Echa przeszłości
Wschodnie Rukongai. Jedna z niewielkich mieścin, zamieszkanych przez dusze. Główną drogą, przechadzała się dwójka Shinigami. Należeli do Drugiego Oddziału.
– Nic tu podejrzanego nie widzę. Lepiej chodźmy.
– Dokąd? Mamy zadanie, zapomniałeś?
– Przecież nic się tu nie dzieje. Nikogo tu nie ma.
– A nie przyszło ci do głowy, że mógł się ukryć? Ktoś taki jak on raczej rzuca się w oczy, głupotą by było, gdyby pozostał na widoku.
– No dobra, niech będzie…
– Gdzie jest Tomoki? Poszedł przodem, miał się tu z nami spotkać.
– Pewnie dał sobie spokój i poszedł. Może też uznał, że to po prostu fałszywy alarm jest.
Zaczęli rozglądać się po okolicy, szukając towarzysza. W pewnym momencie tuż przed mężczyzną, któremu tak nie podobało się przebywanie tu przeszedł podejrzanie wyglądający osobnik, w długim płaszczu z kapturem, zakrywającym niemal całkowicie jego twarz. Zdołał jednak dostrzec czerwone, wężowe oczy.
Postać powoli zaczęła się oddalać.
– To on! Jego szukamy!
Obaj Shinigami sięgnęli po miecze. Nie zdążyli ich nawet wyjąć…
Okolicznych mieszkańców zaalarmowały krzyki, gdy obrócili się w tamtą stronę, nie dostrzegli z początku niczego podejrzanego. Na środku ulicy stało dwóch rzeczonych żołnierzy, nieruchomo, z rękoma wyciągniętymi w stronę swych Zanpakutō. Zastygli w tej pozie przez chwilę… Nagle mężczyźni padli na ziemię. Martwi…
Rozległ się krzyk kobiety, która jako pierwsza dostrzegła krew. Zaalarmowani mieszkańcy szybko ruszyli z pomocą Shinigami, lecz oni nie mieli już żadnych szans. Obaj mieli przebite serca. Zaczęto szukać sprawcy, lecz na to było już dawno za późno. Postać zniknęła…
Koszary Pierwszego Oddziału, biuro generała Yamamoto.
– Czy chłopak został już zatrzymany?
Nie był sam. Rozmawiał właśnie z kapitan Suì-Fēng.
– Tak jest, generale. Ahage jest w tej chwili w areszcie. Nie było większych problemów.
– Pozostawienie go w zwykłym więzieniu byłoby zbyt niebezpieczne. Póki co chłopaka należy odizolować. Zostanie przeniesiony do Wieży Skruchy.
Senzaikyū, Wieża Skruchy, specjalne więzienie, w którym osadzano skazanych na śmierć. Była w całości zbudowana z Sekkiseki, stanowiła idealną izolację dla niebezpiecznych osobników. Suì-Fēng zaskoczyła lekko ta decyzja, nawet zaniepokoiła… Nie dała jednak tego po sobie poznać.
– Ceremonia przeniesienia odbędzie się jak najszybciej.
– Zrozumiałam. Mam się tym zająć?
– Nie ma takiej potrzeby. Osobiście wyznaczę osobę do poprowadzenia ceremonii. Możesz odejść.
– Tak jest.
Kobieta wyszła z pomieszczenia. Czuła się bardzo dziwnie. Jeszcze w gabinecie generała zaczęła odczuwać coś, co można byłoby nazwać zatroskaniem. Martwiła się o Eliana.
„To wszystko dzieje się za szybko. Nie wiem, jak na to zareaguje. Z pewnością nie będzie mu łatwo…"
Nagle otrząsnęła się z tych myśli. Ta troska w ogóle nie powinna mieć miejsca…
– Weź się w garść. - rzekła do siebie - Nie masz czasu na takie rzeczy.
Ruszyła w stronę Drugiego Oddziału. Przez całą drogę biła się z myślami, dotyczącymi Eliana. Głównie chodziło o to, by o nim nie myśleć… Gdy wróciła do sali kapitańskiej nadal była nieobecna. Szybko jednak wyrwała się z tego stanu, gdy spotkała…
– Pani kapitan?
To był Ōmaeda. Widząc go Suì-Fēng natychmiast się opanowała. Na jej twarzy zagościła pogarda. Jak zawsze, gdy na niego patrzyła.
– Czego tu chcesz?
– No… To ważne.
– Skoro tak, to mów.
– E… Doszły nas wieści o jednym niedobitku we wschodnim Rukongai.
– Przychodzisz do mnie z czymś takim? - warknęła - Wyślij grupę zwiadowczą, niech to sprawdzą.
– No właśnie wysłałem… I w tym rzecz. Nie wrócili.
Kobieta szybko zorientowała się, że coś jest nie tak. Po bitwie spędziła mnóstwo czasu na wyłapywaniu niedobitków. Do tej pory nie zdarzyło się, żeby działali w pojedynkę, nawet ich oficerowie. Zawsze łączyli się w większe grupy, by łatwiej było im przetrwać na terenie wroga. A nawet jeśli znalazłby się jeden wilk samotnik, jedna grupa zwiadowcza powinna sobie z nim bez trudu poradzić. Instynkt mówił Suì-Fēng, że za tym stoi coś innego.
– Ōmaeda!
– Tak?
– Zostajesz tutaj. Masz wszystkiego dopilnować, gdy mnie nie będzie.
– Gdy pani nie… Ale dokąd…
– Do wschodniego Rukongai. Zajmę się tym problemem osobiście.
Wyszła natychmiast, kierując się w stronę bramy. Pędziła na złamanie karku. Wiedziała, że ma niewiele czasu. Jej cel z pewnością się przemieszczał.
