Za betę dziękuję Ardwi :*
Przestrzeń czasowa tej części: czerwiec i lipiec 1941 roku.
Lying in that Sound, Tonight - część 11
Podróż powrotna do Anglii dłużyła się Alfredowi, który, nie wiedzieć czemu, przez większość czasu wiercił się nie potrafiąc usiedzieć w miejscu. Winant był na tyle taktowny, by tego nie komentować i nawet, jeśli to zauważył, to bardziej prawdopodobne było, że po prostu błądził myślami gdzie indziej. Patrzył w przestrzeń i słowem nie odezwał się do Alfreda. Narodowi to nie przeszkadzało – sam przecież bujał w obłokach.
Kiedy już dotarli do bazy w Szkocji, czekał na nich samolot od premiera wraz z instrukcjami, by zawieźć ich do Chequers, gdzie czekał Churchill.
- Naprawdę musi bardzo chcieć usłyszeć, jak poszło spotkanie – powiedział Alfred tylko po to, żeby przerwać ciszę.
Winant skinął głową.
- Na to wygląda.
- Prezydent nie wspomniał o tym w żadnych wiadomościach – dodał Alfred. – Premier pewnie się martwi albo coś w tym stylu.
- Albo po prostu ma nadzieję. – Ambasador uśmiechnął się lekko.
Podróż do Chequers minęła szybko i w ciszy, a gdy dotarli na miejsce, natychmiast pospieszyli w stronę rezydencji. Alfred stał ze skrępowaniem w holu, podczas gdy premier chwycił Winanta za ramiona i gdzieś go poprowadził, jedynie kiwając Alfredowi głową. Kraj stał tam dalej, nie wiedząc, co robić. Rozważał właśnie poszukanie rodziny Churchilla, kiedy usłyszał trzask otwieranych drzwi i kroki dobiegające z głębi posiadłości.
Alfred tak naprawdę nie miał czasu, by się przygotować, nim Arthur wyszedł zza rogu. Spojrzeli na siebie, a Alfred przez parę sekund czuł, że jego własne serce przyspiesza i nie rozumiał dlaczego…
- Ar… Anglio – powiedział, wbrew sobie uśmiechając się szeroko. – Cześć, dawno żeśmy się nie widzieli.
- Więc jednak wróciłeś – odparł Arthur cicho, ale jego głos i tak odbił się echem w ogromnym holu. Szybkim krokiem podszedł do Alfreda, aż wreszcie stali stosunkowo blisko siebie. Poruszył się niespokojnie, a potem odchrząknął. – Witaj z powrotem – mruknął.
- Dzięki – rzekł Alfred, odwracając wzrok, by poszukać czegoś w torbie. – Właściwie to mam coś dla ciebie.
- Masz? – Arthur zabrzmiał na wyjątkowo zaskoczonego. Gdy Alfred uniósł wzrok, zauważył, że patrzy na niego z niedowierzaniem i niepewnością. Alfred pochylił głowę, na powrót grzebiąc w torbie, by nie myśleć o tym za dużo. Poczuł rumieniec wypełzający na szyję.
- Tak! – powiedział, prostując się i podając Arthurowi pomarańczę.
Arthur otworzył szerzej oczy, ale nie sięgnął po owoc.
- Wiem, że minęło trochę czasu, odkąd mieliście dostęp do takich rzeczy, więc… – Alfred zamilkł, przez chwilę czując się niepewnie. Potem jednak jeszcze bardziej wyciągnął dłoń w kierunku Arthura. – No dalej, nie bądź nieśmiały. Wiem, że ją chcesz.
Na twarzy Arthura coś zamigotało; po paru sekundach uśmiechnął się jednak delikatnym, niewielkim uśmiechem. To sprawiło, że Alfred poczuł się całkowicie rozbrojony. Arthur sięgnął po pomarańczę, patrząc na nią z uśmiechem tak pełnym wdzięczności, iż Alfred natychmiast pożałował, że dał Arthurowi tylko ją, że coś tak małego mogło wywołać taką reakcję.
Wziął owoc przez kaprys, przypadkowo i niezamierzenie, tak naprawdę o tym nie myśląc. A jednak to…
Arthur zabrał się za obieranie pomarańczy.
- Dziękuję, Ameryko – rzekł cicho. Spod ściąganej skórki cytrusa pryskał sok.
- Proszę – odparł Alfred, czując nagłą suchość w gardle.
Przez chwilę przyglądał się, jak Arthur je, jak podnosi do ust kawałki owocu i je przeżuwa, wyglądając, jakby od lat nie smakował czegoś tak słodkiego… I pewnie tak było. Alfred odwrócił wzrok.
- Eee… – Zarumienił się. – To nie jest aż tak dobre, jak pomarańcza, ale…
Przekopał torbę i wyciągnął dużą paczkę zapałek oraz amerykańskie papierosy. Arthur spojrzał na nie i wyciągnął rękę, tym razem z dużo mniejszym wahaniem. Zacisnął palce na obu prezentach i nie poruszył się przez chwilę, jakby niepewny, czy powinien je przyjąć. Alfred jednak zabrał rękę, gdy Arthur zwlekał za długo.
