Kolejny rozdział. Enjoy! :)

Rozdział 11.

Blask latarni na spokojnych ulicach Dzielnicy Zachodniej słabł z każdą chwilą, ustępując miejsca ciemności. Coraz częściej między zadbanymi domostwami pojawiały się zapuszczone rudery zwiastujące bliskość slumsów. Akkarin wzmocnił otaczającą go tarczę, czujnie rozglądając się na boki. Tutaj nie było miejsca na nieostrożność i brak rozwagi. Skręcił w wąskie przejście między domami, chcąc jak najszybciej zniknąć z głównej ulicy, gdzie z łatwością mógł być obserwowany. Mdłe światło wylewające się z nielicznych okien dawało magowi nikłą możliwość dojrzenia przed sobą drogi. Przy ścianach ze spróchniałego drewna dostrzegł kątem oka mroczne kształty nędzarzy patrzących na niego z ostrożną ciekawością. Akkarin spiął się gwałtownie, słysząc za plecami ciche kroki. Dyskretnie odwrócił się za siebie. Blade światło wypełniające uliczkę pozwoliło mu zobaczyć dobrze zbudowanego mężczyznę. Nie ukrywał pod kapturem pooranej bliznami twarzy. Zaklął cicho, przyspieszając kroku. Był pewien, że ten człowiek go śledzi. Gdyby skorzystał dzisiejszej nocy z podziemnych korytarzy, uniknąłby niechcianego obserwatora. Jednak niespodziewane spotkanie z Soneą zmusiło go do zmiany planów. Mag opuścił obskurne przejście między domami, wychodząc na hałaśliwą ulicę. Ruszył w stronę ciemnego zaułka, którego mrok stopił się z jego czarnym płaszczem, ukrywając go przed szpiegiem. Z ponurym wyrazem twarzy Akkarin obserwował, jak jego niechciany cień błądzi wśród niezbyt trzeźwych ludzi, znikając między nimi. Mag opuścił chwilową kryjówkę, wtapiając się w beztroski tłum. Naciągnął mocniej kaptur na głowę, brutalnie torując sobie drogę pomiędzy ludźmi. Był całkowicie obojętny na zaczepki wstawionych mężczyzn i nawoływania sprzedajnych kobiet; ich ciche gwizdy oraz śmiechy były dla niego niczym nic nieznaczący szmer. Z ulgą opuścił głośną ulicę, kierując się ku ponurej dzielnicy. Nie zwracał uwagi na obskurne, odpychające swoim wyglądem domy. Mężczyznę w czarnym płaszczu interesował tylko jeden budynek - ziejący pustką stary kram. Ostre nocne powietrze przeciął przenikliwy gwizd. Akkarin z krzywym półuśmiechem na ustach obserwował, jak z cienia wyłania się sylwetka Cerego.

- W samą porę – mruknął Złodziej, zerkając w stronę kramu.

Akkarin zwrócił spojrzał na budynek. Z okna na pierwszym piętrze sączyło się delikatne światło.

- Długo czekasz?

Złodziej pokręcił głową.

- Nie. W kramie zjawił się całkiem niedawno uczeń Tiwary. Od tej pory nie widziałem, aby ktoś tam wchodził.

- Więc jest sam? – upewnił się mag.

- Na to wygląda. Do karmu wejdziesz od strony zaplecza. Pokażę ci. - Cery ruszył ku budynkowi, obchodząc jego front.

- Nadal masz kontakt z Jonną, Ceryni? – Akkarin zrównał się ze Złodziejem, przyglądając mu się badawczo.

Mężczyzna westchnął ciężko.

- I tak i nie. Ostatnio coraz częściej mam na karku szpiegów Tiwary. Staram się nie narażać bliskich sobie osób.

- Jednak chciałbym, żebyś się z nią zobaczył. – Akkarin sięgnął do kieszeni płaszcza, wyciągając z niej małe zawiniątko. – Sonea prosiła, abym przekazał ci leki dla jej ciotki.

Cery spojrzał na czarnego maga z mieszanką oburzenia i zdziwienia.

- Dlaczego sama tego nie zaniesie Jonnie? Nie może opuścić Gildii nawet po to, by odwiedzić rodzinę?

- Jako Czarny Mag musi uzyskać zgodę Administratora na wyjście do slumsów. Dzisiejszej nocy chciała odwiedzić ciotkę, ale ją powstrzymałem. – Cery zmrużył groźnie oczy, jednak on na to nie zwracał uwagi, tylko mówił dalej. – Jeżeli Starszyzna zorientowałaby się, że wyszła poza teren Gildii, wzmożyliby nad nią kontrolę. Nie zrobiłem nic przeciwko twojej przyjaciółce.

- Jak ona się miewa? Wszystko z nią w porządku?

Usta Akkarina wykrzywiły się w grymasie niezadowolenia. Znał Soneę na tyle dobrze, aby widzieć, jak bardzo czuje się nieszczęśliwa. Poczuł ukłucie wyrzutów sumienia. Tak naprawdę to on był odpowiedzialny za jej obecną sytuację. Gdyby nie kazał Lorlenowi zgłaszać jej kandydatury na Czarnego Maga, może wszystko inaczej by się potoczyło… Ale to było konieczne.

- Daje sobie radę – odpowiedział wymijająco.

Cery zatrzymał się pod drzwiami prowadzącymi do pomieszczeń, które niegdyś stanowiły magazyn kramu.

- Mają kwatery na pierwszym piętrze. Cały budynek jest obserwowany przez moich ludzi. Dalej już musisz radzić sobie sam. – Po tych słowach Złodziej odszedł, zamieniając się w milczącego obserwatora.

Drzwi zaskrzypiały cicho, kiedy je pchnął. Wewnątrz panował nieprzyjemny zaduch. Akkarin zmrużył oczy, próbując dojrzeć coś w napierającej na niego ciemności. Pod ścianami ustawiono skrzynie, a biały proszek rozsypany na podłodze potwierdził jego przypuszczenia. Gnil. Starając się poruszać jak najciszej, wyszedł z pokoju na korytarz. Starając się stawiać kroki jak najciszej, rozpoczął powolną wędrówkę po schodach. Serce coraz mocniej biło w piersi maga, pompując adrenalinę do krwi, kiedy szedł korytarzem pierwszego piętra. Przez uchylone drzwi na końcu holu wylewał się blask zapalonej świecy, a z pomieszczenia docierały do Akkarina ciche mamrotanie i szelest papieru. Zatrzymał się przy wejściu do pokoju, ostrożnie wychylając się do przodu. Pomieszczenie było wypełnione skrzyniami z białą, uzależniającą substancją, zaś w kącie ustawiono niewielkie biurko. Akkarin dostrzegł siedzącego przy nim mężczyznę, pochylającego się nad kartkami papieru. Po chwili krzesło zaszurało, a nieznajomy wstał i przeszedł przez pokój, znikając za dobrze ukrytymi drzwiami. Korzystając z okazji, mag wślizgnął się do pomieszczenia, omiatając je szybko spojrzeniem. Nie było tutaj nikogo niepożądanego, tylko on i niedoświadczony nowicjusz handlarza. Powinno pójść szybko i gładko. Wzmocnił swoją tarczę, czując, jak jego mięśnie stają się z każdą chwilą coraz bardziej napięte. Czujne, czarne oczy patrzyły ze spokojem w uchylające się powoli drzwi do drugiego pokoju. Młody adept zamrugał zaskoczony na widok mężczyzny odzianego w ciemny płaszcz.

