Rozdział 11. Gość
Nikt nie otworzył drzwi. Albus głośno wypuścił z siebie powietrze. Przemowa taty nieco nim wstrząsnęła – z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu nagle poczuł się zdenerwowany perspektywą spędzenia reszty tygodnia z jednym ze swoich najlepszych przyjaciół. Jego tata poczekał jeszcze chwilę, po czym zapukał ponownie do drzwi. Tym razem jednak, Albus usłyszał hałas dochodzący z wnętrza domu.
- Mamo, otwórz te cholerne drzwi! – krzyknął ktoś.
- Jak ty się wyrażasz? – odgryzł się kolejny głos, po czym Albus usłyszał otwierane zamki w drzwiach. Drzwi otworzyły się.
Pierwszą myślą Albusa, kiedy zobaczył kobietę stojącą za drzwiami, było to, że chyba nigdy nie widział równie pięknej osoby. Miała włosy w kolorze ciemnego brązu, które opadały delikatnymi falami na ramiona. Na początku mrużyła oczy, ale po zobaczeniu, kim są jej goście, powróciły one do swojego przypominającego migdały kształtu. Pani Malfoy nie była w ogóle podobna do swojego męża ani syna.
- Dzień dobry! – powiedziała radośnie, mimo że oddychała ciężko. Teraz jej głos wydawał się o wiele milszy. – Ty pewnie jesteś Albus! – rozpromieniła się na jego widok, po czym znowu uniosła wzrok. – A ty jesteś... tatą Albusa – dodała. – Wchodźcie, wchodźcie!
Albus wymienił ukradkiem spojrzenie z tatą, po czym obydwaj przekroczyli próg rezydencji Malfoyów. Na zewnątrz może i wyglądała ona imponująco... ale to było nic, naprawdę nic, w porównaniu do wnętrza. Podłogi wykonane z twardego drewna lśniły wypolerowane na wysoki połysk, a olbrzymie dębowe drzwi znajdujące się naprzeciwko wyglądały, jakby zostały zbudowane przez najwyższej klasy rzemieślników.
Pani Malfoy poprowadziła ich w kierunku tych drzwi, a po ich otworzeniu Albus spostrzegł, że znaleźli się we wspaniałym salonie, wyposażonym w duży stół, który wyglądał, jakby organizowano przy nim jakieś spotkania. Co dziwne, znajdowało się tam jednak niewiele pasujących do stołu krzeseł.
- Scorpiusie, przyjechał twój przyjaciel! – krzyknęła pani Malfoy.
Drzwi naprzeciwko wejścia do pomieszczenia otworzyły się niemal natychmiast i wkroczył przez nie rozpromieniony Scorpius Malfoy. Wyglądał, jakby dopiero co wstał, z rozczochranymi włosami oraz zaspanymi, wąskimi oczami, ale wydawał się bardzo zadowolony.
Mama Scorpiusa klasnęła w dłonie i jeszcze raz zerknęła na Albusa. Albus po raz kolejny nie mógł się oprzeć przeczuciu, że rzadko miewali we dworze gości.
- Może się czegoś napijecie? – zapytała uprzejmie, patrząc gdzieś pomiędzy Albusa a jego tatę.
Albus już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, ale przemówił jego ojciec.
- Niestety nie mogę, jestem właśnie w drodze do pracy, chciałem tylko obgadać parę spraw organizacyjnych – uśmiechnął się. – Albus ma swoje rzeczy w torbie, ale chciałem się upewnić, czy nie powinienem przywieźć mu również śpiwora albo coś w tym stylu... nie jestem pewien, gdzie będzie nocował.
- Och, nie martw się, mamy dodatkowe łóżko. Scorpius ma bardzo duży pokój – uśmiechnęła się również mama Scorpiusa.
- Eee... w porządku. I zabierzecie go ze sobą na King's Cross po feriach?
Pokiwała głową. Tata Albusa rozejrzał się jeszcze kilka razy po pokoju, po czym wzruszył ramionami.
- No to... moje zadanie można uznać za zakończone – powiedział, klepiąc Albusa po ramieniu. – Uważaj na siebie, Al, i baw się dobrze, pamiętaj tylko, co ci powiedziałem, okej?