- Pamiętam, że mówiłeś, że je chciałeś… Przywiozłem jeszcze trochę, więc jeśli ci się skończą, to daj znać, dobra?
Arthur nie odpowiedział i tylko skinął głową. Skończył jeść pomarańczę, ale skórkę wciąż trzymał w dłoniach. Spojrzał na papierosy i zapałki, które spoczywały w drugiej dłoni, a potem delikatnie wskazał głową na wnętrze domu.
- Idziemy? – zapytał.
Alfred przytaknął i poszedł za Arthurem, gdy ten poprowadził go na tyły rezydencji i na zewnątrz.
Arthur mimochodem przeszedł przez werandę; wyglądał, jakby należał do tego miejsca, jakby był zupełnie spokojny – jak gdyby te postrzępione, pozszywane ubrania nie ukrywały miesięcy blizn, ran i poparzeń. Alfred usiadł sztywno na ławce, na której siedział Arthur podczas jego pierwszej wizyty. Starszy naród do niego dołączył.
Arthur postukał paczką papierosów o kolano, by następnie ją otworzyć i przysunąć do ust. Wyjął jednego papierosa. Alfred go obserwował, ale za każdym razem, gdy spojrzenie Arthura zmierzało w jego kierunku, odwracał wzrok w stronę wzgórz, drzew czy nieba. Dzień był bardzo ładny – to martwiło Alfreda. Zastanawiał się, kiedy bomby wrócą.
Zanim zdążył zbytnio zagłębić się w swoje myśli, przed jego nosem pojawiła się znajoma paczka. Odwrócił wzrok na Arthura.
- Przecież te są twoje.
- Spokojnie, chłopcze – odparł Arthur. Zapalił już swojego papierosa. Alfred czuł szarawy dym, który roztaczał się wokół ich głów. Arthur uśmiechnął się lekko i z wahaniem; ten grymas zdawał się nie pasować do jego twarzy. – Powiedziałeś, że masz ich więcej, więc później zwyczajnie oddasz mi jednego.
Alfred wypuścił powietrze przez nos i chwycił paczkę, ignorując to, że przez moment czuł dotyk palców Arthura. Przysunął do niej usta, zębami złapał jednego papierosa i odsunął się. Arthur podał mu zapałki.
Palili w milczeniu; żaden z nich się nie odzywał, lecz Alfred zaczynał czuć się komfortowo w towarzystwie Arthura – Arthura, który siedział tuż obok, z wyprostowanymi plecami, doskonałą postawą i jedną nogą założoną na drugą. Mimo to Alfred zdał sobie sprawę, iż jego oczy znów są skierowane na Londyn.
Również spojrzał w tamtym kierunku, ale nic nie zobaczył. Arthur musiał więc to czuć.
- Ach. – Starszy naród podniósł się z westchnięciem. Alfred, zaskoczony, uniósł wzrok, gdy Arthur odszedł kawałek.
Alfred miał zamiar za nim iść, dopóki nie zorientował się, że Arthur wziął popielniczkę i już wracał. Odsunął obierki pomarańczy, które leżały między nimi i postawił tam popielniczkę. Otrzepał papierosa, odwrócił spojrzenie w kierunku Londynu i znów zaczął palić.
Alfred jednak go obserwował. Przyglądał się krzywej jego nosa, nachyleniu linii szczęki, małżowinie ucha. Palili w milczeniu.
- Przywiozę więcej następnym razem – powiedział nagle po kilku minutach ciszy. – Kiedy wrócę do domu.
- Znowu wyjedziesz? – spytał spokojnie Arthur. Nie spojrzał na Alfreda.
- Tak. Na moje urodziny. – Alfred widział, jak plecy Arthura lekko się prostują. Odchrząknął. – No właśnie. Co tylko byś chciał. Tylko mi powiedz i ci to przywiozę.
- Wolałbyś nie dawać mi tego, czego od ciebie chcę – odparł cicho Arthur. Na chwilę pochwycił spojrzenie Alfreda, a następnie odwrócił wzrok i strzepał popiół z papierosa. Przez moment się nie poruszał, palcami trzymając kawałek tytoniu.
A potem uniósł głowę i napotkał spojrzenie Alfreda, który nagle zdał sobie sprawę, że cieszy się, iż widzi tego mężczyznę. Cieszy się, że przebywa w jego towarzystwie. Cieszy się, że jest z powrotem w Anglii.
I jakie to uczucie było dziwne.
- No to… – zaczął Alfred, gdy poczuł, że przytłaczająca cisza wpełza na jego ramiona. Arthur tylko na niego patrzył i nic nie mówił. – No to czego byś chciał?
Arthur nie zareagował od razu. Poruszył się tylko i westchnął. Spuścił wzrok i potrząsnął głową.
Odwrócił się od Alfreda i znów spojrzał w kierunku Londynu.
- Spokoju ducha – odpowiedział po długiej chwili. Alfred zaśmiał się i otrzepał papierosa.