- Czarny Mag Akkarin. – Szare, rozbiegane oczy miotały nerwowe spojrzenia po całym pokoju. – Cóż za niespodziewana wizyta.

- Tylko takie składam. – Mag przyglądał się w skupieniu swojemu przeciwnikowi, oceniając jego możliwości. Stojący przed nim mężczyzna był wątłej budowy. Pewność siebie rosła w Akkarinie z każdym następnym uderzeniem serca. Pokonanie go przyjdzie mu z łatwością.

- Maniery prosto z Domów. – Dziki wysłał ku mężczyźnie słabą stróżkę magii, chcąc sprawdzić możliwości przeciwnika.

- Nazwałbym to przyzwyczajeniem – odpowiedział, zaciekle atakując uderzeniami mocy adepta.

Zmagali się w napiętym milczeniu, próbując przełamać obronę przeciwnika. Z sufitu sypały się gruz i drewno pod wpływem magicznych uderzeń. Akkarin wysyłał coraz to silniejsze pociski, chcąc jak najszybciej pokonać młodego mężczyznę. Z łatwością odpierał słabnące strumienie magii, a nowicjusz handlarza drżał z wysiłku. Czarny mag uśmiechnął się krzywo. To było dziecinnie proste. Zbyt proste, szepnęła bardziej przezorna część jego osoby. Zignorował ostrzeżenie, przeznaczając cenną energię na tarczę, którą otoczył mężczyznę.

- Daruję ci życie, jeżeli powiesz, gdzie ukrywa się Tiwara. – Nieugięte ciemne oczy wpatrywały się zimno w przyciśniętego do ściany adepta. Odpowiedziało mu zacięte milczenie i nienawistne spojrzenie. Mag prychnął pogardliwie. – Wolisz zginąć za człowieka, który zabija bez skrupułów, nawet wspólników? – spytał ostro.

- Skąd ta pewność, Akkarinie? – Po kręgosłupie mężczyzny przebiegł dreszcz, kiedy rozpoznał szorstki akcent. Odwrócił się, wiedząc, kogo ujrzy.

Tiwara stał oparty o framugę drzwi, uśmiechając się pogardliwie.

– Dlaczego miałbym zostawić swojego ucznia na pewną śmierć? – Wszedł do pokoju, nie spuszczając czujnego spojrzenia z Akkarina. Tarcza maga zadrżała, ale wytrzymała, kiedy handlarz zaatakował. – Derrim wykonywał moje polecenie, miał cię tu zwabić. Nie przypuszczałem, że tak szybko połkniesz przynętę.

Podłoga zaskrzypiała nieprzyjemnie, kiedy adept wstał. Jednym, mocnym uderzeniem rozbił nałożoną przez maga barierę. Akkarin ukrył swój szok i niepokój pod maską obojętności. Derrim udawał wyczerpanie, aby go zmylić. W duchu przeklął swoją pewność siebie. Gdyby zaufał przezorności, miałby teraz do dyspozycji więcej mocy. Uczeń stanął obok swojego mistrza, zamykając maga w czterech ścianach ciasnego magazynu. Tiwara ze spokojnym uśmiechem wysłał strumień energii, sprawiając, że tarcza Akkarina zadrżała. Mężczyzna odpowiedział własnymi uderzeniami, jednak adept wraz z mistrzem utworzyli wspólną barierę, z łatwością odpierając jego fale mocy. Czarny mag zaklął pod nosem, wzmacniając własną obronę. Musi ich pokonać, nie może pozwolić sobie na przegraną… Z nową determinacją zaczął atakować dwójkę dzikich, skupiając się na oddzieleniu Derrima od Tiwary. Jednym, silnym uderzeniem zmusił przeciwników do opuszczenia wspólnej tarczy i rozłączenia się. Handlarz wraz z uczniem okrążali maga, próbując go osaczyć. Akkarin wzmocnił swoją barierę, chroniąc się przed pociskami Tiwary, jednocześnie atakując zawzięcie Derrima. Zabicie i pobranie mocy od adepta było jedynym sposobem na pokonanie handlarza. Silnym uderzeniem wysłał Tiwarę w powietrze. Mężczyzna uderzył ciężko o ścianę, a powietrze uszło z jego płuc z głośnym sapnięciem. Nie tracąc czasu, mag wściekle atakował Derrima. Pokój wypełniły huki, kiedy fale magicznej energii stykały się z tarczą ucznia. Bariera ochronna adepta słabła z każdą sekundą, aż w końcu znikła. Akkarin szybkimi krokami pokonał dzielącą ich odległość i chwycił mężczyznę za ramię, przewracając go na plecy. Ostrze sztyletu przebiło delikatną skórę po wewnętrznej stronie przedramienia, uwalniając płynącą w żyłach krew. Derrim syknął z bólu, gdy czarny mag przycisnął dłoń do rany, rozpoczynając pobieranie mocy. Magia opuszczała ciało dzikiego, wnikając w Akkarina. Było jej rozczarowująco niewiele, jednak zawsze lepsze coś niż nic. Musiał zadowolić się tą odrobiną energii.

Potężne uderzenie mocy wstrząsnęło tarczą maga, powodując drastyczny spadek sił. Osłabiony Akkarin stracił kontrolę nad barierą, która rozprysła się niczym bańka mydlana. Zanim zdążył wznieść nową osłonę, poczuł tępy ból w głowie. Na podłogę opadły potłuczone kawałki szkła, a po jego skroni spływała ciepła, świeża krew.

- Nie wygrasz ze mną, magu – wysyczał cicho Tiwara, przyciskając leżącego na brzuchu mężczyznę do ziemi. – Zgubiła cię twoja duma i pewność siebie. Pora żebyś nauczył się pokory.

Akkarin szarpnął się wściekle, słysząc dźwięk dobywanego sztyletu. Jeszcze raz spróbował się uwolnić, jednak prawie natychmiast tego pożałował. Z gardła maga wyrwał się krzyk bólu, kiedy handlarz wbił sztylet w jedną z blizn na plecach – tragiczną pamiątkę po biczu Dakovy. Ciałem Akkarina wstrząsnął dreszcz, kiedy Tiwara otworzył na nowo starą ranę. Silnym szarpnięciem rozerwał cienki, wytarty płaszcz i czarne szaty, odsłaniając zakrwawione plecy. Po raz kolejny szarpnął się, gdy handlarz rozpoczął pobieranie mocy. Magia opuszczała jego ciało, a wraz z nią siły życiowe. To nie może się tak skończyć... Zbierając w sobie resztki energii, Akkarin przypuścił umysłowy atak na świadomość Tiwary, chcąc go rozproszyć. Zaskoczony dziki stracił kontrolę nad przepływem magii. Mężczyzna szybkim ruchem przewrócił się na plecy, odpychając handlarza. Syknął przez zęby, kiedy odłamki potłuczonej butelki zetknęły się z raną na plecach. W milczeniu mocował się z Tiwarą, który nie dając za wygraną, próbował przyłożyć mu ostrze do gardła. Ostra krawędź zadrasnęła szyję maga, a handlarz natychmiast wykorzystał okazję. Akkarin zacisnął dłoń wokół nadgarstka dzikiego zachłannie sięgającego ku ranie na szyi.

