zapytała, uciekając wzrokiem w stronę śpiącego wciąż chłopca. – Co mu się śniło?
Riddle wzruszył ramionami.
– Tak, mówił coś o maskach gazowych, więc podejrzewam, że to zwykłe koszmary dzieciaków, którym rodzice dają zbyt dużą wolność przy doborze telewizyjnego repertuaru.
Co? Serio, on ekspertem od wychowania? Zawirowało jej w głowie ze złości.
– Wybacz, ale to ja jestem jego rodzicem, nie ty – syknęła. – Czasem nie sposób przewidzieć, co…
– Nie rób ze mnie głupca. Może nie wiem, kim jesteś, ale z pewnością wiem, kim jest dla mnie ten chłopiec. Możesz kłamać na ten temat i zaprzeczać, ile chcesz. Podobieństwo jest zbyt uderzające.
Mówił, postępując naprzód, zmuszając ją do cofania się. Zapomniała, jak się oddycha.
– A to wszystko znaczy, że…
– Nic nie wiesz, Tom – wyrzuciła z siebie szybko, żarliwie, napełniona dziwnym strachem. – I nic mi nie zrobisz.
W mgnieniu oka chwycił jej ramiona i przycisnął ją do ściany. Nagle była zupełnie sparaliżowana, obezwładniona. Gdyby był to ktokolwiek inny, już dawno poraziłaby go jakąś klątwą. Ale to był On, więc nie była w stanie się ruszyć. Straszne wspomnienia tamtej nocy, kiedy dopadł ją pod ścianą, sprowadził do poziomu i brutalnie zmieszał z błotem, wróciły z całą mocą. Miała w sobie zakodowany ten strach, tę niemoc i przez chwilę nie była w stanie nawet drgnąć, odróżnić „wtedy" od „teraz". Była przekonana, że to koniec, zabije ją lub… gorzej.
– Jesteś pewna? Spójrz na mnie. No spójrz. Powiedz, że to nieprawda.
Nie mogła na niego spojrzeć. Nie mogła nic zrobić. Była trzęsącą się kupką strachu. Bała się choćby drgnąć. W każdej chwili mógł wrócić ten niewyobrażalny ból. To nie mogło się dziać ponownie.
– Proszę… – wyszeptała ledwo słyszalnie, błagalnym tonem.
To wywołało jego reakcję. Odsunął się od niej, zaskoczony jej strachem, okazaną słabością. Nie odepchnęła go, nie ochrzaniła, nie zrobiła nic gwałtownego w odpowiedzi, nic czego się spodziewał, na co liczył. To było tak, jakby zupełnie zniknęła, nagle miał przed sobą zupełnie inną osobę.
I nie znosił jej teraz. Nie mógł na nią patrzeć, na to rozedrgane, słabe stworzenie. Wszystko to wzbudzało w nim gniew i coś w rodzaju pogardy. Wyjątkowo silnej, niezrozumiałej pogardy. Coś niemal sobie przypominał.
Przez chwilę stał tak, próbując tego dosięgnąć. Ale to odeszło i nie mógł już go odnaleźć. Przepadło.
– Zabierz Tony'ego i zejdź mi z oczu – wysyczał wściekle.
Zrobiła dokładnie to, czego zażądał.