- Nie jestem pewien, czy mogę ci to dać, Ar… Anglio.
- Nie. – Arthur westchnął. – Ośmielę się stwierdzić, że nie możesz.
- Ale mogę ci przywieźć więcej pomarańczy – zaproponował Alfred, uśmiechając się szeroko.
Arthur prychnął i westchnął, a potem przesunął się nieznacznie, tak, że teraz, tak samo jak Alfred, siedział lekko przygarbiony. Potrząsnął głową i opuścił ją, więc włosy opadały mu na oczy. Podniósł rękę i powoli przeczesał kosmyki, a Alfred dostrzegł siniaki i skaleczenia na jego dłoniach: blizny na palcach i otarcia na kostkach.
- Gdybyś tak zrobił – rzekł Arthur – nie powiedziałbym nie.
- No to tak zrobię! – Uśmiech Alfreda poszerzył się jeszcze bardziej.
Arthur poruszył się i spojrzał na Alfreda przez swoją grzywkę. Alfred był gotów przysiąc, że zobaczył niewielki uśmiech na jego obliczu, zanim ten się odwrócił i wyprostował, na powrót przybierając neutralny wyraz twarzy. Siedział sztywno, dłonie trzymał na kolanach.
Alfred również się wyprostował i delikatnie pozwolił opaść swoim dłoniom na ramiona Arthura. Wyspiarski kraj wzdrygnął się ze zdumienia, ale nie cofnął się przed dotykiem. Z nieufnością spoglądał na Alfreda.
- Jak się czujesz? – zapytał Alfred, a jego uśmiech zniknął.
Arthur, zaskoczony pytaniem, przez moment jedynie patrzył na Alfreda. Potem westchnął, a młodszy kraj poczuł, jak jego ramiona rozluźniają się.
- Nie było żadnych większych bombardowań, kiedy przebywałeś u siebie – powiedział Arthur. Uniósł ręce, by odsunąć dłonie Alfreda, ale ten go nie puścił. Arthur znów westchnął. – Jest tak samo jak wcześniej.
Alfred skrzywił się.
- To dobrze czy źle?
- To zwyczajny fakt. – Arthur wzruszył ramionami, a Alfred poczuł mięśnie poruszające się pod dłońmi, oddzielone jedynie ubraniem Arthura. – A co z tobą?
- Było dziwnie – przyznał Alfred. Jego serce zaczęło galopować, a on nie wiedział, czym się tak denerwował i i dlaczego miał wrażenie, że całe jego ciało wrze. – Być znowu w domu, znaczy się.
- Byłeś z daleka od domu przez dosyć długi czas, biorąc pod uwagę, że mówimy o tobie – odparł cicho Arthur. – Opuszczenie takiego miejsca dla każdego byłoby dezorientujące.
- No cóż…
- Wiem, że mam rację. – Arthur z roztargnieniem zwilżył wargi, wpatrując się w pustą przestrzeń. Wyciągnął papierosy i zastanawiał się, czy nie wziąć kolejnego, jednak ostatecznie zrezygnował i schował paczkę do kieszeni.
- Raczej tak. – Alfred zabrał dłonie z ramion Arthura.
- Twój kraj jest piękny – oświadczył Arthur ze spokojem, a Alfred poczuł rumieniec wpełzający mu twarz w reakcji na tą nieoczekiwaną pochwałę – I niepogrążony w walce. Opuszczenie takiego miejsca w samym środku wojny i… coś takiego. To dwa zupełnie inne światy. – Arthur westchnął. – Rzeczywiście szkoda, że po tych wszystkich latach wracasz do mojego kraju, kiedy znajduje się w takim stanie. Kiedyś, gdy działo się tu lepiej, naprawdę lśnił.
Alfred chciał coś powiedzieć, odezwać się…
Ale Arthur pokręcił głową i uśmiechnął się wymuszenie.
- Ale ta obcość z pewnością zniknęła? To była praktycznie tylko chwila, ale na pewno przyjemnie było znów być w domu.
- No jasne – odpowiedział Alfred. – Tylko, że… Nie wiem. Przyzwyczaiłem się, że widzę jedynie Amerykanów pokroju Winanta. Zobaczenie innych…
Ugryzł się w język, niepewny, czy wspomnieć o tych wszystkich ludziach, którzy nienawidzili Anglii, którzy myśleli, że Arthur nim manipulował.
Ale Arthur, jak zwykle, wydawał się wyłapać to, czego Alfred nie powiedział.
- Ach – mruknął. – Przypomniałeś sobie, dlaczego jesteś w tej wojnie… neutralny.
- Tak – odparł Alfred cicho.
- I nadal taki będziesz? – Arthur skinął głową w kierunku posiadłości, niewątpliwie tam, gdzie byli Churchill i Winant.
- Tak – powiedział Alfred jeszcze ciszej. Zamrugał parę razy i westchnął. – Prezydent podjął pewne kroki, ale… nie dołączyliśmy jeszcze do wojny. Ale, eee… Moi chłopcy przejmują od twoich Islandię.