„Nie jest tylko kolejnym niedobitkiem. Jestem tego pewna."
W międzyczasie Drugi Oddział odwiedził Korpus Kidō. Pod przewodnictwem kogoś jeszcze innego…
Elian przebywał tymczasem w areszcie. Nie czuł się z tym wcale źle, wszak zrobił to własnej woli, jednak… Zdawał się trochę nudzić w celi. Leżał sobie na pryczy, przewracając się z boku na bok.
– Już teraz wiem, czemu to kara. Tu się można na śmierć zanudzić!
Przewrócił się jeszcze raz, mając nadzieję, że wymyśli sobie jakieś zajęcie. Nie wiedział jeszcze, że ktoś go w tej materii uprzedził…
– Witaj, Ahage-kun.
Jeszcze raz się przewrócił. Za kratami zobaczył osobę, której się z pewnością nie spodziewał.
– O… Rangiku-san?
Chyba w życiu się tak nie cieszył na widok drugiej osoby. W mig zerwał się z pryczy.
– Świetnie, wreszcie ktoś do rozmowy! Nawet nie wiesz, jak tu nudno. Przysiądź sobie, pogadamy, jak się miewa twój ka…
Urwał widząc jej minę. Kobieta nie wydawała się skora do rozmowy. Nie była uśmiechnięta, radosna, jak zawsze, gdy ją widział. Była całkowicie poważna. Zresztą nie była sama. Towarzyszyło jej czterech Shinigami z Korpusu Kidō.
– Ech… - westchnął rozczarowany - Ale ty chyba jesteś tutaj służbowo.
– Ahage Elian. - odparła surowym tonem - Wybrano mnie do przeprowadzenia Ceremonii Przeniesienia. Zdecydowano, że zostaniesz przeniesiony do Senzaikyū.
Chłopak był w szoku. Znał to miejsce. Trafiali tam wyłącznie skazańcy…
– Jak to? Czemu… Co wy chcecie…
Kobietę spłoszyła jego przerażona mina. Poważna mina natychmiast zniknęła z jej twarzy.
– Nie, nie, nie musisz się bać! - próbowała go uspokoić - To tylko środek zapobiegawczy. Uznano, że to miejsce będzie znacznie bezpieczniejsze dla ciebie, nikt nie podjął decyzji o tym, żeby cię…
W ostatniej chwili ugryzła się w język. Matsumoto wiedziała, że w tej sytuacji należy przede wszystkim chłopaka nie denerwować. Najwyraźniej poskutkowało. Na całe szczęście.
– Bezpieczniejsze… - odrzekł z melancholią w głosie - Może to i ma sens… No cóż, chyba nie mam większego wyboru. Rób, co musisz, porucznik Matsumoto.
Las we Wschodnim Rukongai. Suì-Fēng wciąż szukała swojego celu. Nie było to proste, wiedziała, że Reiatsu Raashí jest niewyczuwalne dla Shinigami. Musiała działać po omacku.
Starając się znaleźć trop myślała też o tym, czego właściwie może on tu szukać.
„Zostawili go tu na przeszpiegi? Powinien raczej być w Seireitei, zamiast włóczyć się po bezdrożach. W końcu dostanie się do Dworu nie byłoby wyzwaniem, po bitwie dookoła panował chaos. Zatem czego on szuka tutaj? Chyba że jest coś, o czym nie wiemy…"
Zatrzymała się nagle. Usłyszała jakiś szelest. Natychmiast dobyła miecza. Znów jakiś hałas. W zaroślach przed nią coś się poruszyło. Czekała. Stała w bezruchu, obserwując krzaki, czekając na uderzenie. Trwało to dobrą minutę. W końcu coś wyskoczyło.
To był tylko zając. Rozejrzał się po okolicy, po czym czmychnął w kolejne krzaki. Kobieta schowała miecz.
– Zając… Nie strasz mnie więcej.
– Shinigami?
Usłyszała za sobą męski głos. Odwróciła się. Zza jednego z drzew wyszedł jegomość w płaszczu z kapturem. Gdy ujrzał Suì-Fēng zdjął go, ukazując twarz. Był to młodzieniec o blond włosach i czerwonych oczach, miał delikatne rysy twarzy. Wpatrywał się w kobietę z zafascynowaniem. Ta nie była aż tak go ciekawa. Znów sięgnęła po miecz.
W tym momencie mężczyzna uniósł obie ręce, otwarte, jakby chciał pokazać, że nie ma złych zamiarów.
– Nie, spokojnie. To nie będzie konieczne, pani kapitan.
Miał bardzo łagodny głos. W tej chwili była już go ciekawa.
– Co?
– Po prostu wolę uniknąć walki. Nie mam złych zamiarów. Chcę tylko o coś zapytać, pani kapitan.
– Jak mnie nazwałeś?
Już sam fakt, w jaki sposób się do niej zwracał był wyjątkowo dziwny.
– A… Pomyliłem się? - spojrzał na nią zaskoczony - Byłem pewny, że… Jesteś kapitanem, prawda? O ile wiem haori noszą wyłącznie dowódcy oddziałów. Chyba, że mam nieaktualne informacje…
– Nie, nie mylisz się… - odparła w końcu, będąc w niezłym szoku - Co ty…
– Ach, czyli jednak. - wszedł jej w słowo - Całe szczęście, myślałem, że popełnię jakąś gafę i będzie cyrk… A właśnie…
Mężczyzna skłonił się przed Suì-Fēng.
– Nazywam się Raashí Mau. Miło mi panią poznać, pani kapitan.
Kobieta nic z tego nie rozumiała. Nie miała pojęcia, czemu on tak się zachowuje. To jakaś gra? Próbuje ją zmylić?
