Od tłumacza: Bardzo przepraszam za to opóźnienie, ale powrót z wyjazdu namieszał mi w planach. Miłego czytania!


2 lipca

Syriuszu,

Rozmawiałem z Twoją Matką. Jest niezwykle rada, że żałujesz tego jak wielką hańbę sprowadziło na nią twoje zachowanie, a także że opamiętałeś się i chcesz powrócić na łono rodziny, by wypełnić swój obowiązek. Poprosiła, bym zaprosił cię na sobotnią kolację, ponieważ chciałaby na własne uszy usłyszeć Twoje przeprosiny. Jeszcze Ci nie wybaczyła, rozmiar twojej zdrady sprawia, że to dla Niej bardzo trudne. Jednakże jeśli naprawę żałujesz swoich czynów i zajmiesz swoje miejsce, jak tego pragnie, będzie Cię tolerować.

Nalega też, by towarzyszyła Ci Panna Dagworth-Granger. Spytała już listownie Panią Fehr o pozwolenie, by jej córka zaszczyciła nas swoją obecnością. (Prawie się uśmiechnęła, gdy zapewniłem Ją, że plotki są prawdziwe.)

Z szacunkiem,

Pollux.

- Walnięte babsko! - warknął Syriusz, zgniatając list i wyrzucając go do kosza w rogu swojego boksu.

Nad sięgającą piersi ścianką dzielącą ich biurka pojawiła się twarz Franka Longbottoma.

- Problemy z dziewczynami, Black? - spytał z szelmowskim uśmiechem.

- Ha! - parsknął Syriusz. - Nie takie jak myślisz, Frank. Chodzi o moją matkę.

- Znam ten ból. - skrzywił się Frank. - Cholernie przerażające istoty, co nie? Merlinie, jestem żonatym mężczyzną i ojcem, więc musi być dla mnie miła, ale tobie musi być strasznie ciężko.

Syriusz zaśmiał się.

- Tak, z większości kłopotów można się wykręcić przy pomocy żony i dzieci.

- Chociaż dla żon dalej są ostre. - przytaknął Frank. - Powinieneś posłuchać, jak Alicja skarży się na moją mamę. Biedny Neville... jak przetrwamy tę wojnę będzie musiał sobie znaleźć nie byle jaką dziewczynę.

Syriusz zaśmiał się. Frank miał rację. Jeśli Augusta dożyje momentu, kiedy Neville zacznie chodzić na randki... cóż, ona i Alicja były zatrważające jako zespół.

- To czego chce twoja matka? Sądziłem, że nie utrzymujesz z nią kontaktu?

- Tego co zwykle. - odparł Syriusz. - Przestań być Zdrajcą Krwi... ożeń się... hańba mego łona... i tak dalej, i tak dalej.

- Racja. - Frank najwyraźniej odrobinę mu współczuł. Nagle jego oczy rozszerzyły się, skupione na czymś ponad ramieniem Syriusza, a potem pospiesznie zniknął za ścianką.

TRACH! Laska walnęła o biurko zaledwie centymetry od jego dłoni.

- Dość plotkowania o problemach z mamusią, Black. - warknął Moody. Syriusz podskoczył i rozejrzał się. - Do roboty! Ty też, Longbottom! – to powiedziawszy oddalił się mamrocząc pod nosem o tracących czas młodzikach.

Tego wieczoru, kiedy Syriusz wychodził z Ministerstwa, cieszył się, że Frank nie musiał się ukrywać tak jak James. Nigdy nie byli najlepszymi przyjaciółmi, ale Syriusz uważał go za miłego i godnego zaufania, a ostatnimi czasy ciężko było zaufać komukolwiek spoza Zakonu. „Chociaż", zorientował się Syriusz przypominając sobie Glizdogona, „przynależność do Zakonu niczego nie gwarantowała". Frank nie musiał siedzieć w domu, bo Augusta i jego liczni wujowie zajmowali się ochroną Alicji i Neville'a. Oni także byli czystej krwi i gdyby zaczęli się ukrywać, z pewnością wzbudziliby podejrzenia.