- Panie… - Tiwara z grymasem niezadowolenia na twarzy spojrzał na leżącego tuż obok Derrima. – Pomóż. – Adept z trudem łapał powietrze, zawzięcie próbując powstrzymać opadające na oczy senne powieki. – Panie…

- Zamilcz! – Przerwał mu ostro handlarz.

Palący ból w plecach paraliżował Akkarina, jednak zmusił się do zepchnięcia z siebie Tiwary. To była jego jedyna szansa na ucieczkę. Podniósł się chwiejnym ruchem i ruszył w stronę wyjścia. Pokój zawirował niebezpiecznie, kiedy handlarz zaatakował go od tyłu. Zbierając w sobie siły, Akkarin wyrwał się napastnikowi. Wycelował w Tiwarę najsilniejszy pocisk, na jaki było go stać, posyłając go na ścianę ze skrzynek z gnilem. Rozległ się głośny trzask, a w powietrze wzbił się biały pył. Nie oglądając się za siebie, mag wybiegł z pokoju. Rana na plecach piekła nieznośnie, a głowę rozsadzał ból. Był zbyt słaby, aby zająć się leczeniem. Musiał zachować siły na drogę powrotną. Łapczywie nabrał do płuc orzeźwiającego nocnego, powietrza, gdy znalazł się już na zewnątrz. Zaciskając mocno zęby, skierował się ku wąskiej uliczce. Derrim i Tiwara z pewnością przeżyją dzisiejsze starcie, ale to nie miało już dla niego znaczenia. Teraz obchodziło go jedynie bezpieczne dotarcie do Gildii.

- Akkarin! – Takan chwycił swojego pana za ramię, ratując przed upadkiem.

Czarny mag potykając się, przekroczył próg swojego mieszkania. Wyrwał się z uścisku sługi. Nie był kaleką, sam da radę utrzymać się na nogach.

- Przygotuj gorącą wodę i ręczniki, Takanie – rzucił przez ramię, idąc w stronę sypialni.

Sługa zachłysnął się głośno powietrzem, gdy mężczyzna odwrócił się do niego plecami. Poszarpany i zakrwawiony płaszcz odsłaniał rozerwaną szatę, a pod nią paskudną szramę. Akkarin musiał zostać ugodzony nożem w bliznę, co spowodowało odnowienie się rany.

- Potrzebujesz pomocy, panie – powiedział Takan cicho.

Akkarin wyprostował się gwałtownie. Wiedział, kogo Sachakanin miał na myśli.

- Dam sobie radę. To nic wielkiego – wymamrotał. Skrzywił się nieznacznie, widząc nieprzekonaną minę sługi.

- Panie, ty ledwo trzymasz się na nogach. Jesteś zbyt słaby, aby samodzielnie się wyleczyć. Rana już wdała się w zakażenie.

- Nie chcę, aby denerwowała się niepotrzebnie.

Takan prychnął gniewnie.

~ Nie, ty chcesz uniknąć jej pytań.

Sonea zamrugała sennie powiekami. Przed nią majaczyła niewyraźna postać Takana. Służący Akkarina odwrócił się do niej twarzą. Światło księżyca wpadające przez wysokie okna padło na jego ciemne oczy przepełnione głębokim niepokojem.

- Pospiesz się, pani Soneo – ponaglił ponownie.

Nigdy jeszcze nie widziała tak zatroskanego Takana.

Sachakanin zapukał do drzwi jej mieszkania w środku nocy. Nie wyjaśnił szczegółowo powodu swojej niezapowiedzianej wizyty, powiedział tylko, że Akkarin jej potrzebuje. Bez słowa narzuciła na siebie ciemną szatę i pozwoliła prowadzić się słudze do mieszkania maga.

Takan skręcił w prawo, narzucając jeszcze szybsze tempo. Sonea musiała niemalże za nim biec, aby dotrzymać mu kroku. W końcu sługa zatrzymał się przed drzwiami prowadzącymi do pokoi Akkarina. Otworzył je, przepuszczając przed sobą Soneę.

- Gdzie on jest? – spytała podenerwowana. Niepokój służącego był zaraźliwy.

Sachakanin skierował się w stronę sypialni. Przekraczając próg pokoju, Sonea utworzyła małą kulę świetlną, aby rozjaśnić ciemne pomieszczenie. Wstrzymała oddech, gdy ujrzała leżącego bezwładnie na łóżku maga. Po wymęczonej twarzy Akkarina spływał pot zmieszany z krwią. Mężczyzna drgnął niespokojnie i usiadł powoli na łóżku. W zaszklonych gorączką oczach rosło niezadowolenie, kiedy dostrzegł stojącą obok służącego kobietę.

- Takanie – wycedził. – Prosiłem cię o misę z wodą i ręczniki, a nie o przyprowadzenie Sonei.

Sachakanin patrzył na swojego pana niewzruszenie.

- Zrobiłem to, co powinienem – odpowiedział spokojnie.

Akkarin milczał. Kobieta po raz pierwszy widziała, żeby ustąpił Takanowi nie spierając się z nim. Ostrożnie podeszła do łóżka i usiadła obok maga. Delikatnie zaczesała drżącymi palcami czarne włosy, odsłaniając nie do końca zasklepioną, nierówną szramę.

- Nawet nie masz sił na wyleczenie niedużej rany – stwierdziła beznamiętnie. Przyłożyła dłoń do jego skroni, łącząc rozerwaną skórę. – Ale nie to wywołało tak silny stan zapalny – mruknęła, wysyłając uzdrowicielską magię w głąb ciała mężczyzny. Natychmiast znalazła przyczynę gorączki. Zerknęła ostrożnie na Akkarina. Miał zamknięte oczy i zaciśnięte usta. – Zdejmij płaszcz i koszulę – poleciła.

Skrzywił się, zsuwając z ramion ubrania. Syknął z bólu, gdy materiał koszuli dotknął rany na plecach.

- Daj, pomogę ci – mruknęła cicho, nieśmiało zdejmując z niego kolejne warstwy odzieży.

Akkarin wyciągnął ręce z rękawów koszuli, pozwalając opaść jej na leżący na pościeli płaszcz. Mężczyzna westchnął cicho, czując jak jej magia zwalcza gorączkę i znieczula zranione miejsce. Przymknął powieki, skupiając się na przyjemności, jaką sprawiał mu dotyk kobiety. Jedna dłoń Sonei zacisnęła się na jego lewym ramieniu, przytrzymując go w miejscu. Kruche palce nieświadomie zataczały małe kręgi, kojąc zdenerwowanie i pieszcząc go.

- Takanie! – Sługa natychmiast zjawił się w pokoju, słysząc wołanie kobiety. – Ta misa z wodą i ręczniki będą bardzo potrzebne.

- Oczywiście, pani.

Za pomocą magii usunęła z rany kawałki szkła i zatamowała krwawienie. Takan usłużnie podał jej misę z płóciennym ręcznikiem. Podgrzała wodę i zamoczyła w niej tkaninę. Akkarin drgnął, kiedy gorące krople spłynęły w dół pleców. Odruchowo zacisnęła mocniej dłoń na ramieniu mężczyzny. Wyczuwała jego napięte mięśnie i ciepły oddech na swoich palcach.

- Nie ruszaj się – powiedziała łagodnie, kiedy mężczyzna spróbował się odwrócić. – Jeszcze chwila.