Albus przytaknął, po czym pomachał na do widzenia ojcu, który uśmiechnął się do niego i obrócił na pięcie, po czym wyszedł z pokoju.
- Scorpiusie, może pójdziesz przygotować pokój Albusa na jego przybycie? – zapytała pani Malfoy, kiedy Albus właśnie zdejmował swoją torbę.
- Ale naprawdę nie ma takiej potrzeby... – zaczął Albus, ale Scorpius już złapał jego bagaż.
Pani Malfoy uśmiechnęła się do niego, po czym powiedziała:
- Ja w tym czasie posprzątam na piętrze. Czuj się jak u siebie. Tamto pomieszczenie – wskazała drzwi, przez które wszedł Scorpius – to nasza jadalnia. To duży dom, ale tam możesz zacząć zwiedzanie.
Albus o mało co nie powiedział, że nie ma nic przeciwko dużym domom, i że w gruncie rzeczy rezydencja Potterów jest nawet większa, ale pomyślał, że byłoby to zbyt niegrzeczne. Zamiast tego jedynie się uśmiechnął, kiedy pani Malfoy również wyszła z pokoju.
Dopiero kiedy trzasnęły drzwi uświadomił sobie, że od teraz oficjalnie znajduje się w pułapce. Jeśli coś poszłoby nie tak, będzie musiał dać sobie z tym radę sam. Szybko przeszedł przez drzwi, za którymi zniknął Scorpius, zdecydowany, żeby go dogonić i poczuć swojego rodzaju pociechę, ale kiedy wkroczył do jadalni zorientował się, że ktoś już w niej jest. W pomieszczeniu znajdowało się kilkoro innych drzwi, przez jedne z nich z pewnością przeszedł Scorpius, a w samym środku pokoju, przy o wiele mniejszym stole, niż w pokoju obok, siedział mężczyzna wyglądający bardzo staro.
Czytał gazetę, prześlizgując po niej wzrokiem tak szybko, że jego wąskie, szare oczy tworzyły zamazaną plamę. Miał upiornie białe włosy, z których gdzieniegdzie prześwitywały blond pasemka. Miał wygląd człowieka, który desperacko stara się zatrzymać młody wygląd. Wydawał się nie zauważać, że Albus właśnie wszedł do pokoju.
Albus cicho poczłapał obok stolika, i właśnie chciał przejść przez najbliższe mu drzwi, kiedy usłyszał cedzący sylaby głos, który brzmiał niepokojąco podobnie do głosu jego przyjaciela.
- Więc to ty jesteś Potter?
Albus odwrócił się, żeby spojrzeć prosto w twarz dziadka Scorpiusa. Jego wzrok nadal spoczywał na gazecie.
- Taak – powiedział. Nie bał się, chociaż musiał sam przed sobą przyznać, że sposób zachowania mężczyzny nieco mu przeszkadzał.
Lucjusz Malfoy ciągle patrzył się w gazetę, po czym, bez podnoszenia wzroku, znowu się odezwał.
- Jaki ten świat mały – powiedział leniwie, po czym przewrócił stronę gazety.
Albus gapił się na niego jeszcze przez chwilę, po czym uświadomił sobie, że starzec najwidoczniej uznał rozmowę za zakończoną. Poszedł w kierunku drzwi i znalazł się na korytarzu z klatką schodową. Ku jego uldze, właśnie schodził po niej Scorpius.
- Miłe miejsce, prawda? – zapytał go Scorpius.
- Wydaje się naprawdę przeurocze – powiedział Albus tonem ociekającym sarkazmem.
- No to akurat się dobrze wpasujesz – odpowiedział Scorpius, klepiąc go po plecach.
Albus szybko uświadomił sobie, że mieszkanie u Malfoyów wbrew pozorom nie różni się aż tak bardzo od mieszkania w jego własnym domu. Rzeczywiście, mniej ludzi wpadało i wypadało z dworu, a poziom hałasu był nieporównywalnie niższy, ale co najważniejsze, Albusowi podobała się zmiana otoczenia. Dzielił sypialnię razem ze Scorpiusem, w piwnicy. Była wystarczająco obszerna, żeby pomieścić obydwa łóżka, i, mimo że panował tam nienaturalny wręcz chłód, było im całkiem wygodnie.
