- Na Stwórcę to jakiś koszmar – wymruczała, odsuwając się od drzwi. Potarła ręką czoło czując ból gdzieś wewnątrz czaszki. To było za wiele, naprawdę jeśli chcieli żeby oszalała, w końcu im się to udało.
~o~
Siedem godzin wcześnie – gabinet kapitana templariuszy, Katownia, Kirkwall.
Słabe światło słoneczne padające przez wysokie i wąskie okno było przytłumione i nie dawało ciepła. Dzień był ponury, pozbawiony kolorów.
Stał przed narożnym kominkiem w swoim gabinecie. Jego oczy były utkwione w płonącym jasnym płomieniem papierze. Był rozkojarzony cały dzień, nieobecny. Mógł udawać przed samym sobą, że jest to spowodowane niewyspaniem i zmęczeniem ale co by to tak naprawdę dało. Jedyną przyczyną jego nietypowego zachowania była pewna czarodziejka. Jego myśli nadal wirowały wokół niej. Przez te wszystkie lata starał się tego nie roztrząsać, była mu zakazana. Jedno spotkanie, wystarczyło by zburzyć mur obojętności jaki zbudował wokół siebie. To był obłęd. W jednej chwili jej słodki zapach powrócił do niego. Wiedział, po prostu wiedział, że gdy ją pocałuje nie będzie odwrotu, że to jedno wspomnienie wypali się na zawsze w jego umyśle i już zawsze będzie go prześladować.
~o~
Pięć godzin wcześniej – rozpadająca się rezydencja w centrum Górnego Miasta, Kirkwall
Zerwał się z posłania, starając się złapać oddech. Ręką odgarnął włosy opadające wilgotnymi strugami na jego spocone czoło. Wyskoczył z łóżka, pozwalając by chłód panujący w komnacie otrzeźwił go. Jego tatuaże nadal pulsowały w takt szybkiego rytmu jego serca. Był przerażony i wściekły. Chwycił pierwszą rzecz jaką znalazł pod ręką i cisną nią o ścianę. Okuta metalem rękawica ze zgrzytem uderzyła w mur i elf z cichym parsknięciem podszedł do miejsca gdzie leżała. Miał zamiar ją podnieść, tymczasem osunął się obok, plecami opierając o chłodny kamień, z ramionami złożonymi na kolanach, z głową ukrytą w dłoniach.
To była tortura, to była powolna śmierć, nie przypominało to wymarzonej wolności jak ją sobie wyobrażał, nie było ucieczki od poczucia winy i przeświadczenia, że zawiódł.
Oni mieli rację, tak nie mogło dalej być, to nie było życie. Od chwili gdy ze strachu i wstydu zostawił ją tamtego ranka, od tamtej chwili agonia rozdzierała jego wnętrze. To się musiało skończyć. To się musiało skończyć dziś.
~o~
Trzy godziny wcześniej – Morze Przebudzonych, mila od doków Kirkwall.
Stał na mostku kapitańskim, przyglądając się jak powoli przybliżają się do urwistych klifów wybrzeża. Gdyby nie słaba widoczność zapewne dostrzegliby już w oddali kamienne rzeźby witające podróżnych. A za nimi, piętrowo usytuowane, wykute przez niewolników domy i uliczki Kirkwall. Zawiał silny wiatr, żagle ponad jego głową zafurkotały. Nisko wiszące chmury groziły deszczem. Czuł zapach soli morskiej i ryb. Nienawidził tej podróży. Nienawidził tego statku i teko cholernego miasta. Nie miał najmilszych wspomnień z ostatniej wizyty, kiedy musieli przedzierać się przez zwarte szyki Qnari. Prawdę mówiąc wolał być o tysiąc mil stąd, za Morzem Przebudzonych, w Twierdzy Czuwania, tam gdzie było jego miejsce, przy jej boku… w jej łóżku. Ale nie, nalegała by udał się wraz z jej podkomendnymi. Był skłonny na to przystać, był skłonny przystać na wszystko jeśli oznaczało to, że będzie mógł trzymać tego durnia z dala od niej. Jeśli będą miał szczęście, tym razem te śmierdzące krasnoludy dopadną jego towarzysza w jakimś zapyziałym zaułku i problem sam się rozwiąże.