Blizny na przedramionach Akkarina były niczym w porównaniu ze szramami na jego plecach. Zadrżała na myśl, ile musiał wycierpieć zanim rany się zagoiły. Przesuwała koniuszkami palców po skórze na łopatce maga, zafascynowana jej gładkością. Ciepło i siła bijące od jego ciała sprawiały, że chciała być jeszcze bliżej niego. Akkarin spiął się, kiedy jej dłoń przesunęła się wzdłuż kręgosłupa. Nie powinnam… Zaczerpnęła magię ze swojego ciała i przelała ją w oczyszczoną ranę, gojąc ją. Odsunęła się od niego odrobinę, patrząc, jak bada palcami uleczone miejsce.

- Dziękuję ci, Soneo. – Naciągnął czarną koszulę na ramiona.

Rozpoznała szorstką nutę w jego głosie. Zawsze pojawiała się, kiedy chciał zakończyć rozmowę. Sonea poczuła w ustach smak goryczy. Zachowywał się tak, jakby miała już zniknąć. Jakby nie miały dla niego znaczenia ani pocałunek dzisiejszego wieczoru ani fakt, że go wyleczyła.

- Kto ci to zrobił? – spytała ostrożnie, jednak jej słowa napotkały mur milczenia. – Przed chwilą uratowałam ci życie, czy naprawdę nie zasługuję na wyjaśnienia? – Irytacja niemalże się z niej wylewała.

Z pomiędzy ust Akkarina wydobyło się pełne zniecierpliwienia westchnienie.

- Nie ma nic do wyjaśniania.

Prychnęła cicho. Nienawidziła tego jak ją lekceważył.

- Wątpię – wycedziła. – Mam rodzinę w slumsach, więc jak najbardziej powinnam wiedzieć! Skoro ciebie ktoś tak pokiereszował, z bylcem poradzi sobie jeszcze łatwiej. Ukrywasz to, co najważniejsze. Znów. – Skrzywiła się, słysząc wyraźną nutę żalu w swoim głosie. Czując na sobie wzrok mężczyzny odwróciła głowę.

Akkarin ujął jej podbródek i odwrócił twarz kobiety w swoją stronę, zaglądając w brązowe oczy. Co tak ważnego zdaniem Sonei przemilczał, że żywiła do niego urazę? Kobieta odsunęła się od mężczyzny, zwiększając między nimi dystans. W myślach prześledził wspomnienia dotyczące Sonei. Zaczął ją rozumieć, kiedy dotarł do wydarzeń tuż przed najazdem. Pamiętał, to poczucie wykorzystania czające się w jej oczach, kiedy niechętnie opowiedział o niewolnicy Dakovy, którą kochał. Z pewnością musiało ją to zaboleć, zwłaszcza, że stali się sobie bliscy zanim został wygnany do Sachaki. Bez protestów zgodziła się wziąć udział w zaplanowanym przez niego przedstawieniu, a zapłatą okazały się jedynie czarne szaty i utarta wolności. Tylko tyle dostała w zamian za zaufanie.

- Dzisiaj nad źródłem, opowiedziałem ci o problemie jaki sprawia gnil.

- Mówiłeś, że osobą, która tym kieruje jest mag.

Akkarin uśmiechnął się krzywo.

- Istotnie, ale nie wspomniałem, że to czarny mag.

W oczach Sonei rozbłysła złość.

- Uznałeś, że ten fakt lepiej przemilczeć.

- Milczałem, bo nie chciałem ciebie denerwować.

- Jak mam być spokojna, kiedy w slumsach jest moja rodzina. – Zadrżała na myśl o bezbronnej Jonnie i kuzynostwie na łasce dzikiego.

Na ustach Akkarina zatańczył delikatny półuśmiech. Jej troska o najbliższych była jedną z cech, które cenił w niej najbardziej. Powolnym ruchem pogładził ją po policzku.

- Twojej rodzinie nic nie grozi, jeżeli nie wychodzą po zmierzchu – odpowiedział cicho.

- Musiał być bardzo silny, skoro doprowadził cię do prawie całkowitego wyczerpania.

- Owszem. – Mag skrzywił się. – Do tego ma jeszcze ucznia.

Sonea nabrała głośno powietrze do płuc.

- Ale… Jak to możliwe? Jakim cudem ten człowiek poznał czarną magię i zdołał przekazać tą wiedzę dalej?

- Rok temu, Gildii umknął jeden niewolnik ichanich. Powrócił do Imardinu i dziwnym zbiegiem okoliczności trafił pod opiekę Senfela. Stary mag uwolnił jego moc, a Sachakanin jakimś cudem wszedł w posiadanie księgi o czarnej magii. Nauczył się jej, zabił Senfela i zaczął sprowadzać gnil.

Sonea pokręciła głową, nie rozumiejąc.

- Twierdziłeś, że to niemożliwe, że czarnej magii nie da się poznać z ksiąg. – Palce Akkarina sunące po jej twarzy skutecznie ją rozpraszały.

- Najwyraźniej się myliłem – odparł. – Nie poznamy odpowiedzi dopóki dziki jest na wolności. Znajdę go. – Delikatnie przesunął kciukiem po dolnej wardze kobiety.

Zapobiegawczo wymknęła się jego palcom, odsuwając się na bezpieczną odległość. W oczach mężczyzny błysnęła uraza, jednak natychmiast została ukryta pod nieprzeniknionym wyrazem czarnych tęczówek.

- Wszystko już wiesz, Soneo. Nie ma żadnych tajemnic. Teraz to ty je masz.

- Jak mam ukrywać coś przed człowiekiem, który odczytał moje myśli? – spytała ostro.

Akkarin uśmiechnął się krzywo.

- Czas dany mi przez Starszyznę nie był wystarczający, aby dowiedzieć się wszystkiego, czego chciałem.

- Niech tak zostanie – powiedziała cicho, wstając. – Sen najlepiej pomaga regenerować utracone siły. Dobranoc, Czarny Magu – dodała i opuściła jego sypialnię, zostawiając go samego zatopionego w myślach.

Zmrużonymi oczami Akkarin przyglądał się siedzącemu naprzeciw młodemu mężczyźnie. Od pół godziny starał się wydobyć z Remina chociaż jedną, przydatną informację. Otrzymywał tylko wymijające odpowiedzi. Nie wiem…Nie znam…Zaczynało go to powoli irytować.

- Pytam po raz ostatni. Od kogo dostawałeś gnil?

Remin spuścił głowę pod ciężarem przenikliwego spojrzenia czarnego maga.

- Mówiłem już…

- Zmęczyły mnie twoje wykręty – przerwał mu ostro Akkarin. – Odczytanie twoich wspomnień będzie mniej czasochłonne.

- Nie zgadzam się!- ryknął Larion, przerywając swój nerwowy obchód biblioteki Wielkiego Mistrza. – Balkanie… - Wyczekujące spojrzenie mężczyzny powędrowało do siedzącego za biurkiem maga odzianego w biel.

Wielki Mistrz nie odpowiedział, tylko skinął głową Akkarinowi. Blade pace stanowczo zacisnęły się na skroniach trzęsącego się ze strachu Remina. Czarny mag wniknął w umysł młodego mężczyzny. Nie zwracając uwagi na przerażenie i chaos panujący wokół niego, Akkarin zadał to samo pytanie: Kto dostarczał ci narkotyk? Odpowiedź nadeszła natychmiast w postaci wspomnienia dobrze zbudowanego mężczyzny o brązowych włosach i opalonej twarzy. Rahn, to on przywoził Reminowi narkotyk, a raz, na jego prośbę i za dodatkową opłatą, zabrał go do magazynu. Czarny mag naparł swoją świadomością jeszcze bardziej na umysł Remina. Wspomnienie zmieniło się. Teraz oglądał stary magazyn w dokach. Ludzie pracowali w milczeniu jak jeden organizm, podając z rąk do rąk skrzynie z gnilem. Przykrywano je słomą i układano w tylnej części budynku, zaś w przedniej wyładowywano pozostały towar ze statku.