- Wiesz, tutaj kiedyś znajdowały się lochy – powiedział mu Scorpius ścieląc łóżko, podczas jego pierwszej nocy w dworze.
- Poważnie? – zapytał Albus. – Faktycznie, na pierwszy rzut oka wydaje się nieco ponura. Ale nigdy tutaj nikogo nie trzymali... prawda?
- Oczywiście że nie, kretynie! – zaszydził Scorpius. – Kogo niby mieliby trzymać? Poważnie, zachowujesz się tak, jakby moja rodzina składała się wyłącznie z tyranów...
I jeśli Albus miałby wskazać jedną rzecz, której się nauczył u Malfoyów, to byłoby to, że jego ojciec niepotrzebnie się obawiał. Bardzo rzadko widywał dziadków Scorpiusa, mowa o rozmawianiu z nimi. Jego dziadek wydawał się lepiej czuć na piętrze, schodził na parter jedynie rankiem, a babcię Scorpiusa widział zaledwie raz. Obydwoje zachowywali się tak, jakby nie mieli zielonego pojęcia, że Albus w ogóle się znajduje we dworze.
Jednak nie można było powiedzieć tego samego o rodzicach Scorpiusa. Pani Malfoy była totalnie zauroczona Albusem już po zaledwie trzech dniach jego pobytu. Ich wspólne rozmowy przy obiedzie kończyły się zawsze tym, że mama Scorpiusa śmiała się tak bardzo, że o mało nie dławiła się jedzeniem. Uwielbiała słuchać opowieści o dowcipach Jamesa oraz katastrofalnych lekcjach Neville'a, i ciągle oferowała mu kolejne dokładki, żeby tylko dłużej utrzymać go przy stole. Pan Malfoy również wydawał się często rozbawiony, jednak starał się jak tylko mógł, żeby tego nie okazać.
Albus uwielbiał godziny spędzone razem ze Scorpiusem i jego ojcem na trawiastej polanie za dworem. Obydwaj Malfoyowie byli zagorzałymi fanami quidditcha, i Albusowi wydawało się, że przynajmniej połowa jego pobytu w dworze upłynęła im na lataniu oraz rozmowach na temat ligi.
- Wiesz, ja też byłem szukającym Ślizgonów w twoim wieku – powiedział mu pan Malfoy, kiedy zrobili sobie przerwę od śmigania po boisku; trenowali już cały dzień.
- Scorpius mi coś wspominał – przyznał Albus. – Jaką miał pan miotłę?
- Nimbusa 2001.
Albus wybuchnął śmiechem.
- Dopuścili pana do drużyny z NIMBUSEM? Poważnie? Mógł pan równie dobrze latać na pożyczonej od pałkarza pałce!
Scorpius roześmiał się, a pan Malfoy rzucił mu poważne spojrzenie.
- Uświadomię was więc, że w tamtych czasach KAŻDY Nimbus był marką samą w sobie, niezależnie od modelu. A w czasach, kiedy ja grałem, nie miała znaczenia TWOJA MIOTŁA. Chodziło wyłącznie o talent. Prędzej umarłbym, niż w nieuczciwy sposób wygrał latając na miotle, która zapewniłaby mi bezpodstawną przewagę, takiej jak, na przykład, Błyskawica.
Albus zmrużył oczy i popatrzył na swoją fantastyczną miotłę.
- Przecież to nie oszustwo, jeśli masz dobrą miotłę.
- Tak sobie powtarzaj – wykrzywił usta pan Malfoy.
Chociaż było tak miło, Albus miał dziwne przeczucie, że Scorpius ani trochę nie przesadzał mówiąc, że jego tata nie jest zbyt wesoły. Wyglądało na to, że jedyny prywatny żart, jaki dzielił z synem, dotyczył wysłania Scorpiusa do jego pokoju, i otrzymania w zamian kopnięcia w krocze.
- Trochę mnie to dziwi – powiedział Scorpius, zarzucając sobie miotłę na ramię i zmierzając w stronę dworu razem z Albusem kilka minut później.
- Co? – zapytał Albus, zerkając przez ramię i obserwując, jak pan Malfoy czyści sobie plamy trawy na szatach przy pomocy różdżki.
