Rozdział jedenasty: Próba zbliżenia
Bianca weszła szybkim krokiem do następnego pomieszczenia, i trafiła do ogromnego, wystawnego korytarza rodem z tych bogatych, odszykowanych pałaców szlacheckich. Mimowolnie Bianca zwolniła kroku, przyglądając się płaskorzeźbom i malowidłom.
Dokładni naprzeciwko niej, przy ścianie, znajdowało się coś w rodzaju szatni. Bianca podeszła tam, tylko po to, by zaraz potem odkryć, że owa szatni jest mechaniczna.
I na cholerę on tak się trudzi?, pomyślała Bianca, gdy skaner wyłapał jej ruch, i aktywował małe urządzenie, które wysunęło się naprzeciw Bianki. Był tam mały, trójkątny otwór, idealnie pasujący do owej małej plakietki z numerem 17.
Bianca ostrożnie położyła zawieszkę na urządzeniu. Coś zapiszczało, coś zazgrzytało, i urządzenie przesunęło się w bok, robiąc miejsce dla małej, kwadratowej skrzynki. Bianca otworzyła ją, i ku jej zdziwieniu zobaczyła tam otwieracz do puszek.
Na kiego licha będzie mi to potrzebne?, zaczęła się zastanawiać dziewczyna. Powoli zaczynała już zapominać o kolejnych zadaniach Oscara. Znużenie doprowadzało ją już do granicy szaleństwa, a na dodatek strasznie burczało jej w brzuchu.
Bianca przeszła ociężale do następnego pomieszczenia, które znajdowało się po lewej stronie od szatni.
Bogowie chyba mnie wysłuchali, pomyślała dziewczyna, uśmiechając się słabo, trafiłam do jadalni.
Istotnie, znalazła się jadalni. Nie było tu co prawda żadnych potraw, ale Bianca przypomniała sobie automatycznie, że zaraz za następnymi drzwiami czeka na nią kuchnia.
Bianca pospiesznie zabrała ze stołu metalowy symbol Wodnika, po czym równie szybko przeszła do kuchni.
Bianca nie chciała marnować cennego czasu. Była tu już stanowczo za długo, i jeśli dalej tak pójdzie, w końcu popełni jakiś karygodny błąd, i stanie się kolejnym dodatkiem do okropnej kolekcji Oscara.
A tego nie chciała. Musiała żyć – musiała zemścić się za tych, którzy zostali tu zamordowani. I także za tych, którzy stracili swoje życia pięć lat temu.
W kuchni Biancę przywitał niesamowity chłód. Dopiero po chwili dziewczyna zorientowała się, że owe zimno jest spowodowane sąsiadującą z kuchnią chłodnią. Drzwi do niej były całe zamarznięte, i aż biła od nich chłodna para.
Bianca zadrżała nieznacznie, ale nie zatrzymała się. Jeśli się pospieszy, wkrótce przedostanie się do dalszych pomieszczeń, a także do ogrodu.
Im szybciej rozprawię się z tym dewiantem, tym lepiej, myślała dziewczyna, rozważając jednocześnie, czy powinna zadzwonić na policję, gdy już uda jej się go przechytrzyć i pokonać, czy też powinna trochę sobie na nim ulżyć, mszcząc się za śmierć Jamesa i Lindsey.
Bianca przez cały czas trzymała w ręku ten nieszczęsny otwieracz. Podeszła z nim do kuchennej lady, i rozejrzała się pospiesznie za czymś, na czym mogłaby go użyć. Jej wzrok po chwili padł na samotnie stojącą puszkę. Bianca bez wahania wzięła się za jej otworzenie. Coś w środku grzechotało, gdy Bianca przekręcała powoli puszkę, męcząc się z jej otwarciem.
W końcu jednak jej się udało. Puszka została otwarta, i Bianca odkręciła ją do góry nogami. Z puszki wypadł mały, niepozorny klucz. Bianca podniosła go z lady, po czym schowała do prawej kieszeni swoich spodni.
Następnie Bianca udała się w stronę lodówki. Była zamknięta na dziwny zamek. Nie było żadnej kłódki, żadnej zasuwy – była tylko szeroka i wysoka tablica nad ryglem, na której znajdowała się plansza z małymi klockami w różnych kolorach. Obok znajdował się rysunek domku, narysowany tak, że wiadomo było, gdzie który klocek powinien pójść.
Bianca na spokojnie poprzestawiała klocki z góry planszy na sam dół, tworząc w ten sposób dokładnie odwzorowanie tego domu. Skończyła owo zadanie po jakichś pięciu minutach. Gdy to zrobiła, rygiel z cichym trzaskiem przesunął się, i lodówka została otwarta.
- Bardzo dobra robota, moja słodka Bianco. – Bianca cudem tylko nie warknęła ze złości, słysząc po raz kolejny ten okropny, zmodyfikowany głos.
Bianca szarpnęła za drzwi lodówki, i otworzyła ją z hukiem. Wyjęła z niej mały, kolorowy symbol delfina, a także coś, co aż za bardzo przypominało jej lont to dynamitu. Obie te rzeczy trafiły w szybkim czasie do plecaka.
- Oszczędź sobie. – powiedziała Bianca, zatrzaskując drzwi lodówki z jeszcze większym hukiem. – Oboje wiemy, że kłamiesz. Wcale ci niczym nie zaimponowałam.
