Podczas, gdy John Abruzzi decydowal sie, co zrobic z tym wszystkim, a o jego zyciu i smierci decydowalo kilka osob w pewnym pomieszczeniu, byl ktos, kto nie mial najmniejszego pojecia ani o dramatycznych zdarzeniach w Goingtown, ani o zebraniu podwladnych Giacomo Messini'ego.
Siedziala wlasnie w fotelu w swoim mieszkaniu i usilowala skupic sie na czytaniu ksiazki, jednakze nie potrafila zebrac mysli. Zdania, slowa, caly tekst powiesci przeplywal przez jej umysl, nie pozostawiajac w nim sladu. W koncu odlozyla ksiazke na stol i pozwolila poniesc sie wspomnieniom. Nigdy nie zapomni tego, co zdarzylo sie kilka lat temu, bedzie pamietac tamten dzien i...
Dzwiek telefonu wdarl sie w te rozmyslania. Jeszcze przez chwile miala przed oczami wyobrazni tamto powitanie, ktore za kilka minut bylo niewypowiedzianym pozegnaniem i wstala, aby podniesc sluchawke.
- Tak, slucham?
W drzwiach pokoju stanal jej syn, zwabiony rozmowa.
- Mamo, kto dzwoni?
Dala mu znak, zeby zaczekal, bo sama jeszcze nie wie i sluchala odpowiedzi dzwoniacego. Z uplywem sekund coraz bardziej bladla na twarzy, az w koncu jej oblicze przypominalo papier. Za chwile odlozyla sluchawke i powiedziala:
- Musimy jak najszybciej sie spakowac. Wyjezdzamy.
Syn od razu zrozumial:
- To byl ktos z tamtych ludzi, prawda? Co sie stalo? Przeciez odkad ojciec...
Przerwala mu:
- Wielu rzeczy nie rozumiesz, ja zreszta tez nigdy do konca nie pytam o wyjasnienie. Wiem tylko, ze za pare godzin przyjedzie tutaj ktos od nich, najprawdopodobniej Salvatore i mamy byc juz gotowi. Pojawil sie ktos, kto nam zagraza i musimy jak najszybciej zmienic miejsce pobytu.
- Ktos, kto nam zagraza? Kim on jest?
- Nie wiem. Byc moze to ktos, kto pamieta dawne czasy, po prostu nie wiem. Zawiadom Nicole i zbierzcie swoje rzeczy.
- Dobrze, mamo - poddal sie syn. - Zaraz jej powiem. Siedzi w pokoju i oglada jakis tani serial komediowy.
- Pospieszcie sie.
Chlopak wyszedl, a ona rozejrzala sie po pomieszczeniu, jakby zastanawiajac sie, co zabrac ze soba. Bedzie tesknic za tym domem, ale skoro sam Sempede przekazal jej wiadomosc, to na pewno jest cos powaznego. Zaczela pakowac rzeczy.
Minelo troche czasu, Salvatore mial zjawic sie za kilkanascie minut. Dzieci, John Jr. i Nicole, byly juz przygotowane, milczaly, jakby wyczuwajac powage sytuacji. Sylvia konczyla ukladac przedmioty w ostatniej walizce. Siegnela reka do konca polki z ksiazkami, aby sprawdzic, czy nie zostalo cos, co chcialaby zabrac ze soba. Wydawalo jej sie, ze regal powinien byc pusty, ale ze zdumieniem natrafila na cos. Przechylila sie w przod i wyciagnela kwadratowa rzecz przypominajaca zeszyt. Kiedy starla z niej kurz, zorientowala sie, ze nie jest to zeszyt, a stary, podniszczony album z fotografiami. Pogladzila jego stara okladke. Wiedziala, ze maja jeszcze kilka minut, wiec - troche wbrew sobie, bo nie chciala myslec o tych zdjeciach - otworzyla go.
Bylo ich mnostwo. Od wczesnych lat az do tych ostatnich. Byly tu wszystkie, jakby zebrane specjalnie po to, zeby pamietala. Ogladala je jedna po drugiej, skupiajac sie automatycznie na jednej, jedynej postaci na kazdym ze zdjec. Owszem, inni ludzie tez sie na nich pojawiali, ale ona patrzyla tylko na jedna. Na meza.
Z tego oboje sie smiali. Zostalo zrobione w zimie, kilkanascie lat temu i byli na nim oboje. Pare miesiecy po slubie, zauroczeni soba jak przy pierwszym spotkaniu, a ona wlasnie miala nastroj z tych, jakie powoduja dzika, nieokielznana radosc. Kula, jaka zrobila ze sniegu, byla naprawde ogromna. Ze smiechem rzucila nia w niczego nie spodziewajacego sie malzonka - ktory wlasnie wracal do domu - probujac trafic w jego tors, ale zle wycelowala i trafila go prosto w nos. snieg znalazl sie na calej jego twarzy. Nie mogla powstrzymac smiechu, a poniewaz miala aparat, bo niedawno skonczyla robic zdjecia dzieciom, nie mogla tez nie wykorzystac takiej okazji. Tak powstala fotografia, od ktorej teraz nie mogla oderwac oczu. Ta mina...to spojrzenie...ten wzrok, zamiast gniewu wyrazajacy czulosc, a w zrenicach zartobliwa obietnica sniegowej zemsty.
