Czy ma pan chwilę na rozmowę o Castielu?
Droga do mieszkania była trudna, bynajmniej nie z powodu innych użytkowników ruchu. Dean aż tak bardzo się nie spieszył, jechał uważnie, nawet jeżeli jego wzrok co jakiś czas wędrował w stronę brata. Nie, jazda była trudna, bo w Deanie wciąż funkcjonowały resztki adrenaliny, która za nic nie chciała opuścić jego organizmu. Choć może tylko dzięki niej był w stanie zachować spokój na drodze i się nie rozbić.
Kiedy zobaczył Sama pod ścianą, zakrwawionego, bladego jak śnieg i przerażonego, obawiał się najgorszego. Przestraszył się, że wampir zdążył go ugryźć i teraz Sam umierał, dlatego był taki blady i dlatego na jego szyi była krew. Dopiero gdy do niego podbiegł zdał sobie sprawę, że bladość to wynik przerażenia, a krew nie jest jego, tylko trupa leżącego tuż obok. Ta na szyi nie była jego, ale ta na rękach już tak. Ręce Sama były niemal przecięte w połowie. Nie miał czasu, by je czymś osłonić, nim złapał za drut i owinął nim szyję Gordona.
Dean już sam nie wiedział, czy czuć ulgę, czy strach. Z jednej strony Sam poznał prawdę i przeżył, głównie dzięki swojemu szczęściu, ale tak niewiele brakowało. I to przerażało go wciąż najbardziej. Nie zdążyłby z pomocą, czuł to. Nie wiedział, jak blisko ugryzienia był Gordon, ale gdyby nie drut, nie miałby już brata. A to wszystko przez niego, bo bał się go ostrzec przed wszystkim wcześniej.
Sam wciąż był roztrzęsiony, gdy Dean wprowadził go do mieszkania i posadził na kanapie w salonie. Za wszelką cenę musiał go teraz uspokoić, okrył więc brata kocem i poszedł do kuchni, by zrobić mu coś na uspokojenie. Przez moment zastanawiał się, czy szybciej będzie pójść do apteki tuż obok i kupić coś na uspokojenie, czy zaparzyć zieloną herbatę, gdy Castiel pojawił się znikąd i za jednym dotknięciem czajnika, zagrzał całą znajdującą się tam wodę. Całkiem zapomniał, że anioł wciąż jest z nimi, od momentu krótkiej pogaduszki w aucie nie zwracał na niego żadnej uwagi, zbyt zaabsorbowanym Samem, który siedział na miejscu pasażera i pustym wzrokiem wyglądał przez przednią szybę.
- Dzięki – wyszeptał i szybko zrobił herbatę, którą zaniósł bratu.
Sam nie ruszył się ani o milimetr. Gdyby nie to, że zaciskał palca na kocu, Dean nigdy by się nie zorientował, że w ogóle reaguje na jakiekolwiek bodźce.
Podał mu kubek i usiadł obok, postanawiając, że zrobił póki co wszystko, co się dało. Teraz musiał czekać. Przez cały ten czas obserwował Sama, który powoli pił herbatę, wpatrując się przy tym w wyłączony telewizor. Obaj ignorowali wielkiego słonia w pokoju, którym był Castiel. Dean nie miał go w zasięgu wzroku, ale wiedział, że wciąż tu jest, czuł jego obecność. Nie miał jednak czasu, by się z nim rozmówić, musiał ułożyć sobie w myślach wyjaśnienia, jakich prędzej czy później zażąda Sam.
Pomimo jego bliskiego spotkania z wampirem, Dean wciąż miał nadzieję, że uda się to jeszcze jakoś utrzymać w tajemnicy. Nie miał się co jednak oszukiwać, Sam nie da się spławić nawet najlepszym kłamstwem, którego Dean i tak nie wymyśliłby nawet po trzystu latach. Jedynym sposobem pozbycia się tego problemu było wymazanie pamięci. Pamiętał, że Castiel jest w stanie zrobić coś takiego. Mógłby zastosować to na Samie, tak jak proponował to po ich pierwszym spotkaniu. Wtedy Sam nie pamiętałby spotkania z Gordonem i nie wiedziałby o istnieniu wampirów. O ile w ogóle zdawał sobie sprawę, że to co spotkał, to wampir.