~ Gnil jest przemycany drogą morską?

~ Nie wiem dokładnie. – Od Remina promieniowało zaskoczenie sposobem, w jaki się porozumiewali. – Rahn nic przy mnie o tym nie wspominał, ale najprawdopodobniej nil sprowadzany jest w każdy możliwy sposób.

Akkarin nadal przeglądał wspomnienia chłopaka, przyglądając się mężczyznom nadzorującym rozładunek. Jeden z nich wyglądał znajomo. Mag rozpoznał Derrima po charakterystycznie zafarbowanej skórze twarzy.

~ Wiesz, kiedy odbędzie się kolejny przemyt?

Remin zawahał się, ale odpowiedział.

~ Dziś o północy.

~ W tym samym miejscu?

~ Tak.

Akkarin wycofał się z umysłu młodego mężczyzny i otworzył powoli oczy. Balkan i Lariom wpatrywali się w niego w napięciu.

- Zaspokoiłeś swoją ciekawość? – spytał z drwiną ojciec Remina.

- Owszem. – Akkarin spojrzał znacząco na Balkana.

Wielki Mistrz machnął w stronę drzwi, które stanęły otworem.

- Zostawcie nas samych. – Mag w białych szatach zaczekał cierpliwie, aż Larion i Remin opuszczą bibliotekę. – Czego się dowiedziałeś?

- Dzisiejszej nocy ma odbyć się dostawa gnilu. Nie jest osobiście nadzorowana przez Tiwarę, ale przez jego ucznia. Uznałem, iż najlepszym sposobem dotarcia do handlarza, będzie wyeliminowanie jego pomocnika.

Balkan postukał palcem wskazującym o blat biurka.

- Co masz zamiar zrobić?

- Pójdę w przebraniu do slumsów, zakradnę się do tego magazynu i zlikwiduję adepta.

Wielki Mistrz zmrużył oczy.

- Rozumiem, że twoje ostatnie wyjście zakończyło się niepowodzeniem?

Akkarin odchrząknął.

- Owszem. Dlatego zależy mi na rozdzieleniu Tiwary i jego ucznia.

- Oby dzisiejsze twoje wyjście okazało się bardziej udane niż poprzednie. Jak do tej pory działanie w pojedynkę, bez wsparcia Wojowników, nie idzie ci najlepiej – zauważył chłodno Balkan.

- Banda magów, którą ty nazywasz pomocą, jedynie utrudnia mi zadanie – odparł cierpko Akkarin. – Jeżeli ktokolwiek miałby mi towarzyszyć, to chciałbym, żeby to była Sonea. Ma doświadczenie.

W oczach drugiego mężczyzny błysnęła ostrożność.

- Wykluczone. Nie wypuszczę dwójki Czarnych Magów do miasta.

- W takim razie będziesz musiał zaakceptować moje działanie w pojedynkę. Nie zgodzę się na towarzystwo Wojowników. – Czarny Mag wstał, zamierzając opuścić Rezydencję. – Czy to wszystko, Balkanie? – Celowo nie użył tytułu nowego przywódcy Gildii.

Wielki Mistrz milczał, co Akkarin uznał za zakończenie ich rozmowy. Bez słowa opuścił bibliotekę. Nie będzie się kłaniał nikomu w miejscu, które wciąż uważał za swój dom.

Korytarz na pierwszym piętrze Uniwersytetu rozbrzmiewał echem podniesionych głosów. Na ustach Akkarina pojawił się ledwo widoczny półuśmiech, kiedy rozpoznał podniesiony głos Sonei. Poszukiwania nowego Czarnego Maga zajmą mu mniej czasu niż przypuszczał. Kiedy dotarł do gabinetu Administratora, jego oczom ukazał się niecodzienny widok. Sonea stała na przeciw Osena z miną wyrażającą skrajne niezadowolenie.

- Czarny Magu, rozpatrzę twoją prośbę, ale nie w tym momencie. – W głosie Administratora pobrzmiewało wyraźne zniecierpliwienie.

- Nie, potrzebuję twojej zgody teraz.

- Soneo, jako Czarny Mag nie możesz tak po prostu wyjść poza teren Gildii, a twoja… przeszłość kładzie się cieniem na zaufaniu do ciebie.

- Proszę jedynie o pozwolenie odwiedzenia rodziny. - Sonea mówiła ze spokojem, ale w brązowych oczach coraz wyraźniej błyszczał gniew. – Moja ciężarna ciotka jest chora. Muszę ją zbadać i nie pozwolę, żeby przez waszą nieufność straciła dziecko!

Spojrzenie Osena złagodniało. Mag westchnął głęboko.

- Rozumiem twoją troskę, ale nie mogę wypuścić kogoś z twoimi zdolnościami samego do slumsów.

Kobieta założyła ręce na piersiach, unosząc wysoko głowę.

- Traktujecie mnie jak więźnia.

- Oczywiście, że nie…

- W takim razie pozwól mi odwiedzić rodzinę!

Osen wziął kolejny wdech, zbierając w sobie resztki cierpliwości.

- Soneo, to nie takie proste. Oprócz mojej zgody potrzebujesz jeszcze zezwolenia Balkana. – Mag przyjrzał jej się z namysłem. – Sądzę również, że powinnaś przedyskutować to z Akkarinem. Może mógłby ci pomóc.

Administrator i młoda kobieta wzdrygnęli się zaskoczeni, kiedy mężczyzna w czarnych szatach wyszedł z cienia.

- Rozmawiała już ze mną, Osenie. W pełni ją popieram.

Odziany w błękit mag zacisnął usta w wąską linię.

- Znasz prawo, Akkarinie. Ta decyzja nie zależy jedynie ode mnie. Nie mogę obejść przepisów. Takie postępowanie jedynie przysporzy Sonei wrogów, a ma ich już wystarczająco dużo. Przykro mi, ale dzisiaj nie możesz opuścić Gildii. - Osen ze wstydem unikał spojrzenia kobiety. – Postaram się załatwić twoją sprawę tak, żebyś jeszcze w tym tygodniu mogła odwiedzić bliskich.

Sonea już otwierała usta, aby dalej się z nim sprzeczać, jednak ponure spojrzenie Akkarina powstrzymało ją.

- Trzymam cię za słowo, Administratorze – odparła, patrząc na czarnego maga z wyrzutem.

Zadowolony Osen skinął głową i odszedł, zostawiając ich samych w pustym korytarzu.

- Dalsze wykłócanie się nie miało sensu – mruknął cicho Akkarin, postępując krok w jej stronę.

- Nie pomagasz – fuknęła niezadowolona.

Mężczyzna przyjrzał się jej z rozbawieniem.

- Wierz mi, Soneo, wciągu ostatniego roku wielokrotnie miałem tę wątpliwą przyjemność spierać się z Osenem. Dobrze ci radzę, wykaż się odrobiną cierpliwości.

Sonea uniosła głowę do góry, wpatrując się w ciemne oczy mężczyzny.