Mau dostrzegł jej zdziwioną minę.
– Ach, racja… - uśmiechnął się nerwowo - Wybacz… Raczej nie co dzień widzisz kogoś takiego, jak ja, prawda? Z reguły się ukrywam.
– Czego tu chcesz?
Nawet jeśli nie mogła zrozumieć czemu, ten Raashí zachowywał się dość przyjaźnie. Mogła to wykorzystać jako okazję do zdobycia informacji. Musiała więc grać…
– Racja, jest coś, o co chciałem cię spytać. Dlatego cię znalazłem…
– Znalazłeś?
– Cóż, gdy wyczułem twoje Reiatsu pomyślałem, że możesz mi pomóc. Tak, potrafię wyczuć energię duchową.
– Więc czego chcesz ode mnie?
– Szukam pewnej osoby. Znalezienie kogoś na tak wielkim obszarze to istna mordęga. Shinigami, jak mam nadzieję mają większe pojęcie o tym, co się tu dzieje. Więc może będziesz w stanie mi pomóc.
Suì-Fēng starała się wszystko do siebie dopasować. Raashí, który udaje, jakby nie miał pojęcia, co właśnie się dzieje w Seireitei, jakby nie wiedział o wojnie pomiędzy jego Klanem a Gotei. I szuka kogoś tu, w Rukongai. Kto stąd miałby wzbudzać jego zainteresowanie…
Znała taką osobę…
– Wiesz coś więcej o tej osobie? - zapytała
– Całkiem sporo, jednak w mojej sytuacji to wciąż za mało, Rukongai jest tak ogromne… Cóż, co o niej wiem… To młoda dziewczyna, bardzo drobnej postury, jest chyba nawet bardziej filigranowa od ciebie… Wybacz, zapomniałem się…
Znów uśmiechnął się nerwowo. Czy on próbował poderwać kapitan?
– W każdym razie jest bardzo niska, ma kruczoczarne włosy, to wszystko, co wiem o jej wyglądzie. O czymś chyba… Ach tak, znam też jej imię! To na pewno okaże się pomocne, zwłaszcza że…
– Przejdź może do rzeczy. - Suì-Fēng zaczęła się niecierpliwić
– Oczywiście, wybacz. Dziewczyna nosi imię Rukia, co wydaje mi się dość nietypowym imieniem, jak na wasze standardy. Mylę się?
– Czego od niej chcesz?
Kobieta wiedziała już wszystko, co trzeba. To było jej ostatnie pytanie.
– Cóż, powiedzmy że znam ją trochę. Pomyślałem, ze jej poszukam, pogadamy sobie, razem się pośmiejemy, może nawet…
– Zabijesz?
Teraz to Mau spojrzał na nią zszokowany.
– A… Cóż to za pomysł? Niby jaki miałbym powód, żeby robić to…
– Starczy!
Suì-Fēng uznała, że pora odkryć karty.
– Przestałbyś się już wydurniać, Raashí! Wiem doskonale, kim jesteś! Wiem o tobie, twoim klanie, o wojnie, jaką z wami toczymy, i tym bardziej o bitwie, w której omal nie pogrzebaliście całego Seireitei! Nie mam pojęcia, dlaczego uznałeś, że udawanie głupiego w czymś ci pomoże, ale na mnie takie numery nie działają!
Mężczyzna nie przestawał się w nią wpatrywać. Im dłużej słuchał, tym bardziej był w szoku, jakby naprawdę nie miał pojęcia, o co chodzi.
– Wybacz, pani kapitan… Jednak nie wiem, o czym mówisz. Po twoim głosie wnioskuję, że to nie był żart, zresztą nie wyglądasz na osobę skorą do żartów. Zwłaszcza w takiej kwestii… Klan rozpoczął z wami wojnę? I w Seireitei miała miejsce bitwa? Nie byłem tego świadom. Od wielu lat jestem odcięty od swoich braci, nie wiem, co się z nimi dzieje. Nawet nie mam pojęcia, jak wiele czasu minęło, odkąd wysłano mnie na tę misję. Tak, moim zadaniem jest znalezienie Rukii, która jest gdzieś tu w Rukongai i zlikwidowanie jej. Nie ma sensu zaprzeczać, skoro wiesz już tak wiele na ten temat.
Mau sięgnął prawą ręką do tyłu, w głąb swego płaszcza. Suì-Fēng odruchowo zacisnęła dłoń na rękojeści miecza.
– Tak, wyjmij broń. Wszystko wskazuje na to, że od teraz jesteśmy wrogami. Szkoda… Tak miło mi się z tobą rozmawiało.
Wyciągnął własne ostrze. Krótki miecz, o esowato zakrzywionej klindze. Przybrał pozycję bojową.
– Zacznijmy więc.
Suì-Fēng uniosła Zanpakutō, gotowa do walki.
Trwało to zaledwie ułamek sekundy. Mau pojawił się nagle tuż przed kobietą, która w ostatniej chwili zdołała zatrzymać jego pchnięcie, skierowane w serce. Niemal nie dostrzegła jego ruchu.
– Zaskoczyłaś mnie. - odrzekł - Mało kto jest w stanie za mną nadążyć.
Po tych słowach zniknął. Suì-Fēng ponownie zatrzymała cios, który nadszedł z tyłu. Raashí pojawił się tuż za nią.
– Ale czego innego należało się spodziewać po kapitanie?