Dean jednak nie mógł się zmusić do czegoś takiego. Nadszedł w końcu czas, żeby Sam poznał prawdę, czy to się im obu spodoba, czy nie. Castiel od początku miał rację, gdyby Sam wcześniej wiedział o zagrożeniu, nawet nie próbowałby strzelać do Gordona, od razu chwyciłby za drut. Wciąż poraniłby sobie ręce, ale nie byłby teraz w takim szoku, bo tak jak Dean dowiedziałby się o wszystkim w łagodny sposób. Castiel pokazałby mu parę sztuczek i wszystko byłoby w porządku. A tak przez jego głupotę i obsesyjną próbę chronienia brata, Sam mógł zginąć. To było wpisane w ich zawód, ale łatwiej było mu myśleć o niebezpieczeństwie ze strony zwykłego człowieka, niż ze strony potwora z horroru.
Czekanie trwało w nieskończoność, ale Sam w końcu odstawił pusty kubek po herbacie i odwrócił się w stronę brata.
- Już ci lepiej? – zapytał cicho Dean.
- Tak – odparł nieco ochrypniętym głosem. – Chyba nie zemdleję ani się nie uduszę.
To pomogło Deanowi się odprężyć. Przez cały ten czas najbardziej obawiał się tego, że Sam popadł w akinezję i bez pomocy lekarzy i mocnych środków uspokajających się nie obejdzie. Na szczęście nic takiego się stało.
Musiało minąć jeszcze kilka minut, nim Sam znów się odezwał. Zadał przy tym pytanie, którego Dean najbardziej chciał uniknąć.
- Co się stało z Gordonem?
Łatwo było się domyślić, że nie pyta o to, czy na pewno jest martwy. Dean chciał odpowiedzieć, że nie ma pojęcia, że prawdopodobnie został czymś naszprycowany i dlatego chciał zabić Sama. Niestety czas na kłamstwa się skończył, teraz musiał być szczery wobec brata.
- Wiem, że to zabrzmi dziwne – zaczął ostrożnie i nieco nerwowo. Powinien był ćwiczyć to sobie wcześniej przed lustrem – ale Gordon jakimś cudem stał się wampirem.
- Chcę prawdziwej odpowiedzi Dean, przestań mnie w końcu okłamywać – poprosił Sam, patrząc na brata z determinacja w oczach.
- Mówię prawdę – zapewnił. – Wszystkie poprzednie wymówki, to było kłamstwo, ale teraz nie kłamię.
Sam pokręcił głową, dalej nie wierząc.
- Wampiry to wytwór wyobraźni – powiedział i odwrócił wzrok. – Zwykłe wierzenia ludowe.
- Tak, też tak myślałem – przyznał. Wiedział, że Sam ma prawo mu nie wierzyć, zwłaszcza po ostatnich kłamstwach, ale i tak czuł się tym urażony. – Musisz mi uwierzyć, Sam.
- Dlaczego?
- Bo nie chcę, żeby znowu coś takiego ci się przytrafiło. Nie chcę, żeby znowu stała ci się krzywda.
- Trochę już na to za późno – zauważył.
Dean poczuł ukucie winy, gdy Sam spojrzał na niego zły i z pretensjami.
- Wiem, przepraszam – kajał się. Nie obchodziło go, że Castiel wszystko słyszy, ufał aniołowi i wiedział, że nie będzie się z tego śmiał. – Chciałem ci powiedzieć o wszystkim wcześniej, ale się bałem. No bo co niby miałem powiedzieć? „Hej, Sam, jak leci? Przy okazji, poluję na wampira?" To by nie przeszło, nie uwierzyłbyś mi. Ale mimo to powinienem był spróbować. Powinienem był wiedzieć lepiej.
Powoli z twarzy Sama znikały negatywne emocje, zostało tylko rozczarowanie, które Dean uznał za reakcję na brak zaufania wobec brata.
- Załóżmy, że ci wierzę – powiedział Sam. – Jakim cudem Gordona zamienił się w Edwarda?
