Merlinie.

To już jedenaście dni.

Jedenaście.

Nie mogę w to uwierzyć. Z jednej strony wydaje mi się to bardzo długim czasem, z drugiej mam jednak wrażenie, jakbym nie dalej niż wczoraj była bezpieczna w Hogwarcie.

Jak do tego doszło?

Spoglądam na profesora Snape'a, który siedzi na krześle przy swoim materacu. Wygląda, jakby nie czuł się najlepiej. Natychmiast się rumienię na wspomnienie wczorajszej sceny. Profesor miał wtedy… mały problem.

Czy już mu przeszło?

Sądząc po wyrazie jego twarzy – nie. Ale może po prostu jest dzisiaj w złym humorze?

To takie niestosowne. Nie powinnam o tym myśleć.

Jak mam kiedykolwiek być w stanie patrzeć na niego bez wspominania? Jeśli jakimś cudem zostaniemy uratowani i wszystko wróci do normy, czy będę w stanie siedzieć w klasie i słuchać jego wykładu?

Ale ja chcę, żeby był moim nauczycielem. Poza nieprzyjemną osobowością jest przecież jednym z najlepszych profesorów w Hogwarcie.

Biorę głęboki oddech, zdając sobie sprawę z tego, jak idiotyczne myśli krążą mi po głowie. Wciąż jesteśmy przetrzymywani przez porywaczy, a ja zastanawiam się nad tym, jak będzie wyglądało moje życie po odzyskaniu wolności.

Głupia.

- Profesorze, zaczynam wierzyć… Że zostałam trafiona zaklęciem Obliviate – mówię, przerywając ciszę.

Nie rozmawialiśmy wiele, od kiedy się obudziliśmy. A to pozostawiło wiele czasu na myślenie, analizowanie, składanie kawałków układanki w całość i usiłowanie przypomnienia sobie, co się ze mną działo.

- Zamierzasz to wyjaśnić? – spogląda na mnie ponuro.

Nie wygląda na zainteresowanego moją teorią, raczej na zirytowanego. Dlaczego tak jest? Nie chce się dowiedzieć, jak wylądowaliśmy w tym lochu?

- Więc… Nie mogę sobie niczego przypomnieć… Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam, jest pan wlepiający mi szlaban.

Snape unosi brwi, czekając na moje dalsze słowa, a ja biorę głęboki oddech, próbując uporządkować moje myśli.

- Mówił pan, że uderzyłam się w głowę i że wspomnienia powinny do mnie wrócić.

- To prawda – zgadza się.

- Ale tak się nie dzieje. Nadal niczego nie pamiętam – mówię sfrustrowana.

Milczy, co irytuje mnie nawet bardziej. Dlaczego tak się zachowuje? Sprawia wrażenie, jakby wręcz pilnował się, żeby mi w żaden sposób nie pomóc.

- Co mnie niepokoi to to, że dał mi pan szlaban z Filchem. Dlaczego właśnie z nim? Dlaczego nie miałam go spędzić z panem?

- Panno Granger – wzdycha - do czego zmierzasz?

- Jak mogło im się udać porwanie w Hogwarcie? – pytam, patrząc na niego.

- Może nie byliśmy w tym czasie na terenie Hogwartu.

- Słucham? A gdzie moglibyśmy być?

- Nie wiem. Nie zostaliśmy tu przeniesieni w tym samym czasie.

- Pan znalazł się tu wcześniej?

- Jakieś pół dnia przed tobą.

Przytakuję i próbuję to przetrawić. Ale to niczego nie zmienia. Wciąż nie jestem ani trochę bliższa poznania prawdy.

Rozglądam się nerwowo, zastanawiając się, czy zadać następne pytanie. Być może nie byłoby to zbyt mądre, w końcu profesor wyraźnie mówił, że nie chce o tym rozmawiać. Ale ja potrzebuję odpowiedzi.

Po kilku długich chwilach zbieram się na odwagę i zmuszam się do powiedzenia:

- Profesorze… A jak było z panem? Pamięta pan, jak został pan porwany?

Jego twarz tężeje i początkowo mi nie odpowiada. W końcu jednak przemawia cichym, niskim głosem.

- Mówiłem ci już, że rozmawianie o tym nie byłoby mądre.

