6.

Kiedy docieramy do Bolu, wcale nie jest tak wcześnie jak planowaliśmy, bo choć oczywiście Luka był na nogach już od świtu, pozostałe dwie trzecie naszej rodziny jak zwykle ruszały się jak muchy w smole. Zlatni Rat z miejsca mnie rozczarowuje. Po pierwsze, rzeczywiście są tam dzikie tłumy. Ale najgorsze jest to, że wbrew temu, co widziałam z Vidovej, cypel wcale nie jest piaszczysty, ale pokryty drobnymi kamyczkami. I to by było na tyle z zamków z piasku i tym podobnych marzeń.

Nie przyznaję się do tego – są sytuacje, kiedy babska duma bywa gorsza od męskiej. W gruncie rzeczy miejsce jest rzeczywiście dość urokliwe. Pomijając podłoże. I rozwrzeszczanych turystów rzecz jasna. Według Luki jest to jedyna na świecie plaża położona prostopadle do wybrzeża, do tego jeszcze podobno zmienia kształt w zależności od wiatru. Stojąc na samym czubku Złotego Rogu człowiek ma wrażenie, że jest ze wszystkich stron otoczony przez lazurową wodę. Niestety najpierw trzeba się na ten czubek dopchać, a z tym już wcale nie jest tak łatwo. Ostatecznie znajdujemy kawałeczek wolnej przestrzeni w sam raz na nasz majdan. Rozkładamy się, chłopcy tradycyjnie pędzą do wody, podczas gdy ja decyduję się zostać i popilnować rzeczy. Dotychczas ufałam w zapewnienia Luki, że w Chorwacji nie kradną, ale dziś obawiam się, że choćby nawet nasze plecaki i zabawki Joego były bezpieczne, to ten cenny kawałek plaży w połowie cypla już niekoniecznie.

I mam rację. Nie mija nawet godzina, kiedy obok nas rozkłada się para niemieckich emerytów. Mówię obok, ale to drobne niedopowiedzenie. Cholerne Szwaby rozsiadają się tak blisko, że ich koc niemal styka się z naszym. Oczywiście drą się przy tym na pół plaży, a na domiar złego z torby kobiety wystaje małe radyjko. Na razie morduję ich wzrokiem z nadzieją, że zrozumieją i sami sobie pójdą, ale niech no tylko baba włączy to ustrojstwo, przysięgam, że osobiście utopię je w Jadranie. Z całą resztą ich klamotów zresztą. Na razie na szczęście radio milczy – w przeciwieństwie do jego właścicieli – tymczasem jednak para sąsiadów z drugiej strony naszego stanowiska, moim zdaniem Czechów, zaczyna rodzinną awanturę. Nie rozumiem ani słowa, ale widzę wyraźnie, że oboje nie pozostają sobie dłużni. Słowianie to jednak mają temperament. Ostatecznie dziewczyna daje partnerowi po twarzy, a ten oburzony zabiera swój ręcznik w muchomorki (serio! Spodobałby się Joemu) i odchodzi. W tym samym momencie moi panowie wracają z wody, korzystam więc z okazji i sama idę zamoczyć nogi.

W wodzie nie jest ani trochę lepiej. Rozwrzeszczane bachory biegają i chlapią na wszystkich dookoła, ich rodzice drą się jeszcze gorzej od nich, zwariować można w tym chaosie. Dopiero teraz doceniam fakt, że dzięki Joemu od początku unikaliśmy miejskich plaż. Tam, gdzie zwykle chodzimy, może podłoże nieco gorsze, ale przynajmniej jest spokój. Miarka przebiera się, kiedy wracam na nasze miejsce i zauważam, że opuszczona przez towarzysza Czeszka w najlepsze pali papierosa, z którego cały dym leci właśnie w naszym kierunku. Wiem, jeszcze nie tak dawno temu sama nie mogłam wytrzymać dnia bez tytoniu, ale nawet zanim zdołałam rzucić, starałam się pilnować, żeby nie zatruwać przy okazji powietrza otoczeniu. No dobra, zależy jeszcze, kto był tym otoczeniem... Ale na pewno nie zasmrodziłabym nadmorskiej bryzy tylko dlatego, że nie chciałoby mi się ruszyć czterech liter i odejść w nieco bardziej ustronne miejsce.

– Powiedz jej coś – syczę do Luki, który najpierw chyba nie rozumie, o co mi chodzi. Po chwili jednak dociera do niego i po angielsku grzecznie prosi naszą sąsiadkę, żeby nie paliła przy dziecku. Zostaje całkowicie zignorowany, powtarza więc to samo po chorwacku. Tym razem skutek jest nieco lepszy, bo dziewczyna unosi głowę, marszczy nos i odpowiada coś zirytowanym tonem, który najwyraźniej bardzo się Luce nie podoba. Jestem już całkowicie pewna, że ona mówi po czesku, a mój mąż w swoim ojczystym języku, ale jakimś cudem nie utrudnia im to porozumienia i zaczynają kłócić się w najlepsze. Wzdycham ciężko, po raz pierwszy w życiu szczerze żałując, że nie znam żadnego ze słowiańskich języków i próbuję odwrócić uwagę Joego przy pomocy jego samochodzików. Zaraz jednak przeszkadza mi w tym Niemka, którą nie tak dawno temu chciałam siłą wyeksmitować z plaży. Teraz grzecznie pyta mnie po angielsku, o co chodzi, a kiedy poznaje powód dyskusji, sama natychmiast się do niej włącza, na szczęście biorąc stronę Luki i moją. Szkoda tylko, że Czeszka i tak nie rozumie ani słowa, bo Niemka całkiem sensownie wykłada, co powinni wiedzieć cywilizowani Europejczycy w dwudziestym pierwszym wieku. Brakuje już tylko, żeby mąż Niemki również dołączył do awantury.

I rzeczywiście, chwilę później woła coś do żony, dla odmiany po niemiecku, ona odpowiada mu po angielsku, że mógłby ruszyć tyłek i ją poprzeć, on z kolei mówi coś chyba do Luki – po niemiecku rzecz jasna – i ku memu zaskoczeniu Luka odpowiada mu w tym samym języku. Czeszka przechodzi również na niemiecki, a wtedy mój mąż oświadcza mi po angielsku, że on się poddaje, bo jego niemiecki jest na to zbyt słaby. W tej samej chwili Joe także nie wytrzymuje i wybucha płaczem i w końcu sami zwijamy manatki i chyłkiem wycofujemy się z plaży, na której międzynarodowa awantura trwa w najlepsze i zdążyła już zgromadzić jeszcze paru zwolenników oraz przeciwników tytoniu. I tym sposobem mój w zamierzeniu idealny dzień na piaszczystej plaży kończy się klęską na wszystkich frontach.