Jack jechał windą na 28 poziom bazy SGC. Minął tydzień odkąd opuścił bazę i tak jak obiecał teraz wrócił, aby porozmawiać z generałem na temat jego przyszłości. Winda zatrzymała się. Drzwi rozsunęły się na boki i Jack ujrzał znajome, szare korytarze tajnej bazy wojskowej. Wyszedł z windy i poprzez pomieszczenie kontrolne wrót skrótem udał się do sali odpraw, a następnie do biura generała. Po drodze przywitał się ze wszystkimi znajomymi mu twarzami.
Usiadł na krześle w biurze Hammonda. Walter oznajmił mu, że generał za chwilę przyjdzie. Jack uśmiechnął się tylko i postanowił wykorzystać ten czas na dokładniejsze przyjrzenie się pomieszczeniu. Kiedy przyglądał się zdjęciom zawieszonym na ścianie, drzwi otworzyły się i do biura wszedł George. Przywitał się z Jackiem, a następnie usiadł w swoim skórzanym fotelu, za biurkiem. Kazał spocząć pułkownikowi.
Jack krążył po korytarzach SGC szukając Daniela. Umówili się, kiedy tylko ten zakończy rozmowę z generałem, spotkają się i razem wyjdą z bazy. Właśnie wyszedł z biura generała Hammonda, gdzie złożył rezygnacje. Rozstawał się z programem „Gwiezdnych wrót" po tylu latach. Zwolnił kroku. Niby zwykły szary korytarz, a jednak przywoływał tyle wspomnień, dobrych wspomnień. „Będzie mi tego brakować. Wypadów poza Ziemię, akcji, przyjaciół, wszystkich wieczorków integracyjnych z obcymi ziomkami. Oh… tak będzie mi tego brakować. Ale z drugiej strony, jestem już na to za stary." Odparł pod nosem i rozglądnął się. Kilku nieznajomych mu z twarzy oficerów minęło go, Jack nałożył na swoje usta nieśmiały uśmiech, włożył ręce do kieszeni wojskowych spodni i ruszył dalej. Nie było mu wcale do śmiechu, tęskniła za Emilly. Ta mała dziewczynka w ciągu kilku godzin sprawiła, że zrobiłby dla niej wszystko, a teraz już jej nie ma, przynajmniej nie w jego życiu. A wszystko za sprawką Daniela i Teal'ca. Mimo, iż wybaczył im co zrobili, to ból nadal pozostał. Opuścił głowę i skręcił w korytarz po jego lewej stronie, wtedy usłyszał ten głos. Niebiański głos, którego nigdy nie mógłby zapomnieć. Delikatny i zmysłowy, który sprawiał, że kolana miękły. Uniósł głowę i wtedy ją zobaczył. Stała jakieś siedem, może osiem metrów przed nim i tłumaczyła coś jakiemuś żołnierzowi. Ubrana w ciemne jeansy i dość luźną bluzkę w kolorze niebieskim, na to biały fartuch. W ręce trzymała jakieś dokumenty. Wytężył wzrok i spostrzegł lśniącą na palcu lewej ręki, złota obrączkę. Westchnął. Od momentu kiedy zobaczył ich córeczkę na swoim tarasie, zapominał, że Sam była mężatką. I to nie poślubiona jemu, tylko Pete'owi Shanahanowi. Odłożył te myśli na bok i wrócił do dalszego eksplorowania swojej ukochanej major, a teraz doktor Carter. Jej blond włosy, kiedyś krótkie ułożone w artystyczny nieład, teraz długie, spięte w kucyk. Przesuwając swój wzrok dalej, zauważył że kąciki jej ust wykrzywiają się w delikatny uśmiech. Wtedy zorientował się, że jej towarzysz pożegnał się i odszedł. Samantha wyprostowała, zrobiła krok w przód i wtedy się zatrzymała. Załapała kontakt wzrokowy z Jackiem.
-Sir?
-Carter?
Cisza. Nie był w stanie powiedzieć nic więcej, mimo iż miał tak wiele pytań. Nie wiedział od czego zacząć.