Odepchnął jej klingę i ciął z góry. Kobieta cofnęła się o krok, by uniknąć trafienia. W ten sposób jednak oddała pole przeciwnikowi. Mau przeszedł do ataku. Uderzył z dołu. Suì-Fēng znów się cofnęła. Kolejny cios, cięcie z prawej strony. Zatrzymany mieczem. Starli się ze sobą na chwilę, po czym Raashí znów odepchnął jej klingę. Wykonał szybki obrót i ciął szeroko, próbując pozbawić kapitan głowy. Wygięła się do tyłu, by ocalić szyję. Kolejny obrót, Mau wymierzył proste kopnięcie w tors, chcąc ją zbić z rytmu. Suì-Fēng zdołała jednak uniknąć uderzenia. Miała świetną okazję do kontrataku. Wymierzyła pchnięcie, jeszcze nim Raashí stanął na obie nogi. Mężczyzna znalazł jednak na to sposób. Lewą, wolną rękę skierował ku ostrzu jej miecza. Dłoń zaledwie muskając klingę prześlizgiwała się przez nią. Mau lekko pchnął ostrze w bok, odbijając cios, a gdy tylko stanął na nogi chwycił je i gwałtownie szarpnął, ciągnąc Suì-Fēng za sobą. Kobieta nie przewidziała takiego zagrania. Raashí szybkim ruchem znalazł się za nią, z mieczem gotowym do zadania śmiertelnego pchnięcia.
– Śpij, Shinigami.
Gdy ostrze zbliżyło się na milimetr, kobieta zniknęła z zasięgu jego wzroku. Użyła shunpo, by uniknąć tego ciosu. Oddaliła się na kilka metrów, starając się odzyskać oddech.
– Zdaje się, że szermierka nie jest twoją mocną stroną, pani kapitan.
Nie mogła temu zaprzeczyć, szczególnie że Mau wydawał się być wyjątkowo biegły w walce mieczem. W ten sposób nie była w stanie go pokonać. Musiała zrobić to w inny sposób.
– Może i masz rację, Raashí. Więc…
Uniosła Zanpakutō.
– Użądl, by zabić, Suzumebachi!
Uwolniła Shikai, przekształcając wakizashi w swoje żądło. Mężczyzna wydawał się zaskoczony widokiem jej uwolnionego Zanpakutō.
– Intrygująca broń. Odnoszę wrażenie, iż nie chcę dowiedzieć się, jak działa.
– Niestety, dowiesz się. Poczujesz to na własnej skórze.
Wystrzeliła do przodu z ogromną prędkością. W mgnieniu oka pojawiła się przed Mau, celując swój kolec w jego serce. Raashí dostrzegł atak. Ostrzem odbił w bok jej rękę. Na tym jednym ataku Suì-Fēng nie poprzestała. Cofnęła rękę, jednocześnie wymierzając kopnięcie, w klatkę piersiową. Mau zareagował natychmiast, chwytając jej nogę lewą dłonią, drugą z kolei kierując ostrze w jej stronę.
– Chyba mnie nie doceniasz…
Kobieta jeszcze nie skończyła. Wybiła się w górę nogą, na której jeszcze stała, po czym tą samą nogą wymierzyła kolejne kopnięcie. Tym razem bez pudła. Trafiła Raashí w podbródek, skutecznie go oszałamiając. Suì-Fēng wykorzystując impet wykonała salto w tył i miękko wylądowała na obu nogach.
– To ty nie doceniasz mnie!
Nim Mau zdążył odzyskać równowagę, kapitan ponownie zniknęła. Całkowicie stracił ją z oczu. Wiedział, że wkrótce nastąpi kolejny atak. Omal go nie zauważył.
Suì-Fēng była przerażająco szybka, pojawiła się przed nim, wymierzając cios w serce. Nie chybiła, pchnięcie dosięgło serca. Mau nawet nie zorientował się, że kobieta właśnie uderzyła i ma zamiar dokończyć dzieła. Nim zdążył w jakikolwiek sposób ją dostrzec zniknęła ponownie, pojawiając się za nim. Znów skierowała ostrze Suzumebachi w jego serce. To miało być drugie uderzenie, śmiertelne.
Wykonała pchnięcie.
W tym momencie zdarzyło się coś dziwnego. Kolec nie wbił się w ciało, jej dłoń przeniknęła ciało mężczyzny, jakby był zrobiony z dymu. I zachował się podobnie, ruch powietrza sprawił, że Raashí po prostu się rozwiał.
„Sokanas…"
Suì-Fēng nie pierwszy raz miała do czynienia z Widmowym Krokiem. Natychmiast rozpoznała ten powidok, jaki pozostał po Mau. To oznaczało, że jakimś cudem zdołał dostrzec jej ruchy i uniknąć śmiertelnego trafienia.
– Niewiele brakowało, prawda?
Raashí pojawił się na gałęzi jednego z pobliskich drzew. Na jego piersi widoczny był już znak Pszczelego Kwiatu.
– Drugie trafienie w serce skończy tą walkę, czy tak?
Nie odpowiedziała mu. Zaskoczył ją fakt, iż się tego domyślił. A raczej, że to zaobserwował. Byłe pewna, że jej ruchy były zbyt szybkie, by ten zdołał cokolwiek zauważyć. Jednak Mau zdołał nie tylko uniknąć śmiertelnego ciosu, dostrzegł na tyle dużo, by ocenić zdolność przeciwnika.
– Chyba nie mogę się oszczędzać w takiej sytuacji…
Schował miecz pod płaszczem. Zeskoczył z gałęzi, lądując na ziemi. Pęd powietrza zrzucił z niego płaszcz, ukazując typowy skórzany pancerz, używany przez członków klanu. Obiema dłońmi sięgnął do tyłu. Na plecach nosił dwie pochwy z bliźniaczymi ostrzami. Jednym z nich dotychczas walczył. Teraz wyciągnął oba. Chwycił za rękojeści, znajdujące się u dołu, po czym szybkim ruchem wyciągnął miecze.
