Harry wrócił na Grimmauld place no. 12, wszyscy powitali go z radością i ulgą, że nie został wyrzucony z Hogwartu. Pani Weasley urządziła wystawną kolację.
Wcześniej jednak odbyło się zebranie Zakonu Feniksa, na które przybył Dumbleadore i Snape. Ron i Harry wyglądali na klatkę schodową, ale niewiele mogli
usłyszeć. Członkowie Zakonu weszli do jednego z pokoi i nastała cisza. Na drzwi zostało rzucone zaklęcie, więc nie mieli żadnej możliwości na podsłuchanie. Po
dwóch i pół godziny pierwsze osoby zaczęły wychodzić. Na początku wyszedł Dumbleadore, potem Kingsley i kilka osób z Ministerstwa, później Snape. Kiedy
przechodził obok Harry'ego wycedził.
- Gratuluję Potter, jak zwykle potrafisz WYWINĄĆ się ze wszystkich przewinień.
- Tym razem PANIE PROFESORZE, gdyby nie Ivy, to byłoby mi ciężko się WYWINĄĆ…
- Ahhh, Ivy… Widzę, że nie przestała cię lubić nawet wtedy, gdy się od niej odwróciłeś… Głupia dziewczyna…
- Nie może PAN tak o niej mówić!
- A ty mogłeś ją w ten sposób potraktować, Potter?
- Nie. Wiem, że źle zrobiłem.
- Cóż, myślę, że teraz i tak Ivy ma inne sprawy na głowie… Znalazła swoje miejsce wśród mugoli… A może nawet i nowego przyjaciela…
- Co ty wygadujesz Snape?! - do rozmowy wtrącił się Syriusz, który od jakiegoś czasu słuchał wymiany zdań między Harry'm a Severusem.
- Myślę Black, że nie powinno cię to obchodzić… Bardzo wyraźnie pokazałeś, jak ci na niej zależy…. - I z tymi słowami odwrócił się i wyszedł. Harry i Syriusz czuli
się niezręcznie pod wzrokiem pozostałych osób. W końcu pan Weasley odchrząknął.
- Moi drodzy, pora na kolację. Musimy uczcić dzisiejszy wyrok. - zawołał, próbując przerwać milczenie.
Wszyscy posłusznie weszli do kuchni, gdzie na stole pojawiły się już talerze, filiżanki, sztućce, a na półmiskach piętrzyły się już smakołyki. Harry nie miał za
wiele czasu na jedzenie, jednak nie czuł się w ogóle głodny. Syriusz tak samo grzebał w swoim talerzu, widać także nie miał ochoty na jedzenie. W końcu
kolacja się skończyła, Harry wymówił się bólem głowy i pobiegł szybko do swojego pokoju. Wyciągnął pergamin i pióro i zaczął pisać naprawdę długi list.
Ivy szła do pracy na popołudniową zmianę, udało jej się zdążyć z rozprawy. Miała wielu klientów, bo jej szefowa rozszerzyła ofertę kulinarną o lody. W
księgarnio - kawiarni interesy szły całkiem nieźle. Ivy uśmiechnęła się, widząc miłą notatkę od swojej szefowej. Przed zamknięciem księgarni, przyszedł obcy
mężczyzna, Ivy przestraszyła się, bała się, że to jakiś śmierciożerca, ale, gdy podał jej dokumenty od Heather, uspokoiła się. Okazało się, że to brat Heather,
Luke. Luke był przystojnym trzydziestolatkiem o całkiem ujmującym sposobie bycia. Pomógł zamknąć lokal i zaproponował, że odprowadzi Ivy do domu.
