Jeszcze raz dziękuję za wszystkie komentarze, każde wskazanie błędu sprawia, że staje się na nie bardziej wrażliwa i łatwiej je wychwytuję :) Czasem samemu ciężko je zauważyć, przeważnie piszę późno wieczorem i zdarza się, że jestem bardzo zmęczona, ale staram się sprawdzać tekst, a mimo tego powtórzenia i literówki bezlitośnie się wkradają :) Kiedyś będę musiała usiąść i to wszystko poprawić, ale to później... Jeszcze raz dziękuję i miłego czytania!
"Spotkanie"
Szła korytarzami Uniwersytetu szybkim krokiem, przyciskając do piersi swój nowy-stary kuferek. Całe szczęście, po wygnaniu, Rothen postanowił zatrzymać część jej rzeczy, pomiędzy którymi znalazło się kilka książek, pióro i jej drogocenna torba. Patrząc w swoje stopy zmierzała w kierunku biblioteki. Była umówiona z Akkarinem na ich pierwszą lekcję.
Pomimo wolności, jaką otrzymali, czuła się ciągle obserwowana, lecz mimo swojej czujności, nie zauważyła, aby ktokolwiek zbytnio się jej przyglądał. Od Przesłuchania minął tydzień i jak dotychczas nie miała okazji porozmawiać z Akkarinem i cieszyła się, że w końcu mogą się spotkać. Czarny Mag był nieustannie zajęty pracami przy budowie jego nowego domu i czasami widywała go w ogrodach w towarzystwie nowego Administratora, Mistrza Ossena. Cieszyła się, że jako jeden z niewielu nie okazywał on strachu przez Akkarinem. Potrzebny mu nowy przyjaciel, szczególnie teraz, po śmierci Lorlena. Pomyślała.
Nagle, ku jej zaskoczeniu, uderzyła w czyjeś plecy. Zdążyła wydać z siebie cichy jęk, zanim kuferek wyślizgnął się jej z dłoni i uderzył o posadzkę, rozsypując swą zawartość. Schyliła się, aby jak najszybciej posprzątać bałagan i dopiero wtedy zauważyła, na kogo wpadła. Regin.
Zadrżała w obawie, że za chwilę usłyszy lawinę wyzwisk w swoim kierunku, więc czym prędzej zaczęła zbierać swoje rzeczy. Pośpiech nie sprzyjał jej i po chwili zaczęła na powrót upuszczać przedmioty. Westchnęła cicho, z rezygnacją. Kątem oka dostrzegła czyjąś dłoń, jego dłoń, podającą jej plik kartek. Rzuciła mu podejrzliwe spojrzenie, spodziewając się, że gdy tylko wyciągnie dłoń, Regin wszystko upuści. Zaryzykowała, wręczył jej notatki z nieodgadniona miną, po czym podniósł z ziemi jej pióro oraz atrament i włożył do otwartego kuferka. Zamknął go i wyciągnął w jej kierunku.
- Proszę – powiedział przyglądając się jej przerażonej twarzy.
- Dziękuję – wydusiła z siebie.
Zabrała swoje rzeczy i czym prędzej oddaliła się w kierunku biblioteki. Przez zamieszanie wywołane atakiem Ichanich, okres zaliczeń opóźnił się, tak więc tak samo jak Regin i reszta nowicjuszy z najstarszego roku, Sonea miała jeszcze kilka miesięcy aby zdążyć z przygotowaniami do egzaminów. Lato powoli mijało, przechodząc w deszczowa jesień.
Gdy zamknęła za sobą drzwi, odetchnęła z ulgą. Już tam był, siedział przy jednym ze stołów, rozstawionych przy wysokich oknach, wychodzących na ogrody i obracał w dłoniach egzemplarz jednej z książek. Gdy podeszła bliżej, podniósł na nią wzrok, a kąciki jego ust wygięły się nieznacznie.
- Czarny Magu – powitała go z lekkim uśmiechem.
Od czasu ich pocałunku w slumsach minęło tyle czasu, że Sonea miała wrażenie, jakby się to w ogóle nie wydarzyło, lub jakby dotyk jego ust był jedynie snem. W każdym razie, Akkarin od tamtego czasu nie wykazał chęci zrobienia tego ponownie. Być może dostrzegł w niej ból, który został spowodowany śmiercią Dorriena i zdecydował się dać jej trochę czasu, na dojście do siebie. Lub po prostu był to dla niego nic nieznaczący epizod, o którym zdążył zapomnieć…
Usiadła naprzeciwko, wyciągnęła swoje rzeczy na stół i spojrzała na niego w oczekiwaniu. Jego usta były wciąż rozciągnięte w półuśmiechu, gdy w końcu się odezwał.