Podszedł do niego kapitan, informując, że nie będą w stanie dobić do brzegu póki wiatr się nie zmieni. Elf pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym przeciągnął palcami po policzku. Pod opuszkami palców czuł chropowatą skórę, w miejscu gdzie pozostała blizna po pazurach bestii.
~o~
Godzinę wcześniej – zaułek Dolnego Miasta, Kirkwall.
Wybiegł na uliczkę, starając się zapanować nad wirującymi wokół niego łańcuchami wyładowań elektrycznych. Gdyby napotkał teraz templariuszy, byłby skończony. Gdyby przypadkiem wśród nich był ten jeden… zaśmiała się do siebie. Sam nie poznawał swojego głosu, niski, dudniący śmiech, śmiech szaleńca. Był na skraju już od dawna. Podsłuchana rozmowa była jak iskra w stodole pełnej siana. Wewnątrz niego rozwścieczony duch powtarzał i powtarzał. Nie chciał go słuchać, chciał go przekonać. To on był teraz rozsądkiem. Ona nie zdradziłaby ich, nie zadawałaby się z templariuszami, nie była szpiegiem. Nie wierzył w to. Przecież miał jej słowo, którego dotrzymywała, była przy nim zawsze gdy ją potrzebował, wtajemniczał ją we wszystko.
- O to właśnie chodziło głupcze. Zdrada! Zdrada! Zdrada!
Duch w jego wnętrzu nie chciał ucichnąć. To jego moc wyciekała przez każdy centymetr ciała, mag robił wszystko by nie przejął nad nim kontroli ostatecznie. Wolał nie myśleć co by się wtedy stało. Kto pierwszy stałby się ofiarą ducha zemsty, czarodziejka czy templariusz? Musiał z nią porozmawiać, musiał się upewnić może wtedy duch przestanie domagać się jej krwi. Cokolwiek szeptał w jego głowie, on nadal ją kochał, nie chciał jej krzywdzić, nie jeśli była niewinna.
~o~
45 minut wcześniej – frontowe wejście Wisielca, Dolne Miasto, Kirkwall.
Miał nadzieję, że to był dobry pomysł posyłać Rivainke do Katowni. Na Tyłki Patronów, przez jego długi jęzor zrobił się niezły bałagan. Nie był do końca pewny co Blondas usłyszał, ale z pewnością musiało go to nieźle zirytować. Zważywszy na to jak „niestabilny" jego humor potrafił być ostatnimi czasy, biorąc pod uwagę jak wyglądało wnętrze tawerny, Varric mógł się domyśleć jak bardzo „poruszony" musiał być uzdrowiciel lud duch wewnątrz, lub obaj. Kolejnym problemem był fakt, że nie wiedzieli gdzie się udał. Jeśli postanowił zrobić porządek z Cullenem, Varric miał nadzieję, że Isabela złapie go zanim wsiądzie na prom do Katowni i da się złapać templariuszom. Z jego „drugim ja", nie było szans by zostawili go przy życiu. Jeśli Rivainka go nie znajdzie, oznaczało to, że pobiegł do Hawke zrobić jej awanturę. W takim wypadku to on miał za zadanie uspokoić go. A potem przyjąć na klatę wszystkie obelgi i wyzwiska, może nawet jakieś paskudne zaklęcia ogniowe od Reiven, która niewątpliwie będzie na niego wściekła.
Śpiesząc szybkim krokiem pomiędzy straganami targu, modlił się w duchu by Anders nie spotkał po drodze żadnego oddziału templariuszy.
~o~
Pół godziny wcześniej – rezydencja Amellów, Górne Miasto, Kirkwall
Wyciągnęła nogi przed kominkiem, pozwalając ogrzać się zmarzniętym palcom. Nachyliła głowę nad kieliszkiem grzanego wina. Przyjemny aromat korzennych przypraw połechtał ją w nozdrza. Westchnęła cicho dopijając szkarłatny płyn. Była zmęczona i niewyspana.
Uśmiechnęła się do siebie wspominając ostatnią noc. Kto by pomyślał, że Cullen… Eh… nie spodziewała się.
