Szok. Pustka. Mętlik w głowie. Zdezorientowanie. Antonio nie miał bladego pojęcia, jakie słowa mogłyby oddać to, co aktualnie przeżywał. Widok tych skrzypiec wywołał dziwne dreszcze i szybsze bicie jego serca.
Ale przecież to nic nie znaczący fakt... Może Lovino po prostu od czasu do czasu sobie przygrywa? Tak, no właśnie! Tylko... Nigdy nie wspominał o tym, że uczy się grać. Piero też na ten temat milczał...
Chłopak uspokoił się nieco, jednak jakaś wątpliwość wciąż krążyła w jego umyśle i wgryzała w świadomość, dając bardzo wyraźnie do zrozumienia, że no... istnieje i że nie da się usunąć tak łatwo.
- Wszystko ładnie i pięknie, ale ciekawe, że nigdy nie widziałem w pobliżu Lovino, kiedy swój koncert dawał Koci Grajek... - I takim oto sposobem jego usta dały upust owej natrętnej wątpliwości, skazie w rozwiązaniu niemalże idealnym. Kiedy mówił, jego głos lekko drżał i dało się w nim wyczuć wyraźne wahanie...
Mimo, że wypowiedział to zdanie cicho, ono wciąż pobrzmiewało donośnym echem w jego głowie. Zdawać by się mogło, że zagłuszało jakiekolwiek inne odgłosy - krople deszczu bębniące o szyby, grzmoty gdzieś w oddali, tykanie zegara w kuchni. Carriedo zdał sobie jednak sprawę, że to tylko jego wymysły, wybujała wyobraźnia. Nakazał sobie opanowanie i spokój. I kiedy rytm jego serca wrócił już praktycznie do normy, do jego uszu wdarł się jeden, prosty dźwięk.
Dźwięk, który zatrzymał jego serce na kilka sekund. Ktoś bowiem przekręcił klucz w drzwiach wejściowych. To oznaczało tylko jedno...
- Wróciłem! - Aż za dobrze znany głos przerwał ciszę panującą w mieszkaniu.
Antonio zadziałał niemal instynktownie - pośpiesznie zamknął futerał, włożył go pod łóżko i wybiegł z pomieszczenia. Bóg go chyba naprawdę kochał, bo Lovino stał tyłem do korytarza i nie zauważył, jak opuszczał jego pokój. To się nazywa szczęście.
- Lovi! - Zawołał, może nieco zbyt głośno jak na "spokojnego" człowieka. - Nie miałeś wrócić o jedenastej?
- No miałem, ale plany się nieco zmieniły. - Odparł beznamiętnie Włoch, spoglądając nieco podejrzliwie na współlokatora. - Piero się czymś zatruł i musieliśmy wrócić wcześniej.
- A-Aha, biedaczek... - choć Hiszpan silił się na spokój, mówił coraz głośniej, a ręce mu dygotały z nerwów. A fakt, że złotooki wciąż mu się bacznie przyglądał, wcale nie poprawiał sytuacji. - Mam nadzieję, że z tego wyjdzie.
- Wyliże się. - Jego wzrok dalej był skupiony na osobie Antonia i wyglądało to tak, jakby miał zamiar prześwidrować biedaka na wylot. - A co tam u ciebie słychać? Wyglądasz na podenerwowanego.
- E-e? - Jak przed chwilą jego serce stało w miejscu, tak teraz mogłoby spokojnie przebiec maraton. - Wydaje ci się!
- Wcale nie. Coś przeskrobałeś. - Włoch zwęził niebezpiecznie oczy, a jego usta wykrzywiły się w grymasie niezadowolenia. Jego współlokator czuł, że jeśli czegoś nie zrobi, zaraz stanie się ofiarą jakiegoś kataklizmu... I wtedy naszło go olśnienie.
- N-No... Denerwuję się. - Przyznał nawet spokojnie, ale pośpiesznie kontynuował, aby nie dać Lovino szansy na dojście do jakichś, mniej lub bardziej prawdziwych, konkluzji. - Ale nie dlatego, że coś przeskrobałem... Bo mam dla ciebie prezent i nie wiem, czy ci się spodoba.
- Prezent? Dla mnie? - Twarz złotookiego złagodniała, a Carriedo pomyślał, że jego współlokator słodko wygląda z wyrazem zaskoczenia na twarzy. - Jeśli mogę spytać: z jakiej okazji?
- Od tak, bez okazji. To znaczy... - podrapał się po głowie z lekkiego zażenowania, które zastąpiło wcześniejsze zdenerwowanie. - To nic wielkiego, ale chciałbym ci tym drobiazgiem podziękować za... za wszystko.