- Nie będę czekać, aż łaskawie da mi pozwolenie.

Obserwowała go czujnie, czekając na jakąkolwiek reakcję. Czarni Magowie powinni darzyć się nieufnością. Nie potrafiła pozbyć się myśli, że Akkarin mógłby powiedzieć o jej planach Starszym.

Mężczyzna zmarszczył brwi i zacisnął usta w wąską linię z wyraźnym niezadowoleniem. Musiał dostrzec na jej twarzy oznaki podejrzliwości.

- Dlaczego aż tak mi nie ufasz? – spytał z urazą. – Znasz mnie przecież. O twojej wizycie u ciotki nikt się nie dowie.

Odetchnęła z ulgą.

- Dziękuję – wymamrotała, zażenowana spuszczając wzrok. Uraziła go swoimi wątpliwościami.

Zrobiła mały krok do tyłu, dając mu taktownie do zrozumienia, że to koniec ich rozmowy. Twarz Akkarina pozostała maską niezmąconego opanowania, kiedy zwróciła się do niego plecami.

- Soneo…

Zatrzymała się w pół kroku i zerknęła na niego pytająco.

- Właściwie twoje wyjście do slumsów może okazać się dla mnie pożyteczne.

Zmrużyła oczy podejrzliwie.

- W jaki sposób?

Akkarin obrzucił bacznym spojrzeniem korytarz, upewniając się, że nadal są sami.

- Potrzebuję twojej pomocy przy zlikwidowaniu ucznia dzikiego.

Serce załomotało mocniej w piersi Sonei. Nie musiała się nawet pytać, czy Starszyzna wie o jego planach, bo odpowiedź była oczywista. Nie. Dzikiego maga ścigał tylko Akkarin. Gdyby miała brać udział w poszukiwaniach, z pewnością poinformowałby ją o tym Administrator. Powinna mu odmówić, nie mieszać się w to. Wyrażając zgodę może pogorszyć swój wizerunek w Gildii. Nie mogła na to pozwolić.

- Pomaganie tobie może oznaczać kłopoty dla mnie – powiedziała cicho. – Wolę nie ryzykować.

Z cichym szumem szat spróbowała go wyminąć, jednak silne palce maga zacisnęły się na jej nadgarstku, zatrzymując w miejscu.

- Kiedyś nie miało to dla ciebie znaczenia.

- Dużo się zmieniło od tego czasu. – Sonea wbiła wzrok w swoje stopy, marząc o ucieczce przed świdrującym spojrzeniem czarnych oczu, które tak ją przyciągało. – Znalezienie szpiega to twoje zadanie, nie moje.

Dłoń mężczyzny jeszcze ciaśniej oplotła nadgarstek kobiety, przyciągając jej drobne ciało do niego.

- Pomyśl o bylcach, na których żeruje Tiwara. Rok temu leczyłaś ich, przejmowałaś się ich losem. A twoja rodzina? Oni też są narażeni na niebezpieczeństwo. Pozwolisz, aby ginęli, zabijani przez chorującego na żądzę władzy Sachakanina? – Nie chciał uciekać się do szantażu emocjonalnego, ale to był jedyny sposób, żeby się zgodziła.

Sonea stała w milczeniu, wpatrując się w pusty korytarz za mężczyzną. Była zła na niego za sprytne zagranie na jej sumieniu, które stawiało ją na przegranej pozycji. Uderzył w czuły punkt, przypominając o więzi łączącej ją z bylcami.

- Zgoda – wymamrotała, próbując skupić się na rozmowie zamiast na przyjemnych dreszczach, które wywołał dotyk Akkarina.

- Zatem przyjdź o północy pod spelunkę o nazwie Eyoma w dokach. Będzie tam na ciebie czekał przewodnik.

Skinęła w milczeniu głową, wciąż niepewna słuszności swojego wyboru. Znieruchomiała, kiedy palce mężczyzny uwolniły jej nadgarstek i chwyciły delikatnie podbródek, unosząc głowę kobiety do góry. Czerń oczu mężczyzny spotkała się z brązem tęczówek kobiety.

- Nie spóźnij się – szepnął, delikatnie głaszcząc jej policzek kciukiem.

- Będę punktualnie – odpowiedziała, próbując odsunąć się od niego.

Przez chwilę myślała, że w ciemnych oczach dostrzega smutek, lecz to wrażenie minęło wraz z szybkim mrugnięciem. Spojrzenie czarnego maga znów było nieprzeniknione.

W korytarzu rozbrzmiało echo kroków, burząc panującą wokół nich ciszę. Sonea ze smutkiem zauważyła, jak Akkarin cofa dłoń.

- Trzymam cię za słowo – powiedział cicho, wbijając w nią swoje świdrujące spojrzenie. – Idź już, Soneo. Nikt nie powinien zobaczyć nas tutaj. Mogłoby to wzbudzić niepotrzebne podejrzenia.

Bez słowa odwróciła się do niego i skierowała w stronę jednego z bocznych korytarzy. Po chwili szła już przez labirynt uniwersyteckich korytarzy, zostawiając za sobą czarnego maga.

Ostre powietrze przesycone było wonią wina, dymu oraz drogich olejków. To był zapach wolności, który Sonea chciwie wdychała. Za plecami miała niespokojnie śpiący Imardin, a przed nią rozpościerał się port, który nie milknął nawet nocą. Przepychając się miedzy tłumem ludzi, naciągnęła kaptur na głowę, ukrywając pod nim swój uśmiech. Wizyta u ciotki była krótsza niż by chciała, jednak uciszyła jej niepokój o rodzinę. Barwny świat portu rozmył się, zastąpiony przez wspomnienia dzisiejszego wieczoru.

Siedziała razem z Jonną w małej kuchni oświetlonej jedynie samotną świecą. Na stole leżały medykamenty, które Sonea wyniosła z Domu Uzdrowicieli.

- Zażywasz lekarstwa zgodnie z moimi zaleceniami?

Ciężarna kobieta skinęła głową, wpatrując się zmartwionym spojrzeniem w okno.

- Tak. Bardzo mi pomogły. Dziękuję ci, Soneo.

- Cieszy mnie to. Gdy leki się skończą, zdobędę dla ciebie nowe. Z łatwością mogę je przekazać przez Cerego…

- Nie! – przerwała jej ostro Jonna.

Młoda kobieta uniosła brew ze zdziwieniem.

-Potrzebujesz tych środków – zaprotestowała. – Bez nich możesz stracić dziecko!

- Nie będziesz niczego wynosić z Gildii! Nie zgadzam się.

Sonea wpatrywała się w nieustępliwą twarz ciotki. Dla Jonny jej postępowanie było zwykłą kradzieżą, której nigdy nie popierała. Nawet gdy w domu brakowało jedzenia.

- Nikt się nie zorientuje – zapewniła. – Uzupełnię zawartość magazynu za każdym razem, kiedy wezmę dla ciebie lekarstwa.

- A jeżeli ktoś cie przyłapie? – spytała ostro. – Gildia już wystarczająco jest wobec ciebie nieufna. Nie chcę, żebyś przeze mnie miała jeszcze większe kłopoty.

Wyciągnęła rękę i delikatnie ścisnęła dłoń ciotki.

- Pomogę ci donosić ciążę, Jonno. Gildia mnie nie obchodzi.