- Ale to było kilka dni temu. To była inna sytuacja. Teraz… chcę wiedzieć. Niech mi pan powie.

- Granger…

- Boi się pan, że ktoś może nas podsłuchiwać?

- Nie– potrząsa głową. – To nie jest coś, co oni by zrobili. Lubią wolną wolę. Jeśli będą chcieli wydobyć z nas cokolwiek pożytecznego, spróbują sprawić, że powiemy im to dlatego, że sami będziemy tego chcieli.

- Dobrze,więc dlaczego jeszcze mi pan tego nie powiedział? Gdzie pan był? Co pan robił? Czy to było w Hogwarcie?

- Za dużo pytań, Granger – przerywa mi ostro.

Przygryzam lekko wargę, powstrzymując samą siebie od odcięcia mu się.

- Po prostu jest kilka spraw, o których nie powinnaś wiedzieć – dodaje cicho.

- Dlaczego?

- To zaczyna się robić męczące – mówi, wywracając oczami.

- Zatem przepraszam, że próbuję się dowiedzieć, co nam się stało, profesorze – odwracam się od niego. Aż się gotuję z gniewu.

Nic nie mówi. Ja też.

Wyrywa mi się krótki śmiech.

Nie wiem, co mnie rozśmieszyło. Nie ma nic nawet odrobinę śmiesznego w byciu zamkniętym w lochu z profesorem Snapem.

Ale znów się śmieję.

Snape spogląda na mnie, a jego twarz wyraża koncentrację.

Znowu się śmieję. I znowu.

I znów.

Wkrótce zaczynam histerycznie rechotać. Dźwięk odbija się od ścian lochu. Zaczynają mi łzawić oczy.

- Panno Granger?

Jego głos tylko dolewa oliwy do ognia i, o ile to możliwe, śmieję się jeszcze bardziej.

- Panno Granger, przestań natychmiast!

Nie mogę. Cała trzęsę się ze śmiechu, a im bardziej próbuję się opanować, tym zabawniejsze wydaje mi się wszystko dookoła.

Właśnie dotarłam do momentu, kiedy nie mogę zaczerpnąć oddechu i potwornie boli mnie brzuch, a mimo to wciąż nie mogę przestać. Co jest ze mną nie tak?

- Granger! – usiłuje mi przerwać.

Przyciskam dłoń do ust, próbuję się uspokoić. To działa i powoli moje ciało przestaje się trząść. Już po wszystkim.

Odchrząkam, opuszczam ręce i próbuję wyglądać poważnie. Nie chcę jeszcze bardziej ośmieszyć się w oczach Snape'a. On jednak wciąż przygląda mi się dziwnie, ale nic nie mówi.

Wyrywa mi się chichot, więc znów zakrywam usta dłonią, próbując to powstrzymać, zanim przerodzi się w śmiech.

W końcu zaczynam czuć się normalnie.

- Lepiej? – pyta nagle. Spoglądam na niego, przytakuję.

Z jakiegoś powodu rzeczywiście czuję się lepiej.

- Ty – strażnik wskazuje Snape'a. – Idziesz z nami.

Spoglądam na niego zmartwiona, ale on jest spokojny. To pewnie tylko wizyta w kiblu. Nic, czym należałoby się martwić.

Teraz, kiedy w końcu jestem sama w lochu, pozwalam sobie zwinąć się w kulkę, oddycham głęboko, mając nadzieję, że skurcze szybko miną. Wystarczy już, że muszę przechodzić przez to wszystko zamknięta w lochu, więc naprawdę ostatnią rzeczą, jakiej jeszcze chcę doświadczać, są skurcze.Przyciskam twarz do materaca i głośno jęczę z bólu, czując, jakby coś ściskało mnie u dołu brzucha.

To minie. Zawsze tak jest. Muszę po prostu uzbroić się w cierpliwość i trochę poczekać.

Leżąc z zamkniętymi oczami w cichym lochu niemal zasypiam. Jednak w momencie, w którym już mam się zatracić we śnie, drzwi głośno się otwierają.

Wraca profesor Snape. Wygląda na to, że nic mu nie jest.

Spogląda na mnie, unosi brwi z zainteresowaniem. Mogę sobie wyobrazić, jak wyglądam, zwinięta w kłębek, owinięta płaszczem, prawie umierająca.