Ziewnęła szeroko, czując jak wino powoduję ciężkość w jej ciele. Powinna pozbierać się i zawlec swe zmaltretowane członki na górę, a potem spać, spać, spać… dopóki jakiś cholerny demon nie zacznie znowu grzebać w jej głowie. Tym razem nie miała wątpliwości, że do dwóch postaci nawiedzających ją niemal co noc, dołączy trzecia…
- Mesere Reiven – głos Bothana dobiegł ją z drugiego końca biblioteki. – Zbroja została wyczyszczona i nasmarowana.
Czarodziejka skinęła głową.
- Na biurku leży korespondencja.
- Dziękuję Bothan, przejrzę ją jutro z rana, możesz już iść spać.
- Przyjemnych snów Mesere Hawke.
Czarodziejka uśmiechnęła się krzywo. Ciekawe czy jej jęki przez sen było słychać na dole w pokojach zajmowanych przez krasnoluda i jego syna.
Obudził ją dźwięk zamykanych drzwi. Otwarła powoli oczy spoglądając na przygasający blask ognia w palenisku. Komnata była skąpana w mroku, na zewnątrz panowała cisza. Musiała zdrzemnąć się, sama nie wiedział jak długo. Wstała z fotel przeciągając się. Co wyrwało ją ze snu? Obróciła się, spostrzegając cień szczupłej sylwetki stojącej nieopodal drzwi. Jej serce od razu żywiej zabiło. Doskonale znała te kształty, te ruchy. Zmierzał w jej kierunku. Wyłonił się z cienia, czerwonawy blask ognia oświetlił jego białe włosy.
- Nie chciałem przeszkadzać – zaczął swoim głębokim, aksamitnym głosem. Reiven poczuła przyjemny dreszcz przebiegający jej ciało. Elf zatrzymał się kilka kroków przed nią, patrząc wszędzie tylko nie w jej oczy.
- Drzwi były otwarte? – Zapytała sennym głosem.
Fenris zawahał się i spuścił głowę, ukrywając oczy za kurtynę siwych pasm włosów.
- Wszedłem przez balkon – powiedział zakłopotany.
Reiven westchnęła zawiedziona. A więc kolejny sen. Powinna postarać się przebudzić, ale ta wizja zaczynała się inaczej niż zwykle, więc postanowiła sprawdzić co stanie się dalej. Jak tym razem demony będą chciały ją oszukać? Te sny coraz częściej stawały się dla niej źródłem rozrywki. Miała szczęście, demony pożądania ją prześladujące, były wyjątkowo głupie. Nie sięgały w głąb poza cielesną sferę pragnień, gdzie kryły się jej najgłębsze i najpilniej strzeżone marzenia.
- Więc co teraz? – Zapytała zapraszającym gestem wskazując sofę przed kominkiem. Fenris spojrzał na nią, potem na mebel. Na jego twarzy malowało się niezdecydowanie.
Uhm, tym razem demon zdawał się być bardziej przekonywujący – pomyślała.
Elf przesunął się do przodu, ale nie usiadł na sofie, miast tego staną przed kominkiem, tyłem do niej.
Podeszła powoli, przyglądając się mu. Tym razem naprawdę się postarał. Obraz Fenrisa był idealny. Jego postawa, nieco pochylona do przodu, ruch głową, gdy ją opuszczał. Jego proste włosy opadające na kark i zawinięte za ucho. Patrzyła z zachwytem na jego długie, czarne rzęsy i brwi ściągnięte w wyrazie konsternacji. Nawet oczy błyszczące zagadkowo w świetle płomieni, miały idealnie odpowiedni odcień zieleni. Jego usta, zaciśnięte w wąską linię, tak jak to robił, gdy mocował się z jakąś myślą. I jego skóra, ciemna i chropowata, z liniami lyrium połyskującymi delikatnie.
Nie miała wątpliwości, że to był demon, nigdy w życiu nie uwierzyłaby, że to on, ponieważ ON ją nienawidził, gardził nią, brzydził się. Widziała to w jego wzroku gdy wysyczał w jej twarz by się do niego nie zbliżała. Ten Fenris-demon patrzał na nią z konsternacją i czymś miękkim ukrytym w błyszczących oczach, jakby chciał otworzyć przed nią swoje wnętrze.