Sam ujrzała go i zamarła. Pięć lat czekania. Pięć lat pracy i rozwikływania tajemnicy dlaczego i jak. Pięć lat nieobecności. Narodziny ich córeczki, jej ślub z Petem, a teraz kolejna ciąża. Pięć lat. Jej serce zabiło mocniej. Po raz kolejny od momentu, kiedy trzymała małą Emilly w swoich ramionach, kiedy ta się urodziła. Wiele razy wyobrażała sobie ten moment. Chwilę, w której on przejdzie przez wrota, cały i zdrowy, moment w którym ona rzuci mu się w ramiona i powie co do niego czuje, jak bardzo za nim tęskniła. A teraz? Teraz kiedy ta chwila nadeszła, nie potrafiła zrobić kroku, jakby nogi wrosły jej w ziemię. Zamiast tego stała naprzeciw niego i gapiła się. Po prostu się gapiła, w dodatku z lekko uchylonymi ustami. Zbadała go wzrokiem od stóp do głowy, i musiał przyznać, że wyglądał całkiem dobrze. Ubrany był w czarne buty i wojskowe, spodnie w kolorze khaki. Do tego czarna bluzka i jasno niebieskawa koszula w kratę oraz czarna skórzana kurtka. Stał przed nią, z rękami w kieszeni ,około ośmiu metrów, jednak widział go bardzo wyraźnie. Kilka nowych blizn i siniaków, jednak to wciąż był ten sam pułkownik Jack O'Neill, mimo iż jego włosy trochę osiwiały. Zauważyła, że on także się w nią wpatruje. Nie wiedziała ile czasu upłynęło, ale w korytarzu zaczęło robić się trochę ciasno. Przechodzący ludzie zatrzymywali się by zobaczyć, co się teraz stanie. Jakby wszyscy czekali na emocjonujące spotkanie po latach. Tymczasem Sam i Jack nadal stali w tych samych miejscach, żadne z nich, ani nic nie powiedziało, ani się nie odważyło zbliżyć. Po prostu stali tak i wpatrywali się w siebie. „Pięć lat nieobecności, pięć lat tęsknoty. A teraz kiedy spotykasz go żywego, jedyne co potrafiłaś powiedzieć to 'Sir?'. Nie no brawo Sam, po porostu oklaski na stojąco. Na miłość boską, ile razy wyobrażałaś sobie tą chwilę? Jest rozkojarzony, szczególnie teraz. Myślałaś, że co zrobi? Padnie ci do stóp prosząc o wybaczenie, że zniknął? Weź się w garść! Powiedz coś!" Sam przygryzła dolną wargę i zerwała kontakt wzrokowy spoglądając na ziemie, następnie podniosła wzrok i zrobiła dwa malutkie krok na przód, jakby się czegoś obawiała. Spojrzała w jego czekoladowe oczy, te same które odziedziczyła po nim Emilly. Jednak teraz wydawały jej się jeszcze bardziej czekoladowe, niż kiedykolwiek.
Jack zobaczył niepewność w jej oczach. „Czego się spodziewałeś? Że rzuci ci się w ramiona? Jest mężatką, na miłość boską! To, że masz z nią dziecko, nie oznacza zaraz, że masz także jej serce." Wymamrotał do siebie. Zauważył, że Sam opuszcza wzrok na ziemię. „Nawet nie chce cię znać. Nic dziwnego, po tym co jej powiedziałeś tamtej nocy. Ma własne życie, do którego ja nie należę." Samantha zmniejszyła odległość między nimi dwoma małymi krokami. Jack podświadomie także ruszył z miejsca, jednak nadal byli od siebie dość daleko. Mężczyzna otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, wtedy na usłyszał głośny głos Daniela. Odwrócił się i ujrzał przyjaciela.
Doktor Jackson stanął jak wryty, kiedy zorientował się co się dzieje. Korytarz pełen ludzi a po dwóch jego końcach Sam i Jack, wpatrujący się w siebie.
-Nie, nie, nie! To się nie dzieje! Powiedzcie, że ja śnię! To się nie dzieje!- złapał się za głowę, a następnie wziął głęboki oddech i posłał mordercze spojrzenie gapiom.- Rozejść się, no już. Nic się nie dzieje. Nie macie się czym zająć!
