Od autorki: Obiecywałam humor i oto proszę ;-)


Rozdział 11. Wino

Szeregowy Sanchez porusza się niespokojnie. Napięcie staje się nie do zniesienia. Poprawia chwyt muszkietu. Jego ręce drętwieją od trzymania gotowej do strzału broni.

Niech Gomez wreszcie pociągnie za spust. Nie, żeby Sanchezowi zależało na śmierci samozwańczego obrońcy Los Angeles. Jak każdy, kto zna realia pueblo, wie (choć głośno nie ośmieli się tego przyznać), że Zorro nie jest zwykłym bandytą. Zamaskowany jeździec ma na koncie wiele szlachetnych uczynków, a i mundurowym oddał niejedną przysługę. Jeśli jednak kapral nie wykona zadania, alcalde każe razem z Zorro zastrzelić kaprala. Trudno o bardziej bezwzględny rozkaz.

I jak można zatrzymywać tu señoritę? Biedna dziewczyna. Okrucieństwem jest zmuszać ją do patrzenia na śmierć ukochanego. Sanchez szczerze współczuje właścicielce gospody. Gospody, w której wówczas spoił się tym przeklętym winem! Kiedy już będzie po wszystkim, znów się upije. Zrobi to, choć zaledwie parę dni temu zaklinał się, że więcej nie weźmie do ust ani kropli trunku.

Kątem oka spogląda na Pereza. Mógłby przysiąc, że drugi żołnierz czuje to samo.


Tamtej nocy alkohol miał im pomóc odreagować napięcie ostatnich godzin, zapomnieć o gniewie alcalde i odprężyć się. Przypuszczając, że nie będą mieć na to szans w dającej się przewidzieć przyszłości, do późna zabawili w tawernie. Wyproszeni w końcu przez zamykającą lokal señoritę Escalante, zataczali się właśnie między zabudowaniami pueblo, poszukując miejsca, w którym mogliby opróżnić zabraną ze sobą butelkę wina, kiedy w ciemności ujrzeli dwie znajome sylwetki.

Szy ty wizisz to, szo ja wize? wolał upewnić się Sanchez.

A szo ty wizisz? wymamrotał jego towarzysz. Bo ja wize, że Gomez też sie dziś ubzdry-yp!-ngolił. Ale Sssorro chyba barziej – zachichotał, kiedy wyższa postać potknęła się i omal nie upadła. Zie oni idom?

Chy-yp!-ba do gospody – ocenił Sanchez, poobserwowawszy przez chwilę.

A szemu na około? dociekał Perez. I po szo? Po następną flaszke? Hej, chło... Wychylił się zza węgła, lecz kolega z powrotem wciągnął go w zaułek i zatkał mu usta.

Sssicho! rozkazał.

Ssszemu? zdziwił się tamten. Chsssiałem ich tylko up!-rzedzić, że tawerna już zamk-nięta.

Gupi jeseś! oburzył się Sanchez, a ponieważ alkohol rozbudził w nim waleczne serce, popychając go do heroicznych wyczynów, zdecydował. Póziemy za nimi i złapiemy Sssorro!

Dostanie-yp!-my awans! ucieszył się Perez, znów wyrywając się do przodu. I nag-rode! Beziemy bogasi!

Ssszekaj! zatrzymał go towarzysz i począł się obmacywać w poszukiwaniu broni. Mamy tttylko szpady – stwierdził po oględzinach. Może nie wystarszyć.

To szo robimy?

Iziemy najpierw do koszar!

Sił starczyło im raptem na dotarcie pod bramę. Czując, że lada moment nogi odmówią im posłuszeństwa, wsparli się o jej skrzydła i przez kilka następnych minut wyłącznie w śmiałych słowach chwytali zamaskowanego banitę. Tak nakrył ich sierżant Mendoza.

Bredzicie, szeregowy Sanchez! zareagował na wybełkotany meldunek tego z podwładnych, który lepiej nadawał się do składania wyjaśnień. Kapral Gomez śpi w swojej kwaterze.

Aaale, sssierż... sssie-yp!-rżancie... myśmy nap-rawde wizieli...

Zatem macie zwidy! Jesteście kompletnie pijani!

Aaale oni... Oni wyszli... i tttam...

Widzieliście kogoś, Reyes? Mendoza zwrócił się do przeszkolonego przed chwilą strażnika, który nadbiegł, usłyszawszy hałas.

Nie! zdecydowanie zaprzeczył lansjer, modląc się w duchu, by TAKA ucieczka na JEGO zmianie faktycznie była pijackim urojeniem.

Słyszycie? Wartownik nikogo nie zauważył.

Miałem oczy dookoła głowy! wtrącił z udawanym oburzeniem Reyes, ośmielony wsparciem sierżanta.

Aaale tttam... nie dawał za wygraną Sanchez, bezładnie wskazując kierunek. Tttam...

Milczeć! rozkazał Mendoza. Wy też, szeregowy Perez! zawczasu uciszył otwierającego usta podwładnego, nim ten zdążył poprzeć kolegę. Sprawdzę to. Ale jeśli na darmo zbudzę garnizon, to marny wasz los. Mam wam przypomnieć, jak alcalde karze pijaństwo?

Ostatni argument najlepiej przemówił do przytępionych alkoholem umysłów.

Zacze-yp!-kajcie, sssier... sier-żancie! Sanchez stracił pewność siebie, ledwie Mendoza obrócił się na pięcie. Bo jest sssiemno... Może ttto nie... Może sie nam...

Wydawało? Mendoza z dezaprobatą pokręcił głową. Tak myślałem.

Prooooosze nie yp! nie mówić al-calde – dołączył się przerażony wizją kary Perez, który niespodziewanie objął, a raczej uwiesił się na przełożonym. On nas...

Puśćcie mnie, szeregowy!

Aaale prooooosze... zawodził tamten. Zli-yp!-tujcie sie...

Zastanowię się – obiecał szorstkim tonem Mendoza, uwalniając się z uścisku. I żebym więcej nie słyszał tych bzdur! Zrozumiano?!

Tttak jest, sssierż... sieżr... sie... Podczas gdy Sanchez jedynie kiwał głową, Perez starał się wymamrotać odpowiedź. Tttak jest! zrezygnował wreszcie z trudnego słowa.

A teraz zejść mi z oczu! Natychmiast marsz do swoich kwater!

Odeszli chwiejnym krokiem, podtrzymując się nawzajem.


Nie tylko Perez i Sanchez dzisiaj się napiją. Poleje się mnóstwo wina. Prawdopodobnie po raz ostatni w gospodzie należącej do Victorii Escalante, nim niezależna kobieta interesu stanie się ubogą karczmarką na łasce lokalnej władzy. Jeśli w ogóle pozostanie przy życiu.

Alcalde zapewne będzie świętował zwycięstwo przy butelce najwykwintniejszego trunku. Może nawet pofolguje żołnierzom. Ale chyba żaden z nich nie będzie w nastroju do zabawy. Raczej spróbują przytłumić w pamięci wstrząsające obrazy.

Pozbawieni obrońcy mieszkańcy Los Angeles będą zalewać smutek tanim winem. Ostatnią zaś kroplę wypije padre Benitez na pogrzebie. A potem... Potem pueblo wróci do stanu sprzed kilku lat, sprzed pojawienia się bohatera w czerni.

Cdn.