Rozdział 11 – To nie tak miało być
If travel is searching
And home has been found
I'm not stopping
I'm going hunting
I'm the hunter*
Hunter – 30 Seconds to Mars
— Gdzie oni poszli? — Do Sweetsa, który właśnie opuszczał gabinet Brennan, podeszła Camille. Jej ręka wskazywała na drzwi, przez które przed chwilą wyszli Bones i Booth. Jednak nie tylko Cam zdążyła to zauważyć. Usta młodego psychologa właśnie się otwierały, by udzielić doktor Saroyan odpowiedzi, kiedy podeszli do nich Hodgins i Angela.
— Gdzie Bren? — zapytała artystka.
— I Booth? — dodał Jack.
Lance tylko westchnął. Uwielbiał tych ludzi, a ich zaangażowanie w sprawy innych czasem przyprawiało go o lekki zawrót głowy. Już nie raz słuchał ich zwierzeń. W tej wąskiej grupie przyjaciół jaką posiadał nie było chyba osoby, która kiedykolwiek nie przyszłaby do niego po radę. Słuchał rozterek uczuciowych Hodginsa, zmartwień Camille dotyczących pracy i współpracowników, wysłuchiwał żali Angeli dotyczących małej świnki, którą chciała ocalić. Nawet Seeley czasem miał do niego jakieś pytanie.
— Pojechali złapać mordercę — powiedział Słodki.
— Co?
— Jak to?
— Kto to?
— Ale jeszcze czekam na wyniki moich badań. — Przez pytania przebił się głos entomologa.
— Doszli do wniosku, że mordercą jest Michale Dalton alias Jason West — powiedział Sweets i wyjaśnił im jak doszli do takiego wniosku.
.::.
Tymczasem Brennan i Booth byli w drodze do domu Thomasa Wichestera seniora, u którego jak podejrzewali powinien znajdować się Dalton. W końcu był jego ochroniarzem, a oni bardzo rzadko cieszyli się wolnymi dniami. Każde z nich jeszcze raz analizowało wszystkie dowody, które udało im się uzyskać bądź wydedukować, i choć nie dzielili się swoimi spostrzeżeniami na głos, to i tak wiedzieli, że myślą o tym samym. W takich chwilach nie było mowy o niczym innym, należała się pewna koncentracja i skupienie, które dzisiaj było zakłócone przez planowaną wizytę Seeleya u Tempe w celu zobaczenia swojej córki. Booth nie mógł opędzić się od myśli, które krążyły w jego głowie i pytań jakie się pojawiały. Jak wygląda? Do kogo jest podobna? Czy będzie na tyle silny, by spojrzeć na nią bez wyrzutów skierowanych w stronę jej matki? Same pytania. Żadnych odpowiedzi. W tym chaosie, jaki zapanował w jego głowie praca mieszała się z życiem uczuciowym. A to nie było dobre. Było wręcz niepożądane i wywoływało zgubne emocje, które w tym momencie akurat jak najmniej były potrzebne.
Bones wydawała się skupiona na pracy, jak zawsze zresztą, ale w istocie było ciut inaczej. Oczywiście za priorytet postawiła sobie rozwiązanie sprawy, jaką teraz prowadziła z Seeleyem, ale zaraz na drugim miejscu było dzisiejsze spotkanie. Może wreszcie pozwoli mi wytłumaczyć? – myślała, spoglądając na krajobrazy migające za szybą. Wjechali właśnie w dzielnicę domków willowych, niektóre przypominały wręcz małe pałacyki, dookoła których rozciągały się fantazyjne ogrody.
— Skąd oni mają na to pieniądze. — Raczej stwierdzenie, a nie pytanie przerwało ciszę, panującą w samochodzie. Booth był troszkę przewrażliwiony na punkcie bogaczy i teraz przypomniał o tym swojej partnerce.
— Jeszcze nie wyleczyłeś z tego uprzedzenia? Myślałam, że masz już to za sobą skoro współpracujesz ze mną i Hodginsem — odparła Bones, spoglądając na agenta. — Wiesz, że gdybym chciała mogłabym mieć taki dom. — Wskazała na okazałą willę z ogrodem posiadającym własną rzeczkę i mostek. — A nawet lepszy — dodała bez żadnych ceregieli.