- Doprawdy? – spytał Arthur spokojnie, lecz retorycznie.
- A marynarka będzie pilnować amerykańskich statków handlowych – dodał Alfred. – Ale brytyjskich nie.
- Lepsze to niż nic. – Arthur westchnął. – Premier żywił pewne nadzieje, rzecz jasna, ale sądzę, iż ty i ja lepiej niż ktokolwiek inny rozumiemy upór pozostałych ludzi. A twój prezydent wydaje się być bardzo uparty.
Alfred nie był pewien, czy starszy mężczyzna chwali czy obraża prezydenta, więc nie ciągnął tematu i pozwolił, by zapadła między nimi cisza.
Szybko przełknął ślinę.
- Hej.
- Słucham?
- Możesz… No wiesz, możesz mówić na mnie Alfred.
- Mogę? – zapytał z zaskoczeniem. Alfred skinął głową.
- Tak. – Poczuł rumieniec wypełzający na twarz i uniósł brodę. – Przecież każdy mnie tak nazywa, wiesz, i dziwnie by było, gdybyś ty mówił na mnie inaczej.
Arthur przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, zanim znowu spojrzał w stronę Londynu.
- Dobrze.
Alfred czekał niecierpliwie.
Nie odezwali się do siebie, ale Alfred widział, jak myśli Arthura szaleją. Oczy starszego kraju błyszczały, na twarzy malowało się napięcie. Rozmyślał – i to rozmyślał intensywnie. Może o przeszłości, może o przyszłości…
Alfred przełknął ślinę.
Dużo czasu minęło, odkąd Arthur ostatni raz nazwał go po imieniu. Dziwnie było dawać mu teraz na to zgodę.
Arthur wypuścił powietrze.
- No i? – spytał Alfred. Starszy kraj na niego spojrzał.
- Czekasz na moje pozwolenie? Niebiosa wiedzą, że odkąd tu przyjechałeś nazywanie mnie „Anglią" przychodziło ci z trudem. Rób co chcesz. Kiedy w ogóle jakiekolwiek zakazy cię powstrzymały?
Odwrócił wzrok, lekko przewracając oczami. Alfred zauważył, że jego policzki robią się czerwone.
- Arthur – powiedział, uśmiechając się szeroko.
- Bardzo dziwne rzeczy cię uszczęśliwiają – stwierdził cicho Arthur.
Winant wciąż był odrobinę spięty, kiedy wracali do ambasady.
- Jak… premier przyjął wieści? – spytał Alfred ostrożnie.
- Sądzę, że poczuł się odrobinę pokrzepiony – odparł cicho Winant. – Ale zarówno on jak i ja wiemy, iż to za mało, by uniknąć całkowitej katastrofy.
- Arthur zachowywał się tak samo. – Alfred zaszurał stopami o podłogę samochodu i westchnął. – Ambasadorze?
- Tak, słucham?
- Nie mogę kształtować opinii publicznej. Tak naprawdę nie ma powodu, żebym tu był. Nie mogę… Sprawić, że ludzie zmienią zdanie.
Winant uśmiechnął się; w gasnącym wieczornym świetle wyglądało to blado i niewyraźnie.
- Nie powinieneś zamartwiać się czymś takim, Alfredzie. Nie myśl tak nad tym.
- Ale…
- Pewnie zrozumiesz we właściwym czasie.
Alfred westchnął i zatopił się głębiej w fotelu. Oparł głowę na dłoni i zwrócił oczy na ciemniejące niebo.
- Będzie dzisiaj nalot? – zapytał.
- Trudno przewidzieć na pewno. – Winant też spojrzał na niebo, jednak na powrót szybko skierował swoją uwagę na drogę. – Pójdziesz do pana Kirklanda, jeśli będzie?
- Został w Chequers. No i zabiłby mnie, gdyby znowu przyłapał mnie na bieganiu po mieście podczas bombardowania. Ostatnim razem strasznie się zdenerwował.
- Naprawdę? – spytał ambasador. – To nietypowe, żeby pan Kirkland był tak gwałtowny. Zazwyczaj prezentuje się raczej monarszo.
Alfred wzruszył ramionami.
- Zawsze złości się na mnie w ten czy inny sposób.
- Bez powodu? – zapytał Winant.
- Nie – odparł Alfred, uśmiechając się z wahaniem. – Ale mu obiecałem.
Ambasador dopiero po chwili podjął rozmowę.
- Obiecałeś?
- Że znajdę go, jeśli bomby znowu spadną.
Po tym nastała długa cisza, a Alfred zarumienił się aż po same czubki uszu, nagle czując się skrępowany pod spojrzeniem Winanta.
- Jestem pewien, że, nawet jeśli tego nie przyzna – rzekł powoli ambasador – jest ci wdzięczny.
Winant nie miał w zwyczaju nagle wpadać do czyjegoś pokoju, ale teraz właśnie tak zrobił. Wparował do pomieszczenia i powiedział głośno, choć nie krzycząc:
- Niemcy zaatakowali Sowietów!
Alfred w mgnieniu oka zerwał się z kanapy i szeroko otworzył oczy.
