Nie wiem, dlaczego, ale ten rozdział sprawił mi spore trudności. Nie wiem, czym było to spowodowane, bo właściwie całkiem przyjemnie mi się go pisało i jestem zadowolona z końcowego wyniku, jednak zabrało mi to więcej czasu niż kiedykolwiek. Cóż, chyba mogę to zwalić na nawał obowiązków w ostatnim czasie i obiecać, że postaram się, by kolejny rozdział pojawił się szybciej. Dziękuję wszystkim zainteresowanym za cierpliwość – świadomość, że ktoś czyta te wypociny naprawdę dała mi siłę, by w końcu na poważnie do tego przysiąść :)


Rozdział 11

Listopad 2007 roku

Spodziewał się, że Jack podrzuci ich po kolei pod ich mieszkania – zazwyczaj tak właśnie postępował po trudniejszych misjach. Tym razem jednak mężczyzna zaparkował samochód na ich podziemnym parkingu i opuścił pojazd bez słowa. Chcąc nie chcąc poszli w jego ślady, cały czas uparcie milcząc. Żadne z nich nie widziało potrzeby przerywania ciszy, a może po prostu nie mieli siły na zabawy w sztuczne grzeczności. Ianto podejrzewał, że nie jest jedyną osobą, która marzy o zamknięciu się w domu na trzy spusty, gorącym prysznicu i długim, nieprzerywanym śnie. To ostatnie było szczególnie nieuchwytnym marzeniem, zwłaszcza po tym, czego był świadkiem. Przypomniał sobie mgliście pierwszą próbę snu po Canary Wharf i wzdrygnął się na samą myśl o tym. Może warto było poprosić Owena o jakieś proszki nasenne?

Miał już doświadczenie w podrabianiu recept, lecz nie był pewien, czy będzie w stanie odwiedzić aptekę. Całe jego ciało było obolałe i sam się dziwił, że jest w stanie utrzymać się na nogdach.

— Zapraszam wszystkich na sesję nieprzyjemnych i bolesnych zastrzyków — zakomenderował lekarz, kiedy doszli do głównego pomieszczenia Centrum. — Nie chcecie wiedzieć, na jakie choroby byliście tam narażeni.

Żadne z nich nie miało siły na kłótnie, które zresztą i tak nie przyniosłyby żadnych rezultatów. Owen mógł być nieodpowiedzialnym dupkiem, ale był dobrym lekarzem i bywały momenty, w których naprawdę poważnie traktował swoją pracę. Należało wtedy po prostu kiwać głową i w milczeniu stosować się do jego poleceń.

No cóż, łóżko będzie musiało trochę poczekać. Może to nawet lepiej, biorąc pod uwagę koszmary, które z łatwością mógł sobie wyobrazić. Ianto niechętnie stanął z boku zatoki medycznej, czekając na swoją kolej. Starał się nie brać zbyt głębokich oddechów. Jego żebra wciąż pulsowały bólem i sprawiało mu coraz większą trudność ignorowanie go.

Gwen i Tosh poszły na pierwszy ogień, więc kiedy głos Owena wyrwał go z zamyślenia, w Centrum został już tylko lekarz, on sam i Jack, którego badawczego spojrzenia był aż nazbyt świadomy.

Zajął miejsce na metalowym stole, który zwykle przeznaczony był do autopsji. Czuł się nieco niewygodnie z myślą, że niewiele brakowało, by przedmiot ten spełnił tej nocy swoje prawdziwe przeznaczenie, lecz szybko odegnał od siebie tę wizję.

Syknął, kiedy poczuł, jak pierwsza igła wbija się w jego ramię, jednak przy kolejnych zastrzykach zachował milczenie, mimo pieczenia, które powodowały podane lekarstwa.

— Musisz zdjąć koszulę — odezwał się Owen, kiedy najwyraźniej skończył z kłuciem go.

Ianto spojrzał w kierunku lekarza i uświadomił sobie, że mężczyzna trzyma w dłoniach dziwne urządzenie, które prawdopodobnie jakiś czas temu spadło przez szczelinę. Uniósł brew, nie do końca chcąc być królikiem doświadczalnym. Owen przewrócił z irytacją oczami.

— To coś w rodzaju przenośnego rentgena — odpowiedział na jego nieme pytanie. — Możesz zapytać Toshiko, jak działa, chociaż i tak pewnie nie zrozumiesz. Nie martw się, idioto, już go testowałem. A teraz zdejmuj tę koszulę!