Booth tylko posłał jej kwaśny uśmiech. Chwilę potem zatrzymał toyotę na podjeździe przed domem Winchestera. Posiadłość tego lobbysty prezentowała się nie gorzej niż mijane przez nich domy. Wysiedli z samochodu i ruszyli przez ogród w stronę drzwi wejściowych. Minęli fontannę, której głównym zdobieniem był posąg nagiej kobiety splecionej w namiętnym uścisku z równie nagim mężczyzną, nad którą zachwyciła się Brennan.
— Zachwycałaś się fontanną czy tym nagim facetem? — zapytał Booth z przekąsem, kiedy w końcu stanęli przed frontowymi drzwiami. Odpowiedzią był tylko groźny wzrok jego partnerki, mówiący, by przestał żartować.
— Pukamy czy wchodzimy w sekrecie? — zapytała antropolog i tym razem to Seeley na nią spojrzał. W jego oczach nie było jednak groźby mordu, a lekkie rozbawienie.
— Potajemnie. Nie „w sekrecie" — odparł i pokiwał głową z niedowierzaniem. Przez rok praktycznie nic się nie zmieniło. Nie, jednak się zmieniło. Upomniał się w duchu i nacisnął dzwonek. Głośna melodyjka oznajmiła przybycie gości. Minęły jednak dwie minuty, a nikt nie otworzył im drzwi. Kolejne naciśnięcie dzwonka i znowu cisza.
— Może nikogo nie ma — powiedziała Temperance, jej mina wyrażała lekkie zmartwienie z tego powodu. Ale czemu się dziwić, po rocznej przerwie chciała wreszcie złapać jakiegoś mordercę.
— Nie, ktoś musi być w tak wielkim domu. Chyba nie myślisz, że Winchester sam sobie gotuje? — odparł agent i zszedł z przestronnej werandy. Bones podążyła za nim kierując się na tyły domu. — Oby były otwarte — mruknął Booth, zatrzymując się przed niepozornymi drzwiami, które najprawdopodobniej były wejściem do kuchni. Agent już miał nacisnąć klamkę, kiedy Tempe go uprzedziła. Drzwi ustąpiły i kobieta była już w środku.
— Boże, daj mi więcej siły — mruknął Seeley kierując wzrok ku niebu, po czym wszedł do środka za Bones. Ledwo przestąpił próg uderzył go przepych, który panował nawet w kuchni. Najlepsze przyrządy kuchenne, naczynia – wszystko z najwyższej półki. — Ludziom naprawdę odbija od nadmiaru kasy, dobrze, że chociaż ty jesteś w miarę normalna... Tempe, gdzie idziesz? Czekaj. — Agent konspiracyjnym szeptem zawołał swoją partnerkę, która była już w połowie drogi do salonu. — Czemu ty nigdy na mnie nie czekasz? — zapytał kiedy już znalazł się obok niej.
— Chciałam się tylko rozejrzeć — odparła spokojnym głosem.
— Już ja znam te twoje „rozglądanie" — mruknął, po czym wyjął broń. — A teraz idziesz za mną. I nie dyskutuj — syknął.
Bones zacisnęła zęby, ale nie dała się wyprowadzić z równowagi. Chcąc nie chcąc ruszyła za agentem po schodach prowadzących na piętro. W domu panowała kompletna cisza, jeśli nie liczyć tykania zabytkowego zegara stojącego w salonie. Brzmiało to dość upiornie, brakowało tylko nocy za oknem, a Booth mógłby ze spokojem poczuć się jak bohater filmu „Nawiedzony dom". Po wejściu na piętro rozejrzeli się dookoła, ale żadne z nich nie zauważyło niczego podejrzanego. Ruszyli na prawo zaglądając do każdego mijanego pomieszczenia, ale nic nie znaleźli. Byli właśnie w połowie lewego skrzydła domu, kiedy do ich uszu dotarł cichy dźwięk. Seeley spojrzał na Bones, która kiwnęła w stronę źródła hałasu. Powoli zaczęli iść w tamtym kierunku, ostatnie drzwi po lewej były otwarte. Dźwięk był coraz wyraźniejszy i brzmiał jak zduszone okrzyki. Temperance pierwsza wyjrzała zza rogu i zobaczyła skrępowanego Thomasa Wichestera siedzącego na krześle za biurkiem. W usta miał wepchniętą jakąś szmatę, a ręce i nogi przywiązane były do krzesła.