- Hmm... Mam tym samym rozumieć, że wyjeżdżasz? - W jego głosie pobrzmiewała cicho jakaś nieodgadniona nutka, która nieco zbiła Antosia z tropu.
- Eee... Nie, na razie będziesz musiał się jeszcze ze mną pomęczyć przez jakiś czas. Haha... - choć całą tą scenę wyobrażał sobie zupełnie inaczej, to jednak był rad, że udało mu się zmienić tok rozmowy. Jeszcze tego by brakowało, żeby trafił do szpitala na oddział intensywnej terapii przez swoją ludzką ciekawość...
- Ech... To gdzie ten twój prezent?
- A, już ci go dam! Poczekaj chwilkę! - Pobiegł czym prędzej do kuchni, gdzie spoczywał jego podarunek. Wziął go delikatnie do ręki i przyjrzał jeszcze raz uważnie, jakby bał się na nim teraz odnaleźć jakieś niedoskonałości. Ale nie, róża i teraz była perfekcyjna w każdym calu. Odetchnąwszy głęboko, zielonooki udał się z powrotem na korytarz.
- Róża? - Włoch uniósł wysoko w brwi w akcie zdziwienia, a on tylko zaśmiał się niepewnie. - Dość... Niecodzienny wybór, jak na prezent bez okazji...
- No... Pomyślałem sobie, że kwiat to taki uniwersalny podarunek na każdą okoliczność... - zapadła chwila niezręcznej ciszy, po czym Hiszpan znów podjął rozmowę. - I jak... Podoba ci się?
- Cóż... - Lovino wziął do ręki różę i obejrzawszy ją ze wszystkich stron, westchnął głęboko. - Pomimo, że dalej uważam to za dość... niekonwencjonalny prezent dla współlokatora, to muszę powiedzieć, że... wybrałeś całkiem ładną różyczkę.
- Serio ci się podoba? - Oczy Carriedo jakby się powiększyły i zaszkliły, a na twarzy wykwitł mu promienny uśmiech. Złotooki zareagował na taką drastyczną zmianę nastroju lekkim wzdrygnięciem.
- No tak... W ogóle, interesującą barwę wybrałeś. - Dodał pokrótce, kiedy już odłożył kwiat do flakonu. - Pomarańcz... Dość niecodzienny wybór.
- Wiesz, stwierdziłem, że ten kolor będzie idealny.
- A na jakiej podstawie, jeśli mogę spytać? - Odparł nieco rozbawiony Lovino, siadając wygodnie w fotelu.
- No... Każdy wie, w jakich okolicznościach daje się czerwone róże. Pomyślałem sobie, że do naszych relacji pasuje kolor pomarańczowy.
- Do naszych relacji? A może mnie oświecisz, jak one wyglądają według ciebie?
- Em, jak przyjaźń? - Odpowiedział niepewnie Antonio. Twarz Włocha wydawała się być zaskoczona, ale momentalnie zagościł na niej... ciepły uśmiech.
- W sumie masz rację.
- E? Naprawdę masz mnie za swojego przyjaciela? - Coś tam mocniej uderzyło o żebra chłopaka, kiedy usłyszał te słowa.
- Ech... Tak. Ale nie przyzwyczajaj się do mojej łagodnej i do bólu szczerej strony osobowości. - Odparł złotooki z uśmiechem, a Carriedo udało się dostrzec to, czego nie zauważył wcześniej. Jego współlokator i zarazem obiekt westchnień był... lekko wstawiony.
Czemu nie możesz być taki radosny na trzeźwo? Wyglądasz wtedy o wiele lepiej... Tak słodko i niewinnie...
Zanim zdążył się opamiętać, podszedł do Lovino i przejechał delikatnie dłonią po jego włosach, a następnie po nieco rumianym - zapewne od alkoholu - policzku. Zielonooki zapewne stałby tam tak w nieskończoność, chłonąć ten rzadki widok, jakim był miły i potulny złotooki Włoch z niesfornym loczkiem... Ale jego rozmarzony stan został brutalnie zniszczony przez, nieco zdziwiony, ale też dziwnie spokojny głos wyżej wspomnianego właściciela loczka:
- Co ty robisz?
- Em... - Hiszpan natychmiast zabrał rękę i oddalił się o dwa, trzy kroki od fotela, w którym siedział obiekt jego westchnień. - M-Miałeś coś we włosach.