- Cóż... – Dean próbował udzielić odpowiedzi, ale zdał sobie sprawę, że nic na ten temat nie wie. Odwrócił się do Castiela, który stał kawałek za kanapą. – Cas, może tak mała pomoc?
- Człowiek musi pożywić się krwią wampira, by stać się jednym z nich – wyjaśnił anioł i stanął przed braćmi. Ratował teraz Deanowi tyłek, tłumacząc to wszystko. Nikt tak jak on nie opowiadał czegoś z pozoru bzdurnego z takim przekonaniem. Nadawałby się na polityka, nikt by się nie zorientował, że kłamie, dopóki nie byłoby za późno. – Przemiana jest bardzo nieprzyjemna, zmysły się wyostrzają, człowiek słyszy bicie serca i szum przepływającej w żyłach krwi. Ale najgorsze czego doświadcza, to uczucie głodu.
- Gordon patrzył na mnie jak na obiad – zauważył Sam.
- Musiał zostać przemieniony niedawno, a potem uciekł na zamkniętą budowę. Jestem zaskoczony, że nie zabił nikogo po drodze.
- Chciał zabić Sama.
- Był łatwym celem. Stwórca Gordona musiał mu wyjaśnić, co może go zabić, dlatego nie bał się Sama, który miał przy sobie tylko pistolet. Ja byłem na zewnątrz, a ty miałeś moją broń.
- Dobra, kumam, Gordon był głodny, ale przecież znał Sama, pracowali w jednym biurze. Czemu go zaatakował?
- Głód jest bardzo silnym pragnieniem, Dean. Poza tym, Gordon nie przepadał za wami. Jego niechęć i pragnienie krwi były zbyt silne, nie mógł się powstrzymać ani przegapić takiej okazji.
- Myślisz, że naprawdę przemienił go ten sam, na którego polujemy? – zapytał Dean.
- Tak sądzę.
Dean spojrzał na brata, by zobaczyć czy jeszcze słucha i czy uznał ich już za wariatów kwalifikujących się do wizyty w szpitalu psychiatrycznym. Sam nie miał zadowolonej miny, ale nie był też przerażony, raczej zaskoczony i zdezorientowany.
- Wszystko co mówicie, jest nawet logiczne – przyznał. – Ale wszystko jest takie nieprawdopodobne. – Spojrzał na Castiela. – Na przykład to, że twój dotyk uleczył moje ręce. Jak to zrobiłeś?
- Jestem aniołem – odpowiedział Castiel.
- Aniołem – powtórzył Sam. – Takim ze skrzydełkami i aure...
- Nie kończ – poprosił go Dean. – To nie taki anioł, tylko go rozzłościsz.
- Dean mówi prawdę. Wasze wyobrażenia o aniołach są dalekie od prawdy, a ja nie jestem tu po to, by czuwać nad waszym bezpieczeństwem.
- Przynajmniej nie zawsze – mruknął Dean, przypominając sobie ducha, przed którym Castiel go uratował.
- Więc po co? – spytał Sam. Dean zauważył, że w jego głosie pobrzmiewa nuta ciekawości. Prawdopodobne czy nie, to co opowiadał Castiel było dla niego niezwykle ciekawe.
- Zostałem zesłany, by przeszkolić Deana w zabijaniu istot paranormalnych, takich jak wampiry. To początek dużego przedsięwzięcia, które ma się zakończyć poznaniem przez wszystkich ludzi prawdy o świecie nadprzyrodzonym.
- Chcesz, żeby wszyscy ludzie o tym wiedzieli?
- Tak będzie najlepiej. Za długo już żyjecie w niewiedzy.
- To miłe z waszej strony – przyznał Sam. – Ale czy to nie będzie za duży szok dla ludzi?
- Właśnie dlatego zaczynamy od osób, które szybciej przyswoją tę informację. Jak na przykład Dean.
- Czyli nie jesteś prawdziwym agentem FBI?
- Nie. Zostałem partnerem Deana tylko dlatego, bo moi zwierzchnicy namieszali w głowach wszystkich odpowiedzialnych za tę decyzję. To oni skłonili Bobby'ego do zmiany zdania. Gdyby nie to, bylibyście teraz partnerami.