- Twoja kolej, dziewuszko – mówi strażnik i daje mi znak, żebym wstała.

Biorę głęboki oddech i jakoś udaje mi się podnieść. Naprawdę muszę skorzystać z toalety. Mam przy sobie jeden z kawałków podkoszulki Snape'a. Powinnam o siebie zadbać.

Czuję na sobie wzrok profesora Snape'a, kiedy powoli przechodzę obok strażnika, kurczowo obejmując się ramionami. Próbuję się wyprostować, ale nic z tego. Na szczęście w końcu opuszczam pomieszczenie, uwalniając się tym samym od podejrzliwego wzroku Snape'a.

- Nie wyglądasz dobrze – komentuje, kiedy tylko strażnik znika, zostawiając nas samych w lochu.

Siadam na moim materacu i owijam się peleryną. Zrobiło się tu chłodniej, czy tylko mi się wydaje?

On nie wygląda na zziębniętego.

- Panno Granger? – pyta.

- Ja… Nie czuję się zbyt dobrze – z zaskoczeniem słyszę swój własny głos, słaby i cichy.

Profesor Snape przytakuje.

- Tak, brak jedzenia zaczyna robić swoje. Wciąż jednak nie wydaje mi się, żeby mieli to jeszcze długo ciągnąć. Na nic im się nie zdamy martwi.

Przymykam oczy, nic nie mówiąc.

- A może… - kontynuuje – to nie niedobór jedzenia tak na ciebie działa?

- Nic mi nie będzie – zapewniam go.

Nigdy mi nic nie jest.

- Co to znaczy? – pyta, nie spuszczając ze mnie wzroku.

Nie chcę o tym rozmawiać. Nie mam ochoty na rozmowy z nim. Wszystko, co teraz potrzebuję, to sen.

I ciepłe łóżko.

I filiżanka herbaty.

I…

Przestań, Hermiono.

Wzdycham, zamykając na chwilę oczy.

- Boli mnie brzuch.

- Rozumiem. Zapewniam cię, panno Granger, że sam przechodzę to samo.

Nie mogę powstrzymać śmiechu.

- Nie, nie sądzę, profesorze.

- Moje ciało również protestuje. Głodówka to cicha tortura.

- Nie o tym mówię – uśmiech znika z mojej twarzy. – Po prostu mam… bardzo, bardzo dotkliwe skurcze.

Cisza.

- Och.

To wszystko, co ma do powiedzenia.

Spoglądam na niego i zauważam słaby rumieniec na jego twarzy. Pewnie czuje się teraz jak debil przez swoją ignorancję. Jasne, jest facetem, nie chce rozmawiać o takich rzeczach. Zwłaszcza ze swoją uczennicą.

- Nigdy nie zdawałem sobie sprawy z tego, że to może mieć taki efekt – stwierdza, obserwując mnie z poważnym wyrazem twarzy.

- Bywało gorzej – odpowiadam i nagle dociera do mnie, o czym właściwie dyskutuję z profesorem Snapem. Zmieszana odwracam wzrok.

Profesor bierze głęboki oddech.

- Czy jest coś… co mógłbym dla ciebie zrobić?

Potrząsam głową, zmuszając się do słabego uśmiechu.

- Dziękuję, ale to samo minie. Potrzebuję tylko… odrobiny odpoczynku.

Przytakuje i odchodzi na swoją stronę lochu. Prywatność jest jednak czymś, czego nie zaznałam od jedenastu dni. I całkiem możliwe, że tak zostanie już do końca.

Szybko odpycham od siebie te rozmyślenia. Nie mogę sobie na nie pozwolić. Pozytywne myśli to to, czego teraz potrzebuję.

Niestety nie mogę żadnych znaleźć.

Chwila, której najbardziej się bałam w końcu nadeszła.

Po dwóch długich dniach strażnicy w końcu decydują się nas odwiedzić.

To nie wyjście do łazienki. To ten strażnik, ich lider, najbardziej obrzydliwa osoba, jaką kiedykolwiek spotkałam.

Szybko wstaję i odsuwam się od niego tak bardzo, jak to tylko możliwe. Jest z nim dwóch innych, których chyba nigdy wcześniej nie widziałam.

- Szczerze przepraszamy, że musieliście tak długo czekać – mówi lider, przyglądając się mi i profesorowi.