Lily nie miała nikogo, na kim mogłaby polegać w takiej sytuacji, a Zakon nie dał rady zapewnić jej i Harry'emu strażników, kiedy James szedł do pracy. Na szczęście Rogacz był dość bogaty, by wcale nie musieć pracować. Dlatego Dumbledore umieścił ich w magicznie chronionym domu, o położeniu znanym tylko nielicznym. Nie chciał zwracać uwagi licznych szpiegów, którzy traktowali przepowiednię poważnie. To, że James i Lily się ukrywali nikogo nie dziwiło, bo Lily pochodziła z mugolskiej rodziny, więc James rzucił robotę. Syriusz z niecierpliwością marzył o dniu, w którym pokonają Voldemorta i wszystko wróci do normy.

Dotarł do zaułka, którego używali pracownicy Ministerstwa, kiedy chcieli się aportować i skręcił w niego, uprzednio sprawdziwszy, czy nigdzie nie widać żadnego mugola. Potem skoncentrował się na balkonie Hermiony i zniknął w ciemności.


Stuk stuk stuk. Hermiona podniosła wzrok znad książki. Czytała właśnie akapit o powstrzymywaniu Szatańskiej Pożogi, jednocześnie poruszając różdżką trzymaną w dłoni w ramach ćwiczenia. Za drzwiami balkonowymi stał Syriusz i szczerzył się jak wariat wymachując pomiętym kawałkiem pergaminu. Czytanie tak ją pochłonęło, że najwyraźniej całkowicie straciła poczucie czasu.

Przez ostatnie trzy tygodnie Syriusz odwiedzał ją codziennie po pracy i czasami też w weekendy. Zwykle przy herbacie opowiadał jej o pracy w Ministerstwie i przekazywał nowinki ze spotkań Zakonu. Jeśli nie miał nic do przekazania, wypytywał ją o czas spędzony w Hogwarcie z Harrym, a najbardziej podobały mu się historie o spektakularnych chwytach podczas meczów Quidditcha. Miło było wpaść w tę rutynę. Zwykle nie zostawał dłużej niż godzinę, a potem ruszał na obiad z Remusem, albo czasem do Lily i Jamesa.

Wiedziała, że lubił jej towarzystwo. W poniedziałek powiedział jej na przykład, że fajnie było pogadać z kimś kto jeszcze miał nadzieję na wygraną. Hermiona wytknęła mu ironię tego stwierdzenia. Jako jedyna wiedziała, jak źle miało być, a jednak to właśnie ona nadal miała nadzieję. Nie mogła się jednak z nim nie zgodzić. Zaskoczyło ją to jak bardzo zaprzyjaźnili się na przestrzeni trzech tygodni. Chociaż może nie powinno jej to tak dziwić, przecież już go wcześniej znała. A jednak był całkiem inny, śmiał się, żartował i tryskał energią. Żałowała, że Harry nie znał tego Syriusza. Chociaż, gdyby tak było, jego strata w Ministerstwie bolałaby jeszcze bardziej. Syriusz był zaraźliwy, kompletnie szalony, ale to tylko sprawiało, że chciało się z nim zaprzyjaźnić. Hermiona zawsze zastanawiała się jak człowiek tak spokojny i rozsądny jak Remus mógł z nim wytrzymać. Teraz znała odpowiedź, a gdy w weekend zobaczyła ich razem tylko utwierdziła się w tym przekonaniu.

Hermiona otworzyła drzwi machnięciem różdżki i nastawiła wodę na herbatę.

- Wygrałeś coś na loterii? - spytała, zerkając na pergamin, który dzierżył w dłoni. Syriusz zamknął za sobą drzwi.

- Co? Nie. To zaproszenie na kolację, które przysłał nam mój dziadek - podał je dziewczynie, a potem chwycił za kołnierz swojej aurorskiej szaty i ściągnął ją przez głowę.

- Nigdy nie sądziłam, że kiedyś zobaczę, jak uśmiechasz się na widok listu od swojej rodziny. - mruknęła lekko rozbawiona Hermiona, patrząc, jak zamarł w połowie wyplątany, w połowie nie.

