Moi chłopcy, jak nazywałem żołnierzy mojej kompanii, zaczęli sprawdzać jakość obudowy transzei oraz zaczęli kombinować skąd wziąć drewno na podłogi.
Gdy zobaczyłem swoją ziemiankę, wyposażoną jak dla dekownika, poszedłem na linię moich ludzi i powiedziałem:
-Moja ziemianka jest duża, warta po warcie melduje się u adjutanta i idzie albo spać, albo jeżeli nie jest śpiąca, melduje się u mnie i wypoczywa do momentu w którym schodzi kolejna zmiana warty.
Rozumiemy się?
-Absolutnie!
-Mon adjutant, znaleźliśmy drewno. Duużo drewna.
-Gdzie?
-A tam, na ziemi niczyjej stoi sobie sąg.
-Nie mogę was puścić dopóki wróg czuwa. O, chyba nasi zaczną ostrzał artyleryjski!
Owszem, powietrze zaczęło bulgotać. Po chwili nad głowami przeleciały nam pociski artyleryjskie.
Gdy ogień trwał, moi żołnierze siedzieli w okopie. Gdy ustał, i zobaczyłem że Niemcy mają zniszczoną pierwszą linię, podzieliłem swoją kompanię na 15- osobowe zespoły. Sześciu osłania ogniem, dziewięciu nosi drewno. A z transzei aktualnie przebywającą na ziemi niczyjej grupę osłania cała kompania. W tym ja, z moją snajperką. Gdy tylko zobaczyłem wystającego Niemca, strzelałem. Ale nie tak, by zabić, tylko by zranić.
Wreszcie cały sąg był ułożony jako podłogi w ziemiankach, a trochę drewna oddaliśmy sąsiadom.
Ale pojawił się problem. Ostatnia piętnastka przywiodła niemieckiego dezertera. Ciągle powtarzał słowo pardon.
Gdy żołnierze chcieli go pobić, powiedziałem:
-Oni zabijają naszych wziętych do niewoli, i przez to są gorsi od zwierząt. Chcecie być do nich podobni?
Odskoczyli od Niemca, a ja kazałem dwóm mocnym żołnierzom zaciągnąć go do mojej ziemianki i zostać, gdy go będę przesłuchiwał. Na szczęście znałem i niemiecki, i angielski…
-Jak się nazywasz?
-Nie zabijajcie mnie, błagam- powtarzał jeniec w kółko, gdy zrozumiał że znam niemiecki, skoro mówię do niego w tym języku.
-Nie zabiję cię, pod jednym warunkiem- że będziesz odpowiadał i nie będziesz kłamał.
-Tak jest, panie oficerze…
-A więc, jak się nazywasz?
-Erich. Erich Liebke.
-Skąd pochodzisz?
-Z Postenkugel w Lippe.
-Jednostka?
-2. Pułk Piechoty Lippe-Detmold.
Notowałem każdą informację.
-Dlaczego uciekłeś?
-Bo strzelają… A ja nie chcę zginąć. Chcę wrócić do mamy i taty…
-Ile masz lat, Erich?
-17.
-Powiedz mi, jakie wojska są w waszych okopach?
…
Przepytywałem jeńca przez godzinę, po drodze dostał marchewkę do zjedzenia i kubek ciepłej wody. Mówił dużo, chętnie i rozsądnie, nie kłamał. I tak się to potwierdziło, że nie kłamał, gdy po odesłaniu go pod strażą do wydziału ds. informacji sztabu regimentu przyszła informacja, że jego informacje zgadzają się z informacjami od naszych szpiegów w niemieckich szeregach, a mój ,,protokół przesłuchania" jest nadzwyczaj precyzyjny.
Wieczorem, gdy moi żołnierze otwierali puszki facolitti z minami skazańców, zastanowiła mnie jedna rzecz. Na tyłach leżały sterty rur o średnicy mniejszej niż średnica puszki po facolitti, a chłopcy woleliby ciepłą żywność.
-Chłopcy?