- Czego chciałabyś się dzisiaj uczyć?
- Właściwie to… - zaczęła. – Nic nie przygotowałam, myślałam, że ty się tym zajmiesz… - przygryzła wargę. – Czarny Magu.
Akkarin westchnął.
- Soneo, daruj sobie te formalności, jesteśmy tutaj sami – powiedział opierając podbródek na dłoni.
Rozejrzała się.
- Naprawdę?
Mężczyzna zaśmiał się lekko.
- Nie zauważyłem, aby obserwowali mnie, gdy wchodzę, do któregoś z budynków. Za to na zewnątrz, zawsze.
Sonea pochyliła się z zainteresowaniem w jego kierunku.
- Też mam wrażenie, że ciągle ktoś mnie obserwuje… To znaczy… - odchrząknęła. – Że ktoś mnie śledzi. Ale nigdy nikogo nie widzę.
Akkarin pochylił się jeszcze bliżej, tak, że mogła z łatwością dostrzec zmarszczkę w kąciku jego ust.
- Nie ufają nam. Pewnie przez jakiś czas będziemy na to skazani, ale mam nadzieje, że prędzej czy później to się skończy – zmarszczył brwi.
Wstrzymała oddech przypatrując się jego twarzy. Kiedy byli sami, traciła swój mroczny, niepokojący wyraz. Akkarin pogłębił spojrzenie zaciekawiony. Poczuła nagłą tęsknotę za jego dotykiem, był tak blisko, a zarazem tak daleko. Wyciągnęła drżącą dłoń i delikatnie musnęła skórę jego dłoni. Cofnął ją jak oparzony, posyłając jej karcące spojrzenie. Nic nie rozumiała, wpatrywała się w niego pytająco.
- Nie Soneo, nie powinniśmy. –powiedział twardo.
- Ale przecież wcześniej, już tutaj… - zaczęła. Czuła się zagubiona, jeszcze niedawno Akkarin nie wzbraniał się przed dotykaniem jej dłoni, czy posyłaniu jej ukradkowych spojrzeń.
- Wiem – przerwał jej. – Jednak myślałem, że magowie dawno się zorientowali. Ale oni niczego nie podejrzewają. Naiwnie… lecz sądzą, że nasze relacje nie odbiegają od normalnych stosunków pomiędzy mentorem a nowicjuszką. I tak powinno pozostać.
Sonea otworzyła usta, chcąc zaprotestować.
- Powinienem zorientować się w momencie ogłoszenia werdyktu na Przesłuchaniu – mruknął do siebie.
Zmarszczyła brwi, analizując jego słowa. Może miał racje, gdyby magowie zauważyli coś niepokojącego, mogliby ich rozdzielić, zakazać spotkań. Jednak jej druga połowa, ta mniej racjonalna, nie zgadzała się na takie ograniczenia.
- Więc jak… - zaczęła, prostując się.
- Sprowadzam Takana do Gildii – powiedział, biorąc do ręki jedną z ksiąg, które przyniósł.
Sonea zacisnęła pięści pod stołem, starając się ukryć frustrację spowodowana szybką zmianą tematu.
- Jeszcze kilka tygodni, a zdołamy odbudować Gildię – ciągnął dalej. – Król obiecał mieszkańcom pomoc finansową w zamian na wyrządzone przez Ichanich szkody. Wciąż jest wiele do zrobienia. Najbardziej ucierpiał budynek Uniwersytetu i… Arena. Mistrz Balkan jest tym załamany, dlatego też zdecydowałem się oddać moc, którą zabrałem od Kariko.
Wpatrywała się ze złością w szczelinę w stole. Nagle, kiedy wygodniej było mu zmienić temat, zaczął opowiadać jej o swoich planach. Wcześniej, rzadko to robił, co jeszcze bardziej wzmogło jej zdenerwowanie. Podniosła wzrok, gdy zdała sobie sprawę, że Akkarin od jakiegoś czasu milczy. Przyglądał jej się spojrzeniem pozbawionym wyrazu, jednak dostrzegła w jego oczach przebłysk irytacji.