— Zawsze myślałem, że to ja mu to powiem — rzucił żartobliwie Jack, który przez cały czas stał na schodach.

Chłopak rzucił na niego przelotnie okiem. Kapitan uśmiechał się, jednak na jego twarzy wciąż widoczne było napięcie i niepokój. Odwrócił się z powrotem w kierunku Owena, starając się skupić na jego słowach. Naprawdę nie było to łatwe, zwłaszcza, że ból w okolicach żeber wciąż narastał.

— Dziewczynom nie kazałeś się rozbierać — zaoponował, marząc o jak najszybszym powrocie do domu.

— Bo ratownicy opatrzyli ranę Gwen, a żadna z nich nie została pobita kijem bejsbolowym

No cóż, słuszna uwaga. Niechętnie zaczął rozpinać guziki koszuli, co utrudniało mu niekontrolowane drżenie dłoni. W końcu jednak udało mu się to i położył koszulę na stole obok siebie. Zignorował syknięcie Jacka, postanawiając, że woli nie patrzeć na stan, w jakim jest jego klatka piersiowa. Mógł tylko wyobrazić sobie najrozmaitsze odcienie fioletu, jakie zostawił po sobie kij i buty tamtych wieśniaków.

Owen przyłożył końcówkę urządzenia do jego piersi i zaczął ustawiać parametry urządzenia. Mógł mieć tylko nadzieję, że faktycznie było już ono wcześniej testowane i nie doświadczy żadnych nieprzyjemnych efektów ubocznych.

— Dobra i zła wiadomość — oświadczył po chwili. — Masz złamane dwa żebra i przez jakiś czas pochodzisz sobie w całkiem niewygodnym pasie usztywniającym. A dobra wiadomość jest taka, że to proste złamania i nie powinno być z nimi żadnych komplikacji. No i dostaniesz dużo fajnych leków przeciwbólowych, więc to też nie najgorzej. — Odwrócił się w kierunku Jacka i zwrócił się do niego: — Żadnej pracy w terenie dopóki nie powiem inaczej. Ponad to byłoby dobrze, gdybyś wziął go do szpitala na obserwację. Może mieć wstrząśnienie mózgu.

— Ja tu jestem — warknął z irytacją. — I nie jadę do żadnego szpitala!

Owen wzruszył ramionami, odkładając urządzenie na miejsce. Następnie zdjął z rąk lateksowe rękawiczki i wyrzucił je do kosza.

— Proszę bardzo, tylko się nie zdziw, kiedy się okaże, że masz krwiaka w tym swoim głupim łbie.

— Owen — powiedział ostrzegawczo Jack.

Lekarz znów westchnął i zwrócił się do Ianto z wyrazem twarzy, który nie zostawiał wątpliwości, co sądzi o jego inteligencji.

— W porządku, w porządku — rzekł niechętnie. — Śledź wzrokiem mój palec — polecił mu. — Odczuwasz mdłości? Boli cię głowa?

— Boli mnie praktycznie wszystko — odparł, krzywiąc się. — Ale mdłości przeszły, kiedy tylko się stamtąd wynieśliśmy.

— Problemy z koncentracją?

— Jestem po prostu zmęczony, Owen — powiedział niecierpliwie. — Chcę wrócić do domu.

— Dobra, rób co chcesz — odparł lekarz, kończąc badanie. — Tylko pamiętaj, że robisz to na własną odpowiedzialność. Osobiście nie sądzę, żebyś miał wstrząśnienie mózgu, ale wolałbym, żeby zrobili ci tomografię i upewnili się, że nie masz żadnego krwiaka. Urazów głowy się nie ignoruje.

Podniósł się niepewnie na nogi, czując lekkie zawroty głowy, które jednak po chwili minęły. Tym razem udało mu się uporać z guzikami znacznie szybciej, lecz kiedy już miał ruszyć do wyjścia, zatrzymał go głos Jacka. Z trudem powstrzymał przekleństwo.

— Owen ma rację — powiedział Kapitan. — Zabieram cię do świętego Davida*

— Sir, naprawdę nic mi nie jest — odparł tak spokojnie, jak tylko był w stanie. — Chcę tylko wrócić do domu.

— Odwiozę cię pod same drzwi, kiedy tylko w szpitalu powiedzą to samo.