Dean był zaskoczony tą informacją, bo choć podejrzewał, że coś było nie tak z nagłą zmianą decyzji Bobby'ego, to nie sądził, że anioły były w to zamieszane aż tak bardzo. Miło było usłyszeć, że to jednak nie Bobby podjął ostateczną decyzję tylko jakieś skrzydlate dupki z góry.
- Anioły cały czas kontrolują sytuację – kontynuował Castiel. – To one znajdują sprawy, którymi potem się zajmujemy. Przekazują je niczego nieświadomym ludziom, a następnie agentom, którzy dostali do pomocy anioła.
- Czyli już nigdy nie uświadczę w swojej pracy normalnego morderstwa? – spytał z żalem Dean. A tak bardzo liczył na to, że jeszcze kiedyś będzie miał okazję wpakować kogoś za kratki.
- Nie, Bobby daje nam tylko te sprawy, które otrzymuje od aniołów.
- Czy oni nas obserwują? Twoi przełożeni?
- Wiedzą tylko to, co przekazuję im w swoich raportach.
- Super. – Nie bawiła go perspektywa bycia obserwowanym przez zgraję świętych kurczaków. Potrzebował prywatności.
- To wciąż nieprawdopodobne. – Sam znowu przypomniał im o swojej obecności. Siedział skulony i nadal opatulony kocem. Wyglądał koszmarnie, cała ta wiedza musiała go nagle bardzo przytłoczyć. – Nie wiem nawet, co o tym myśleć – przyznał. Spojrzał przy tym na Deana desperacko, szukając u niego jakikolwiek pomocy w zrozumieniu tego wszystkiego, o czym opowiedział mu Castiel.
- Dobra, na dziś koniec tego wszystkiego – zdecydował. – Cas, zostaw nas samych.
Castiel przytaknął i na oczach obu braci zniknął pomiędzy jednym mrugnięciem a drugim. Zaskoczyło to Sama, który odsunął się od miejsca, gdzie jeszcze chwilę temu stał anioł.
- Jak on to...
- Nazywa to lataniem – wyjaśnił Dean. – Ale dla mnie to tylko zwykła teleportacja.
- Więc on ma skrzydła?
Dean był zdziwiony, bo wygonił Castiela po to, by dać odetchnąć bratu. Wyglądało jednak na to, że Sam chce wiedzieć więcej, choć nadal nie powiedział, czy w to wszystko wierzy.
- Ma, nawet je widziałem.
- Serio? – Podekscytowanie na twarzy Sama było aż nazbyt widoczne. Dean poczuł się źle z myślą, że musi nieco naprostować swoją poprzednią wypowiedź.
- No niezupełnie. Widziałem tylko ich cień. Cas mówi, że jego prawdziwa forma, w tym i skrzydła, wypala oczy.
- Prawdziwa forma?
Dean spędził następnych kilka minut tłumacząc bratu, na czym polega opętanie przez anioła. Powtórzył mu to samo, co powiedział mu Castiel, nie było tego wiele, ale wystarczyło, by rozpalić jeszcze bardziej ciekawość Sama. Najdziwniejsze było to, że nie traktował on tematu jako czegoś niezwykłego. Naprawdę chciał się dowiedzieć wszystkiego, a czy robił to, by w końcu uwierzyć, czy dla samej przyjemności poznawanie czegoś nowego, nie miało to teraz znaczenia. Chciał wiedzieć, a Dean był bardziej niż chętny, by wszystko mu opowiedzieć.
- Jak długo już znasz prawdę? – zapytał w końcu Sam.
- Praktycznie od początku – odpowiedział ostrożnie. – Castiel wyjawił mi swoją tożsamość drugiego albo trzeciego dnia znajomości, nie pamiętam. Zabrał mnie na dach budynku i pokazał skrzydła. To było przerażające jak cholera.