Westchnął.
- Przeczytaj to – powiedział podsuwając jej otwartą księgę.
- Co to?
- O sztukach wojennych – wzruszył ramionami.
Posłała pożółkłym kartom niechętne spojrzenie i skrzywiła się lekko na widok stron zapełnionych drobnym druczkiem.
- Myślałam, że sztuki wojenne się ćwiczy – mruknęła przesuwając palec po nierównym pergaminie.
Akkarin zaśmiał się cicho.
- Najpierw trzeba poznać teorię – odpowiedział. – Mam nadzieję, że lektura ci się spodoba, jeśli nie, mam jeszcze kilka ksiąg o podobnej tematyce.
Prychnęła ze złością i zmusiła się do zagłębienia w lekturze. Okazała się ona wyjątkowo nudna i napisana trudnym językiem. Sonea przypomniała sobie czasy, kiedy Rothen poświęcał jej każdą wolną chwilę, aby nauczyć ją czytać. Poczuła ukłucie bólu i obiecała sobie, że jeszcze dzisiaj go odwiedzi. Bardzo cierpiał po stracie syna i unikał wychodzenia ze swoich pokoi, jeśli nie było to konieczne.
Dziewczyna miała wrażenie, że minęło mnóstwo czasu, zanim usłyszała głos Czarnego Maga.
- Muszę iść Soneo, jestem umówiony z Administratorem. Zapoznaj się jeszcze z tymi księgami, spotkamy się pojutrze o tej samej godzinie i obiecują sprawdzić twoją wiedzę – powiedział, posyłając jej drapieżne spojrzenie, pod którym aż zadrżała.
Odprowadziła go wzrokiem, po czym wstała i zebrała swoje rzeczy, łącznie z opasłymi tomami, pozostawionymi przez Akkarina. Chciała jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju.
Zanim zapukała do drzwi, wstrzymała się, zastanawiając się, co mu powie. Jak się czuje? Jak radzi sobie ze stratą syna? Zacisnęła pięść i z rezygnacją zastukała o ciemne drewno.
Przez głowę przemknęła jej myśli, że go nie ma, poczuła nawet lekką ulgę i już chciała się wycofać, gdy usłyszała kroki za drzwiami. Zamarła w pół kroku. Gdy drzwi się uchyliły, zobaczyła jego poszarzałą, zmęczoną twarz.
- Witaj Soneo – powiedział słabo.
Z jej ust wydobyło się ciche westchnięcie. Rothen wyglądał bardzo źle.
- Wejdź dziecko, zapraszam… - otworzył drzwi szerzej, zapraszając ją do środka powolnym ruchem dłoni, którą chwilę później przyłożył do skroni, krzywiąc się, gdy drzwi skrzypnęły.
Sonea weszła do zacienionego mieszkania. Wyglądało ono zupełnie inaczej, niż je zapamiętała. Wszystkie zasłony w oknach były pozaciągane, a na stole w głównym pokoju leżały porozrzucane notatki i puste filiżanki po sumi. Stanęła na środku, niepewna, co ze sobą zrobić. Czuła się trochę jak intruz, wkraczający do prywatnego świata swojego byłego Mentora.
- Przepraszam Soneo za ten bałagan. Ostatnio jakoś nie mam głowy do czegokolwiek, a poprosiłem Tanię, żeby wzięła sobie wolne na jakiś czas… - powiedział, rozcierając skronie. – Od jakiegoś czasu ciągle boli mnie głowa. Ale to nic, usiądź proszę, tutaj.
Wskazał jej wolne krzesło przy stole, a sam zasiadł po drugiej stronie. Sonea wpatrywała się z troską w twarz Rothena, obawiając się, że za moment pęknie, zacznie szlochać, jednak zachowywał się spokojnie.
- Powinienem jednak poprosić Tanię z powrotem…
- Rothenie – powiedziała nieśmiało, lecz dość głośno.
Posłał jej szare spojrzenie i dostrzegła w nich panikę, narastającą z każdą chwilą. Postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce, zrobić wszystko byle mu pomóc.
Wstała gwałtownie i podeszła do okna. Ujęła w dłonie gruby materiał zasłon i rozsunęła je, a następnie otworzyła okno, wpuszczając chłodne powietrze do środka, niczym powiew nowego, lepszego dnia.