To nie mógł być on, ale i tak bardzo pragnęła chociaż przez chwilę udawać, że jest prawdziwy. Postanowiła nie przerywać tej gry. Było to niebezpieczne, ale miała to gdzieś.
Nie mogąc się powstrzymać sięgnęła dłonią, pragnąc poczuć miękkość jego włosów. Błyskawicznie chwycił jej nadgarstek, niemal przewiercając ją spojrzeniem.
Chciała cofnąć rękę ale jej nie pozwolił, jego palce przesunęły się po jej skórze, gładząc bliznę po ranie jaką sama sobie zadała.
- Nie powinnaś tego robić – szepnął.
Przekrzywił głowę spoglądając na jego palce delikatnie muskające jej dłoń.
- Zbliżać się do ciebie?
- Ratować mnie za pomocą magii krwi, wolałbym… lepiej byłoby… - urwał puszczając jej dłoń.
Nawet jego głos idealnie pasował. Ciekawe czy cała gama parsknięć i prychnięć w wykonaniu demona wyszłaby równie autentycznie.
- I pozwolić ci tak po prostu odejść?
- Czy nie tego właśnie chciałaś?
Uniosła głowę patrząc na niego oczami szeroko rozwartymi. Ten Fenris… ten demon… przez moment niemal zapomniała, że to sen.
- Nigdy.
Teraz to on patrzył na nią zdumiony.
Westchnęła ciężko, skoro demon chciał rozmawiać niech tak będzie – pomyślała. Może jeśli zdoła to z siebie wyrzucić, w końcu dojdzie do ładu ze sobą. Wszystko sobie poukłada.
- To ty mnie zostawiłeś.
- Wiem. Tak jest lepiej Hawke, nie jestem… wiesz, że to nie mogło się udać.
- Dlaczego? Bo ty tak zadecydowałeś? – Spytała z cieniem irytacji w głosie.
Elf spojrzał na nią, potem na swoje ręce.
- Ja… nie jestem wolny, nigdy nie będę… nie zasługiwałaś na to… na gniew i strach i… zwątpienie.
- O tak – powiedziała ze złością – ale zasługiwała na złamane se… – umilkła czując jak pod powiekami zbierają się jej łzy. Ten sen był dziwny, chciała się już z niego obudzić. Zacisnęła mocno oczy i otworzyła je znowu, w nadziej że obudzi się w sowim fotelu, przed kominkiem. Fenris stał obok, tak jak przed chwilą. Patrzał na nią, na jego twarzy wyryty był szok.
- No nie, nie wmówisz mi, że nie wiedziałeś – mruknęła.
- Reiven – tak miękko wymówił jej imię, niczego bardziej nie pragnęła jak rzucić się w jego ramiona. Gdyby to mogła być prawda. Niebezpiecznie było tak myśleć. Zatracać się w wizjach Pustki.
Poczuła jego dłoń na swoim ramieniu.
- Nie pomyślałeś, że mam prawo sama decydować, o tym czy chce się zmierzyć, z demonami twojej przeszłości?
- Bałem się – szepnął.
- Czego?
- Nic nie rozumiesz – parsknął. To było bardzo przekonywujące parsknięcie, w stylu Fenrisa.
- Bo nie chciałeś mi wytłumaczyć – niemal krzyknęła, czując jak wzbiera w niej gniew. To było głupie, nie powinna dawać się porwać emocjom, jaki był w tym sens, przecież to nie było naprawdę on.
Fenris- demon potrząsnął głową, puścił jej ramię, odsunął się od niej.
- To już nie ma znaczenia.
- No właśnie – mruknęła odwracając się do niego tyłem, chociaż jedyne czego pragnęła to rzucić mu się w ramiona i zmusić go by zrozumiał…
- Przyszedłem przeprosić – usłyszała jego szept – od początku jesteś dla mnie wsparciem, mimo tego… mimo magii… mogłem zawsze na ciebie liczyć…
- I co z tego, nie chciałeś mi zaufać…
Z jego ust dobył się niski pomruk.