- Przeprosiny są zbędne. Liczy się tylko to, że teraz tu jesteście – odpowiada Snape. Jad w jego głosie jest wyraźnie wyczuwalny.

- Prawda – śmieje się strażnik.

Głośno przełykam ślinę, przypominając sobie ultimatum, które nam postawiono ostatnim razem. Tylko jedno z nas może przeżyć – to, które pierwsze zdecyduje się im pomóc.

Profesor Snape tego nie zrobi, przynajmniej tak mi powiedział. Ostatnią rzeczą, jaka przyszłaby mi do głowy, byłaby pomoc tym kryminalistom. Nie mam pojęcia, co nam zrobią, kiedy zorientują się, że wciąż nie jesteśmy skłonni o współpracy.

- Oto, po co tu jesteśmy – zaczął strażnik, a na jego twarzy rozlał się okrutny uśmiech. – Ten, kto zdecyduje się nam pomóc, zostanie przeniesiony do eleganckiej, ciepłej kwatery z czekającym już obiadem.

Mój żołądek postanowił głośno zwrócić na siebie uwagę po tych słowach, ale udało mi się utrzymać obojętny wyraz twarzy.

- Jaka jest wasza decyzja? – pyta, czekając na naszą odpowiedź.

Nic nie mówię.

Profesor Snape też nie.

Cisza.

Sekundy mijają, a z twarzy strażnika znika wyraz satysfakcji i zmienia się początkowo na rozdrażniony, aż w końcu na pełen złości.

- Wciąż uparci, jak widzę – komentuje i potrząsa głową. – Tacy głupi.

Wtedy nagle Snape występuje do przodu i aż otwieram szerzej oczy w szoku. Czy on zamierza?...

Co on wyprawia?

Ufałam mu.

Strażnik uśmiecha się pod nosem.

- Wspaniale. Przyznaję, że miałem nadzieję, że to będziesz ty. Posiadasz cenniejsze informacje niż mała dziewczynka.

- Dostaniecie mnie – odzywa się w końcu Snape – jeśli wypuścicie ją.

Co?

- To nie jest częścią naszej umowy – odpowiada strażnik.

- Zrobiłem z tego jej część – odwarkuje Snape. – Wypuśćcie ją, a będziecie mogli zrobić ze mną, co wam się spodoba.

Podchodzę do profesora i łapię go za ramię.

- Nie zrobisz tego!

- Granger…

- Nie! Nie ma takiej opcji – obstaję przy swoim.

- Jak… słodko – komentuje lider ze złośliwym uśmiechem na ustach.

Ignoruję go, całą swoją uwagę skupiając na profesorze Snape'ie.

- Tkwimy w tym razem – mówię.

- Bądź rozsądna, Granger!

- Nie zamierzam robić z siebie tchórza! – podnoszę głos. – Nie poświęcisz się za mnie!

- Wzruszające – mówi strażnik. Spoglądam na niego. – Ale zapominacie, że to ja tu podejmuję decyzje.

Puszczam ramię profesora i odwracam się do mężczyzn.

- Nikomu nie pozwolę odejść – kontynuuje. – Albo nam pomożecie, albo umrzecie. Nie ma innej opcji.

- Więc zapomnijcie o wyciągnięciu ze mnie czegokolwiek – mówi zimno Snape.

- Nie jestem tego taki pewien.

Co ma na myśli?

W jego oczach dostrzegam to coś chorego i niebezpiecznego. Przechodzi przeze mnie dreszcz.

- Zdałem sobie z czegoś sprawę – mówi dalej. – Błędem były próby użycia innych do zranienia was.

Co?

- Może wy dwoje moglibyście obrócić się przeciwko sobie – kończy w końcu, a mój wzrok natychmiast wędruje do profesora Snape'a.

Dociera do mnie, że on już na mnie patrzy. Jest zmartwiony i to mnie przeraża. Jeśli w oczach Snape'a pojawia się troska, to naprawdę jest się czym przejmować.

- Severusie Snape – uśmiecha się strażnik. – Jestem świadomy faktu, że potrafisz oprzeć się klątwie Imperius. Ale… skoro jesteś osłabiony, może twoja odporność również jest osłabiona.

O czym on mówi?