Kapitan rzucił mu spojrzenie, które jasno mówiło, że to nie podlega dyskusji. Ianto znał mężczyznę na tyle dobrze, by wiedzieć, że ten i tak zabierze go do szpitala – z jego zgodą lub bez. Z rezygnacją skinął więc głową.

— Zakładam, że nie dasz się namówić na parę zastrzyków? — zawołał Owen, kiedy ruszyli w stronę wyjścia.

Jack rzucił mu wymuszony uśmiech.

— Dobrze zakładasz. Nie potrzebuję ich.

— I właśnie dlatego wolę martwych pacjentów — warknął pod nosem lekarz i również zaczął zbierać się do wyjścia.

Ianto uśmiechnął się pod nosem, kiedy szli z Jackiem w kierunku garażu.

— Chyba wyczerpaliśmy jego cierpliwość na najbliższych kilka tygodni — rzucił Jack, najwyraźniej również uznając to za zabawne.

Wsiedli do auta i nagle Ianto uświadomił sobie, że znów jest sam na sam z Jackiem. Widać unikanie takiej sytuacji nie wychodziło mu najlepiej, lecz nie to go zaskoczyło. Nagle z szokiem uświadomił sobie, że gdzieś zniknęły cała niezręczność i napięcie między nim a Jackiem. Nie czuł już tej samej palącej chęci ucieczki, którą czuł jeszcze dwa dni temu. Spojrzał na mężczyznę, lecz ten był zajęty odpalaniem silnika auta i nie patrzył w jego stronę.

Nie miał szansy poddać tej myśli pod głębszą analizę, gdyż w tym samym momencie odezwał się jego telefon, oznajmiając nadejście wiadomości tekstowej. Wyjął komórkę z kieszeni spodni i spojrzał na wyświetlacz z zaskoczeniem.

— To minister obrony — stwierdził głośno.

— Saxon ma twój numer? — spytał Jack, nie ukrywając zaskoczenia.

Ianto wzruszył ramionami.

— To raczej służbowy telefon — odparł, nie chcąc dodawać, że niepotrzebny mu prywatny numer, bo i tak nie ma nikogo, kto by pod niego zadzwonił. — Słyszał o całej sprawie. Pyta, czy nic nam nie jest.

Jack zmarszczył brwi, lecz nie odrywał wzroku od drogi, prowadząc z nietypową dla siebie ostrożnością, za co chłopak był mu wdzięczny.

— Słyszał od kogo, jeśli można wiedzieć? — zapytał, a w jego głosie dało się słyszeć niezadowolenie. — Jeszcze nie wysłałem żadnego raportu.

To pewnie było dobre pytanie, lecz Ianto nie miał siły się nad nim zastanawiać. Znów pozwolił sobie na wzruszenie ramion.

— Pewnie mówią o tym we wszystkich wiadomościach. Mógł przejrzeć raporty policyjne i natknąć się na wzmiankę o nas.

Jack nie odpowiedział, ale wcale nie musiał. Ianto widział, że nie wierzy w tę wersję wydarzeń.

— Chyba bardzo go pan nie lubi? — zapytał, choć miało to być stwierdzenie.

— Saxona? — upewnił się Kapitan. — Jest w nic coś dziwnego. Po prostu wolę być ostrożny.

— Zrozumiałe — mruknął, mimo woli zastanawiając się, jak wielkim zaskoczeniem dla Jacka musiała być jego zdrada.


Lipiec 2007 roku

Noc była spokojna i ciepła. Nie czuło się w powietrzu zapachu nadciągającej burzy, choć ta rozsadzała jego wnętrze. Nie był w Cardiff od lat, a jednak wszystko wokół wciąż było niemal pocieszająco znajome. Rozpoznawał ulice, wiedział, w jaki autobus wsiąść, by dojechać w dane miejsce – z niektórymi miejscami wiązał nawet dobre wspomnienia, choć tych złych było znacznie więcej. Jadąc do miejsca, w którym wykrył dziwne źródło energii, minął swoją starą szkołę. Wciąż tam była i wciąż wyglądała tak samo. Jakby wcale wszystko się nie zmieniło, odkąd ostatni raz przekroczył jej drzwi. Niemal spodziewał się ujrzeć swoją nastoletnią siostrę, która opuszcza jej progi w otoczeniu swoich przyjaciółek, udając, że nie ma pojęcia, kim jest mały, chudy chłopiec z pierwszej klasy. Byli wtedy tylko dwójką normalnych dzieciaków. Rodzeństwem, które nie znosiło się na pokaz, a które mimo wszystko się kochało.