- Wiem, i za to przyszedłem przeprosić. Chciałbym… mam dość tej nienawiści, nieufności i…
- Ja też – rzuciła nadal odwrócona do niego plecami. Nie chciała by widział łzy spływające po jej policzkach. Gdyby tylko to mogłaby być prawda. Oddałby wszystko byle tylko…
Zasłoniła usta dłonią, tłumiąc cichy jęk, to właśnie było to. Tego pragną demony. Stwórco pomóż. Była naprawdę o krok od opętania Gdyby wypowiedziała te słowa… nie byłoby odwrotu.
- Brakuje mi naszej przyjaźni – usłyszała go, jego głos był cichy i drżący.
Jej też brakowało czasu, gdy razem walczyli, ramię przy ramieniu. Zgrani jak jeden organizm. Brakowało jej lekcji czytania, wieczorów spędzanych przy piwie i kartach, spacerów ciemnymi uliczkami miasta. Brakowało jej jego zrzędzenia, specyficznego poczucia humoru, sposobu w jaki przeczesywał dłonią włosy, gdy czuł się niepewnie, jego skonsternowanego spojrzenia, gdy żartowała sobie z niego…
- Może moglibyśmy… wrócić do tego…
Dziwne była ta rozmowa, dziwne te pytania, głownie dlatego, że Fenris nigdy nie rozmawiał z nią otwarcie, raczej skrywał się za swoim pancerze.
W korytarzu posłyszała jakiś hałas. Na górze odezwał się jej Mabari, najwyraźniej zamknięty w sypialni. Reiven nasłuchiwała przez chwilę, niewątpliwie ktoś był w holu.
- Zaczekaj – mruknęła kierując się ku drzwiom.
Tuż za progiem biblioteki, nim zdążyła dać trzy kroki, potężne wyładowanie kinetycznej siły cisnęło ją o ścianę. Poczuła tępy ból w tyle głowy, powietrze zostało wyciśnięte z jej płuc. Ogłuszona, opadła na posadzkę. Potrząsnęła głową, starając się odzyskać jasność widzenia. Czyjeś dłonie chwyciły ją za ramiona i pociągnęły do góry, przyszpilając do ściany. Czyjeś ręce… znała je… Anders?
- Gdzie byłaś wczoraj w nocy?! – dudniący głos wydobył się z jego ust. Od razu otrzeźwiała. Jej oczy odzyskały ostrość widzenia i mogła spojrzeć na emanującą poświatą postać uzdrowiciela. Jego skóra wyglądała jak spękana skorupa, między szczelinami dostrzegała błękitnawe światło pustki. Oczy Andersa lśniły złowrogim blaskiem.
Przełknęła, starając się uspokoić, to był tylko sen, nie było powodu do obaw.
- Gdzie byłaś?
- Anders… – jęknęła cicho. Zdawało jej się, że dostrzega w twarzy maga jakąś subtelną zmianę, ale po chwili jego rysy stężały, dłoń uzdrowiciela z ramienia powędrowała do jej szyi, jego długie palce zacisnęły się na delikatnej skórze.
- Byłaś z templariuszem – wysyczał rozwścieczony duch.
Znieruchomiała, skąd na Stwórcę Justynian dowiedział się o jej spotkaniu z Cullenem?
Chociaż… zaraz… to jest sen… jej sen… pewnie demon wygrzebał to z jej głowy.
Od progu dało się słyszeć głośne warknięcie i odgłos dobywanego miecza. Duch obrócił swoje świetliste oczy ku Fenrisowi, stojącemu w drzwiach biblioteki. Ciało elfa pulsujące lyrium, dłoń zaciśnięta na rękojeści jego dwuręcznego ostrza.
- Zostaw ją demonie – wysyczał wojownik, dając krok do przodu.
- Jeden ruch i skręcę jej kark – ostrzegł Justynian, zaciskając dłoń na jej gardle tak, że kobieta zaczęła się krztusić, jej dłonie próbowały odepchnąć Andersa ale zaczynało brakować jej tchu.
– Poszłaś do templariusza, po tym wszystkim co Anders dla ciebie zrobił – wymruczał Justynian zbliżając twarz do jej twarzy i uważnie patrząc w jej oczy.