- On nigdy tak dużo nie mówi – wyszczerzył zęby Scorpius.
Mijały kolejne dni, a Albus coraz bardziej przyzwyczajał się do mieszkania we dworze Malfoyów. Odkrył nawet, że nie miałby zupełnie nic przeciwko temu, żeby jego ferie trwały jeszcze przynajmniej tydzień. Bawił się świetnie opowiadając anegdoty pani Malfoy oraz latając, a także drzemiąc po południu (ciężko było dobrze spać popołudniami w domu, ponieważ zawsze budził go brat albo siostra), a co najważniejsze, spędzając całe dnie z jednym ze swoich najlepszych przyjaciół. Scorpius otrzymał list od Morrisona w trakcie ferii, z którego wynikało, że ich przyjaciel nie bawił się ani trochę tak dobrze, jak oni.
Ostatnim dniem przed powrotem do Hogwartu była niedziela. Z tej okazji pani Malfoy przygotowała wspaniały obiad, i zajęli miejsca przy dużym stole jadalnym. Ku wielkiemu zdziwieniu Albusa, okazało się, że dziadkowie Scorpiusa już tam siedzieli, co nie zdarzyło się do tej pory ani razu.
Pani Malfoy wyjęła talerze i sztućce, a kiedy udała się po serwetki, Albus pomyślał, że atmosfera w jadalni była tak gęsta i napięta, że można by ją kroić nożem. Siedział obok Scorpiusa i naprzeciwko jego taty. Dziadkowie Scorpiusa siedzieli po przeciwnej stronie dużego stołu, gapiąc się tępo na potrawy i nie rozmawiając, jedynie czasami łypiąc oczami w jego kierunku.
Babcia Malfoy wyglądała bardzo podobnie do swojego męża, również miała cienkie i postrzępione białe włosy z prześwitującymi gdzieniegdzie blond pasemkami, i na twarzy nosiła podobny grymas. Nie wyglądała jednak na tak spokojną, jak jej mąż – wydawało się, że gotowa jest wybuchnąć w każdej chwili.
- Podano do stołu – oznajmiła triumfalnym tonem pani Malfoy, powracając chwilę później z serwetkami i ogromnym talerzem, na którym niosła pieczonego indyka.
Scorpius oblizał wargi i złapał w dłoń swój widelec. Pan Malfoy zaczał wykładać im na talerze tłuczone ziemniaki.
- Kiedy macie następny mecz quidditcha, Albusie? – zapytał.
- Hę? A, mecz – odpowiedział szybko; właśnie się zdekoncentrował z powodu gapiącej się na niego intensywnie babci Malfoy. – Zaledwie kilka tygodni po powrocie z przerwy. Zaczynamy treningi już w środę.
- Cóż, mam nadzieję, że wam się uda – powiedział pan Malfoy. – Slytherin nie zdobył pucharu już od ładnych paru lat.
- W tym roku na pewno nam się uda, tato – zapewnił go Scorpius. – Widziałeś, jak lata Al, a poza tym mamy niesamowitych pałkarzy. Jedynym problem są ci dwaj ścigający... nie zdobyliby gola, nawet gdyby obręcze były wielkości małej planety...
- Tak, to na pewno mogłoby się zmienić, gdyby udało ci się dostać do drużyny – powiedział lodowatym tonem pan Malfoy, rzucając spojrzenie w jakimś przypadkowym kierunku.
Albus zauważył, że Scorpius się zarumienił.
- Dlaczego nie spróbujesz? – zapytał przyjaciela Albus. – Jesteś całkiem dobry... – dodał, i była to zupełna prawda; z tego, co zauważył Albus w ciągu minionego tygodnia, Scorpius wydawał się być niezły w lataniu.
- Nie może, ponieważ musi się uczyć – powiedziała pani Malfoy, wstając od stołu, żeby nalać im soku. – I już rozmawialiśmy na ten temat, Draco.
Albus przyglądał się zafascynowany, jak państwo Malfoy toczą bez słowa walkę wzrokiem. Przywiodło mu to na myśl podobne pojedynki, jakie widywał między swoim wujkiem Ronem a ciocią Hermioną.