Zgodziła się, chociaż czuła, że nie powinna. Z drugiej strony, złośliwy głos w jej głowie uparcie powtarzał, że powinna czerpać z życia ile może. Zwłaszcza w
takich czasach. Nie wiadomo czy jutro nie będzie już martwa, albo torturowana przez śmierciożerców. Idąc wolno w stronę Magnoliowego Łuku, starała się
cieszyć każdą chwilą. Luke opowiadał jej wiele zabawnych historii, starał się bardzo, żeby na jej twarzy gościł uśmiech. Kiedy dotarli do jej domu pożegnał się i
wezwał taksówkę. Ivy weszła do domu, Lou od razu przybiegła, upominając się o jedzenie. Wieczór spędziły na fotelu, oglądając stare romantyczne komedia.
Rano stwierdziła, że jest żałosna. Zdziwił ją list leżący na podłodze, widać nowy listonosz to ranny ptaszek, kiedy jednak zobaczył nadawcę, zawahała się.
Kochana Ivy,
Pozwól mi najpierw przeprosić Cię, nawet nie wiesz jak bardzo żałuję swojej porywczości. Nigdy nie lubiłem prof. Snape'a,
a kiedy dowiedziałem się od Syriusza, żeumawiasz się z moim nauczycielem od eliksirów, wściekłem się.
W sumie to powinienem był być wściekły na niego, a nie na Ciebie. Ty starasz się być przyjaciółką dla wszystkich.
Bardzo Cię przepraszam, mam nadzieję, że mi kiedyś wybaczysz moją głupotę. Wiem też od Tonks,
że wcale nie umawiałaś się ze Snape'm. Hermiona zaś nakrzyczała na mnie, że wtykam nos w nie swoje sprawy.
To prawda, nie powinienem rządzić twoim prywatnym życiem. Pewnie domyślasz się, że chciałem, żebyś była z Syriuszem.
Myślałem, że mając Was obydwoje w jednym miejscu, będę miał namiastkę domu. Nie powinienem być jednak tak samolubny,
i nie oskarżać Cię o błędne wybory. Być może potrafiłaś dostrzec u Snape'a takie cechy, których inni nie dostrzegali.
Wiem, że skoro zaakceptowałaś Lupina i jego przypadłość, mogłaś nie mieć nic przeciwko Snape'owi.
Chciałem Ci także ogromnie podziękować za okazaną pomoc : przy holowaniu Dudley'a (był naprawdę ciężki),
za opiekę podczas tych wakacji, no i oczywiście za zeznania złożone w sądzie. Poza tym chyba najbardziej chciałem Ci podziękować,
że uwierzyłaś w powrót Voldemorta. To wiele dla mnie znaczy. Bardzo mi się podobało, jak utarłaś nosa Knotowi. Nie będzie taki pewny i nadęty.
Mam nadzieję, że mi wybaczysz. Bardzo chciałbym znowu się z tobą przyjaźnić.
Z mocą uścisków,
Harry
Ivy przeczytała list i uśmiechnęła się. Dzień zaczął się nawet całkiem miło. Jednak w pracy było urwanie głowy. Zbliżał się wrzesień i księgarnię oblegali rodzice z
dziećmi, kupujący podręczniki. Pierwszego września, Ivy dostała zaproszenie od swojej szefowej do Londynu. W pracy zostały tylko trzy koleżanki, i
dziewczyna miała nadzieję, że sobie poradzą. Pojechała rano pociągiem, chciała uniknąć tłoku. Na stacji wpadli na nią Fred i George.
- Ivy?!
Dziewczyna przystanęła, nie wiedziała skąd dwóch rudzielców zna jej imię.
- Kim jesteście?
- Przyjaciółmi Harry'ego Pottera.
- Jaką mam pewność, że nimi jesteście?
- Słuszna uwaga panno Ceres. - zagrzmiał prawdziwy Szalonooki Moody. Ivy wzdrygnęła się na wspomnienie historii z ubiegłego roku szkolnego. - Na szczęście
jesteśmy przyjaciółmi.
- Ivy! Co ty tu robisz?
- Mam spotkanie ze swoją szefową. Zapomniałam, że ty zaczynasz dzisiaj szkołę, Harry.