- Anders… proszę… nie wiem co słyszałeś, ale miałam swoje powody…
- Jakie mogłaś mieć powody? – Tym razem to był głos Andersa, poświata otaczająca Justyniana przygasła i uścisk na jej gardle rozluźnił się.
- Ze wszystkich ludzi, templariusz? Reiven, tak bardzo mnie nienawidzisz? – Na jego twarzy malował się autentyczny smutek, i przez moment czuła się winna. Przez krótki moment, potem gniew wypełnił jej umysł. Spojrzała na niego groźnie.
- No tak, bo jak zwykle wszystko musi kręcić się wokół ciebie. To tym zrezygnowałeś. Pamiętasz? Powiedziałeś, że masz dość bycia zawsze tym drugim, to ty odszedłeś, nie waż się teraz grozić mi tylko dlatego, że przeszłam nad tym do porządku dziennego. To już nie jest twój problem Anders - powiedziała dobitnie.
Ten sen robił się coraz bardziej paskudny i pogmatwany.
- Reiven, ja…
Nagle poczuła to. Obmyła ją dziwna chłodna fala. Przeszył ją lodowaty dreszcz. Dłonie trzymające ją puściły jej szyję i Hawke oparła się ciężko o ścianę. Aura otaczająca Andersa całkowicie znikła, czarodziej sapnął, jego oczy zaszokowane patrzały na nią. Twarz uzdrowiciela zbladła, a jego usta niemal zsiniały. Tylko raz zdarzyło jej się zostać wydrenowaną z many, i pamiętała, że było to najokropniejsze uczucie jakiego mag mógł doznać. Nawet cielesne rany nie były tak straszne jak ta wewnętrzna pustka, i wrażenie, że brakuje czegoś najbardziej podstawowego.
- Odsuń się od niej – głęboki, spokojny głos dobiegający z końca holu, sprawił, że wszyscy troje spojrzeli we frontowe drzwi. Reiven westchnęła cicho, Anders parsknął, Fenris zachował ciszę.
- Nie chcę zrobić ci krzywdy, ale jeden fałszywy ruch a nie zawaham się.
Gdy przybyły podszedł bliżej, światło świec odbijało się w jego ciężkiej płytowej zbroi.
- Cullen, co ty…
- Byłem na patrolu, gdy natknąłem się na Isabelę.
Reiven nie miała zielonego pojęcia co piratka mogła mieć wspólnego z nagłym pojawieniem się templariusza w jej rezydencji, w środku nocy... nie, nie... to sen Reiven, to tylko sen... sny nie koniecznie muszą być logiczne.
- Ty… ty… - sapnął Anders próbując wstać z podłogi.
Hawke odsunęła się od niego, podchodząc do balustrady. Ten sen trwał stanowczo za długo, jeśli to rzeczywiście demony pora była dać im znać, że to koniec tej zabawy.
- Więc co teraz chłopcy – powiedziała uśmiechając się krzywo, starając się zamaskować szok jaki cała ta sytuacja ją wprawiła – pójdziemy wszyscy na górę i zrzucimy łaszki?
Zabawne jaką minę miał demon-Fenris. Demon–Cullen zarumienił się tak mocno, że przysięgłaby, że nawet jego włosy zrobiły się czerwone. Demon-Anders zapatrzył się na nią w zdumieniu.
Miała dość tej zabawy. Miała dość tego, że co noc, demony pożądania grzebią w jej wspomnieniach, w jej emocjach i robią z tego konkurs na najbardziej erotyczny, nieprzyzwoity tudzież obleśny sen.
- Dość tej gry, macie się wszyscy wynieś z mojej głowy, natychmiast – wokół jej dłoni skondensowała się czysta energia, była na wyciągnięcie ręki, wystarczył jeden gest.
Głośne walenie do drzwi rozproszyło ją. Nie zwracając uwagi na trzech mężczyzn mocno skonsternowanych jej zachowaniem, ruszyła do frontowego wejścia.
Pociągnęła za klamkę gwałtownym ruchem, zastanawiając się, co jeszcze mogły wymyślić te beznadziejnie głupie bestie.
- Na Stwórcę to jakiś koszmar – wymruczała, odsuwając się od drzwi. Potarła ręką czoło czując ból gdzieś wewnątrz czaszki. To było za wiele, naprawdę jeśli chcieli żeby oszalała, w końcu się im to udało.