- Wiedzialam przeciez, kim jestes, John...Wiedzialam, ze to sie moze zle skonczyc...A jednak cie pokochalam...A ty odszedles.
Sama nie wiedziala, czy chodzi jej o to, ze umarl, czy o to, jak wtedy zostawil ja sama i poszedl szukac Fibonacci'ego. Czula, ze placze, ze po policzku plyna jej lzy. Patrzyla na fotografie i zastanawiala sie, jakby wygladalo jej zycie, gdyby poznala kogos innego, gdyby...
- Zostaw te zdjecia! - czyjas silna reka wyrwala album i rzucila go z hukiem na polke, potem obrocila ja w strone przybysza. - Nie czas teraz na wspominki, musimy jechac!
Salvatore az plonal gniewem. Byl wsciekly, sadzila, ze chodzi mu tylko o pospiech, ale on ukrywal w sobie zlosc z powodu tego, co zobaczyl, z powodu tej przekletej twarzy na fotografiach. Mial go juz powyzej uszu!
- Powiedz mi cos wiecej - poprosila. - Kto tym razem chce skrzywdzic mnie i moja rodzine?
- Wszystkiego sie dowiesz na miejscu. Dzieci juz sa w samochodzie, jedziemy!
Zrobila, co jej kazal i wyniosla do wozu ostatnie rzeczy. Za kilka chwil jej dom zniknal za zakretem, a ona czula, ze juz nigdy tu nie wroci.
- Dokad jedziemy? - zapytala.
- Tam, gdzie bedzie bezpiecznie. Senator Messini juz cos dla ciebie przygotowal. Nie martw sie, on dba o wszystko. - odparl, prowadzac.
- Tak, wiem. To w koncu on zatroszczyl sie o mnie po smierci Johna.
- Wlasnie. Uspokoj sie teraz i...przepraszam za tamten wybuch, ale wiesz, jak mi zalezy na waszym bezpieczenstwie. Jestescie jedynymi spadkobiercami wspanialego czlowieka i...
- Salvatore - weszla mu w slowo. - Skoro byl taki wspanialy, to czemu kazaliscie mi opowiadac te brednie przed kamerami? I jeszcze obejmowac sie z jego zabojca?
- Dobrze wiesz, Sylvio, ze czasem nasza praca wymaga odrzucenia wlasnych uczuc i mowienia czegos, czego tak naprawde wcale nie myslimy. To mialo zapewnic ci spokoj, oddalic od nienawisci i zlych spojrzen. A ze z poczatku nie chcialas sie na to zgodzic i oponowalas, to musielismy cie inaczej przekonac.
- Inaczej? Grozac moim dzieciom?!
- Giacomo Messini traktuje je jak wlasne i za wszelka cene bedzie dbal o ich bezpieczenstwo. Moze ktoregos dnia to John Jr. zastapi ojca? - bawil sie jej zdenerwowaniem.
- Nigdy! Dosc mi juz jednej tragedii! - zaprotestowala. - Po smierci mojego meza prawie sie zalamalam, gdybym jeszcze miala stracic dziecko, to...
- Tak, tak, rozumiem - gral dobrego wujaszka. - Ty sama musisz zdecydowac, a najlepiej porozmawiasz o tym z samym Messi'nim.
- Messini bedzie tam, gdzie jedziemy? - zdziwila sie. - Przeciez on rzadko zjawia sie osobiscie.
- Nie powiedzialem, ze bedzie. Ale ma zamiar cie odwiedzic. Ma co do ciebie wazne plany.
Zamilkli oboje. O ile Sylvia rozmyslala o tym, dokad sie udaja i o jej przyszlosci, przy okazji zalujac porzuconego albumu ze zdjeciami, to Salvatore dobrze wiedzial, co sie z nia stanie. Nie dal nic po sobie poznac nawet wtedy, gdy zaparkowali przed malym, ale dosyc eleganckim domkiem. Gdyby budynek przeniesc do Ameryki Poludniowej, wygladalby jak malutka posiadlosc na ranchu, ale duzo mniej bogata i wystawna.
- Odtad tutaj zamieszkacie - zwrocil sie do Sylvii i jej dzieci. - Rozgosccie sie.
Weszli do srodka, a Salvatore powiedzial:
- Obejrzyjcie dom, ja zaraz do was dolacze, musze tylko powiadomic Giacomo, ze jestescie juz na miejscu.
Wyszedl przed dom i wyciagnal telefon komorkowy. Uzyskal polaczenie z Messini'm i rzekl:
- Tak, sa juz na miejscu. Wszystko przebieglo zgodnie z planem. Ona nic nie podejrzewa.
Senator Messini zakonczyl rozmowe z usmiechem i przekazal czekajacym w pokoju Paulo i mezczyznie, ktory pare godzin temu stal przy oknie, wiadomosc o pomyslnym wykonaniu misji.
- Dawniej Abruzzi byl nam bardzo potrzebny. Teraz, kiedy znalezlismy juz zmiennikow, zyl tylko dzieki naszej litosci. Jezeli nasz motylek nie poslucha i nie wroci, by odebrac kare, jaka chcemy mu wymierzyc, dowie sie, ze mamy jego zone i kobieta moze zginac w ciagu kilku sekund. Zacznij dzialac, Simone.
The end of episode 11