– Teraz ja uchylę rąbka tajemnicy.
Obrócił ostrza w dłoni, kierując je w drugą stronę. Splótł ręce przed sobą tak, że klingi celowały teraz w niebo. Obie zaczęły błyszczeć.
– Pędź, Hakau.
Z początku wydawało się, że nie stało się nic. Suì-Fēng czekała na uderzenie.
– Stoję tutaj.
Głos dochodził zza jej pleców. Nie rozumiała tego, cały czas go obserwowała, kiedy niby…
Nagle poczuła chłód stali. I ból. Dwa głębokie cięcia pojawiły się na jej prawym boku. Odruchowo chwyciła za ranę, próbując zatamować krwawienie. Odwróciła się.
Mau był kilka metrów za nią. Z pewnością to on zadał jej te rany, na jego ostrzach widać było krew, a i trzymał je już w inny sposób, skierowane do przodu, nie zaś do tyłu, jak wcześniej. On również odwrócił się w jej stronę.
– Chylę czoła, pani kapitan. - odparł - Jesteś szybka, niczym dźwięk. Nawet mnie z wielkim trudem przychodzi nadążanie za twoimi ruchami, a zapewniam, że refleks mam wybitny.
Uniósł jeden z mieczy.
– Jednakże…
Jego głos znów dochodził zza niej. Po chwili Suì-Fēng znów poczuła kolejne cięcie, w lewe ramię. Kobieta była kompletnie zdezorientowana, nie potrafiła zrozumieć, co się dzieje.
– Nawet twoja prędkość dźwięku nie może równać się z oszałamiającą prędkością światła, którą ja dysponuję.
Nie wierzyła w to, co słyszała.
„Światła… Może poruszać się aż tak szybko? To w ogóle możliwe?"
– Wybacz mi…
Poczuła nagle jego dłoń na ramieniu. Szybko odwróciła się, mając nadzieję, że Mau stracił czujność. Jednak nim uniosła uzbrojoną rękę jego już nie było.
– Mam taki paskudny nawyk…
Kolejne rany. Podwójne cięcie, przechodzące wzdłuż jej pleców. Tym razem ból był potworny, Suì-Fēng nie potrafiła nad sobą zapanować. Zaczęła krzyczeć. Krzyczała, ile sił w płucach. W końcu umilkła. Jej oddech gwałtownie przyspieszył, serce tłukło się w piersi jak oszalałe. Niemal nie czuła, jak Mau ponownie położył dłoń na jej ramieniu. Wyszeptał jej do ucha:
– Czasami lubię pobawić się ofiarą.
Centrum Seireitei, samo jego serce. Most wiszący, prowadzący do Wieży Skruchy. Szła nim grupa osób, właśnie w kierunku Senzaikyū. Czwórka żołnierzy Korpusu Kidō, porucznik Dziesiątego Oddziału, oraz więzień.
Elian szedł w kordonie, pomiędzy Shinigami Korpusu. Każdy z nich niósł lancę, z przymocowanym do niej sznurem. Drugi koniec był połączony z obrożą, którą nosił na sobie chłopak. Na głowę miał założony wór, który uniemożliwiał mu dostrzeżenie drogi, którą idzie. Był całkowicie zależy od żołnierzy, którzy go prowadzili. Dodatkowo jego ręce skute były z tyłu kajdanami zrobionymi z Sekkiseki. Kordonowi przewodziła Matsumoto.
– Trochę rozumiem ich obawy… - chłopak starał się nawiązać kontakt - Chociaż mam wrażenie, że nieco przesadzają. Jak uważasz, Rangiku-san?
– Nie wolno mi rozmawiać z więźniem.
– No tak… Procedury. Nic nie mówiłem…
Mocno zaskoczył go ten chłód z jej strony. Nie rozumiał tej nagłej zmiany nastawienia.
„Nie pojmuję… Wiem, że do tej pory nie obdarzano mnie zbytnim zaufaniem, jednak nie traktowali mnie jak trędowatego. Jak w tej chwili. Chcą mnie odizolować od reszty. To przez to, co się stało podczas bitwy? Bo straciłem kontrolę? Miał rację… Mówił mi, że prędzej czy później tak się to skończy…"
Zagłębiony w swych ponurych myślach usłyszał nagle czyjś szept. To nie był żaden z Shinigami Korpusu, którzy go prowadzili. Ten szept pochodził z jego własnej głowy. Wiedział, do kogo należał…
„Nie! Na to ci nie pozwolę! Nie mam zamiaru utwierdzać ich w przekonaniu, że jestem potworem! Wynocha z mojego umysłu!"
Szepty nie ustawały. Wciąż je słyszał, co gorsza coraz wyraźniej.
„Uspokój się! Tak go nie uciszysz. Im bardziej się wściekam, tym bardziej go to rajcuje. Muszę się wyciszyć. Oczyścić umysł, uspokoić emocje. Poczuć, jak wszystko wokół płynie…"
Zamknął oczy. Nadal był prowadzony przez żołnierzy Korpusu, więc jedyne, co musiał zrobić, to dać im sobą kierować. Sam pogrążył się w transie. Szepty momentalnie ustały, jednak Elian nawet tego nie zauważył. Skupił się teraz na medytacji. Wyciszył się, nie czuł już tego rozgoryczenia, złości, był całkowicie spokojny…
Nagle usłyszał krzyk. Nie dochodził z okolicy. Jego źródło było odległe, jednak chłopak zdołał je usłyszeć. Po chwili poczuł też Reiatsu. Należące do Raashí. Nie było to wcale dziwne, po bitwie w całym Seireitei unosiło się mnóstwo ich energii. Ta jednak była inna. Żywa. Miała swoje źródło.