Cokolwiek planuje, z pewnością będzie to chore i pokręcone. Widzę to w jego twarzy.

Podnosi nagle różdżkę.

- Crucio!

Krzyczę, kiedy Snape upada na ziemię, a jego ciało trzęsie się i kręci niekontrolowanie.

Merlinie. Merlinie.

- Przestań! – żądam, nie wiedząc, co jeszcze mogłabym zrobić.

Czuję się tak żałośnie.

Zupełnie pobawiona nadziei.

Nagle zaklęcie zostaje przerwane i ciało Snape'a nieruchomieje. Tylko klatka piersiowa porusza się, a ja podpełzam do niego, zupełnie nie wiedząc, co robić.

- Profesorze? – pytam cicho, zastanawiając się, czy mogę go dotknąć.

Otwiera oczy i patrzy na mnie. Jego oddech jest wciąż krótki, urywany.

- Imperio.

Spoglądam na strażnika, dostrzegając uśmieszek na jego twarzy.

- Profesor Snape – mówi lider. – Co powinienem z panem zrobić? Hmm?

Próbuję się uspokoić. Cokolwiek się stanie, zniosę to. Wszystko będzie dobrze. Spoglądam na Snape'a. Nawet jeśli jego oczy wydają się spokojne i wyciszone, czai się w nich panika. Dostrzegam ją poprzez pustkę pozostawioną przez Imperio.

Zupełnie jakby mnie ostrzegał.

Gwałtownie próbuję wstać i uciec od niego, ale okazuje się, że nie jestem w stanie.

Nie mogę się ruszyć. Moje własne ciało mnie nie słucha.

Przeszywa mnie panika, kiedy dociera do mnie okropny wniosek.

Zaklęcie Pełnego Porażenia Ciała.

Jesteśmy teraz zdani tylko na ich łaskę.

Oddychaj, Hermiono.

Po prostu oddychaj.

- Profesorze Snape, spoliczkuj swoją piękną uczennicę – rozkazuje strażnik z ewidentną złośliwością w głosie.

Zamykam oczy i natychmiast czuję jego rękę na twarzy. Siła uderzenia odrzuca moją głowę i krzyczę z bólu.

Merlinie, to boli.

Wciąż boli.

Mam złamaną szczękę?

Otwieram oczy i widzę Snape'a wpatrującego się we mnie. Jego ciało jest wyraźnie napięte i… drży. Przez jego twarz przebiegają skurcze, a ja wiem, co on próbuje zrobić. Stara się złamać zaklęcie, ale jest zbyt słaby. Moje oczy spotykają się z jego i próbuję zapewnić go, że nic mi nie jest.

Nie winię go.

To nie on mnie zranił.

Próbuję się uśmiechnąć, ale mi się nie udaje.

- Czy to przyjemne uczucie? – pyta strażnik. – Jestem pewien, że irytowała cię przez te wszystkie lata. Śmierciożerca w tobie chciał pokazać jej, gdzie jest jej miejsce, prawda?

Profesor nie spuszcza mnie z oczu.

- Co powinniśmy teraz zrobić? – ciągnie strażnik. – Między wami zaczęła pojawiając się więź, więc może podniesiemy ten związek na wyższy poziom?

- N-nie – to słowo cicho opuszcza usta Snape'a, a moje oczy rozszerzają się z nadziei, że może zdoła przezwyciężyć klątwę, ale kiedy się nie rusza, cała moja nadzieja przepada.

- Możemy zacząć od pocałunku? – głos strażnika przenika mnie i czuję, jak zaczyna mi być niedobrze.

Nie, nie, nie.

- Severusie Snape, pocałuj ładnie swoją uczennicę.

NIE!

Staram się od niego odsunąć, ale moje ciało jest jak zamrożone.

Dawaj, Hermiono! Rusz się!

Nic się nie dzieje.

Zanim dociera do mnie, co się dzieje, jego wargi naciskają na moje.

Przewraca mi się żołądek, kiedy w pełni zdaję sobie sprawę, co się dzieje.

To chore.

Nagle silne ramiona odpychają mnie i upadam na ziemię pod ścianą. Wtedy wszystko dzieje się w mniej niż sekundę. Unoszę wzrok i widzę profesora Snape'a łapiącego lidera i w tej samej chwili odrzuconego przez niego na ścianę.

