Snape i Sprout metodycznie oglądali głowę Honoriusza Zabble'a, wygłaszając fachowe komentarze w stylu: „widzisz te otarcia?", „to musi być efekt zaklęcia…" lub „posuń się!". Notatniki obojga profesorów błyskawicznie się zapełniały.
- Decapite jak nic – przyznała Pomona. – I na pewno w kolonii smoczego krzaczka.
- Kto by pomyślał – pokręcił głową Mistrz Eliksirów. – Takie sprytne przejście pod jeziorem. Naprawdę, wstyd mi, że to gryfoni je odnaleźli.
- Mógłbyś czasami zapomnieć o tej idiotycznej rywalizacji – stwierdziła oskarżycielskim tonem profesor zielarstwa, sięgając po pęsetę.
- W jakim domu byłaś, Pomono? – zapytał Snape.
- W Hufflepuffie.
- No właśnie.
Severus pochylił się nad martwą głową, zignorowawszy pełne oburzenia spojrzenie koleżanki.
- Bo wam w Slytherinie i Gryffindorze się wydaje, że jesteście najważniejsi – Pomona zaczęła mieszać eliksir rozpuszczający ludzkie tkanki.
- Bo tak jest – odparł Snape.
- Nie jest! Gdyby nie Ravenclaw i my, czarodzieje nie przetrwaliby do dzisiejszych czasów.
- A dlaczego? – zdziwił się opiekun Slytherinu, który mógł bez problemu wyobrazić sobie świat bez kujonów i ciamajd.
- Wy prowadzicie swoje głupie wojenki – rzekła z przekonaniem Sprout – a my zajmujemy się medycyną i rozwojem magii.
- A my tworzymy magię – Mistrz Eliksirów uśmiechnął się do koleżanki. – Po co komu nowe zaklęcie, jeśli nie można nim miotnąć w jakiegoś wkurzającego gryfonika?
- Jesteś niereformowalny, Snape – orzekła Pomona, ignorując jego czarujący uśmiech. – Dziwię się, że Dumbledore pozwolił ci być opiekunem domu. Tworzysz tylko nowe pokłady niechęci między Slytherinem a Gryffindorem.
- Te pokłady są tak wielkie same z siebie, że nie rozpuściłby ich nawet twój eliksir molti corpi nawiasem mówiąc niedokładnie zmieszany – odparł Severus, wydłubując coś z rany na potylicy.
W milczeniu pochylili się nad głową gryfona. Była w dużo gorszym stanie niż ciało, ale i tak bez problemu dało się rozpoznać rysy. Ostatnia mina Honoriusza Zabble'a nie była naznaczona strachem; raczej błogością.
- W momencie śmierci był kompletnie pijany – stwierdziła Sprout. – Oprócz dormi lenti musiał wypić mnóstwo alkoholu.
- Zielona wila, cholernie mocne – powiedział Snape. – Pomieszana z grzybami halucynogennymi daje niesamowity odlot.
- Skąd wiesz? – zapytała profesor zielarstwa z tak złośliwym uśmieszkiem, że prawie nie wyglądała na puchonkę.
- Och, wiesz dawne dzieje – Severus teatralnie machną ręką. – Próbowało się tego i owego: alkohole, zioła, mugolskie narkotyki… Normalka w Slytherinie.
- Nie wątpię – Pomona chciała dodać coś jeszcze, ale zamilkła w pół zdania. – Patrz! Snape, widzisz to?
Mistrz Eliksirów sięgnął po różdżkę i oświetlił lumosem skrawki skóry dookoła miejsca oderwania głowy.
- Widzisz to?
- Co?
- No, patrz.
Z różdżki Pomony wystrzeliło zielone, bardzo ostre światło.
- Teraz widzisz? Kumulacja zaklęć.
Skóra fosforyzowała na biało.
- Cholera – Snape aż się wyprostował. – Dwa bardzo mocne zaklęcia, jedno po drugim…
- Nie – zaprzeczyła Pomona. – Jednocześnie.
- Ale tak się nie da!
- Da.
Sprout postawiła na stoliku doniczkę. Rzuciła jedno zaklęcie. Doniczka zaczęła się kręcić.
- Widzisz? Zaklęcie kinetyczne. A teraz patrz.
Rzuciła drugie; doniczka zmieniła kolor. Profesor zielarstwa oświetliła ją na zielono. Cała doniczka mieniła się bielą.
- Jeśli obiekt jest pod działaniem jednego zaklęcia, to drugie z tej samej różdżki zakrzywia jego obieg energii, która podnosi łączność magiczną…
Odpowiedzią na ten wywód była podniesiona brew Mistrza Eliksirów.
- Czyli po prostu energia magiczna się kumuluje – stwierdziła Sprout.
Snape potarł brodę w geście zamyślenia.
- Zaklęcie długotrwające plus drugie bardzo mocne…
- Z długotrwających najpowszechniejsze są kinetyczne – dodała profesor zielarstwa. – Moviti, Spirali, Leviti…
- Czekaj, czekaj – Snape dopadł do swojego notatnika i zaczął przerzucać papirusy. – Weź różdżkę i rzuć Leviti na doniczkę.
- Proszę cię bardzo.
Doniczka pofrunęła pod sufit.
- I co?
- I rzuć destriorare.
Doniczka pękła z trzaskiem. Pomona spojrzała na kolegę pytającym wzrokiem. Severus przyglądał się skorupkom jak zahipnotyzowany.
- Leviti to jedyne zaklęcie kinetyczne, które wymaga ciągłej uwagi – wyjaśnił po długiej chwili kontemplacji. – Rozumiesz?
- Nie – przyznała Pomona bez cienia zażenowania.
- Krukonka widziała Worthby'ego jak szedł przez korytarze z różdżką w gotowości. Trzymał Leviti! – wykrzyknął tak, jak musiał krzyknąć Wielki Salazar Założyciel, gdy wynalazł eliksir na kaca.
- Idziemy! – Pomona złapała kolegę za rękaw i pociągnęła go w stronę drzwi.