- Zaatako…
- Złamali traktat o nieagresji z 1939 roku i najechali Związek Radziecki ponad dwoma milionami żołnierzy – wyjaśnił ambasador, szybko podchodząc do Alfreda.
- I…
- Premier zadeklarował pełne poparcie dla Związku Radzieckiego.
Alfred zmarszczył brwi.
- Ale…
Winant przerwał mu i sam dokończył:
- Premier nie przepada za Stalinem czy ZSRR, lecz jest to konieczne. Jeśli Niemcy skoncentrują się na inwazji na Związek Radziecki, to wtedy…
- Brytyjczycy nie będą musieli przyjmować całego obciążenia! – Alfred aż poskoczył.
- Dokładnie – odparł ambasador, rozpromieniony.
- Arthur wie? – spytał Alfred.
Nie widział się z Arthurem, odkąd wrócił do Anglii, bo przez pracę nie mieli zbyt dużo okazji, by się spotkać. Wyglądało na to, że Arthur spędzał większość swojego czasu w Chequers albo w innych miastach – zwykle tych portowych. Premier najwyraźniej przygotował dla niego dużo roboty. Alfred nie był aż tak zajęty, zwykle robił to, co Winant: pracował w ambasadzie i pomagał tym, którym był w stanie, gdy wychodził na ulice Londynu.
Mówił sobie, że przecież nie był rozczarowany – w końcu miał co robić. I był już prawie koniec czerwca, czyli niemal pora, by wracać do domu na urodziny. Jego poprzednia podróż nie była szczególnie miła, ale przynajmniej minęła szybko. Alfred był pewny, iż tym razem w domu będzie szczęśliwy i spokojny. Kto wie, może nawet będzie mu tak przyjemnie, że nie będzie chciał znów wyjeżdżać.
Ambasador pokręcił głową.
- Nie wiem, czy pan Kirkland o tym słyszał.
- No cóż, jestem pewien, że tak, skoro Churchill już o tym mówi – rzekł Alfred. Był niesamowicie zadowolony, nawet mimo późnej pory. – Będzie mógł trochę odpocząć.
- Możemy tylko żywić taką nadzieję.
Arthur podniósł wzrok znad biurka, wyraźnie zaskoczony, gdy Alfred wszedł do jego pokoju.
- Cześć – powiedział Alfred, uśmiechając się szeroko.
- Witam – przywitał się Arthur, marszcząc brwi. – Co tu robisz?
- Przyszedłem tylko pogratulować ci zdobycia nowego sojusznika – oświadczył Alfred. Poczuł się niezręcznie przez ten wstęp i potarł kark. Arthur wyglądał, jakby miał zamiar coś powiedzieć, więc Alfred kontynuował: – Noooooo i powiedzieć „do widzenia".
Arthur nie zareagował od razu. Był niepokojąco cichy, a to, co chciał powiedzieć, zdawało się zginąć w jego gardle. Nie poruszał się. Po chwili jednak zmarszczył brwi znacznie mocniej niż poprzednio. Patrzył na Alfreda.
- Co? – spytał Alfred, unosząc dłonie. – Co to za spojrzenie?
- Tak, sojusznika, rzeczywiście. Jeśli ktokolwiek może nazwać ZSRR sojusznikiem – mruknął Arthur. – Jego przywódcy są śmiertelnymi wrogami cywilizowanej wolności. – Alfred zamrugał z zaskoczeniem na jad słyszalny w głosie Arthura. – Niegodziwy reżim. – Starszy kraj pochylił głowę, wzdychając. Położył dłonie na biurku i spojrzał na leżące na blacie papiery; był spięty. – Ale muszę ugryźć się w język. Koniecznie potrzebuję, by Rosjanie przejęli na siebie ciężar nowego niemieckiego ataku, aby chociaż częściowo odciążyć moich ludzi. Musimy się przegrupować.
- Naprawdę tak źle jest pracować z Rosją? – zapytał Alfred.
Usta Arthura zadrżały w grymasie niezadowolenia, nim ten znów założył maskę obojętności.
- Nie, sądzę, że nie. To… nie jest tak źle.
Kłamał. Alfred zmarszczył brwi. Musiał przyznać, że i dla niego perspektywa pracy z Rosją nie wydawała się szczególnie atrakcyjna, ale tak to wszystko wyglądało. Arthur przynajmniej miał sojusznika, a może i próśb o przyłączenie się Stanów do wojny będzie mniej.
- Do widzenia – powiedział nagle Arthur, odwracając się.
- Chwila, poczekaj – zaśmiał się Alfred. – Nawet nie wiesz, czemu się żegnamy.
- Jedziesz do domu na swoje… urodziny – odparł Arthur napiętym tonem. – Pamiętam. Nie ma potrzeby, żebyś się ze mną żegnał. Nie widzieliśmy się, odkąd wróciłeś ze swojej ostatniej podróży.