Były Mentor wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczami, gdy odsuwała zasłony na bok i gdy udała się szybkim krokiem do małej kuchni na tyłach mieszkania i po kilku chwilach wróciła z tacą, na której ustawione były filiżanki z parującymi napojami, gorzkim sumi, do którego wciąż nie mogła się przekonać i pikantną raką. Jedną ręką odsunęła stertę notatek ze środka stołu i postawiła w tym miejscu tacę.
Czując na skórze zimne powietrze z zewnątrz, szybko zamknęła okno i przy odrobinie magii rozpaliła drewno w kominku, które zajęło się tańczącymi płomieniami. Uśmiechnęła się z zadowoleniem i usiadła na swoim miejscu.
Ciągle się uśmiechając spojrzała na Rothena, który nie spuszczał z niej wzroku. Po chwili na jego twarzy również pojawił się słaby uśmiech. Pokręcił głową.
- Zachowałaś się tak samo jak Dorrien, kiedy wpadał do mnie z niezapowiedzianą wizytą, a ja byłem przysypany pracą.
Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami. Pierwszy zaśmiał się Rothen. Serce Sonei zalała fala ciepła. Wybuchnęła śmiechem, ocierając wierzchem dłoni słone krople, które potoczyły się po jej policzkach.
- A wiesz, zawsze, gdy to robił, przypominał mi swoją matkę – wykrztusił przez śmiech i łzy.
Rozciągnęła usta w szczerym uśmiechu, jego radość była niczym balsam dla duszy.
- Och Soneo, tak dobrze, że jeszcze ty mi zostałaś.
Było już bardzo późno, gdy wyszła z Domu Magów i zmierzała szybkim krokiem przez dziedziniec, w stronę Domu Nowicjuszy. Na terenie Gildii, mimo trwających od tygodni prac, wciąż można było dostrzec ślady przypominające o ataku Ichanich. I tak fontanna stała nieczynna, przywalona gruzem, część ogrodów była wypalona, a mury Uniwersytetu była naznaczone wieloma wgłębieniami od pocisków.
Rozmowa z Rothenem podniosła ją na duchu. W końcu byli w stanie usiąść i powspominać Dorriena, rozmawiać o nim bez bólu. Jego brak wciąż odciskał się na nich piętnem, jednak zaakceptowali to i oboje zdołali pogodzić się ze stratą. Sonea nadal nosiła w sercu ciężar, widząc w jego śmierci swoją winę, ale miała nadzieję, że z czasem ciężar ten osłabnie.
Wieczory były wyjątkowo chłodne, więc otoczyła się tarczą, ogrzewając wewnątrz powietrze. Starała się robić to tak, jak nauczył ją Akkarin, roztaczać barierę tuż nad powierzchnią skóry, aby zminimalizować zużycie energii. Pomimo, że obecnie nie widziała potrzeby oszczędzania mocy, stało się to jej nawykiem. Wciąż nosiła w sobie sporą część tego, co kiedyś odebrała Kariko. Po kręgosłupie przeszedł ją zimny dreszcz. Obiecała sobie, że odda tę moc Akkarinowi, kiedy tylko nadarzy się taka okazja.
Nagle usłyszała cichy trzask, obok, gdzieś w ogrodach. Zamarła, wstrzymując oddech. Wytężyła wszystkie zmysły, wpatrując się w ciemność, mając nadzieję, że to tylko mullook. Hałas powtórzył się. Sonea stała przez chwilę w bezruchu, zastanawiając się czy podążyć za odgłosami, czy zawrócić i jak najprędzej znaleźć się w swoim pokoju. Jednak jej wrodzona ciekawość i chęć postępowania odwrotnie, niż powinna, sprawiły, że ruszyła w kierunku spowitych mrokiem kształtów.
Gdy weszła na jedną z bocznych alejek, usłyszała przed sobą ciche kroki. Żadne zwierzę nie porusza się tak głośno. Pomyślała i ruszyła za nimi, starając się stawiać stopy najciszej jak tylko potrafiła. Adrenalina przyspieszała jej tętno. Nie wiedziała, czy to oczami wyobraźni, czy rzeczywiście widziała przed sobą czyjąś sylwetkę, ukrytą pod płaszczem. Co ja właściwie robię? A jeśli to Ichani, który wrócił, albo ocalał?