„Ktoś z nich tu został… I krzyk…"
Słyszał go nader wyraźnie. Wiedział, do kogo należy…
– Też to czujecie? - odparł
Zatrzymał się nagle, wzbudzając tym niepokój wszystkich.
– Co takiego? - zapytała Matsumoto
Ona przede wszystkim czuła obawę. Nie wiedziała, do czego chłopak może być zdolny.
– No tak…
Chłopak zapomniał, że Shinigami nie mogą wyczuć Reiatsu Raashí. W tej chwili był jedyną osobą, która może coś zrobić.
– Idziemy dalej, Elian.
– Rangiku-san… Wybacz, ale nie mogę iść teraz do Wieży. Sytuacja uległa zmianie.
Po tych słowach chłopak uniósł ręce, po czym chwycił za obrożę. Matsumoto była zszokowana.
„A kajdany? Kiedy on…"
Chłopak posiadał nie tylko moc duchową, ale i siłę fizyczną. Nawet gdy jego Reiatsu było tłumione przez Sekkiseki bez problemów rozerwał kajdany. Tak samo zrobił z obrożą.
Żołnierze z Korpusu Kidō zareagowali natychmiast. Lance skierowali wprost na niego. Chłopak chwycił za dwie z nich, i mocno szarpnął. Ich właściciele zderzyli się ze sobą, po czym padli oszołomieni na ziemię. Trzeci z nich próbował go pchnąć lancą. Elian podskoczył, stanął na jej drzewcu, po czym wymierzył kopnięcie prosto w głowę Shinigami. Następnie pojawił się momentalnie przed czwartym, z użyciem Sokanas. Chwycił go, po czym rzucił nim prosto o ziemię.
Rangiku szybko dobyła miecza. Stanęła w pozycji, gotowa do walki.
– Nie pogarszaj swojej sytuacji!
Chłopak odwrócił wzrok w jej stronę. Nagle zniknął. Pojawił się tuż nad nią, stając na jej ramionach.
– Przepraszam, ale to ważne!
Odepchnął się z całej siły. W locie chwycił się balustrady. Po chwili puścił się, a siła odśrodkowa wystrzeliła go prosto w dół. Kobieta z kolei upadła na ziemię, wywrócona przez pchnięcie chłopaka. Elian na tym nie skończył. Obrócił się w powietrzu, w stronę mostu. Wyprostował obie dłonie, kierując je właśnie na most.
– Bakudō no 63, Sajō Sabaku!
Z rękawów kimono chłopaka wystrzeliły dwa złote łańcuchy. Elian nie uderzał nikogo, jak popadnie. Dopilnował, by żołnierze Korpusu i Rangiku leżeli w jednej linii. W ten sposób mógł przywiązać ich wszystkich do mostu. Łańcuchy owijały się dookoła kilkakrotnie, po czym ścisnęły się, przygważdżając wszystkich do pomostu. Chłopak wciąż spadał, po krótkiej chwili wylądował miękko na nogach, amortyzując lądowanie własnym Reiatsu. Spojrzał w górę.
– Mam tylko nadzieję, że nie będą mieć mi tego za złe.
Wystrzelił do przodu w sobie tylko znanym kierunku.
Drugi Oddział. Nikt nie miał pojęcia o tym, że coś jest nie tak. Prace przebiegały w normalnym tempie. Choć byli i tacy, którzy do pracy się nie garnęli.
– Rany, nic się tu nie dzieje…
Ōmaeda przesiadywał w tej chwili w gabinecie dowódcy oddziału, czy też pomieszczeniu zastępczym. Gabinet właściwy wyparował po zetknięciu ze stutonowym pociskiem.
– Czemu kapitan nie wzięła mnie ze sobą? Też umiem walczyć, mógłbym pomóc. Chociaż… nie wiem, czy chciałbym walczyć z tymi żołnierzami.
Do walki również się nie garnął.
Mężczyzna sięgnął po virdanę, opartą o ścianę. Jednym z jego „zadań" było pilnowanie miecza Eliana, dopóki przebywa on w izolacji. Zaczął się mu przyglądać z zainteresowaniem. Raczej rzadko miał do czynienia z tak egzotyczną bronią.
– Hm… Właściwie czemu daję się jej tak rządzić? - zaczął głośno myśleć - Wszyscy się ze mnie przez to śmieją! Że niby jestem pantoflarz… Przecież to ja tu jestem facetem! Należy mi się szacunek z tego powodu!
– Też tak uważam, kolego. - rozległ się głos
– A pewnie! - Ōmaeda nie interesował się specjalnie, czyj to głos - Tak właśnie powinno być! No dobra, postanowione! Jak tylko wróci, to sobie z nią porozmawiam! Bardzo poważnie! Nie dam się traktować, jak popychadło!
– Tak jest, kolego!
Nawet go nie ciekawiło, z kim rozmawia. Ważne było, że ten ktoś przyznaje mu rację.
– Przepraszam… - głos znów się odezwał - Mógłbyś mi go oddać, to mój miecz.
– A… Twój… jasne.
Bez wahania go oddał, choć nawet nie wiedział komu. Nagle poczuł potężne klepnięcie w plecy, które mało go nie przewróciło.
– No! Dzięki, baryła!
Mężczyzna zjeżył się, jak tylko to usłyszał. Nagle jego mózg zaskoczył. Zna tylko jedną osobę, która tak go nazywa…
Elian właśnie kierował się w stronę okna, którym również tu wszedł.
– Z-zaraz! - Ōmaeda właśnie zorientował się, co zrobił - Przecież ty miałeś być w kiciu!