Starsza kobieta uśmiechnęła się delikatnie, posyłając Sonei pełne ciepła spojrzenie. Jednak troska wciąż czaiła się w jej oczach.

- Jesteś zbyt pewna swego, żebym mogła cię powstrzymać.

Dzięki uporowi jeszcze żyję, pomyślała ponuro, zatrzymując się przed głośną spylunką. Uniosła głowę do góry, spoglądając na szyld.

Eyoma.

- Wreszcie jesteś. – Z ciemnego zaułka wyłonił się Cery, uśmiechając się do niej szeroko. – Twój znajomy czeka już na ciebie.

- Zaprowadź mnie do niego. – Kąciki ust Sonei uniosły się lekko, kiedy ruszyła za Złodziejem w głąb ciasnej uliczki.

Przez długą chwilę szli w milczeniu, a Cery co kilka kroków oglądał się za siebie, sprawdzając czy nikt ich nie śledzi.

- Jaki jest plan? – spytała, przerywając pełną napięcia ciszę.

- Nie mówił ci? – Cery spojrzał na nią ze zdziwieniem.

- Wiem jedynie, że planuje zlikwidować pomocnika dzikiego. Nic więcej nie powiedział.

- Dzisiaj przywieziono nową dostawę gnilu, rozładunek ma nadzorować adept w pobliskim magazynie. – Złodziej zatrzymał się naprzeciw starego kramu i pewnym pchnięciem otworzył drzwi. – Wejdziecie tam w przebraniu robotników. Resztę już z nasz. – Uśmiechając się łobuzersko, poprowadził ją krętymi schodami na pierwsze piętro budynku. – Razem z moimi ludźmi zabezpieczyliśmy teren, więc Nikt niepowołany nie będzie się tutaj kręcił. – Stanęli przed kolejnymi drzwiami, które uchyliły się, gdy lekko je nacisnęła. – Powodzenia, Soneo.

Weszła do ciemnego pomieszczenia, w którym czuć było wilgocią. Zmrużyła oczy, oślepiona nagłym blaskiem kuli świetlnej, która przegoniła panujący wokół mrok. Powoli uchyliła powieki i rozejrzała się ciekawie. Znalazła się w pokoju będącym niegdyś zapewne sypialnią. W kącie przeciwległej ściany stało łóżko zaścielone starą, wyblakłą pościelą. Rozlatująca się szafa przycupnęła tuż przy wejściu, zaś na środku pokoju ustawiono drewniany stolik, przy którym siedział Akkarin ubrany w zwykłą koszulę i spodnie. Mag spojrzał na nią nieobecnym wzrokiem i wskazał na leżący na krześle obok niewielki tobołek.

- Tutaj są ubrania dla ciebie – wyjaśnił. – Przebierz się szybko.

Zręcznymi ruchami rozsupłała pakunek, wydobywając z niego długą, lnianą koszulę oraz wąskie spodnie.

- Mam nadzieję, iż będą pasowały. Cery twierdził, że już nic mniejszego nie mógł znaleźć. – Ciemne oczy mężczyzny rozbłysły, a kąciki ust powędrowały lekko ku górze.

Sonea podeszła do łóżka, rzucając na pościel swój płaszcz.

- Nie odwracaj się teraz – powiedziała cicho, ściągając skórzaną kamizelkę.

Zerkała na niego co chwilę, pozbywając się kolejno czarnej tuniki i spodni. Mężczyzna siedział odwrócony do niej plecami, wbijając pełen skupienia wzrok w okno. Sonea poczuła, jak na jej twarzy wykwita gorący rumieniec, gdy dostrzegła odbicie swoich pleców w cienkiej szybie. Chcąc, nie chcąc, była dla niego doskonale widoczna. Przesunęła się odrobinę w bok, wymykając się czujnym, czarnym oczom.

- Gotowe – oznajmiła, nakładając na głowę kapelusz.

Akkarin podszedł do szafy, rzucając kobiecie pojedyncze spojrzenie. Deski zaskrzypiały jakby w proteście, kiedy odsunął mebel, odsłaniając ukryte za nim wejście do tunelu.

- Tą drogą dotrzemy do Ścieżki Złodziei, która doprowadzi nas do samego magazynu – powiedział, zdejmując lampę zawieszoną na haku wbitym w ścianę. Knot zapłonął z cichym sykiem. – Chodźmy, Soneo.

Ciężki worek ze zbożem wylądował na stercie skrzyń z vidońskim winem. Sonea odetchnęła z ulgą i otarła słone krople potu z czoła. Skończył się rozładunek towaru przeznaczonego do kupieckich kramów, teraz przyszła kolej na gnil. Zmęczona skierowała kroki ku otwartym wrotom magazynu, przy których stało kilku robotników. Uśmiechnęła się delikatnie na widok Akkarina trzymającego drewnianą skrzynię.

- Przybył Derrim – wymamrotał, niemalże niezauważalnie poruszając wargami. – Dobija targu z kapitanem statku. Chcę posłuchać ich rozmowę.

- A później?

Spojrzenie mężczyzny stwardniało.

- Później zrobimy to, po co tutaj przyszliśmy.

Gdy ostatni robotnik wszedł do magazynu, Sonea podążyła za Akkarinem do zacumowanego w dokach statku. Zatrzymali się przy stosie pustych skrzyń, obserwując dwójkę mężczyzn stojących przy spuszczonym trapie.

- Następny towar dostarczę później niż to było umówione. – Wzrok Sonei powędrował ku człowiekowi, u którego rozpoznała miękki, vidoński akcent. – Moi dostawcy napotkali pewne przeszkody przy transporcie.

- Jakie? – Drugi mężczyzna o nienaturalnym odcieniu skóry patrzył na kapitana podejrzliwie.

- Derrim – mruknął Akkarin tuż nad uchem Sonei, wskazując ucznia Tiwary. Kobieta zadrżała, czując jego ciepły oddech na karku.

- To już nie twój interes – fuknął kapitan, wyrywając sakwę z dłoni adepta. – Przywiozę gnil zgodnie z umową, ale dwa tygodnie po wyznaczonym terminie. Wcześniej jest to niemożliwe!

- Panie kapitanie! – Sonea zesztywniała, rozpoznając w zbiegającym po trapie marynarzu Vanira. – Wszystko gotowe. Możemy wypływać.

Akkarin obserwował mężczyznę zmrużonymi oczami z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

- To twój znajomy?

- Tak – mruknęła, uparcie unikając spojrzenia maga.

- Wiedziałaś, że jest zaangażowany w handel nilem?

Kobieta zesztywniała, słysząc nutę pogardy w jego głosie.

- Kapitan z pewnością nie mówił załodze, że przemycają narkotyk – powiedziała ostro, unosząc dumne podbródek do góry. – Vanir pływa na różnych okrętach, często nie wiedząc dokładnie, co jest w ładowniach!

Czarny mag zamilkł, zaciskając wargi w wąską linię z niezadowoleniem. Przez kilka minut obserwowali trójkę mężczyzn, nie zwracając na siebie najmniejszej uwagi.

- Kochałaś go? – spytał cicho Akkarin, przerywając panującą miedzy nimi ciszę.

Sonea poczuła, jak pod wpływem natarczywego spojrzenia czarnych oczu jej policzki oblewa gorący rumieniec.

- Kochałam jak przyjaciela. Nic więcej.