Postać w kapturze prowadziła ją w głąb ogrodu, w kierunku Rezydencji, po czym skręciła w lewo. Po chwili zatrzymała się pod rozłożystym drzewem i zaczęła nerwowo się rozglądać, jakby na kogoś czekała. Sonea ukryła się za dużym, gęstym krzewem. Z niezadowoleniem odnotowała, że jest on zbyt gęsty, aby cokolwiek widziała w takich ciemnościach. Spróbowała przesunąć się bliżej krawędzi. Wtedy pojawiła się druga postać.
W mroku, jaki ich ogarniał, Sonea nie była w stanie dostrzec twarzy, którą ukrywał pod kapturem, jednak z ruchów, odczytała, że jest to mężczyzna. Czy to ktoś z Gildii? Czyżby była świadkiem potajemnej schadzki nowicjuszy, lub co gorsza, magów? W duchu miała nadzieję, że nie będzie musiała oglądać romantycznego spotkania. Gorzej, jeśli para, którą ogląda, to dwójka Ichanich. Tylko, co robiliby tutaj, w Gildii, przecież to najgorsze miejsce na planowanie kolejnego ataku.
- Zabłądziłam – usłyszała niski, kobiecy głos.
- Powinnaś być bardziej ostrożna, jeśli nas nakryją… - dał się słyszeć czyjś głos w odpowiedzi, jednak Sonea nie była w stanie zrozumieć dalszych słów, docierało do niej tylko dudnienie własnego serca i szum krwi w uszach.
Akkarin.
Zebrała w sobie resztki opanowania, czując, że za chwilę eksploduje. Była pewna, że z dzielącej ich odległości, mogli słyszeć jej nierówny oddech. Zakryła usta dłonią. Chciała jeszcze chwilę zostać i podsłuchać rozmowę, lecz nie potrafiąc się uspokoić, uznała, że najrozsądniej będzie się wycofać, dopóki ta dwójka zajęta jest rozmową.
Bezszelestnie, na kolanach zaczęła przesuwać się w kierunku najbliższej alejki. Zatrzymała się i rzuciła przelotne spojrzenie za siebie. Kobieta wysunęła przed siebie dłonie, które Akkarin natychmiast ujął. Sonea poczuła jak jej serce wykręca się w bolesnym ścisku. Jednak była świadkiem nocnej schadzki.
Uznała, że jest wystarczająco daleko by wstać. Ruszyła biegiem w kierunku Domu Nowicjuszy. W głowie kotłowało jej się tysiąc myśli i chciała jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju, aby móc nad nimi zapanować. Gdy dotarła do drzwi budynku, kątem oka wychwyciła wstająca postać.
- Halo! Co to za przebywanie poza Domem w godzinach nocnych? – usłyszała głos maga.
Puściła tę uwagę mimo uszu i czym prędzej wbiegła po schodach, przeskakując, co drugi stopień. Na trzecim piętrze, zdyszana, dopadła do swoich drzwi. Zatrzasnęła je za sobą ze złością, nałożyła na nie blokadę i barierę dźwiękoszczelną.
Co on sobie myśli? Co to ma znaczyć? Była jednocześnie wściekła i zrozpaczona. Pierwsza fala emocji, najprostszych, które najlepiej potrafiła ukrywać, wzięła nad nią górę. Ochłonięcie zajęło jej kilka dłuższych chwil, i dopiero wtedy zaczęła zastanawiać się, po co Akkarin miałby spotykać się z jakąś kobietą, w nocy, po kryjomu. Oczywiście po za miłosnym spotkaniem, mogłoby to oznaczać wszystko. Najważniejsze, kim jest tajemnicza nieznajoma. Akkarin zachowywał się, jakby już ją znał. Co jeśli to jedna z Ichanich? Jej głos brzmiał inaczej, mało kyraliańsko, ale mogło jej się tak tylko wydawać. Jeżeli to coś ważnego, dlaczego nie uznał, że należy ją o tym poinformować?
Ze złością ściągnęła z siebie szatę nowicjuszki i bieliznę, podeszła do miski z wodą i ochlapała nią twarz. Usiadła na łóżku, przyciskając ręcznik do twarzy, czując jak zimna ciecz chłodzi jej gniew. Wsunęła na siebie koszulę nocną i otuliła kołdrą. Rzuciła ponure spojrzenie na stertę ksiąg, które dał jej Akkarin i pomyślała, że jutro chyba nie zdoła skupić się na nauce.