- Jak smakuje ci indyk, Lucjuszu? – zapytała pani Malfoy, siadając z powrotem.
- Za suchy – odparł dziadek Malfoy tonem, który silnie zgrał się z jego słowami. To był pierwszy raz w ciągu całego wieczora, kiedy w ogóle się odezwał. Pani Malfoy wydawała się jednak przygotowana na podobną odpowiedź.
- Życzysz sobie trochę sosu? – zapytała uprzejmie.
- Czy jest suchy?
- Nie, czy chcesz SOSU! – krzyknęła pani Malfoy. Albus odniósł wrażenie, że pani Malfoy usiłowała zachowywać się spokojnie ze względu na jego obecność przy stole. Albus zerknął na Scorpiusa i zobaczył, że ten spokojnie je, nie robiąc sobie nic z sytuacji przy stole. Najwidoczniej już przywykł do podobnych zachowań.
- Nie, dziękuję – odpowiedział Lucjusz lodowatym tonem.
Pani Malfoy jednak i tak polała mu indyka sosem. Potem zwróciła się do Albusa.
- A twoja mama, czy często gotuje, Al? – zapytała, próbując utrzymać kontrolę i prowadzić miłą rozmowę.
- Niezbyt często, ale kiedy już to robi, wszystko jest przepyszne – powiedział Albus. – Tak samo jak i to! – dodał szybko, uświadamiając sobie, że ta odpowiedź mogłaby zostać uznana za niegrzeczną. Mówił jednak prawdę, indyk był naprawdę wyśmienity.
- A czy ty i twoje rodzeństwo pomagacie czasem w gotowaniu? To się naprawdę przydaje, kiedy już dorośniecie, mnie również uczyła kucharzenia moja matka.
- Hm... niekoniecznie – odpowiedział szczerze Albus. – Ale za to nasz skrzat domowy czasem pomaga...
- Mieliśmy kiedyś skrzata domowego – dobiegł nagle z rogu ostry, nieprzyjemny głos. Po raz pierwszy w ciągu jego wizyty w rezydencji Malfoyów odezwała się babka Scorpiusa. – Ale moja siostra go zabiła. Wbiła mu sztylet prosto w serce.
Albus zakrztusił się swoim napojem ze śmiechu. Nie oczekiwał, że babka Malfoy powie cokolwiek, a co dopiero tak niedorzeczny żart jak ten. Jednak kiedy się rozejrzał, zobaczył, że tylko on się roześmiał. Pozostali członkowie rodziny Malfoyów unikali spojrzenia mu w oczy, nikt również nie skomentował tej wypowiedzi.
Upłynęło kilka chwil, podczas których Albus przenosił wzrok z osoby na osobę. W końcu, pan Malfoy znowu podjął rozmowę.
- Więc, Al... jako pierwszy członek twojej rodziny trafiłeś do Slytherinu, prawda?
Albus pokiwał głową z ulgą, że znowu toczy się zwyczajna rozmowa.
- Taak. O ile mi wiadomo, każdy z mojej rodziny był w Gryffindorze.
- Nie byli tym rozczarowani?
Albus lekko wzruszył ramionami.
- Chyba nie mieli za dużo do powiedzenia w tej kwestii, prawda?
Państwo Malfoy się roześmieli.
- Nie byli zaskoczeni? Zazwyczaj można w jakiś sposób przewidzieć, gdzie trafi dana osoba – kontynuował pan Malfoy.
- Och tak, zaskoczeni to byli, no i może trochę zawiedzeni. Ale nikt się na mnie nie złościł. No, może poza moją kuzynką Rose. W ogóle jej się to nie podobało.
- Rose... Rose... jest na waszym roku, prawda? – zapytał pan Malfoy.
- Taak – odpowiedział Albus. – Skąd pan wie?
- Po prostu kilka razy o niej słyszałem – wytłumaczył spokojnie pan Malfoy.
- W każdym razie – wtrącił się Scorpius, ucinając rozmowę; miał niewyraźny wyraz twarzy i mocne rumieńce – słyszeliście o Osach z Wimbourne? Darowali sobie Tylera Konry'ego i wybrali na jego miejsce jakiegoś gracza rezerwowego...