Odgonił od siebie wspomnienia z narastającą złością. Nie tęsknił za tamtymi czasami. Zbyt wyraźnie pamiętał, że zaledwie dwa lata po tym, jak zaczął gimnazjum, wszystko diametralnie się zmieniło. Choroba matki trwale odmieniła jego życie, a jej śmierć... cóż, prawie całkiem je zniszczyła. Nie chciał myśleć o ojcu; o tym jak oszalał po śmierci żony. Ani o siostrze, która już nie tylko przy przyjaciółkach udawała, że nie ma pojęcia, kim jest. Nie winił jej za to – nie do końca. Przynajmniej w pewnym stopniu rozumiał jej postępowanie. W końcu tak było najłatwiej. Udawać, że nic nie widzi, przyjeżdżać tylko od święta, bo był to jedyny moment, kiedy ojciec nie sięgał po alkohol.

Zamrugał, dostrzegając reflektory nadjeżdżającego auta. Miał zadanie do wykonania. Zadanie, od którego zależała przyszłość Lisy. Nie mógł jej zawieść. Myśl o narzeczonej niemal wywołała u niego kolejny atak paniki. W ciągu ostatnich paru dni borykał się z nimi już kilkukrotnie. Wciąż bał się zamykać oczy, bo za każdym razem w ciemności pojawiał się obraz martwego ciała Tommy'ego. Kiedy tylko udało mu się zasnąć, zaraz budziły go koszmary lub płacz Lisy.

Wziął kilka głębokich oddech, nauczony doświadczeniem, że pomaga mu to w odzyskaniu kontroli nad swoim ciałem i emocjami. Wyszedł na drogę, mając nadzieję, że się nie pomylił. Dinozaur był imponujący, jednak Harkness wydawał się upartym dupkiem, kiedy chodziło o jakikolwiek związek z Torchwood Jeden. Samochód zatrzymał się i Ianto wziął głęboki wdech, przygotowując się do kolejnej konfrontacji z szefem Torchwood Trzy. Mężczyzna – delikatnie mówiąc – nie wyglądał na zadowolonego na jego widok.

— W porządku, to się musi skończyć! — powiedział głośniej, niż to było konieczne.

— Nie, posłuchaj mnie — próbował wtrącić, starając się ignorować agresywne brzmienie głosu Harknessa.

— Nie mam na to czasu! — warknął mężczyzna. — Słuchaj, nie obchodzi mnie, jaki masz problem! Chcę, żebyś wyniósł się z miasta i to przed wschodem słońca! Nie ma tu dla ciebie miejsca! Wracaj do Londynu i ułóż sobie życie na nowo! Prześladuj mnie dalej, a wymażę ci wspomnienia!

Jedno spojrzenie w oczy mężczyzny wystarczyło, by wiedzieć, że mówi poważnie. Och, gdyby to tylko było takie proste. Niczego bardziej nie pragnął, niż powrotu do Londynu – z daleka od Cardiff, którego z czasem nauczył się nienawidzić. Chciał wrócić do swojego spokojnego, małego życia z pracą w archiwum i perspektywą zbliżającego się ślubu. Ale nie mógł tego zrobić. Jedyny jasny punkt w jego życiu niemal zgasł, a on za wszelką cenę musiał podtrzymać go przy życiu. Na Boga, gdyby nie Lisa, może nawet z wdzięcznością przyjąłby retcon. Gdyby nie dziewczyna, nie byłoby sensu walczyć o dalsze życie. A jednak los sprawił, że przeżyła ona bitwę i teraz jego zadaniem było ocalenie jej. Więc nie mógł się poddać.

— Ale chodzi o to, że... — spróbował kolejny raz i kolejny raz nie dane mu było skończyć.

— Słuchaj, nie obchodzi mnie, co masz do powiedzenia! Ta rozmowa jest skończona, rozumiesz?! Wracam do samochodu. Stój tu dalej, to cię przejadę!

Mężczyzna odwrócił się i Ianto uświadomił sobie, że naprawdę zamierza odjechać. Cholera! Czuł, że jego serce wali jak szalone. Od dnia bitwy jego ciśnienie musiało kompletnie zwariować.