— Pan Winchester — powiedziała i weszła do środka. Booth tylko krzyknął.
— Bones. Nie!
Ale było już za późno. Dalton celował z broni do skroni Tempe, która zrozumiała, że popełniła błąd. Najgorszy z możliwych.
— A teraz odłóż spluwę — warknął Dalton do Bootha, który stał z pistoletem wycelowanym w przeciwnika. — Odłóż ją! Chyba wyraziłem się jasno?!
— Puść ją.
— To ja tu, kurwa, dyktuję warunki. Rób co mówię, albo lalunia pożegna się z życiem — powiedział napastnik i na dowód tych słów przyciągnął Brennan za włosy bliżej siebie. Cichy syk bólu wydobył się z gardła kobiety. Nie pozwoliła jednak sobie na okazanie więcej słabości. Patrzyła na Bootha, który w tej chwili analizował wszystkie możliwe wyjścia z tej sytuacji. — Liczę do trzech...
— OK. OK. Już odkładam — odparł szybko Seeley rozładowując magazynek i rzucając go na podłogę. Miał nadzieje, że nie popełnia w ten sposób błędu, i że ich przyjaciele zauważą, że coś jest nie tak. W tej chwili tylko to mu pozostało.
— Grzeczny piesek — zaszydził Dalton. — A teraz tu podejdź... No już... Nie ociągaj się...
Booth mógł się tylko domyślać co teraz zrobi ten mężczyzna. Chwilę potem poczuł silny ból w okolicach karku. Zapadał w ciemność, a ostatnie co zarejestrował to przerażony krzyk Bones.
.::.
W instytucie kończył się właśnie kolejny dzień pracy. Laboranci uprzątali swoje stoiska badawcze szykując się do wyjścia. Camille przeglądała ostatnie raporty, a Hodgins ponaglał Angelę, która ociągała się. Miała dziwne wrażenie, że coś jest nie tak. Booth i Bren już dawno powinni byli wrócić i opowiedzieć im jak doszło do schwytania Daltona. Tymczasem gabinet jej przyjaciółki świecił pustkami, a telefon milczał jak zaklęty. Żadnych informacji od agenta, FBI czy Tempe. To zaczynało być lekko niepokojące.
— Mam złe przeczucie, Jack — powiedziała Angela, stając na wprost swojego męża. — Coś tu nie gra, Tempe i Booth powinni już dawno tu być.
— Może pogodzili się i teraz są już razem? — zaproponował takie rozwiązanie entomolog, nie zapominając dorzucić do tego charakterystycznego uśmieszku.
— Daj spokój, mówię poważnie.
— Ja też — odparł Hodgins nie przestając się uśmiechać. Artystka nie zdążyła jednak obsztorcować swojego męża, kiedy do jej pracowni weszła Cam, a jej mina nie zdradzała nic dobrego.
— Chyba mamy problem — powiedziała i spojrzała na swoich pracowników.
— Co się stało? — zapytała Angela, a jej obawy powiększyły się do rozmiarów pokrywy lodowcowej na Antarktydzie.
— Dzwonił szef Bootha, ten cały Hacker... Agenci znaleźli samochód Seeleya przed domem Winchestera. Ani śladu Brennan i Bootha, za to ciało Winchestera i ślady krwi w jego gabinecie.
— Nie „chyba", my mamy problem — podsumował Hodgins.
*Jeśli podróż jest poszukiwaniem
I dom zostanie znaleziony
Ja nie zatrzymam się
Ja będę polował
Jestem łowcą