- No tak – przyznał Alfred. Chciał zaprotestować, ale zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nie musiał przychodzić – nieważne, czy po to, aby się pożegnać, czy po cokolwiek innego. Po prostu przyszedł. Nawet o tym nie myślał. – Zastanawiam się tylko… Haha, co mi dasz na urodziny?
- Powinieneś doskonale wiedzieć, że nie mam absolutnie nic, co mógłbym ci dać – warknął gwałtownie Arthur, na co młodszy naród podskoczył ze zdziwienia.
- Rany, Arthur. – Alfred zmarszczył brwi. Arthur już od jakiegoś czasu nie był tak ponury i zdystansowany... Alfred zaryzykowałby nawet stwierdzenie, że ich ostatnie spotkanie poszło dobrze. Nie spodziewał się, iż Arthur będzie taki nieprzyjemny. Wyspiarki kraj opadł na siedzenie i zakrył twarz dłońmi. Westchnął – ten dźwięk równie dobrze można było określić mianem gniewnego syknięcia. Alfred stał w miejscu, niepewny, czy powinien zostawić Arthura czy na niego naciskać. – To był żart – powiedział. – Nie musisz mi nic dawać.
- Wiem, że to był żart, głupcze – mruknął Arthur w swoje dłonie.
- To o co chodzi? – zaprotestował Alfred. Zrobił krok do przodu i podszedł do biurka Arthura. Położył dłonie na blacie, pochylając się nad drugim mężczyzną.
Arthur odrobinę opuścił ręce i skierował wzrok na Alfreda. Ich spojrzenia skrzyżowały się i nie oderwały od siebie. Alfred widział cienie na twarzy Arthura i złość w jego oczach. Złość, która zdawała się tam nie pasować – która była tam bez wyraźnej przyczyny.
- Hej – powiedział Alfred. – Co się stało?
- Pieprz się – rzucił Arthur, po czym westchnął. – Nic się nie stało.
- Arthur. – Alfred niemal zaskomlał. – Skończyły ci się już papierosy czy coś takiego?
- Tak, chociaż to nie ma z tym nic wspólnego.
- Dobra! – Alfred wyprostował się i przeszukał swoje kieszenie. Wyciągnął z nich w połowie pełną paczkę papierosów i podał ją Arthurowi. Starszy kraj próbował ją upuścić, więc Alfred objął jego dłoń własną. – Zatrzymaj je. Jak wrócę do domu, to i tak będę miał więcej. Jeśli pomoże ci się to zrelaksować, to nic się nie stanie, jak ci je dam, prawda?
- To nie papierosów potrzebuję. – Arthur skrzywił się, lecz nie próbował odrzucić papierosów z powrotem Alfredowi.
- To o co chodzi? Wiesz, że możesz mi powiedzieć.
Arthur westchnął, jakby całkowicie wyczerpany padał pod jakimś ciężarem. Alfred niemal już stwierdził, że wolał, gdy Arthur przybierał tą odważną postawę, kiedy stał tak, wysoki i zawzięty, i robił dobrą minę do złej gry. Jednocześnie wiedział, że to swego rodzaju wyższy poziom bliskości, kiedy Arthur pozwala mu zobaczyć siebie prawie konającego ze zmęczenia, wyglądającego, jakby zaraz miał zacząć rwać włosy z głowy i mogącego nie przetrwać następnej chwili. Ale to wszystko sprawiało też, że Alfredowi kręciło się w głowie i nie wiedział już, co myśleć.
Wyciągnął rękę w kierunku starszego kraju.
- O co chodzi? – powtórzył.
- Naprawdę musisz pytać? – warknął Arthur. Wziął głęboki oddech, jak gdyby starał się opanować, i wyprostował plecy oraz ramiona. Zacisnął zęby. Zmiana była niemal całkowita – Arthur wyglądał, jakby znów miał nad wszystkim kontrolę, przygotowany i zdyscyplinowany.
Teraz jednak Alfred potrafił to wszystko zobaczyć: napięcie, ponure zmarszczki na jego twarzy, zmęczenie widoczne w oczach, którymi godzinami wpatrywał się w tykający zegar.
- Jestem zmęczony wojną, zmęczony głodem, zmęczony wszystkim, a najbardziej jestem zmęczony tobą, kiedy przyłazisz tutaj, jakby… jakby…
Arthur wstał nagle, odtrącając rękę Alfreda. Młodszy kraj patrzył na niego, mrugając jak sowa, zdezorientowany niespodziewanym obrotem rozmowy.
- Jestem zmęczony tym, że zachowujesz się, jakbyś się tym przejmował – warknął Arthur. – Idź. Idź do domu i ciesz się swoimi urodzinami. Jestem pewny, iż będą tak cudowne, że już nie wrócisz, a ja nie będę miał nic przeciwko temu. Nie potrzebuję cię. Ja… – zachłysnął się, uniósł ramiona i włożył papierosy do kieszeni. – Jestem zmęczony tym, że się nade mną litujesz.
- Że niby co, do cholery? – wykrztusił z siebie Alfred.
Arthur drgnął nerwowo, skrzywił się i odwrócił.
- Do widzenia.