– Służba nie drużba, baryła!
Chłopak wyskoczył, po czym ruszył na wschód. Mężczyzna mógł tylko obserwować z przerażeniem, jak Elian oddala się z mieczem, który sam mu oddał.
– Kapitan mnie zabije…
W stosunkowo krótkim czasie chłopak dotarł na wschodni kraniec Seireitei. Wiedział, że to stamtąd pochodzi źródło tej energii.
– Wszystko już mam. Nie traćmy czasu, trzeba ocalić panią kapitan!
Ta walka trwała już dobre kilka minut. Mau nie przestawał atakować. Z każdą chwilą na ciele Suì-Fēng pojawiało się coraz więcej ran. Były ich już dziesiątki. To cud, że wciąż była przytomna. Nie mogła bronić się przed Raashí, który najwyraźniej tylko się nią bawił. Specjalnie omijał punkty witalne. Z pewnością sprawiało mu to satysfakcję, choć nie było tego po nim widać. Zamiast uśmiechu szaleńca, którego można byłoby się raczej spodziewać jego twarz była poważna, skupiona. Jak artysty, pracującego na swym dziełem…
– Ciekawe… Wciąż stoisz o własnych siłach. Chyba nie chcesz mi dać tej satysfakcji.
Również to świadczyło o niezwykłej wytrzymałości kobiety. Fakt, iż nawet ból nie był w stanie powalić jej na kolana. Cierpiała, bardzo, jednak nie dała tego po sobie poznać.
– A teraz?
Kolejne cięcie. Mau rozciął jej kolano. Tym razem niewiele brakowało, a upadłaby. Nie poddała się jednak. Z wielkim trudem, jednak utrzymała się na nogach, ku zdziwieniu mężczyzny. Wyprostowała się, na ile mogła, opierając się na zdrowej nodze. Spojrzała prosto na Mau, obdarzając go demonicznym uśmiechem.
– Wkurza cię to, prawda?
Suì-Fēng nie wiedziała już, co robi. Ból przyćmił jej zdrowe zmysły. Działo się coś, co w jej przypadku było ogromną rzadkością. Emocje zaczęły brać nad nią górę. Przede wszystkim nienawiść. Za to, że zadał jej tyle cierpienia, że chciał bawić się jej kosztem.
– Jestem tylko rozczarowany, pani kapitan. - odrzekł Raashí - Chyba nie ma sensu tego przeciągać.
Schował jeden z mieczy. Drugi chwycił oburącz.
– Zakończę to szybko.
Jak zawsze wystrzelił z niesamowitą prędkością. Pojawił się tuż za nią, chcąc zadać jej cios. Tego, co stało się później zupełnie się nie spodziewał. Suì-Fēng doskonale wiedziała, co zamierza zrobić. Czekała na ten atak.
– Shunkō!
Uwolniła białe błyskawice. Świetlista bariera, okalająca całe jej ciało zatrzymała atak, wymierzony przez mężczyznę. Był mocno zdezorientowany, nie miał pojęcia, jak kobieta dostrzegła jego ruchy.
Wcale nie musiała. Wyczuła to. Instynktownie wyczuła nadchodzący atak. Teraz nie była już bezbronna. Mogła uderzyć.
– Teraz cię mam!
Odwróciła się, wymierzając cios pięścią. Nie starała się trafić w znak Pszczelego Kwiatu. W ogóle się tym nie przejmowała, nie panowała już nad sobą. Chciała rozerwać go na strzępy, tak by poczuł cały ból, jaki sam jej zadał. Jednak pomimo takiego elementu zaskoczenia i tym razem poniosła porażkę.
– Niestety, pani kapitan…
Mau stał za nią. Zdążył w ostatniej chwili wykonać skok. I kolejną ranę. Cięcie przez całą długość jej ręki, tej, którą chciała wymierzyć cios. Od zewnętrznej strony nadgarstka, po samo ramię.
– To już koniec.
Nawet nie miała czasu, by się odwrócić. Raashí skoczył ponownie, chcąc zakończyć to jak najszybciej. Jego ostrze nie dosięgło jednak celu.
Suì-Fēng poczuła czyjąś dłoń na ramieniu.
– Jeszcze ja mam tu coś do powiedzenia.
Dłoń należała do Eliana. Stał w tej chwili dokładnie pomiędzy nią, a Mau. Drugą ręką trzymał mężczyznę za uzbrojoną rękę. W tej samej dłoni wyprostował dwa palce.
– Shō.
Impuls energii wystrzelił mężczyznę z ogromną siłą. Wyleciał daleko, poza zasięg wzroku. Tak potężne uderzenie oszołomiło go na dłuższą chwilę. Chłopak mógł teraz w spokoju zająć się kobietą. Do Suì-Fēng dopiero teraz zaczęło docierać, że wciąż żyje, choć nie do końca kontaktowała. Rany zaczęły już mocno dawać się jej we znaki, była półprzytomna, nadal stała o własnych siłach, lecz już z wielkim trudem. Nie rozpoznała głosu Eliana, a stojąc do niego tyłem nie mogła też go widzieć.
„Ktoś… mi pomógł… Kto…"
– Uwaga, trochę zapiecze!
Chłopak w międzyczasie wyciągnął zza pazuchy niewielką strzykawkę, wypełnioną po brzegi złocistym płynem i niewiele myśląc wbił ją w jej szyję, po czym nacisnął tłok, wystrzykując zawartość.
Owszem, zapiekło. Suì-Fēng miała wrażenie, jakby gotowała się od środka, każda najmniejsza komórka jej ciała płonęła żywym ogniem. Tym razem nie miała już sił, by utrzymać się na nogach. Padła na kolana, najpewniej i na nich długo by się nie utrzymała, gdyby Elian w porę jej nie chwycił.