Sam uśmiechnął się, po raz pierwszy odkąd zabił Gordona. Pierwszy raz kogoś zabił. Dean wiedział, że chociaż na razie znosi to wyjątkowo dobrze, to później tak nie będzie. Też nie zareagował w dziwny sposób na pierwszego człowieka, którego zabił, ale później miał koszmary przez kilka następnych tygodni. Ciągle widział spojrzenie mężczyzny, którego zastrzelił. Nie był niewinną osobą, był mordercą i chciał go zabić. Dean zrobił jedyną rzecz, jaką mógł zrobić w takiej sytuacji. Strzelił i wcale nie czuł się z tego powodu winny. Bo i dlaczego miałby się tak czuć? Facet zasługiwał na śmierć po tym, jak zaszlachtował całą rodzinę wraz z dziećmi. A mimo to nie mógł przestać śnić o przerażeniu w jego oczach, gdy leżąc na ziemi dotykał rany po kuli, desperacko próbując zatamować krew.
Jeśli on tak się czuł po zabicie przestępcy, jak będzie czuł się Sam? Gordon był w momencie śmierci potworem i chciał go zabić, ale rządziły nim instynkty, nad którymi nie mógł zapanować. Prawdopodobnie nawet nie wiedział, że atakuje Sama, liczyła się tylko krew w jego żyłach, która mogła zaspokoić coraz bardziej dający mu się we znaki głód.
Gordon był niewinny i nie zasługiwał na śmierć ani na to, co mu się stało. Nawet jeśli był dupkiem, wciąż był jednym z nich, agentem. Sam zabił nie tylko niewinną osobę, ale i kolegę z pracy. Dean wiedział, że będzie musiał pilnować brata przez jakiś czas, dopóki będzie pewny, że poczucie winy go nie zabije.
- Wyobrażam sobie – przyznał Sam. – Jak sobie z tym radzisz?
- To ja powinienem ciebie o to pytać.
- Nadal jestem skołowany – odparł. – Anioły, wampiry? Nie zrozum mnie źle, wierzę w anioły, modle się, ale Castiel...
- Nie przypomina anioła – dokończył za niego.
- Właśnie. Potrafi być dupkiem, nie zachowuje się jak anioł, nie wygląda jak on. Nawet Monica był wierniejsza aniołowi niż Castiel.
- Ta laska z Dotyku anioła? – spytał Dean. – Oglądasz to?
- Czasami lecą powtórki – odparł zawstydzony.
- To serial dla bab.
- Mówi to ten, który ogląda Doktora Sexy.
- Hej, on jest męski.
- Tak, w przeciwieństwie do ciebie – mruknął pod nosem.
- Co mówiłeś?
- Nic.
Ta krótka, braterska sprzeczka pozwoliła rozładować napięcie i rozluźnić atmosferę. Sam nie siedział już taki spięty i nawet dalej się uśmiechał, a to był dobry znak.
- Chciałem powiedzieć – kontynuował po chwili ciszy przerywanej tylko od czasu do czasu parsknięciem śmiechu któregoś z nich – że nie tak wyobrażałem sobie anioły. Nie że jestem zwolennikiem białych, nieskazitelnych szat i blond loków, ale inaczej to wyglądało w moich wyobrażeniach.
- Cas mówił mi, że jest żołnierzem Boga. Może dlatego nie przypomina normalnego anioła.
- To albo ciało, które opętał. Pomyśl, mógł opętać kogokolwiek, starca, kobietę, dziecko.
- To trochę przerażające. – Dean nie wspomniał bratu, że James Novak, którego opętał Castiel, miał najpewniej rodzinę. Nie chciał go straszyć. Nie chciał też straszyć samego siebie, a sprawa opętań tak właśnie na niego działała. Nie wyobrażał sobie, że miałby zostać opętany. James miał o tyle dobrze, że jego dusza nie była już w ciele, którego używał Castiel. Ale co, gdyby było inaczej? To musiało być potworne wiedzieć, że twoje ciało jest kontrolowane przez inną istotę. Za twoją zgodą, ale jednak. Ktoś taki pewnie nie ma już żadnej prywatności, anioł całkowicie kontroluje jego ciało. Scenariusz jak z jakiegoś horroru.
- Tak, trochę – zgodził się. – Powiesz mi teraz, jak się z tym czujesz? Ja już powiedziałem.