— Czyli nie pomożesz mi złapać tego pterodaktyla? — zawołał i poczuł niewysłowioną ulgę, kiedy mężczyzna się zatrzymał. Prawie się uśmiechnął.


Odkąd znalazł Lisę – zakrwawioną i z metalem przyspawanym do jej pięknego ciała – nie sądził, że jeszcze kiedykolwiek będzie w stanie się uśmiechnąć. Czuł, jak przytłacza go ciemność – tak silna, że nawet nie próbował z nią walczyć. Patrzył na dziewczynę i miał ochotę krzyczeć z rozpaczy. Chciał tylko spokojnego życia u jej boku, a w zamian dostał scenę rodem z najgorszego horroru. Nie wierzył, że da radę ją uratować – jakiś głos w jego głowie wciąż powtarzał, że jest do tego najmniej odpowiednią osobą. Później w jego głowie zaczął kształtować się plan, za który nienawidził się jeszcze bardziej. Nie znał nikogo w Torchwood Trzy, lecz myśl o zdradzeniu tych ludzi napawała go obrzydzeniem do samego siebie. Miał wrażenie, że szczęście jest jakimś abstrakcyjnym pojęciem, którego już nigdy nie będzie mu dane posmakować.

A teraz śmiał się i przez krótką chwilę czuł cudowną lekkość, jakby bitwa o Canary Wharf nigdy nie miała miejsca. Leżał na Jacku Harknessie, patrzył w jego rozbawione, szczere oczy i nagle uderzyło w niego, czego się podjął. Będzie musiał zdradzić tego człowieka. Już nie był on tylko pustym imieniem – był prawdziwym mężczyzną pełnym uczuć i ludzkich cech.

Radość znów gdzieś zniknęła, jakby nigdy jej nie było, pozostawiając po sobie niewyraźne wspomnienie i wyrzuty sumienia. Nie mógł tego zrobić. Musiał istnieć jakiś inny sposób. Po prostu musiał.

— Powinienem iść — powiedział cicho i podniósł się na nogi.

Nie wiedział, co zamierza zrobić. Być może opuści Cardiff, tak jak kazał mu mężczyzna? Nie wiedział, jak inaczej miałby uratować Lisę, więc prawdopodobnie pozostanie mu tylko trzymanie jej ręki, kiedy będzie umierać lub gdy wreszcie ktoś odkryje jej istnienie i oboje zostaną zabici. Czuł, że zawiódł kobietę i uderzyła w niego jeszcze większa fala nienawiści do samego siebie. Może jego ojciec miał rację? Może faktycznie do niczego się nie nadawał?

— Hej! — zawołał za nim Kapitan i zatrzymał się wbrew sobie. — Jutro chcę mieć na biurku twój raport. Swoją drogą, podoba mi się ten garnitur.

Nie był w stanie zmusić się do odpowiedzi. Czuł, że łzy palą jego oczy. Ruszył do wyjścia, mając nadzieję, że nie zaczną znów płynąć.

Listopad 2007 roku

Prawie dwie godziny później, kiedy lekarze stwierdzili, że nie grozi mu rychła śmierć i pozwolili opuścić szpital, Jack w końcu zatrzymał samochód pod jego budynkiem. Ianto niemal jęknął z ulgą na widok swojego osiedla. Naprawdę nie marzył już o niczym innym niż długim śnie i, na Boga, o prysznicu! Odpiął ostrożnie pas, mając na uwadze swoje obolałe żebra. Chwycił za klamkę, lecz zawahał się w ostatniej chwili.

— Chciałby pan wejść na kawę? — zapytał niepewnie, nie mając pojęcia, co nim kieruje. Wciąż nie miał pojęcia, co właściwie czuje na temat Jacka i najlepiej by było, gdyby wrócił do unikania go. A zamiast tego właśnie zaprosił mężczyznę do swojego mieszkania. Świetnie! Czy aż do tego stopnia bał się samotności?

Zerknął na Kapitana, który przyglądał mu się dziwnie przez dłuższy moment. W końcu jednak uśmiechnął się w ten swój charakterystyczny sposób, choć na jego twarzy za bardzo było widoczne zmęczenie, by Ianto mógł uwierzyć w szczerość tego gestu.

— Mam dużo papierkowej roboty w Centrum, a ty powinieneś odpocząć. Weź pigułki, które dał ci Owen i prześpij się. Tym razem naprawdę tego potrzebujesz.