- Witaj siostrzyczko – mężczyzna stojący w progu, miał falowane, ciemne włosy, tak jak ona i lśniące niebieskie oczy, tak jak ona, i ten krzywy uśmieszek, który zawsze miała ochotę zmazać jednym porządnym ciosem.
Reiven cofnęła się o krok. Stwórco, jeśli kiedykolwiek pomyślała że… i teraz demony wywlekły to… nie to nie możliwe…
Carver wsunął się do środka, za nim podążył szczupły elf, z paskudną szramą na policzku, oraz drobna kobieta o ognistych lokach, spływających do pasa.
- Lidia – szepnęła czarodziejka, zdumiona jeszcze bardziej niż widokiem swego brata.
Za nimi podążał Varric, niepewnie spoglądając na Hawke.
- Znalazłem ich po drodze do ciebie – odezwał się kiwając w ich stronę.
- Najwidoczniej czas na orgię – mruknęła czarodziejka sprawiając, że krasnolud spojrzał na nią podejrzliwie.
Hawke zamknęła za nim drzwi i oboje weszli głębiej. W sam raz by stać się świadkiem, jak rudowłosa czarodziejka rzuca się w ramiona zaskoczonego templariusza.
Zaraz potem dobiegł ją zdławiony głos Andersa.
- Jeśli myślisz, że wrócę do Twierdzy, grubo się mylisz Mahariel.
Elf przybyły razem z jej bratem, obrzucił maga zbierającego się z posadzki wzrokiem pełnym pogardy.
- Jeśli uznałeś, że fatygowałbym się taki szmat drogi po tak bezużyteczną kreaturę jak ty, jesteś głupszy niż myślałem.
Reiven podeszła do brata, zastanawiając się co jeszcze może się stać.
- Brakuje jeszcze tylko cholernego króla Fereldenu – mruknęła.
Maharniel obrócił się do niej z sarkastycznym uśmiechem, który zniekształcił prostą bliznę na jego policzku.
- Ten cholerny głupiec wybiera się do w odwiedziny, gdzieś pod koniec zimy.
- Co za absurdalny sen – jęknęła przykładając dłoń do policzka.
Carver spojrzał na nią z niepokojem, dłonią przesunął po jej czole, tak jak to czyni matka, gdy sprawdza dziecku gorączkę.
- Hej! Zabieraj swoje śmierdzące łapy...
- Mieliśmy mały problem w porcie – rzucił, przykładając dłoń do nosa i marszcząc go komicznie – wiatr wiał dzisiaj od lądu i nasz frachtowiec nie był w stanie wpłynąć do portu. Dobrze, że napatoczył się jakiś rybak ze swoją łupiną, ale teraz wszyscy zajeżdżamy rybami…
Oczy Hawek rozszerzyły się do rozmiarów spodków. Otwarła usta, potem je zamknęła, potem znowu otwarła… Na wszystkie demony pustki! Carver śmierdział rybami, ŚMIERDZIAŁ! W Pustce nie ma zapachów… jeśli on… jeśli oni wszyscy…
Nieartykułowany jęk wyrwał się z jej ust, na tyle głośny, że oczy wszystkich obecnych w jej holu zwróciły się na nią. Poczuła jak rumieniec oblewa jej twarz. Nigdy jeszcze tak bardzo nie pragnęła zapaść się pod ziemię.
- Chyba potrzebuję czegoś mocnego do picia – oświadczyła.
- To pierwsze sensowne słowa jakie usłyszałem z ust Hawke – odezwał się Mahariel, spoglądając ze złośliwym błyskiem w oku na stojącego obok Carvera.
Jakimś cudem udało mi się dokończyć ten rozdział na czas. Nadeszła chwila by Hawke odkryła tajemnice z życia jej ojca. Dlatego pojawił się Carver a z nim kuzynka Lidia Amell, oraz niekoniecznie pozytywna postać - Bohater Fereldenu Theron Mahariel.
Pod spodem jest takie małe okienko, które uwielbia jak tam piszecie swoje spostrzeżenia. Ja z kolei uwielbiam je czytać, więc nie bądźcie nieśmiali i dajcie mi znać co myślicie.