Reszta obiadu upłynęła już cicho i spokojnie, Albus i Scorpius jako pierwsi zakończyli posiłek i odeszli od stołu. Albus poszedł razem z przyjacielem do ich wspólnego pokoju, żeby skończyć pakować rzeczy do szkoły, i zagadał szybko:
- Czy wy cały czas tak macie?
- Nie – odpowiedział Scorpius, zwijając skarpetki i wrzucając je do kufra. – Mama tak się postarała, ponieważ ty przyjechałeś. Zazwyczaj jemy coś prostego, w stylu spaghetti...
- Nie... chodziło mi o te kłótnie – odpowiedział jakby od niechcenia Albus.
Scorpius przestał kartkować podręczniki i uniósł głowę znad kufra.
- Jakie kłótnie?
Albus zmarszczył brwi.
- Nieważne – powiedział, wrzucając po kolei swoje rzeczy do torby. Mieli się spotkać z jego rodzicami na King's Cross, gdzie dostanie swój kufer.
Jak Scorpius skończył się pakować, poszli do salonu usiąść przy kominku i pograć w szachy. Scorpius jeszcze nie zwyciężył z nim od czasu jego przyjazdu i chciał to uczynić przynajmniej raz przed ich powrotem do Hogwartu.
Właśnie rozstawili figury na szachownicy, kiedy usłyszeli nagłe, głośne pukanie do drzwi. Scorpius wyprostował się natychmiast i popatrzył się tępo na drzwi. Była już prawie północ, i z tego, co wiedział Albus, wynikało, że rodzice Scorpiusa poszli już spać.
- Spodziewacie się gości? – zapytał Albus.
Scorpius potrząsnął głową, nie spuszczając wzroku z drzwi. Rozległo się kolejne nienaturalnie głośne pukanie. Scorpius wstał ze swojego miejsca i poszedł otworzyć. Kiedy to zrobił, Albus z trudem stłumił okrzyk.
Za drzwiami stał Rookwood, mężczyzna, którego rozmowę z Aresem Albus podsłuchał już parę miesięcy temu. Postąpił krok naprzód, jedną stopą był już wewnątrz, i wyglądał bardzo podobnie jak wtedy, kiedy ostatnio widział go Albus – był stary, miał tłuste włosy, ślady po ospie, i wyglądał bardzo podejrzanie.
- Dobry wieczór – powiedział Rookwood, uśmiechając się lekko.
- Eee... witam – odpowiedział Scorpius.
- Przepraszam, że wpadam tak bez zapowiedzi... – Rookwood próbował szerzej otworzyć drzwi, ale Scorpius mu na to nie pozwolił - ...ale mam tutaj do załatwienia niezwykle pilną sprawę. Mam nadzieję, że twój dziadek jeszcze nie śpi? – zapytał.
Scorpius jednocześnie przytaknął i wzruszył ramionami. Zerknął na Albusa, ale ten nic nie powiedział.
- Wpuść go – dobiegł spokojny głos.
Albus obrócił się gwałtownie i zauważył Lucjusza Malfoya wchodzącego właśnie do salonu.
- Ale będziesz musiał być cicho, większość rodziny już śpi – powiedział w kierunku Rookwooda. Odwrócił się do Scorpiusa i zapytał: - A wy co tu jeszcze wyprawiacie o tej porze?
Ale zanim Scorpius wystękał z siebie jakąś odpowiedź, mężczyzna mocno popchnął drzwi i wszedł do środka. Scorpius został odrzucony do tyłu, ale nie stracił równowagi. Wycofał się w kierunku kominka, przy którym ciągle stał Albus.
- Miałem nadzieję, że będziemy mogli porozmawiać na osobności... – zaczął Rookwood.
- Jadalnia – zarządził Lucjusz, i natychmiast obydwaj zniknęli za drzwiami.
- To on! – krzyknął Albus w tej samej sekundzie, w jakiej zamknęły się za mężczyznami drzwi. – To ten facet gadał z Aresem, to jest ten mężczyzna, którego mam różdżkę!
- A może by tak ciszej? – syknął Scorpius. – Wiem, kim on jest, już tutaj był parę razy.
- Czy on przynosi jakieś złe wieści?