Ludzie marudząc pod nosem zaczęli się rozchodzić, tymczasem Jack spojrzał na Daniela. Doktor chwycił go za ramię i pociągnął w kierunku windy. Nic nie powiedział, po prostu jak najszybciej się dało przeszedł razem z przyjacielem obok nadal milczącej Sam i zniknęli za zakrętem, udając się do windy.
Sam stała tak jeszcze przez chwilkę, musiała zebrać myśli. Przed chwilą zobaczyła Jacka, a teraz stała całkiem sama. Dwie samotne łzy spłynęły jej po policzkach. Spojrzała w dół i głęboko westchnęła, czekała na to spotkanie tyle lat. Tyle samotnych wieczorów, wypełnionych płaczem jej córeczki i zapewnianiem jej, że wszystko się ułoży. Tyle lat znoszenia irytujących uwag Peta i jego pijaństwa. Czasami nawet jego ręki, która ją uderzała. Tyle lat pracy i próby znalezienia Jacka. Tyle lat wypełnionych bólem i żalem, że mu nie powiedziała. Tyle wizji jak mogłoby wyglądać ich spotkanie. Tyle lat. Tyle myśli. A teraz pustka, zwykła pustka, po której będzie musiała wrócić do tej nieszczęsnej rzeczywistości. Pustka, która nastała zaraz po tej magicznej chwili, w której go ujrzała. Teraz już rozumiała co przeżywa Emilly, pragnąc wrócić do Jacka. Jej córeczka chciał mieć rodzinę, prawdziwą rodzinę i ojca, który by ją kochał, nie tak jak Pete. Sam też tego zapragnęła, zapragnęła rodziny, kochającego domu, który mogłaby dać córeczce i kogoś, kto mógłby ją przytulic w nocy. Ponownie westchnęła, przypominając sobie słowa Jacka. „Carter byliśmy pijani. Zapomnijmy o tym. Jesteśmy przyjaciółmi, pracujemy razem. To była pomyłka, która nie powinna się zdarzyć. Ty masz kogoś, ja mam kogoś. Nie psujmy tego"
Czy naprawdę tak uważał? Czy naprawdę jej nie chciał? Nie potrafiła sobie odpowiedzieć na te pytania. Przetarła dłońmi twarz i spojrzała na swoją obrączkę ślubną. „Mam męża, za nie długo urodzę jego dziecko. Jest jeszcze Emilly. Jack mnie nie potrzebuje, ani moich problemów. Ma swoje życie i ja do niego nie należysz. Gdzieś tam jest kobieta, którą zostawił pięć lat temu, kiedy wyruszał na misję. Kobieta, która teraz na niego czeka z otwartymi ramionami. Czeka na powrót swojego ukochanego! Jedyne co możesz zrobić, to pozwolić mu widywać się z jego córką. To wszystko. Dla niego jestem tylko i wyłącznie pomyłką, Może i kiedyś byłam jego przyjaciółką, ale te czasy minęły i już nigdy nie powrócą." cicho wyszeptała, następnie udała się do swojego laboratorium.
Jack i Daniel wyjechali na powierzchnię i spacerkiem szli do samochodu Jacka. Mężczyzna nadal analizował jego spotkanie z Carter.
-Jack! Jack! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?- zapytał Daniel spoglądając spod okularów na przyjaciela.
-Huh? Co? Mówiłeś coś?
-Wiesz w sumie to już nieistotne.- odparł otwierając drzwi samochodu.- Wsiadasz?- zapytał i wszedł do auta. Jack kiwnął głową, a następnie usadowił się za kierownicą, nadal nie przestając zastanawiać się nad spotkaniem z Samanthą. Minęło pięć lat, w ciągu tego czasu dużo się wydarzyło.
Jack odpalił samochód i razem z przyjacielem uda się do jego mieszkania, gdzie mieli się spotkać z Teal'cem.
TBC dziękuję za komentarze, mam nadzieję, że fragment się podobał :)