- Och, ależ wręcz przeciwnie. – Bianca bez trudu wyczuwała przesłodzone i przeszkolone kłamstwo, jakim głos Oscara był przepełniony. – Jesteś o wiele lepszym zawodnikiem niż Sam.
- Po raz kolejny ci to mówię, kretynie. – warknęła dziewczyna, wychodząc jednocześnie z kuchni. – Znam wszystkie twoje zagadki. To żaden trud je odtworzyć.
Bianca nie usłyszała już odpowiedzi od Oscara – mężczyzna milczał. Może zastanawiał się nad tym, co jej odpowiedzieć. Może myślał nad tym, czy nie postawić przed nią jakiejś nowej, nieznanej jej zagadki, aby ją faktycznie sprawdzić.
Michael, Florian, James, Lindsey, Stephan… - Bianca wyliczała w myślach ofiary Oscara, które już spotkała na swojej drodze. Korytarz, do jakiego teraz weszła, miał ją wkrótce zaprowadzić do szóstej ofiary Artysty – „Kamerdynera". Bianca nie była pewna, czy to, że wie, co zaraz się stanie, jest dobre czy złe. Z jednej strony świadomość tego, co ma nastać, mogła ją przygotować na najgorsze. Z drugiej jednak strony antycypacja zabijała ją wręcz od środka. Przed spotkaniem ciała kolejnej ofiary Bianca zawsze dostawała małego ataku paniki, bojąc się, że może następnym razem nie będzie to „tylko" kolega ze szkolnej ławki, lubieżny mechanik, czy też profesor z wydziału, ale ktoś jej naprawdę bliski, jak miało to miejsce z Jamesem i Lindsey.
Bianca minęła jadalnię w ciągu kilku sekund. Przeszła przez nią szybko do długiego, wąskiego korytarza, i dopiero tam Bianca się zatrzymała.
Zaraz za następnym przejściem czekała na nią kolejna ofiara. Bianca po raz pierwszy czuła, że nie da rady. Nie mogła już dłużej znosić widoku tych ciał. Nie były co prawda zmasakrowane, ani Bianca nie musiała też patrzeć bezpośrednio na ich śmierć – ot, on tylko pokazywał jej swoje „dzieła". Mimo tego psychika dziewczyny zaczynała już powoli wysiadać. Kręciło jej się w głowie z tych nerwów, stresu i strachu, i poza marzeniami o kąpieli, dobrym jedzeniu i długim śnie marzyła też o tym, aby to wszystko okazało się tylko złym, bardzo realistycznym koszmarem.
Nogi jednak same powiodły ją do przodu. Bianca machinalnie ujęła lewą dłonią mały symbol wielbłąda, jaki stał na ramie obrazu, oparty o płótno, i poszła dalej w stronę kolejnego pomieszczenia. Minęła też ciężkie, stalowe drzwi otwierane jedynie na specjalny kod i kartę dostępu.
Gdy dojdę już do tego etapu, że będę miała obie te rzeczy, Oscar zmusi mnie, abym weszła do tego pomieszczenia za tymi drzwiami, i zmusi mnie, abym słuchała, jak za następnymi drzwiami w agonii umierają niewinni ludzie.
Bianca z wielkim trudem otrząsnęła się z tych myśli. Musiała się skupić. Istniała bowiem mała, drobna, nikła szansa, że jeszcze przed spotkaniem „Smaku Śmierci" Biance uda się dopaść tego zwyrodnialca.
Jeszcze przed wejściem do pomieszczenia z Kamerdynerem Bianca wiedziała już, kto stał się kolejnym „wiecznym eksponatem" Oscara. Bianca poznała bez trudu Allana Douglasa, starszego od niej o kilka miesięcy chłopaka, który chodził z nią do jednej klasy w szkole średniej. Bianca całkiem długo się z nim przyjaźniła – do dnia dzisiejszego utrzymywali ze sobą kontakt. Niezbyt częsty, ale jednak.
Bianca zamknęła na chwilę powieki, wciągając głęboko powietrze.
Muszę być silna. Muszę. W końcu znajdę sposób, jak tego dziada wywabić z kryjówki, i dopadnę go. A wtedy gorąco pożałuje tego, że to mnie zdecydował się porwać.
Bianca znalazła tuż obok tuby z ciałem Allana ostatni fragment drewnianej mozaiki. Naprzeciw ciała, na środku pomieszczenia, znajdował się niski stół z okrągłą tablicą podzieloną na sześć części. Widniał tu tylko symbol wilka – pozostałych pięciu brakowało.
Bianca włożyła w odpowiednie miejsca znalezione wcześniej symbole wielbłąda i delfina. Odsunęła się potem o krok od stolika, nim nie podjęła decyzji o szybkiej eksploracji okolicy.
Najpierw udała się w prawo, do kolejnego długiego korytarza. Na kolejnym obrazie wiszącym na ścianie znalazła symbol orła. Korytarzem dotarła wreszcie do drzwi na dwór, do ogrodu, ale były one zamknięte. I nawet gdyby Bianca chciała, nie mogłaby przez nie przejść.
Brakowało bowiem gałki. A to oznaczało, że gra wciąż trwa, i ani myśli chylić się ku końcowi.