- Hm... no nie wiem, mój tata go nie lubi.
Albus odwrócił się w stronę drzwi i mocno zastanowił.
- Pewnie rozmawiają o tym, co się dzieje w Zakazanym Lesie... jestem tego pewien!
- Może i tak, ale to chyba nie nasza sprawa, prawda? – zapytał Scorpius.
Albus ze zdziwienia otworzył usta.
- Znaczy się, ciebie w ogóle nie interesuje, co knuje Ares?
Scorpius klepnął się w czoło.
- Już. O. Tym. Rozmawialiśmy! – powiedział cicho. – Ares nie jest mordercą, ani nie planuje żadnej zbrodni. Cokolwiek zabrano temu różdżkarzowi, z pewnością zostało sprzedane albo zastawione, nieważne, czy to była różdżka, czy zegarek... a Ares w Lesie... no nie wiem, spotyka się z kumplami na partyjkę pokera czy coś...
Albus popatrzył się na niego z tępym wyrazem twarzy.
- W to nie uwierzę.
Wstał i poszedł w kierunku drzwi, za jakimi zniknęli mężczyźni. Używając swojej, jak dotąd najbardziej skutecznej, metody szpiegowania, ostrożnie przysunął ucho do drzwi, oczekując, że za chwilę usłyszy najbardziej mroczne sekrety...
- Dlaczego nic nie słychać?
Scorpius parsknął.
- Pewnie moja babcia rzuciła na nie jakieś zaklęcie. Żeby wygłuszać wszystkie dźwięki. To powodzenia z tym podsłuchiwaniem.
Albus się nachmurzył. No i jak ma teraz usłyszeć, o czym oni rozmawiają?
- No przecież! – wykrzyknął. Pobiegł w stronę pokoju, który dzielił ze Scorpiusem, i zaczął przetrząsać kieszenie swoich spodni. Po powrocie do salonu wyjął z kieszeni dwie pary sznurka w cielistym kolorze.
- Uszy Dalekiego Zasięgu! Mój wujek dał mi je pod choinkę, a ja nie opróżniałem jeszcze kieszeni!
Scorpius westchnął ciężko, ale wyciągnął dłoń po Uszy. Jęknął, kiedy Albus wręczył mu sznurek, po tym, jak sam zaopatrzył się w swoją parę Uszu.
- No chyba szkoda byłoby, gdyby mnie coś ominęło... – przyznał.
Albus uśmiechnął się chytrze, kiedy obydwie pary sznurka prześlizgnęły się w kierunku drzwi, a w końcu wsunęły się w szparę pod nimi. Nagle usłyszeli głosy tak wyraźnie, jakby znajdowali się w samym środku pokoju.
- ...absolutnym idiotą, jeśli chcesz podjąć takie ryzyko – mówił Lucjusz. – Poważnie, Augustusie, po tych wszystkich latach?
Rookwood wydał z siebie zniecierpliwiony odgłos, jakby spacerował nerwowo po pomieszczeniu.
- W tym nie ma nic głupiego. Jeśli już, to ty będziesz głupcem, jeśli nie zdecydujesz się dołączyć. A może po prostu się boisz, Lucjuszu? Bycie dziadkiem pozbawiło cię odwagi? Zamierzasz spędzić ostatnie lata swojego życia zmieniając pieluchy?
- Wolałbym je spędzić ze swoją rodziną, a nie w Azkabanie razem z tobą – uciął Lucjusz. – Bo właśnie tam skończysz, zapewniam cię. Ta „wojna" nigdy się nie zacznie.
- Ale nas nie obchodzi rozpoczęcie wojny – odpowiedział Rookwood. – Jak ci już wyjaśniałem chyba milion razy, wszystko, co robimy, czynimy w imię sztuk, które z taką dumą popieramy. Sprawili, że musimy uciekać... chować się... mówić szeptem... nowe ministerstwo Pottera zamieniło nas w zwykłe szczury i węże...
- Zawsze byliśmy tylko szczurami i wężami – odpowiedział sztywno Lucjusz. Brzmiał, jakby jego puls galopował.
- Ale czy rzeczywiście? – zapytał Rookwood, który wydawał się teraz rozzłoszczony. – Czujesz się tak, jakbyś zmarnował swoje życie, prawda, Lucjuszu?