- Trudno było mi uwierzyć na początku – przyznał. – Czasami nadal jest, zwłaszcza gdy Cas opowiada o nowych stworzeniach. Ale to że jest aniołem, przyjąłem raczej spokojnie i szybko w to uwierzyłem. Popisał się swoimi umiejętnościami i to wystarczyło. Teleportacja i leczenie to jest nic, poczekaj aż zobaczysz, co innego potrafi. Gdy byliśmy na Florydzie, odgonił ducha promieniem wystrzelonym z dłoni i...
- Duch? – przerwał Deanowi jego pełną podekscytowania paplaninę. – Na Florydzie był duch?
- Tak, tego zmarłego przed pięcioma laty faceta. Kochał rekiny, więc jako duch zamieniał się w jednego i zabijał surferów.
- To dlatego tak dziwnie się zachowywaliście z Casem. Wiedziałem, że coś knujecie, ale nie podejrzewałem, że to coś takiego.
- Później mogę ci opowiedzieć więcej, na razie nie chcę mówić wszystkiego od razu, żebyś nie uciekł z krzykiem.
- Nie uciekłem do tej pory, to nie ucieknę i teraz. Więc Cas używa promieni wystrzeliwanych z dłoni. Coś jeszcze godnego uwagi?
- Używa telekinezy, nie je, nie śpi, wyczuwa obecność różnych istot i widzi duszę człowieka. Tak się dowiedział, że wciąż jeszcze jesteś prawiczkiem.
- Czyli ty mu tego nie powiedziałeś? – Sam wyglądał na uradowanego tą informacją.
- Nigdy bym nikomu o tym nie powiedział.
- Wybacz, że się na ciebie obraziłem.
- W porządku. To nie tak, że mogłem ci już wtedy powiedzieć prawdę.
- W zasadzie mogłeś. Nie uwierzyłbym, ale może namówiłbyś Castiela, by zademonstrował swoje umiejętności.
- Nie myślałem wtedy, że to będzie dobry pomysł – przyznał. – Zresztą nie ważne, nie przejmuj się tak tym już. Cas jest nawet większym prawiczkiem od ciebie, chyba nawet z kilkumilionowym stażem.
Dean dalej opowiadał o tym, co potrafi Castiel. Powiedział Samowi o jego wysokiej tolerancji na alkohol i o tym, że musiał wypić wszystko, co mieli w sklepie monopolowy, by się upić. Nie wspomniał znowu o burdelu, pewne rzeczy nadal trzeba było zachować w tajemnicy.
Po raz pierwszy odkąd poznał Castiela, w końcu mógł się komuś zwierzyć i było to najlepsze uczucie pod słońcem. W końcu nie musiał trzymać tego wszystkiego w sobie, mógł opowiedzieć o tym Samowi, który też znał już prawdę i wcale nie było tak źle, jak Dean podejrzewał, że będzie. Dotychczas nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo potrzebuje powiernika. Kogoś, kto będzie słuchał o wszystkich wariactwach, na jakie w przyszłości się natknie, a za które normalni ludzie wsadziliby go do psychiatryka. Współpraca z Castielem, choć była dość łatwa, czasami przysparzała kłopotów, głównie w kwestii zdrowia psychicznego. Nikt nie mógł sobie poradzić z taką wiedzą i odpowiedzialnością sam. Dean potrzebował zwierzeń. Nie mógł się zwierzyć Jo, Garthowi, Charlie czy Kevinowi, ale Samowi już teraz tak i to mu w zupełności wystarczyło. Nie chciał kolejnych osób, które by go słuchały, nie potrzebował ich. Nie chciał niszczyć im życia uświadamiając ich o istnieniu świata istot nadprzyrodzonych. Choć prędzej czy później wszyscy ludzie poznają prawdę, jeśli plan aniołów wypali, to jednak nie chciał wplątywać wszystkich swoich przyjaciół już teraz. Zasługiwali na jeszcze chwilę normalnego życia, w którym nie muszą się obawiać, że coś chce ich zeżreć na obiad. Przed tym samym chciał bronić Sama i nie wyszło zbyt dobrze. Na szczęście pozostali nigdy nie byli i nie będą tak blisko prawdy, jak on. Dean zamierzał się o to postarać.