- Też racja. - przyznał, walcząc z ciężkim materiałem, a jego czoło zmarszczyło się. Pozbył się szaty i rzucił ją na kanapę, a sam opadł na krzesło przy stoliku. - O niebo lepiej. - oświadczył, wyciągając ramiona wysoko ponad głowę. - Kiedy czarodzieje się nauczą? Dżinsy i t-shirty to o wiele lepszy strój.

Wskazał najpierw na siebie, a potem na Hermionę. Oboje mieli na sobie dżinsy i t-shirty. Jego był szary z czerwony legendarnymi literami S.L.F, jej jasnoniebieski i prosty.

- Tak. - odezwała się. - Kto by się tam przejmował Riddlem. Poprowadźmy kampanię przeciwko szatom.

- Hmm. - mruknął. - Możemy potrzebować nowego manifestu, bo to brzmi jakbyśmy promowali nagość. - tu uśmiechnął się szelmowsko. - Nie to, że mi to przeszkadza, ale moglibyśmy stracić poparcie.

- Racja. – zgodziła się, śmiejąc się pod nosem. - To kiedy idziesz na kolację do swojej matki? - spytała, napełniając dzbanek do herbaty i wykładając biszkopty na talerzyk.

- Nie ja, moja droga, lecz my. - oznajmił, brzmiąc przy tym jak paniczyk z wyższych sfer.

- My?! - zawołała z przerażeniem Hermiona. Przyniosła tacę z herbatą i postawiła ją na stole, a potem usiadła i zabrała się za lekturę pogniecionego listu.

- Owszem, droga pani. Polecono mi przyprowadzić cudowną pannę Fehr, dziedziczkę rodziny Dagworth-Granger, o której względy, jak sądzi moja matka, zabiegam, by przedstawić ją rodzinie. - tu wykonał pański gest, pasujący do przemowy.

- Dobry Boże, - wymamrotała Hermiona. - czy cały wieczór będziesz zachowywał się jak nadęty bęcwał?

- Z całą pewnością. - powiedział posępnie, dalej utrzymując grę aktorską. A potem sięgając po dzbanek z herbatą zawołał. - Ekstra, biszkopty! - i radośnie porwał jednego z talerzyka. Hermiona tylko potrząsnęła głową. Jak to było możliwe, że w jednej chwili zachowywał się jak największy czystokwisty dupek, a w następnej jak dziesięciolatek? - No co? - spytał z ustami pełnymi biszkopta, kiedy zauważył jej minę.

- Nic. - odparła. - Tylko trochę boję się twojej rodziny.

Przełknął i zabrał się za nalewanie herbaty.

- A kto się nie boi?

- Co jeśli się zorientują, że jestem mugolaczką?

- Nie zorientują się. Czytałaś list, Matka wysłała do Lady Frederiki prośbę o to byś poświęciła nam czas. Będzie przeszczęśliwa. Za bardzo oślepi ją wizja licznych, czystokrwistych potomków rodu Blacków, którzy do tego nie pochodzą z chowu wsobnego, żeby cokolwiek skojarzyła.

- Syriuszu - odezwała się Hermiona, przełykając ślinę. - czy jesteś pewien, że sobie z tym poradzimy?

- Oczywiście. - odparł. - Zawsze potrafiłem udawać przed moją matką, a ty musisz tylko grać zakochaną we mnie. - zaśmiał się. - Nic prostszego. Uważaj tylko, żebyś naprawdę nie wpadła w moje sidła.

Hermiona prychnęła śmiechem i wywróciła oczami.

- Tak... - mruknęła.

- Co? - spytał, wyglądając przy tym na odrobinę obrażonego. - Jestem czarujący. Dziewczyny mnie kochają.

- Dziewczyny może i tak. - powiedziała Hermiona. - Ale kobiety to co innego. - pochyliła się, by strzepać okruchy biszkopta z jego koszulki. Cały czas się śmiała.

- Och, zamknij się. - mruknął, odpychając jej rękę.