- Fajnie cię widzieć. Mam nadzieję, że dostałaś mój list.
- Tak, dostałam. Nie miałam nawet kiedy odpisać, wiesz urwanie głowy z podręcznikami...
- Wiem, wiem. W każdym razie dobrze, że jesteś cała i zdrowa. W obecnych okolicznościach, trzeba się pilnować.
- Dzięki za troskę, Harry. Na pewno będę na siebie uważać. A teraz muszę lecieć, nie chcę spóźnić się na spotkanie. - Uścisnęła w biegu Harry'ego, Hermionę i
Rona, a reszcie pomachała. Nie zauważyła czarnego włochatego psa, który ukrył się za filarem.
Czterdzieści minut później, siedziała w wygodnym fotelu i piła kawę z Heather. Szefowa zachwycała się wynikami sprzedaż i nowymi pomysłami Ivy, po jakimś
czasie rozmowa zeszła na prywatne tory.
- Słyszałam, że poznałaś mojego brata.
- Tak, był bardzo miły. Przyniósł dokumenty od ciebie i pomógł mi zamknąć Bookcoffe.
- Wiesz, że to on przyrządza potrawy do tej kawiarni? Ma swoją restaurację i sam w niej gotuje.
- O! To super! Musicie być z siebie dumni.
- Tak, mój brat zasługuje na wszystko, co najlepsze.
- Ty też Heather.
- Wiesz Ivy, że jestem już zaręczona? I nawet planujemy już ślub z Michael'em. Chciałabym, żebyś była moją druhną.
- To wspaniała wiadomość! Gratuluję! Ale czy jesteś pewna? Nie chcesz za druhnę jakieś bliskiej przyjaciółki?
- Niee. Ty jesteś moją przyjaciółką. A drużbą ma być mój brat. Idealnie do siebie pasujecie.
- Hej dziewczyny! - do biura właśnie wszedł Luke. - Takie dwie piękne kobiety zasługują na coś naprawdę niezwykłego. - Podał im deser z różaną konfiturą. Był
bardzo dobry, ale brakowało mu odrobiny tego czegoś, co nadawało niepowtarzalny smak.
- Smakuje wam? – zapytał uśmiechając się.
Tak, jest pyszny. - powiedziała Ivy.
- Luke, brakuje w nim jednak czegoś. Nie potrafię stwierdzić czego….- zastanawiała się Heather, oblizując łyżeczkę.
- Moja siostra, jak zwykle potrafi znaleźć nawet najmniejszą wadę w moich dziełach.- jego uśmiech przerodził się w grymas smutku. Ivy zaśmiała się
zakłopotana, nie chciała oceniać czyjeś pracy.
- Nie przejmuj się, czasami to, czy wyjdzie ci deser lub inne danie zależy od nastroju, pogody lub innych czynników.
- Oh, naprawdę? To niesamowite…. A czy tobie zdarza się czasem, że coś zepsujesz? Zapytał zainteresowany.
- Tak, miałam parę razy takie przypadki. Na początku, jak zaczynałam była to obawa czy komukolwiek będą smakowały moje słodkości. Potem… hmmm….
- Potem? - ponagliła ją Heather.
- Potem straciłam kilku przyjaciół. Nic im się nie stało. Po prostu z dnia na dzień zniknęli z mojego życia. Bardzo cierpiałam….- wcale nie chciała się im zwierzać ze swoich problemów.
- To smutne… A czy…- zastanowiła się szefowa Ivy - ...to nie ma czegoś wspólnego z tym czarnym psem, który cię odprowadzał w ubiegłym roku? A właściwie z
jego właścicielem?
Ivy zaczerwieniła się myśląc o Syriuszu. Przypomniała jej się scena przy ciastkach walentynkowych.
- Możliwe, ale nie chcę o tym mówić. – ucięła krótko.