To było oczywiste odprawienie. Alfred widział zakłopotanie, które zaczął odczuwać Arthur, gdy dotarł do niego jego wybuch – wydawałoby się, że wzięty znikąd. Alfred, wciąż zdezorientowany, nie zamierzał zaakceptować tego odprawienia.
- Arthur – powiedział, obchodząc biurko dookoła i chwytając Arthura za ramię. Ten nie odepchnął go, ale wyraźnie się spiął. – Już ci mówiłem. Nie lituję się nad tobą.
Arthur prychnął, a na twarzy miał wypisaną pogardę.
- W takim razie dlaczego robisz te wszystkie rzeczy? – spytał z naciskiem, chociaż odrobina jadu przenikła do jego głosu. Potem przemówił już łagodniej i zadał uzasadnione pytanie: – Czemu cię to obchodzi?
Alfred zamrugał, zdumiony, a jego umysł i serce zatrzymały się na to pytanie. Nie potrafił odpowiedzieć. Nie miał odpowiedzi – chyba po raz pierwszy musiał się nad nią zastanawiać. A co Arthur z kolei myślał o nim? Nie wiedział na pewno, nie potrafił go rozszyfrować …
I co Alfred do niego czuł?
Nie chciał odpowiadać.
I nie mógł – nie był gotów, by poznać odpowiedź. Przełknął ślinę i zabrał rękę z ramienia Arthura. Starszy kraj spojrzał na niego z tym swoim ponurym, neutralnym wyrazem twarzy – błysk zdezorientowania zamigotał w jego oczach.
Alfred nie chciał o tym myśleć. Coś zwijało się w jego trzewiach, ale to zignorował.
Jego własne spojrzenie spotkało się z tym Arthura.
Alfred przełknął ślinę i uśmiechnął się szeroko, by ukryć swój dyskomfort. Chwycił dłoń Arthura i ścisnął ją.
- Hej, czy to ważne?
Arthur zmarszczył brwi, ale Alfred ponownie uścisnął jego dłoń i szybko ją wypuścił, jednocześnie się cofając.
- Muszę iść – rzekł, kciukiem wskazując na drzwi, które były za nim. Ale Arthur nie odwracał od niego spojrzenia, a Alfred nie chciał pierwszy zrywać kontaktu wzrokowego. – Ja… No. Muszę iść.
- W takim razie – powiedział Arthur zrezygnowanym tonem – Do zobaczenia, Alfredzie.
Alfred zamarł i przygryzł wewnętrzną stronę swojego policzka.
- Do widzenia – wydusił, odwrócił się i pospiesznie wyszedł z pokoju.
Dotarł do domu późną nocą, jednak nie było ciemno.
Wyglądał z samolotu, ale te wszystkie błyszczące światła pod nim wydawały się prawie niepokojące. Za bardzo przywykł już do ciemności, do gaszenia świateł, do strachu wywołanego przez dźwięk silników bombowców.
Tutaj było spokojnie. Niemal upiornie spokojnie. Nad miastami nie było gwiazd, na które można by patrzeć, tylko niezliczone konstelacje świateł.
Panował spokój.
Dlaczego to było tak dziwne uczucie?
- To dlatego, że dopiero przyjechałem – szepnął do siebie, podczas gdy samolot podchodził już do lądowania. Alfred przycisnął twarz do okna, napajając się widokiem swojego kraju nocą. Uśmiechnął się, nie mogąc powstrzymać przypływu ulgi, przyjmując ją z otwartymi ramionami.
Czemu cię to obchodzi…
Te słowa odbijały się echem w jego żołądku. Gwałtownie potrząsnął głową i westchnął ciężko. Nawinął kosmyk włosów na palec i zatopił się w swoim siedzeniu. Nie mógł się skoncentrować.
Wylądowali. Wysiadł z samolotu i szybkim krokiem podążył w kierunku terminalu. Był w domu.
W domu.
Było za cicho. Nie mógł spać.
Przewracał się z boku na bok – w swoim łóżku, we własnym domu – ale nie potrafił zasnąć. Przywykł już do odgłosów innych mieszkańców, pracowników ambasady, syren, trzeszczącego radia.
Właśnie, radio…
Alfred przesunął się na bok łóżka i sięgnął do radia, które stało obok. Przekręcił pokrętło, a pokój wypełnił szum, znany i obcy. Alfred usłyszał zakłócony głos prezentera BBC, który opisywał sytuację w Rosji.
Alfred położył głowę na poduszce, słuchając.
- Będzie dobrze – szepnął do siebie ponad dźwiękiem doniesień dochodzących z radia – jeśli dzięki temu chociaż trochę odetchnie.
Czemu cię to obchodzi…
Alfred mocno zacisnął powieki.
Nie wiedział… Nie wiedział, czy chce wiedzieć. Nie miał pojęcia, co czuł do Arthura, dlaczego się o to wszystko troszczył – po prostu wiedział, że tak było. A jeśli bardziej zagłębiałby się w swoje myśli, to…
Ale co Arthur sądził o nim?
- Nienawidzi mnie – stwierdził Alfred stanowczo. – Teraz może tylko toleruje.