- To mogłeś mi to po ludzku powiedzieć. - Odparł beznamiętnie, po czym sięgnął po książkę, która leżała na stoliku, nieopodal flakonu z różą. Antonio doznał wrażenia, że tym o to spokojnym gestem Lovino dał mu do zrozumienia, że rozmowa się skończyła.
Chłopak, westchnąwszy przeciągle, pokierował swe kroki w stronę kuchni - stwierdził, że kawa doda mu sił i powoli ukoić nerwy, które to zostały w ciągu ostatniej godziny wystawione na poważną próbę.
W czasie, gdy woda się gotowała, on pogrążył się w odmętach swojego umysłu. Nie powinien był podchodzić do Włocha i robić tak durnych gestów - nawet, jeśli mu się ostatecznie nie oberwało.
Antonio, panuj nad sobą! To, że go kochasz, nie oznacza, że możesz sobie pozwalać na takie zachowania... Musisz być ostrożniejszy i bardziej powściągliwy, cholera!
Zwykle karcenie się w duchu przynosiło oczekiwane rezultaty, ale nie tym razem. Bo jak tu oczekiwać racjonalnego zachowania od kogoś, kto jest po uszy zakochany?
Tak jak wczorajszy dzień był duszny i pochmurny, tak dzisiejszy poranek wróżył rześkie powietrze i dużo słońca. Po błękitnym niebie sunęły jedynie jakieś pojedyncze, puchate obłoczki. Z okna rozciągał się widok na kamienice pogrążone w porannym letargu - wydawać by się mogło, że cała ulica jeszcze śpi, ale przeczyły temu sporadycznie pojawiające się w dole osoby, które szły w tylko sobie znaną stronę.
- Nic, jeno spa-AAAAAAAAAAAA-aać... - na podstawie jego wyglądu, postawy oraz tego ziewnięcia, można było pokusić się o stwierdzenie, że Carriedo nie spał dobrze w nocy. Jednak byłby to błędny wniosek. Chłopak drzemał jak zabity, a mimo to - kiedy został obudzony jak zwykle przez promienie słoneczne - czuł się padnięty i senny. Zupełnie tak, jakby jakaś zła istota wyssała z niego całą nabytą przez noc energię potrzebną do dalszego funkcjonowania...
Antonio odwrócił się plecami do okna i odmaszerował, a może raczej powłóczył nogami, w stronę kuchni, aby nastawić wodę na kawę. Ostatnimi czasy pił ją bardzo często.
Powinienem ją ograniczyć. Nie jest w końcu zbyt zdrowa...
Gdy już nastawił wodę, naszykował kubek i udał się do łazienki - trzeba się w końcu oporządzić przed pójściem do pracy! Gdyby to było jeszcze takie proste... No bo, kurczę, jak tu doprowadzić się do ładu, kiedy mózg woła na cały regulator "SPAAAAAĆ!" i jeszcze do tego buntuje wszystkie kończyny przeciw swojemu panu? Niemniej Antoś jakoś sobie poradził - umył się, uczesał i ubrał, a potem wypił w dość dobrym tempie gorącą kawę. Zrobił to w sam raz na czas, to jest na tyle szybko, aby zdążyć wyjść do pracy i się do niej nie spóźnić.
Drogę do kwiaciarni pamiętał jak przez mgłę. Oczy miał na wpół przymknięte, nogi ledwo powłóczyły po ziemi, a i ciało zdawało się mu ciążyć bardziej niż zwykle. Zupełnie, jakby ktoś dodał mu 200 kilo...
- Ach, kochaneczku! - Zawołała donośnie pani Accardi, a Hiszpan zmusił się do spojrzenia na pracodawczynię chociażby sennym wzrokiem. - Mam dla ciebie ważną informację!
- Dzień dobry pani. O co chodzi? - Starał się brzmieć wesoło i tryskać energią, ale średnio mu to wyszło.
- Dostałam pilny telefon ze szpitala i muszę tam natychmiast pojechać! Mój biedny brat miał w domu wypadek! - Kobieta wydawała się bardzo poruszona i trwożna o rodzeństwo, jednak Antonio był na tyle ospały i sflaczały, że ta informacja prawie po nim spłynęła. Prawie.
- Czyli dziś sam zajmuję się pracą nad bukietami?
- Och, nie! Ależ skąd! - Zaprzeczyła stanowczo starowinka. - Widzę, że nie czujesz się dziś na siłach, a i nie chcę na ciebie zwalać całej tej roboty. Można powiedzieć, że daję ci dziś wychodne. - To powiedziawszy pośpiesznie się pożegnała i pognała w stronę głównej ulicy. Treść ostatniego zdania dotarła do zielonookiego dopiero po dłuższej chwili, niemniej nie ogarnęła go radość, a jedynie zniechęcenie. No bo...