Nastąpił moment ciszy. Albus słyszał ciężkie oddechy mężczyzn.
- Niczego nie żałuję – powiedział po chwili Lucjusz. – Ale też niczego nie zaryzykuję. Ja, moja żona i syn, uniknęliśmy Azkabonu jedynie dzięki pewnym kruczkom formalnym. Nie zamierzam ryzykować tej namiastki wolności dołączając do grona tego... kultu.
- To nie jest żaden kult!
- Dlaczego? Ponieważ macie przywódcę? Można was w takim razie nazwać gangiem, prawda? Czyje rozkazy i pragnienia wypełniasz? Swoje, czy Reda Aresa?
- Ares jest niezwykłym czarodziejem – wycedził Rookwood przez zaciśnięte zęby. – I wiesz tak samo dobrze, jak ja, że znajduje się w doskonałej sytuacji do ataku.
- Więc to robicie na tych swoich zjazdach? Spotykacie się w grupach, żeby wybrać nowego lidera? To odrażające, w ogóle się nie zmieniłeś. Czy poprzednie doświadczenia niczego cię nie nauczyły?
- Ares nie jest podobny do Czarnego Pana. On nie ma służby na swoje rozkazy i toleruje nasze pomyłki. On nie jest naszym przywódcą, po prostu jest najbardziej wyróżniającym się członkiem grupy. A słuchamy go, ponieważ taki jest jego plan, nie dlatego, że musimy.
- Chodzi o ten sam plan, o którym wspominałeś rok temu? Jak tam postępy? – zapytał szyderczo Lucjusz.
- Lepiej, niż myślisz. Ares ma Smoczą Różdżkę.
Nastąpiła jeszcze dłuższa pauza. Albus zerknął na Scorpiusa i zobaczył, że przyjaciel jest bardzo blady. Przysunęli się do drzwi, kiedy tylko usłyszeli wznowienie rozmowy. Ciągle mówił Rookwood.
- Nie skomentujesz? Teraz to jeszcze nic... różdżka nie osiągnęła jeszcze pełni mocy, Ares zaledwie posmakował jej zdolności. Niedługo zacznie sprawdzać, co może osiągnąć z jej pomocą. Wtedy będą tylko dwie strony... jedna, która będzie chciała również doświadczyć tej wspaniałości, i druga, która stanie jej na drodze. Wyświadczam ci przysługę, Lucjuszu. Ja wiem, po której chcę się znaleźć stronie. A ty?
Nastąpił trzeci moment ciszy. Tym razem jednak, pierwszy odezwał się Lucjusz.
- Odejdź. Odejdź stąd i już nigdy nie próbuj się ze mną kontaktować.
Albus usłyszał kroki i szybko pociągnął za sznurek. Scorpius zrobił to samo i zaczęli pospiesznie przesuwać figury po swojej nietkniętej szachownicy. Otworzyły się drzwi i stanęli w nich obydwaj mężczyźni – Rookwood wyglądał na zrezygnowanego.
Podeszli w stronę drzwi i Lucjusz je otworzył. Rookwood wyszedł na zewnątrz i spojrzał mu prosto w twarz.
- Lucjuszu, błagam. Jak długo jesteśmy już przyjaciółmi?
- O wiele za długo – odpowiedział ponuro Lucjusz i łagodnie zamknął drzwi tuż przed jego twarzą. Odwrócił się i popatrzył na Albusa i Scorpiusa, którzy zaprzestali właśnie swojej szachowej maskarady.
- Proponuję, żebyście poszli już spać. Jutro wstajecie wcześnie rano.
I nie kiwając im nawet głową na pożegnanie, wyszedł przez te same drzwi, z których przed chwilą się wyłonił. Albus i Scorpius spojrzeli sobie prosto w oczy. Albus doskonale wiedział, że nie tylko jemu myśli galopują po głowie.
- No i? – zapytał.
- No i co?
- Co o tym myślisz?
Scorpius zwiesił głowę i przemówił do swoich kolan.
- Sądzę, że ktoś w Ministerstwie winien jest temu całemu Mackleblasterowi porządne przeprosiny.