Po nieruchomej tafli wody poniósł się dźwięk syreny okrętowej, rozchodząc się echem po ponurych zakamarkach portu. Marynarze rozwinęli żagle na vidońskim statku, w których od razu zatańczył wiatr. Vanir wraz z kapitanem weszli na pokład, a zaraz za nimi wciągnięto trap.

- Idziemy. – Akkarin pociągnął Soneę delikatnie za rękaw koszuli i ruszył śladem Derrima, który zawrócił w stronę magazynu.

Idąc u boku maga, przyglądała mu się ukradkiem. Dawno już nie widziała tego wyrazu determinacji na jego twarzy, pojedynczej zmarszczki przecinającej czoło oraz tej stalowej woli czającej się w oczach. Ona sama odczuwała dreszcz zdenerwowania i adrenalinę buzującą w żyłach, jakby miała zaraz wskoczyć w otchłań czarnego oceanu.

Powietrze zawibrowało od magii, kiedy Akkarin zaatakował. Derrim odwrócił się zaskoczony. W jego oczach pojawił się strach, jednak zniknął szybko, ukryty głęboko pod wyrazem sztucznej pewności siebie.

- Jesteś aż tak słaby, że potrzebujesz pomocy? – zaszydził, zerkając oceniająco na Soneę.

- Razem z Tiwarą pokazaliście, ile korzyści płynie z pracy zespołowej. – Akkarin z beznamiętnym wyrazem twarzy po raz kolejny wysłała pocisk w kierunku przeciwnika.

Tarcza Derrima wytrzymała. Mężczyzna uskoczył w bok, próbując uciec w głąb uliczki, jednak został powstrzymany przez barierę Sonei. Uderzał wściekle pociskami w magiczną zaporę, próbując wyrwać się z pułapki. Adept zachwiał się, gdy moc Akkatina uderzyła w jego tarczę z dziką siłą. Dysząc ze złości, odpowiedział na ataki maga. Mizerne próby obrony wywołały pobłażliwy błysk w oczach czarnowłosego mężczyzny. Rozwścieczony Derrim wysłał pocisk ogniowy w stronę Sonei. Mimo że jej tarcza wytrzymała, siła adepta przeraziła ją, wywołując dreszcz strachu. Ukierunkowała przepływ energii na Derrima, próbując przełamać jego obronę. Mężczyzna cofnął się w stronę ściany, usiłując oddalić się od napastników. Wysiłki dzikiego skupiły się teraz głównie na Sonei. Słusznie uznał ją za słabszą, łatwiejszą do wyeliminowania. Zasypał ją gradem ciosów, wkładając w każdy następny coraz więcej siły i zaciętości. Zauważywszy to, Akkarin spróbował zwrócić uwagę Derrima na siebie, przypuszczając zaciekły atak na tarczę mężczyzny.

- Podejdź bliżej, Soneo – powiedział cicho, a ona poczuła, jak otacza ją swoją tarczą.

Z twarzy adepta spełzł pełen pewności wyraz. W jasnych oczach błysnęła rozpaczliwa zawziętość i determinacja. Wysłał pocisk ogniowy w kierunku dwójki magów, jednak nie zdołał przedrzeć się przez ich wspólną ochronę. Powietrze drżało pod wpływem uderzeń energii, łącząc się w spójnym rytmie z łomoczącym sercem Sonei. Widziała, jak mężczyzna słabnie, ale wciąż pozostawał poza ich zasięgiem. Zdyszana, zerknęła na Akkarina, czekając na dalsze instrukcje. Głębokie cienie pod oczami uwydatniały jego znużenie, jednak ciemne oczy wypełnione były zawziętością i brakiem litości. Zrozumiała, iż nie ustąpi, choćby miał puścić z dymem cały Imardin. Brzeg bariery Derrima rozbłysnął iskrami, gdy dosięgło ją silne uderzenie Akkarina. Dziki zachwiał się, lecz zdołał utrzymać ochronę, śmiejąc się szyderczo.

- To wszystko, na co was stać? – zakpił. – Pomyśleć, że tyle lat żyłem w strachu przed takimi jak wy! – Splunął z pogardą na bruk.

Akkarin zaklął ze złości, przygotowując się do kolejnego ataku.

- Zaczekaj! – Sonea złapała maga z rękaw. – Przechytrzmy go.

Odpowiedział jej lekki półuśmiech towarzysza.

Zamknęła oczy i skupiła się na źródle swojej mocy, czerpiąc z niego siłę. Ukształtowała energię w światło, stosując tę samą metodę, jak kilka lat temu, kiedy walczyła z Reginem. Blask wypełnił uliczkę, oślepiając dzikiego, który osłonił oczy. Uśmiechnęła się z satysfakcją i stworzyła iluzję siebie oraz Akkarina zbliżających się wolno do Derrimna. Zdezorientowany mężczyzna wysłał strumień magii w wykreowaną przez nią projekcję, trafiając w drewniany wóz, który stanął w ogniu. Korzystając z chwilowego rozproszenia adepta, Akkarin uderzył pociskiem ogłuszającym, przełamując tarczę Derrima. W kilku szybkich krokach znalazł się przy wyczerpanym mężczyźnie i przycisnął go do ściany, kładąc blade palce na jego skroniach. Dziki zacisnął mocno usta, ostatkiem sił powstrzymując maga przed wtargnięciem do umysłu. Sonea z nerwowym napięciem przyglądała się tej niemej walce, wystukując butem niecierpliwy rytm. Twarz Derrima zastygła w wyrazie niespokojnego oczekiwania, gdy Akkarin zdołał podporządkować sobie jego umysł. Skrzywiła się lekko, widząc jak dziki szarpie się i syczy z bólu. Dla Sonei odczytywanie myśli było jednym z najnieprzyjemniejszych obowiązków czarnego maga. Ingerując w myśli obcego człowieka, czuła się jak intruz odbierający komuś cząstkę prywatności.

Nieprzyjemny zgrzyt metalu zwrócił uwagę kobiety. Sparaliżowana obserwowała Akkarina przyciskającego Derrima do ściany. Mężczyzna próbował uwolnić się z uścisku maga, który beznamiętnie przybliżał zimne ostrze do skóry dzikiego. Ciszę w dokach przerwał urywany krzyk, podobnie jak sztylet przecinający skórę. Nigdy nie przypuszczała, że jeszcze po najeździe będzie musiała polować na czarnych magów żerujących na mieszkańcach slumsów. Zwłaszcza, iż jednym z nich był Kyralianin.

Akkarin puścił nieruchome ciało Derrima, które bezwładnie opadło na ziemię.

- Wracajmy już. Cery zajmie się zwłokami – powiedział, wycierając krew ze sztyletu o skraj płaszcza martwego mężczyzny. – Wszystko w porządku? – spytał, dostrzegając zagubienie w oczach kobiety.

- To nie powinno się tak odbyć – wyszeptała.

- Człowiek, który zabijał wielokrotnie, nie zasługuje na nic innego – odparł, zbliżając się do niej.

- Ty też wiele razy odbierałeś życie.

Oczy Akkarina pociemniały z gniewu.

- Nie wiesz, co to znaczy być niewolnikiem! – syknął wprost do jej ucha, a ona zadrżała przytłoczona jego gniewem. – Nie wiesz, jak to jest, gdy traktują cię gorzej niż zwierzę!

Po tych słowach wyminął ją, kierując swoje kroki w stronę wyjścia z portu. Sonea ruszyła w ślad za mężczyzną, nie mając odwagi na niego spojrzeć.