- Więc nie masz już żadnych problemów z wiarą w Casa? – zapytał Sam.
- Nie. Chociaż czasem łatwo zapomnieć, że Cas nie jest człowiekiem. Tak samo jak łatwo zapomnieć, że jest aniołem. Zachowuje się dziwne, ale są przecież ludzie, którzy robią dziwne rzeczy.
- Nadal nie wiem, co myśleć – przyznał Sam. – Wszystko wydaje się takie prawdziwe, a jednocześnie tak nierealne.
- Hej, nikt ci nie każe od razu w to uwierzyć – uspokoił go. – Jest jeszcze wcześnie, ale może prześpij się z tym, a jutro znowu pogadamy, okej?
Sam przytaknął i wstał z kanapy. Dean chciał mu pomóc, ale nie było takiej potrzeby.
- Wiesz – powiedział jeszcze, nim wyszedł z salonu. – Może trochę w to wierzę – przyznał.
Nim Dean zdążył odpowiedzieć, Sama już nie było. Usłyszał jeszcze, jak zamyka za sobą drzwi do pokoju, a potem był już sam ze swoimi myślami. Czuł się... dobrze. Świetnie wręcz. Wreszcie skończył z kłamstwami, a Sam będzie teraz bezpieczniejszy, gdy zna prawdę. Castiel i jego nauczy, jak się bronić i już nigdy sytuacja taka jak z Gordonem nie będzie miał miejsca. Powinien był powiedzieć o tym bratu wcześniej i nie zrzucać na niego tak wielkiego ciężaru na raz, ale Sam poradził sobie lepiej, niż przewidywał. Za parę dni będzie jeszcze lepiej i Dean będzie mógł bez przeszkód zwierzać się ze swojej współpracy z Castielem. Dalej będzie trzymał brata z dala od tego, zwłaszcza jak najdalej od zębów wampira, ale już nigdy nie będzie go okłamywał. Poza tym, Sam się przyda jako źródło informacji, gdy nawet Castiel nie będzie czegoś wiedział o istocie, którą spotkają.
Pozwalając sobie w końcu na rozluźnienie, Dean podszedł do barku i nalał sobie whisky. Pił, by do końca się uspokoić i jako swego rodzaju toast. Nie wiedział za co ten toast, ale czuł, że musi jakiś wznieść, nawet sam ze sobą.
Powinien wrócić do biura. Castiel pewnie już tam jest, udaje że pracuje i kryje go przed szefem. Nie mógł się jednak zmusić, by tam pójść. Musiał pilnować Sama, na wypadek gdyby miał mieć swój pierwszy koszmar związany z Gordonem i jego zabójstwem. W takim momencie nikt nie powinien być sam.
Kolejnym problemem, który pojawił się już na horyzoncie, był właśnie sam Gordon. Castiel posprzątał wszystkie ich ślady, nikt nie będzie podejrzewał, że tam byli. O ile ktoś znajdzie Gordona i w ogóle się dowie, że nie żyje. Oni nie mogą go znaleźć, nawet jeśli Bobby kazał im go szukać. To musiał być ktoś inny, ktoś kogo nie będą podejrzewać i kto nie będzie podejrzewał ich. Castiel zaproponował anonimowy telefon, ale jak go wykonać, gdy mogą rozpoznać twój głos?
Mieli jeszcze sporo roboty.
Dean omal nie wypuścił z rak szklanki, gdy zadzwonił telefon wiszący na ścianie w kuchni. Szybko do niego podszedł, by dzwonienie nie obudziło Sama.
- Halo?
- Cześć, Dean.
Mama. Nie mogła zadzwonić w gorszym momencie. Błagał, by nie chciała teraz porozmawiać z Samem. Nie nadawał się teraz do rozmowy z nią, poza tym, musiał przespać dzisiejszy szok.
- Cześć, mamo. Czemu dzwonisz, coś się stało? – spytał zmartwiony.
- Czemu zawsze sądzisz, że coś się stało?