-Oui, nous officier?
-Zakaz niszczenia puszek po facolitti. Wybierzcie ziemiankę najbliżej tyłów, i po zdjęciu wieczka i denka od puszki- które możecie sobie zostawić- wrzućcie tam puszki. Jutro będziemy przerabiać tamtą ziemiankę na kuchnię, bo wiem, gdzie można skombinować piecyk przenośny.
-Kuchnię? W sensie taką do podgrzewania żarcia?
-Dokładnie. Jak wykonacie rozkaz, ustalcie warty i poza wartą wszyscy spać.
-Rozkaz!
Rankiem obudził mnie jeden z moich żołnierzy.
-Mon lieutenant, dowódca odcinka wzywa.
Założyłem buty, założyłem płaszcz i ruszyłem do ziemianki dowódcy odcinka. Była 500 metrów od linii ognia. Przebyłem odprawę, a na zakończenie zapytałem czy mogę zaanektować te rury.
-Tak, one tylko zajmują miejsce.
-Dziękuję, mon captaine.
Wróciłem do moich żołnierzy, połowę zostawiłem na linii pod dowództwem adjutanta, a drugą połowę zaprzągłem do noszenia rur. Kilku miało przynieść resztki z kolacji, czyli puszki bez denka i wieczka. Za pomocą puszek połączyliśmy rury w jedną długą rurę i pociągnęliśmy ją od ziemianki która ma być kuchnią aż na tyły. Żołnierze i oficerowie przyglądali nam się z zainteresowaniem, a gdy kazałem wtoczyć do transzei niewielką, porzuconą kuchnię polową bez kółka przy jaszczu pomogli ją pchać. Znaczy się, żołnierze pomogli. Wspólnymi siłami umieściliśmy kuchnię polową w tamtej ziemiance, i wtedy zapytałem czy ktoś ma piłę, by zrobić otwór w dachu.
Piły nie było. Był kilof. A więc ostrożnie manewrując kilofem zrobiłem dziurę w dachu ziemianki, przełożyłem przez nią krótką rurkę która od dołu ,,obejmowała" komin kuchni polowej, i kazałem kilku żołnierzom znaleźć kolanko hydrauliczne. Znaleźli. Rura została tak umieszczona, by wznosić się coraz wyżej celem zapewnienia dobrego ciągu. Gdy odpaliłem kuchnię, żołnierze zaczęli się radować, zwłaszcza że dym unosił się daleeko od kuchni, w szczerym polu.
To był kawał dobrej roboty. Kuchnię zaanektowali żołnierze mojej kompanii, więc to moi stanowili kto może z niej korzystać. I ze wszystkich oficerów francuskich, tylko mi przydzielili prawo.
W nocy padał deszcz ze śniegiem, warunki w transzei były nie do pozazdroszczenia. Sam siedziałem w swojej ziemiance, wychodziłem tylko na obchód co godzinę.
Wtem, usłyszałem dźwięk który postawił mi włosy na karku. Był to ryk silników benzynowych...
Chwyciłem snajperkę, narzuciłem płaszcz na mundur i popędziłem w stronę moich żołnierzy.
Wszyscy mimo pogody byli na pozycjach, gotowi do rozpoczęcia ostrzału. Tylko jeden z żołnierzy siedział skulony. Podszedłem do niego, i zapytałem szeptem co się dzieje.
-Mon officier, to pancry…
-Co to są pancry?
-Wielkie opancerzone pojazdy z wbudowanymi armatami… Nie mamy szans, nie mamy artylerii…
-A czy taki pancr ma słabe strony?
-Za przeproszeniem, dupę ma z cienkiej stali I dach też cienki. One mają niszczyć transzeje…
-O nie, żadne szwabskie g*no nie zniszczy nam kuchni! Gotuj broń!
Podbiegł do mnie kurier od dowódcy odcinka.
-Mon lieutenant, rozkaz kryć się, zaraz przemówią moździerze.
-Do ziemianek, biegiem marsz!
Pognaliśmy wszyscy.