3 lipca

Był wieczór następnego dnia i Hermiona piła ostatnią filiżankę herbaty przed snem, jednocześnie planując kolejny dzień. Zdecydowała, że jutro przejrzy wszystkie zebrane informacje jeszcze raz, głównie po to, by nie myśleć o kolacji z przerażającą panią Black, która miał się odbyć po południu tego samego dnia. Przybyła do przeszłości z jedną pełną teczką. Teraz miała trzy i wszystkie ledwo się zamykały. Jedna na każde 14 dni spędzonych w 1981 roku.

Spisywała wszystko. Każde spotkanie z Dumbledorem, wszystko co Syriusz mówił jej o świecie poza hotelem, imiona aurorów, z którymi pracował, co myślał o nich i o innych pracownikach Ministerstwa. Daty, czasy i miejsca złapania Śmierciożerców, lub popełnionych przez nich zbrodni. Fakty dotyczące Zakonu. Syriusz nie mógł podzielić się z nią wieloma informacjami, rzadko uważał na spotkaniach i jedyne co pamiętał to ogólny plan działania, zaś szczegóły mu umykały. Postanowiła zapytać o to Remusa, kiedy następnym razem będzie miała szansę.

Minął prawie tydzień, odkąd Hermiona i Syriusz odwiedzili go w jego niesamowicie ukrytym domu. Jak zwykle dziewczyna znalazła sobie coś do zrobienia. Przeczytała już większość książek, które pożyczył jej Dumbledore i zrobiła dość notatek, by z ich pomocą poradzić sobie z rodziną Blacków.

Kończyła właśnie nakładać zaklęcia ochronne na swoje teczki (sprzątaczka nie powinna ich zobaczyć) kiedy do pokoju wpłynął srebrny promień. Patronus w kształcie feniksa zgrabnie wylądował na oparciu fotela w salonie. Hermiona zdziwiła się, ale nim zdążyła się poruszyć, ptak otworzył dziób i odezwał się głosem Dumbledore'a:

- Hermiono, proszę spotkaj się ze mną w Świńskim Łbie najszybciej jak to możliwe.

Hermiona była oszołomiona. Co się działo... czy ktoś był ranny? Przełykając resztkę herbaty, chwyciła płaszcz przerzucony przez jedno z krzeseł w jadalni i pobieżnie przejrzała notatki. Który członek Zakonu miał zginąć w tym tygodniu? Makabryczna perspektywa... a jednak musiała zachować kliniczne podejście. Przebiegła wzrokiem stronę poświęconą śmierciom i zatrzymała się na czerwcu. Benio Fenwick zginął na początku lipca. Palec Hermiony drżał, kiedy śledziła nim linijkę tekstu zawierającą imię Benia i przypuszczalną datę jego śmierci. Obok była krótka notatka. Znaleźli tylko trochę jego.

Hermiona nie znała Benia ani nikogo z jego rodziny, co jednak w niczym nie pomogło, bo kolejną pozycję stanowili Fabian i Gideon Prewett. Zadrżała. To już zupełnie co innego. Wujkowie Rona. Po raz pierwszy w życiu wolałaby nie być tak dobrze przygotowana. Jakie miała prawo by decydować kto zasługiwał na śmierć, a kto nie? Wiedziała, że bardziej logicznie i bezpieczniej było pozwolić wydarzeniom podążać ustalonym trybem. W ten sposób Riddle dostanie swoje informacje i zrobi dokładnie to co poprzednim razem. Ale nie mogła przestać myśleć jak okrutnie i samolubnie postępowała pozwalając tym odważnym ludziom umrzeć tylko po to, by ci których znała mieli lepsze życie. Przecież jeśli tylko Glizdogon zostanie Strażnikiem Tajemnicy, wszystko potoczy się tak jak powinno. Co to zmieni, że kilku niewinnych ludzi przeżyje?

Najpierw sprawdzi czego chciał od niej Dumbledore. Może chodziło mu tylko o przedyskutowanie horkruksów? Wyszła na balkon i zamknęła drzwi stuknięciem różdżki, a potem obróciła się w miejscu.