Prawdę mówiąc, nie miał pojęcia. Odkąd wyprowadził się z domu, rodzice nigdy nie zadzwonili ze złymi wieściami, tylko po to, by zapytać, jak mu się żyje. Na początku dzwonili do niego codziennie, zawsze na zmianę i wypytywali, czy wszystko w porządku. Potem się wszystko uspokoiło i dzwonili raz albo dwa razy w tygodniu. Mam dzwoniła częściej, gdy spotykał się z Lisą i Cassie. Nie była wścibska, po prostu bardzo nie mogła doczekać się ślubu któregoś z jej synów.
- Pracuję w FBI – odparł.
- Właśnie. Bardziej oczekiwałabym telefonu z informacją, że to tobie albo Samowi coś się stało.
Cóż, dzisiaj było blisko, pomyślał Dean, krzywiąc się nieznacznie. Nie powiedział tego na głos, by nie wystraszyć matki. Była dumna z ich karier, ale niepokoiło ją, że mogą tak łatwo zginąć. Zresztą co miałby jej powiedzieć? Że Sam omal został zagryziony przez wampira, a ręce miał przecięte do kości, ale przeżył, bo pomógł mu anioł? Po czymś takim nawet matka wysłałaby go do lekarza.
- Mamo, jeszcze nic poważnego mi się nigdy nie stało – uspokoił ją.
- Poza tym jednym momentem, kiedy byłeś w szpitalu?
- To było raz i tylko na parę godzin. Wyszedłbym wcześniej, ale musieli się upewnić, że wszystko w porządku z moją głową. – Tak naprawdę był w szpitalu dużo częściej, ale były to tak krótkie wizyty, maksymalnie dwudniowe, że nie chciał niepokoić nimi rodziców. Tego jednego dnia Sam zadzwonił do nich jednak, bo obawiał się, że Dean popadnie w depresję po śmierci Benny'ego.
- To wciąż się liczy.
- Nie ważne, to po co dzwonisz?
- Chciałam zapytać, co u was – odparła. – Dzwoniłam do biura, ale odebrał pewien mężczyzna i powiedział, że jesteś w domu.
Castiel. Na całe szczęście wspomniał tylko o nim, a nie o Samie.
- To był mój partner – wyjaśnił.
- Nie mówiłeś, że masz nowego partnera.
- Mam go niecały miesiąc, wciąż się przyzwyczajam.
- Mam nadzieję, że dobrze wam się pracuje.
- Jest w porządku, polubiłabyś go.
- Sam też jest w domu? – zapytał. Dean tego się właśnie obawiał. Nie miał pojęcia, co odpowiedzieć, jeśli powie, że tak, będzie chciała z nim porozmawiać już teraz. A jeśli skłamie, że jest w pracy, na pewno zadzwoni do niego na komórkę, co też nie będzie dobre.
- Jest w pracy, ale jest strasznie zajęty – skłamał. A już myślał, że koniec z kłamaniem rodzinie. No ale robił to dla dobra Sama i matki. – Powiem mu, żeby zadzwonił do ciebie, gdy wróci z pracy. O ile nie będzie zbyt zmęczony.
Załatwione. Jeśli Sam obudzi się do wieczora, to zadzwoni, jeśli nie, wciąż będzie miał wymówkę, a Dean trochę czasu, by wyjaśnić bratu sytuację.
Rozmawiał z mamą jeszcze przez kilka minut. Chciała się czegoś więcej dowiedzieć o Castielu, więc opowiedział jej kilka neutralnych rzeczy. Była zadowolona, że tak polubił nowego partnera, Castiel wydawał się jej interesujący. Dean zdecydował, że kiedyś ją z nim pozna, zaprosi na obiad, czy coś. Ona się ucieszy, a Castiel na pewno nie odmówi. Zapytała go też, jak się czuje po śmierci Benny'ego. Ucieszyła się, gdy powiedział jej, że już tak bardzo nie cierpi, a Castiel w niewielkim stopniu wypełnił po nim pustkę.
Kiedy skończył rozmowę, wrócił do barku i nalał sobie jeszcze trochę whisky. Skoro i tak już dzisiaj nie zamierzał wracać do pracy, to mógł sobie pozwolić na odrobinę alkoholu. Należał mu się.