...co ja będę robił przez cały dzień? Rzym już zwiedziłem...
Kiedy sobie tak stał naprzeciw kwiaciarni i wpatrywał niewidzącym wzrokiem w szybę, za którą piętrzyły się bukiety wszelakiej maści, naszły go wspomnienia z dnia poprzedniego. Najwyraźniej rysował się futerał ze skrzypcami. Jakby się tak nad tym głębiej zastanowić, to wyglądały na całkiem stare i podniszczone... Ale przecież nie zapyta Lovino o ten instrument. Chyba prędzej zginąłby, aniżeli uzyskał odpowiedź... Ale zaraz. Przecież...
...istnieje jeszcze jedna osoba, która może coś na temat tych skrzypiec wiedzieć.
Antoś już wiedział, gdzie spędzi najbliższy czas. Pokierował swoje kroki w stronę dobrze sobie znanego mieszkania, w którym to roiło się na podłodze od różnych gratów i przyrządów malarskich.
- Ach, mi amigo! Zapraszam! - Zaćwierkał radośnie Piero, kiedy Hiszpan zapukał do jego drzwi. Jego mieszkanie nic a nic się nie zmieniło - dokładnie ten sam śmietnik, co wcześniej. Chłopaka naszło nagle pytanie, jakiego koloru jest wykładzina tudzież panele, jednak niezadowolone mruczenie dobiegające z dołu przywróciło go do świata rzeczywistego. - Och, widzę, że Figaro się wita!
- Jak widać. Piero, zrobiłbyś mi herbaty?
- Si, już się robi! - Desimone powrócił z kuchni po paru minutach, a potem usadowił się wygodnie obok przyjaciela na kanapie. - W ogóle, czym sobie zawdzięczam twoją wizytę?
- No, dostałem nagle dzień wolny i nie wiedziałem, co ze sobą począć. Pomyślałem, że w takim razie cię odwiedzę.
- Mądry wybór. - Skwitował wesoło Włoch, po czym obaj pogrążyli się w konwersacji na przeróżne tematy. Zaczęli rozmawiać o herbacie, a skończyli na pięknie Alp. Nie zabrakło również głupich docinków i śmiesznych anegdot.
- Ale mówię poważnie, ktoś powinien skomponować jakiś dłuższy utwór, który ukazałby piękno gór. Nie sądzisz, że idealnie nadawałyby się to tego flety, oboje i skrzypce?
- Właśnie, skoro już o skrzypcach mowa... - zielonooki wziął głębszy oddech i rozważył w myślach to, jak powinien zadać nurtujące go pytanie.
- Si?
- No, bo widzisz... Chcąc nie chcąc, natrafiłem wczoraj na taką jedną parę skrzypiec... Były bardzo stare i trzymane w równie starym futerale, pod łóżkiem. O ile się nie mylę, ich obecnym właścicielem jest... Lovino. - Kątem oka obserwował reakcje jasnowłosego przyjaciela, ale ten od początku do końca jego wywodu uśmiechał się po swojemu i nie można było odgadnąć, o czym myśli. To było niekiedy frustrujące, a już na pewno w dniu dzisiejszym. - Może wiesz, skąd u niego taki instrument?
- Naprawdę, mi amigo... Twoja ciekawość nie zna granic, prawda?
- No, można tak powiedzieć...
- Cóż, podejrzewam, że prędzej czy później odnalazłbyś ten, jakże piękny, instrument. Powiedz mi tylko jedno. Drzwi do sypialni były otwarte, czy sam je jakoś otworzyłeś?
- Lovi ich chyba nie domknął do końca no i...
- ...I ciekawość wzięła górę nad czystością sumienia. Uwierz, ze mną było tak samo. Lovino powinien sobie sprawić jakiś porządny zamek do sypialni. - Piero zaśmiał się, a Antonio, chcąc nie chcąc, zawtórował mu.
- Więc jak? Opowiesz mi co nieco o tych skrzypcach?
- Oczywiście, masz prawo wiedzieć, skoro już je znalazłeś. Pamiętasz, jak ci mówiłem, że Loviego i jego brata wychowywał dziadek?
- Tak i wspominałeś, że faworyzował Feliciano.