- To nie było… ładnie rozegrane – cedzi strażnik, wskazując różdżką na nas dwoje.

Wciąż jestem w szoku, całkowicie oniemiała.

Po rozprostowaniu szat, strażnik mówi dalej:

- To był tylko przykład tego, co może się stać.

- Bydlaki – mamrocze Snape z płonącymi wściekłością oczami.

- Możemy zrobić wiele gorszych rzeczy, możemy ciebie zrobić znacznie gorszym.

Cisza.

Wciąż czuję usta Snape'a na moich, więc wściekle wycieram je ręką, chcąc zetrzeć wszelki ślad tego, co się wydarzyło.

- Przemyślcie to – mówi strażnik i wyczarowuje dwie szklanki wody. – Nie możemy dać wam tak łatwej drogi ucieczki, prawda?

Opuszczają pomieszczenie.

Zapomnieliśmy o wodzie. Żadne z nas nie zwraca na nią uwagi.

Wiem, że powinnam podejść do profesora i sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku. Był przecież torturowany klątwą Cruciatus i uderzono nim o ścianę. Mógł być zatem poważnie ranny. Wiem o tym. Wciąż się jednak nie ruszam. Nie jestem w stanie. Nie potrafię się do niego zbliżyć.

Jego oddech jest jedynym dźwiękiem wypełniającym loch.

A czy ja oddycham?

- Cholera!

Zatrzymuję na nim wzrok, słysząc jego gniewny głos. Uderza pięścią w ścianę i syczy, kiedy przeszywa go ból.

Wciąż nie mogę się ruszyć.

Jest wściekły.

- W cholerę z tym wszystkim!

Wiem, że muszę coś powiedzieć.

Nie byłoby dla nas zbyt dobrze, gdyby zwariował.

Muszę wszystko naprawić.

Nawet jeśli nic nie jest w porządku.

- Profesorze – zaczynam, zdając sobie sprawę z tego, jak źle to brzmi. – Proszę się uspokoić.

- To niemożliwe – przerywa mi.

- Proszę…

- Właśnie użyłem siły na mojej uczennicy.

- Nie– potrząsam głową. – Zmusili pana do tego.

- I mogę być zmuszony do innych rzeczy, złych, obrzydliwych rzeczy i nie ma niczego, co mógłbym zrobić, by temu zapobiec.

Zamykam oczy, próbując nie reagować. Jego słowa mnie przeraziły, zrobiło mi się od nich niedobrze, ale nie wolno mi poddać się strachowi.

- Wymyślimy coś – mówię cicho.

- Już coś wymyśliłem, a ty zmarnowałaś tę szansę – jest wściekły. – Mogłem cię uratować, a ty to odrzuciłaś.

- Nie mogę pana tutaj zostawić.

- Głupio z twojej strony – parska. – Teraz będziesz musiała zmierzyć się z konsekwencjami.

Jest na mnie zły.

Nie mogę tego znieść.

Chciałabym, żeby był taktowny, rozsądny, żeby powiedział mi, że w jakiś sposób wszystko się odmieni, że jeszcze będzie dobrze.

Ale on tego nie robi.

- Przygotuj się – mówi z niesmakiem. – Będę robił rzeczy, których nigdy byś sobie nie wyobraziła w swojej małej, niewinnej główce.

- Proszę przestać.

- Dlaczego? Uważam, że masz pełne prawo wiedzieć, w co się wpakowałaś – mówi zimno.

- Przepraszam! – krzyczę. – Po prostu nie mogłam pana tu zostawić. Dlaczego mnie pan za to karze?

- Ponieważ – mówi – przez twoją niechęć do bycia samolubną czy do opuszczania, ja będę musiał przechodzić przez znacznie gorsze rzeczy. Dla mnie lepiej by było, gdybyś odeszła.

Jestem głupia.

Dlaczego w ogóle otwierałam usta i protestowałam?

On wyraźnie nie chce mnie tutaj.

- Przepraszam – powtarzam.

- To niczego nie zmienia, panno Granger.

Nawet na mnie nie patrzy.

Zupełnie jakby mnie tu nie było.

Ciemność wypełnia loch i dociera do mnie, że jeszcze nigdy dotąd nie czułam się tak samotna.