Luke zmienił taktownie temat rozmowy. Po dwóch godzinach, Ivy wreszcie wyszła z Book&Cake. Odetchnęła głęboko i ruszyła na zakupy. Kierownicze
stanowisko wiązało się również z wyższym wynagrodzeniem.
- Ivy! Poczekaj! - Dogonił ją brat Heather.
- Luke! Myślałam, że poszedłeś już do siebie. - Nie zabrzmiało to zbyt zachęcająco, ale Ivy była trochę zmęczona towarzystwem i wolała pobyć sama.
- Miałem nadzieję, że pobędziemy trochę sami. Może dasz się zaprosić na obiad?
- Nie chciałabym ci sprawiać kłopotu, właściwie to planuję jeszcze rundkę po sklepach…
- To może wpadniesz do mojej restauracji jak skończysz?
- Dobrze, ale nie obiecuję niczego na sto procent. Nie wiem czy mi starczy czasu.
- Przyjdź Ivy, nie będziesz żałować! - ujął jej rękę, starał się nie prosić jej na randkę, ale tak wyszło. Po drodze Ivy zastanawiała się, dlaczego wcześniej nie
miała takiego powodzenia. Dopiero kiedy w jej życie wkroczyła banda czarodziejów zaczęły się kłopoty. Kupiła dwie pary spodni, sukienkę, spódnicę, sweter i
dwie bluzki. Weszła też do sklepu z bielizną, zastanawiając się właściwe po co. Złośliwy głos w jej głowie wyraźnie jej podpowiadał "atrakcyjny właściciel
restauracji". Miała ochotę udusić ten głos. Zatopiona w myślach, nie zauważyła, że śledził ją wielki czarny pies. Dopiero teraz, kiedy stała zastanawiając się czy
wziąć granatowy komplet czy czarne body, usłyszała od ekspedientki.
- Proszę pani, tutaj nie wolno wprowadzać psów.
Ivy wzdrygnęła się. Przed nią stał Syriusz w postaci czarnego psa. Trącił nosem granatowy komplet. Dziewczyna podeszła do psa.
- Słyszałeś Łapo, że tu nie wolno wchodzić. Na zewnątrz jest w sam raz dla ciebie. Za chwilę wrócę.
Ivy czuła się głupio pod ostrzałem groźnych spojrzeń ekspedientki. Wzięła czarne body i granatowy komplet i wyszła. Bała się nawet patrzeć na psa, który nie
odstępował jej na krok. W pewnym momencie zwierzę zaczęło ciągnąć ją w stronę ulicy ze starymi kamienicami.
- Co do diabła? Gdzie ty mnie prowadzisz?
Pies uparcie ciągnął ją za skraj płaszczyka. Zatrzymali się przy numerze 11, Grimmauld Place. Ivy westchnęła. Spojrzała na kartkę, która pojawiła się w pysku
Łapy. "Grimmauld Place 12" . Między numerem 11 i 13 wyrósł ni stąd ni zowąd ogromny, stary dom. Weszli do środka. Syriusz wrócił do swojej postaci. Ivy od
razu na niego natarła.
- Po co mnie tu przyprowadziłeś, Black?
- Nie tym tonem panno Ceres.
- Więc? - podparła sobie boki, była wściekła.
- Nie mów mi złotko, że spieszysz się do domu. Chyba raczej na randkę. I widzę, że liczysz na dalsze spotkania. - wskazał na torby z zakupami.
- Nie twój interes. Jestem dorosła i mogę robić co chcę. Poza tym, chyba dostatecznie jasno pokazałeś jakim jesteś przyjacielem. Nie oczekuj więc, że będę cię
słuchać. A teraz przepuść mnie i pozwól wrócić do domu. - próbowała obejść Syriusza, ale blokował jej przejście.