- Dokładnie. Dziadek zawsze wolał Feliego, bo on zachowywał się grzeczniej i bardziej się u niego objawiały „zdolności artystyczne". Niemniej, dziadzio był na tyle sprawiedliwy, że w swoim testamencie rozdzielił swoje rzeczy po równo. O ile dobrze pamiętam, Feliciano dostał jakiś stary miecz, przekazywany z pokolenia na pokolenie i ulubioną sztalugę, a Lovino jakąś inną rodzinną relikwię i właśnie te skrzypce. Nie oszukujmy się, sam zauważyłeś, że są one stare. Ale nie wiesz nawet, jak bardzo. Ten instrument należał pierwotnie do ojca dziadka dziadka Loviego, czyli innymi słowy do jego praprapradziadka. Te skrzypce są dla niego świętością i chyba by zniszczył pół Rzymu, gdyby coś im się stało. - Desimone jak gdyby nigdy nic urwał swą wypowiedź, podczas gdy Antoniowi coś się tam przewróciło w środku. A co, jeśli podczas odkładania tych skrzypiec pod łóżko, jakoś je uszkodził!? - Mówiąc krótko, to stara pamiątka rodzinna, z którą obchodzi się bardzo delikatnie i do której ma wielki szacunek.
- A-Aha... A powiedz mi jeszcze tylko, dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej? Dlaczego dopiero teraz się dowiaduję, że to Lovino jest Feline musicista?
- Myślisz, że ja na początku wiedziałem? Skądże. Dopiero po roku naszej przyjaźni dowiedziałem się, że mój najlepszy przyjaciel jest równocześnie moim ulubionym muzykiem. - Piero uśmiechnął się z nutką melancholii. - Byłem niemniej zaskoczony i zły niż ty. Dopytywałem go, czemu gra w ukryciu i co było tak ważnym powodem, że mi o tym swoim "hobby" nie powiedział.
- I dowiedziałeś się?
- Nie od razu. Musiało minąć trochę czasu. Lovino ma naprawdę trudny charakter.
Dalej rozmowa biegła już innymi torami. Raz schodziła na temat polityki, raz na ich życie osobiste, a jeszcze innym razem na rodzaje kuchni i ulubione potrawy. Choć Antonio uzyskał już odpowiedź na dręczące go pytanie, to nie miał serca opuszczać domu Desimone. Bo chodź ten konkretny Włoch miał swój sposób bycia, to jednak roztaczał wokół siebie niepowtarzalną aurę, przez którą żal było się od niego oddalać. Niemniej przyszła już taka godzina, że należało się pożegnać - Lovino miał lada moment wrócić z pracy, a w głowie Carriedo zakiełkował już dawno temu plan, dotyczący bezpośrednio osoby Kociego Grajka.
Chłopak, czekając na współlokatora, przechadzał się w tę i z powrotem po salonie, chcąc jakoś uspokoić kołaczące się w nim myśli, emocje. Gdy tylko utwierdził się w przekonaniu, że to właśnie Lovi jest owym tajemniczym Grajkiem, odżyło w nim dawne pragnienie. Pragnienie, które zrodziło się w nim już pierwszego dnia pobytu tutaj, w Rzymie, stolicy pięknych i niemalże rajskich Włoch.
Fakt, tuż obok rosnącej z każdą chwilą ekscytacji, rozwijała się też niepewność. Jednak czymże są maleńkie wątpliwości, kiedy jesteśmy tak uparci w dążeniu do upragnionego celu? Lęk zdawał się poniekąd uzasadniony, bowiem nigdy nie można było się spodziewać, jak osoba o charakterze Lovino zareaguje na dane słowa, jednak jakiś cichy głosik, dziwne przeczucie mówiły mu, że nie ma się o co martwić, że wszystko pójdzie dobrze.
Ktoś przekręcił w drzwiach zamek i wkroczył do mieszkania. Hiszpan tylko na to czekał. Poszedł się przywitać z obiektem westchnień, by później zaproponować mu coś do picia.
- A coś ty dzisiaj taki uczynny? - Zapytał nieco podejrzliwie Włoch, kiedy usadowił się wygodnie w ulubionym fotelu.
- Cóż, mam po prostu dobry humor. - Odpowiedział wesoło chłopak, stawiając przed współlokatorem kawę, a samemu biorąc do ręki kubek pełen herbaty owocowej. - I chciałem cię też w sumie o coś zapytać. - Dodał już nieco ciszej i mniej radośnie niż wcześniej.
- Ha! Wiedziałem, że masz jakiś ukryty cel. - Dodał z nutką tryumfu w głosie złotooki, upijając jednocześnie łyk kawy. - A więc o co chodzi?
- Lovino... Zagrałbyś dla mnie na skrzypcach?