Skinął głową, wiedząc, że mężczyzna ma rację. Nie było lepszego znieczulenia na świecie niż sen. Miał tylko nadzieję, że choć dziś koszmary pozwolą mu na kilka godzin ulgi.

— W takim razie do zobaczenia jutro, sir.

— I, Ianto — rzekł Jack, kiedy chłopak miał zamknąć za sobą drzwi. — Dobra robota.

Kiwnął głową, nieco zaskoczony uśmiechem Kapitana, który tym razem wydał mu się dużo bardziej szczery. Zatrzasnął drzwi samochodu i skierował się do bramy. Jeszcze nigdy tak nie żałował braku windy w budynku, choć pewnie po tym, co stało się z Jane i tak by do niej nie wsiadł. Wspinaczka na trzecie piętro była mordęgą, lecz kiedy w końcu wszedł do mieszkania i zamknął za sobą drzwi na klucz (bardzo dokładnie, na dwa spusty), poczuł się zdecydowanie lepiej.

Przeszedł do łazienki, zrzucił z siebie śmierdzące i brudne ubrania i wziął długi, dokładny prysznic, o którym marzył przez cały dzień. Zastanawiał się nad zamówieniem obiadu – dochodziło już południe, a on nie jadł nic od czasu tamtego nieszczęsnego hamburgera, lecz zmęczenie przewyższało głód.

Rozłożył się z kocem i poduszką na kanapie w salonie i włączył telewizor, pozwalając, by odgłosy z niego dochodzące zwodniczo odgoniły uczucie samotności. Nie musiał czekać długo, by powieki zaczęły mu ciążyć. Pewnie miały w tym swój udział pigułki Owena, bo Ianto jeszcze nigdy w życiu nie odpłynął tak szybko.

W pierwszej chwili nie był pewien, co go właściwie obudziło. Zamrugał zdezorientowany i rozejrzał się dookoła. Telewizor wciąż grał, jednak słońce za oknem zdążyło już zajść. Potrzebował dłuższego momentu, by zrozumieć, że to natrętny dźwięk dzwonka był źródłem jego pobudki. Wstał niezdarnie z kanapy i jęknął głośno, kiedy całe jego ciało zaprotestowało bólem.

Ruszył powoli w stronę drzwi, jednocześnie zastanawiając się, kto postanowił złożyć mu wizytę. Czyżby Jack jednak zdecydował się na tę kawę? Jeśli tak, to zajęło mu to trochę czasu. Nie wiedział jednak, kto inny miałby go odwiedzić. Nie miał przyjaciół i właściwie nie miał też rodziny. Przynajmniej nie w pełnym tego słowa znaczeniu.

Otworzył drzwi i zobaczył w progu ostatnią osobę, której by się spodziewał.

— Tosh? — wydusił zaskoczony, głosem zachrypniętym od snu.

Kobieta zarumieniła się, kiedy dostrzegła jego rozczochrane włosy i stary dres, w którym spał.

— Przepraszam — bąknęła. — Nie chciałam cię obudzić.

Wyglądała na gotową do odwrotu, więc chłopak przełknął swoją konsternację i wymusił uśmiech, choć miał wielką ochotę skrzywić się z powodu bólu w klatce piersiowej. Widać środki przeciwbólowe przestawały działać.

— Co cię sprowadza, Tosh? — spytał, patrząc na pudełko z pizzą i butelkę wina w jej dłoniach.

— Pomyślałam, że może... No wiesz, nie będziesz chciał być sam.

— Och...

— Wybacz, to był głupi pomysł — mruknęła i odwróciła się, by odejść.

— Nie, to nie jest głupi pomysł — zawołał. — Ciszę się, że tu jesteś. Tylko mnie zaskoczyłaś. Chodź, wejdź do środka.

Azjatka nie wyglądała na do końca przekonaną, lecz przekroczyła próg mieszkania, rozglądając się z zaciekawieniem.

— Kuchnia jest w tamtą stronę — powiedział, wskazując właściwy kierunek, kiedy kobieta zdjęła płaszcz.

Musiał przyznać, że mimo zaskoczenia, wizyta Toshiko była dla niego miłą niespodzianką. Zastanawiał się, czy była spowodowana ona wyrzutami sumienia, lecz szybko doszedł do wniosku, że nie ma to znaczenia dopóki nie będzie musiał spędzić tej nocy sam na sam ze swoimi demonami.

*Oryginalna nazwa: „St David's Hospital".