Tak, toleruje. Gdyby Arthur go nienawidził, nie pozwoliłby mu zostać ze sobą podczas bombardowania i nie płakałby przed nim tak, jak to zrobił. Ten obraz wciąż nawiedzał Alfreda w zakamarkach jego serca. Istniała, rzecz jasna, możliwość, że oficerowie mieli rację – być może Arthur go wykorzystywał, manipulował nim. Być może był w tym tak dobry, że Alfred nawet tego nie zauważył.
- Jeśli tak, to zasługuje na wszelką pomoc w zamian za bycie tak przebiegłym draniem – mruknął Alfred. Przewrócił się na plecy i zaczął wpatrywać się w sufit. Zacisnął palce na pościeli i westchnął, a jego umysł wciąż koncentrował się na Arthurze.
To nie było tak. Arthur nie miał zamiaru nim manipulować – nie podczas tamtych chwil. Alfred w to wierzył. Wiedział to.
Powieki zaczęły mu ciążyć.
Właśnie o to chodziło – jego uczucia nie miały znaczenia. Liczyło się to, że nie chciał pozwolić, by Arthur upadł. To wszystko. Nie musiał bardziej zagłębiać się w swoje myśli.
Zamknął oczy.
Czemu cię to obchodzi…
Alfred spędził lipiec w domu. Jego urodziny przyszły i minęły bez niczego wielkiego. Obywatele świętowali jak zawsze. Czwartego Alfred wszedł na najwyższe wzgórze, jakie mógł znaleźć i oglądał stamtąd fajerwerki.
Ale wybuchające w oddali sztuczne ognie brzmiały jak bomby, więc nawet w dniu, który miał być przeznaczony dla niego i tylko dla niego – dniu, podczas którego już na zawsze oddzielił się od Anglii, od Arthura – zdecydowanie zbyt długo myślał o Arthurze.
Usiadł przy stole piknikowym z widokiem na pola, miasta i miasteczka w oddali. Fajerwerki sporadycznie wybuchały wszędzie wokół. Alfred obserwował rozbłyskujące kolory i przypomniał sobie, jak pożary wykwitały na horyzoncie Londynu.
Potrząsnął głową.
- Przestań o tym myśleć.
Ale nie mógł przestać. Za każdym razem, gdy odgarniał resztki snu, budziły się w nim coraz to nowe wspomnienia Londynu. Cisza nocy tylko podkreślała brak syren. Jasność miasta przypominała o gaszeniu wszelkich świateł w stolicy Anglii. Sklepy mięsne, stragany z owocami, jaja i mleko przy samochodach dostawczych przypominały o ich głodzie. Długowłose dziewczęta o błyszczących oczach z baru, w którym zbyt długo na nie spoglądał, przypominały mu o stłuczeniach, skaleczeniach i bliznach na dłoniach i rękach Arthura.
Bardzo duży fajerwerk wybuchł w pobliżu.
Alfred skulił się lekko. Powoli wypuścił powietrze.
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin – szepnął.
- Nie jestem niczym zobowiązany, aby być wobec niego lojalnym – powiedział do siebie zdecydowanie, stojąc na wschodnim wybrzeżu. Słońce za nim zachodziło, a plażowicze zbierali swoje rzeczy i odchodzili do domów, ale Alfred w dalszym ciągu siedział na piasku. Owinął rękoma kolana i patrzył na ocean – po jakimś czasie zdał sobie sprawę, że w stronę północnego wschodu.
Kilkakrotnie myślał już o powrocie i to o wczesnym. Nie miał jednak takiego obowiązku. Jego kraj był tutaj, a tamten należał do Arthura. Podział powinien być jasny i nie należało o nim zapominać.
Alfred westchnął.
- Ale i tak – szepnął do siebie. – Ale ja i tak…
Nie skończył zdania i na powrót zatopił się w myślach. Jeszcze przez godzinę siedział na plaży, aż ciepło słońca całkowicie zniknęło z piasku i został sam ze swoimi snami na jawie i przemyśleniami.
Każdej nocy zasypiał przy dźwiękach radia BBC.
Alfred wrócił do pracy po kilku tygodniach rozmyślań i rutyny. Prezydent był zbyt zajęty, by spędzać z nim dużo czasu czy zwracać na niego szczególną uwagę, lecz sądził, że z jego krajem było wszystko w porządku. Alfred zajmował się niezbyt istotnymi rzeczami, głównie towarzyszył sekretarzom i adiutantom, kiedy tylko mógł. Pomagało mu to nie bujać w obłokach, mimo że wciąż porównywał pracę w Białym Domu do tej w ambasadzie.
W końcu przekonał samego siebie, że jego troska o to, co dzieje się po drugiej stronie oceanu to tak naprawdę obawa o Winanta. Arthur jednak wkradał się do jego myśli tak często, iż w końcu się poddał. Doznał też małego objawienia, gdy przypatrywał się filiżance z nienajlepszą kawą.
- Dobry Boże, ja naprawdę za nim tęsknię – powiedział.