- Przepuść mnie Black, bo inaczej…
-Co zrobisz kochanie? Zaczarujesz mnie? – powiedział, zbliżając się do Ivy – A może nawrzeszczysz na mnie? A może…
- Odwal się Black… - krzyknęła, odpychając go od siebie, jednak Syriusz wcale się nie przejął jej groźbami. Zbliżył się do niej jeszcze bliżej. Ivy nie miała drogi
ucieczki, stała w kącie korytarza, przed sobą miała trochę wkurzonego, a trochę rozgoryczonego czarodzieja.
- Powiedz o co ci chodzi Syriuszu. – zaproponowała łagodnie, po czym dodała – Nie wiem jakim prawem mnie śledzisz i wymagasz ode mnie całkowitego
odizolowania od społeczeństwa. To ty przecież spakowałeś swoje rzeczy i mnie zostawiłeś. Zbuntowałeś też Harry'ego i Remusa, żeby się do mnie nie
odzywali. Przez pół roku byłam sama! Nie wiedziałam co się działo z wami! Gdyby nie ten awans, pewnie bym oszalała! – Teraz już nie mówiła, a krzyczała. – A
wszystko to twoja wina! Nie chciałeś mnie słuchać! Wolałeś wierzyć w swoje imaginacje. Gratuluję! Mam nadzieję, że byłeś szczęśliwy przez ten czas!
Przez chwilę nie mogła złapać tchu. Black pokręcił głową z podziwem.
- Zawsze zastanawiałem się skąd bierzesz swoją energię. Nie wiedziałem, że w takiej drobnej kruszynce drzemie tyle sił.
- Nie zmieniaj tematu.
- Czego oczekujesz ode mnie?! Przeprosin? W porządku, jestem kretynem i strasznie mi głupio. Ale postaw się w mojej sytuacji… Severus Snape nie jest
idealnym materiałem na faceta… A kiedy słyszysz, że całował się z dziewczyną, która akurat podoba się i tobie, to… można być wściekłym. Uwierz mi Ivy.
A teraz ta akcja z bratem twojej szefowej. Koleś leci raczej na twoje receptury, a nie….
Nie dokończył, bo Ivy wymierzyła mu policzek. Nie mogła już dłużej słuchać tych głupot. Na domiar złego, do domu Syriusza przyszedł Snape.
- No, no. Widzę Black, że Ivy w końcu się na tobie poznała. Jaka szkoda, że wcześniej źle wybrała…
- Czego chcesz Smarkerusie? Po co tu przyszedłeś? Nie jesteś potrzebny w Hogwarcie? Nie musisz tam dręczyć uczniów?
- Tak się składa Black, że przyszedłem cię ostrzec. Pilnuj dobrze swojego skrzata domowego, bo inaczej sprzeda cały Zakon za dobre słówka.
- Skrzata domowego? – zapytała z ciekawością Ivy.
- Uwierz mi Ivy, nie ma czego oglądać, to podła kreatura,… tak samo jak i właściciel…- zauważył złośliwie Snape. Syriusz mierzył go wściekłym spojrzeniem. Na
Grimmauld Place przybył również Remus i Tonks. Nimfadora wydawała się smutna i przygaszona, jej zazwyczaj wystrzałowe wcielenia, zastąpiła teraz nijaka
maska pospolitości i szarości.
- Dora? – Ivy zapytała niepewnie.
- Ivy?! Co ty tu robisz?
- Zapytaj Blacka.
Tonks uściskała Ivy, rzucając spojrzenie na rozeźlonego Blacka i rozbawionego Snape'a.
- Widzisz Black, nigdy nie możesz nacieszyć się sam na sam z Ivy. To znak, żebyś sobie w końcu odpuścił. – wycedził Severus i zniknął z głośnym pyknięciem.
- O co tu chodzi? – Tonks była najwyraźniej nieświadoma całej sytuacji, albo zbyt pochłonięta własnymi myślami.
- O nic.. A witaj Remusie! Jak leci?
- Witaj Ivy! Bywało lepiej. – Lupin wyglądał na zmęczonego – Może napijemy się kawy albo herbaty? – zaproponował. Wszyscy czworo poszli do kuchni.