– C… coś ty… mi…
– Spokojnie, to chwilowe.
Istotnie, ból zaczął ustawać. Zastąpiło go nagłe i silne swędzenie, całego ciała. Było to tak niespodziewane, że Suì-Fēng poderwała się z miejsca, nie rozumiejąc, co się z nią dzieje.
– Widzisz, od razu jesteś bardziej żwawa.
Tym razem rozpoznała jego głos.
– Ahage?! Co ty tu robisz?!
– Stawiam cię na nogi.
– O co…
Nie wiedziała, co ma na myśli. Jak zawsze ciężko się z nim rozmawiało… Szybko się jednak zorientowała, o co chodziło, gdy tylko swędzenie zaczęło przechodzić. Rany na jej ciele momentalnie zaczęły się zrastać. Na własne oczy ujrzała, jak rozcięcie na jej prawym ramieniu zasklepiło się w niecałą minutę. Rany zniknęły, ból zniknął, zupełnie jakby jej pojedynek z Mau w ogóle nie miał miejsca.
– Jak ty to… Co ty mi wstrzyknąłeś?
– Coś musiałem robić wieczorami po służbie. - odparł chłopak całkowicie spokojnie - Specyfik przyspieszający regenerację tkanek. Radzę jednak go nie nadużywać, nie wiem jakie mogą być efekty uboczne…
– Jakie efekty uboczne? - Suì-Fēng nieco się zaniepokoiła
– Tego nie wiem, jak do tej pory jesteś jedyną osobą, której to podałem, więc…
– Że co?!
Z pewnością nie spodziewała się usłyszeć czegoś takiego. I z pewnością jej się to nie spodobało…
– Wstrzyknąłeś mi to, nie wiedząc, co się może stać?!
– A skąd miałem to wiedzieć? - chłopak zdawał się nie rozumieć jej zdenerwowania - Na mnie ten specyfik nie działa w żaden sposób, stworzyłem go dla Shinigami. Jak inaczej miałem sprawdzić, jak działa?
Kobietę wybitnie irytowało takie lekkomyślne podejście.
– Mogłeś mnie przecież zabić, gdyby coś poszło nie tak!
– Nie to było moim zamiarem. Uratowałem cię, prawda?
Elian albo naprawdę nie miał pojęcia, o co jej chodzi, albo udawał. Nie miała siły już drążyć tego tematu.
– Co ty tutaj w ogóle robisz? Powinieneś być w Wieży.
– Zwiałem.
– Jak to z…
W Suì-Fēng uderzyło zarówno to, że uciekł, jak i to, że mówił o tym tak spokojnie. Nie kryła złości…
– Co jest z tobą nie tak?! Najpierw dajesz się aresztować, potem uciekasz! Co ty sobie w ogóle…
– Chyba wyraźnie mówiłem. Jestem tu tylko po to, żeby pozbyć się Raashí. Jeśli tylko zagrożą komukolwiek, nie będę przebierać w środkach. I proszę, okazja jak znalazł.
– Wydaje ci się, że kim jesteś?! Że wszystko ci wolno?! Nie możesz tak po prostu…
– Wiesz, ze wszystkich osób ty akurat powinnaś najmniej narzekać. Przypominam, że dzięki temu wciąż żyjesz. Gdyby nie fakt, że uciekłem, nie byłbym w stanie uratować mojej pani kapitan Pszczółeczki…
Przesadził. Już i tak była wystarczająco wściekła na niego z powodu jego ucieczki. A on dodatkowo jeszcze bardziej ją podpuszczał… Specjalnie?
– Nigdy więcej mnie tak nie…
Musiała być porządnie wkurzona, bo zaczęła przystawiać mu kolec Suzumebachi do szyi. Elian zareagował natychmiast. W bardzo dziwny sposób… Złapał nagle jej rękę i uniósł do góry.
– Pohamuj swego palucha, kobieto!
Suì-Fēng natychmiast przestała się złościć. W tej chwili była kompletnie zdziwiona tym, co robił chłopak. Wpatrywał się mianowicie w jej palec z rozzłoszczoną miną. Tak, złościł się na jej palec. W pewnym momencie uniósł drugą rękę i palcem wskazującym wycelował, właśnie na palec z kolcem.
– Zły paluch!
Ten tekst sprawił, że kobieta zupełnie straciła wiarę w jego zdrowe zmysły.
– Co… ty wyprawiasz…
– Skończyliście już ten kabaret?
Na drzewie ponad nimi, na jednej z gałęzi pojawił się Mau. Spokojnie obserwował sobie to przedstawienie. Zdawał się być w dobrym humorze.
Elian spojrzał w górę. Nie przestawał trzymać Suì-Fēng. Spoglądał na Raashí, z zaskoczoną miną.
– A… No cześć…
– Cześć. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z tego, w jakiej sytuacji się znajdujesz…
– Cóż… Właściwie to…
W jednej chwili gałąź została spopielona przez szkarłatną kulę ognia. Wystrzelił ją Elian, z przerażającą szybkością. Wykorzystał to zainteresowanie mężczyzny, które okazało się na tyle duże, że nie zdecydował się ich zaatakować. Jednak to nie wystarczyło, Raashí zdołał uniknąć trafienia. Widmowym Krokiem wyskoczył w przód, lądując kilka metrów przed chłopakiem. Gdy stanął na nogi wyciągnął miecze.
– Zabawna z was parka. Aż trochę szkoda…
Suì-Fēng domyślała się już, co za chwilę się stanie. Stanęła w pozycji, gotowa do walki.
– Uważaj. Jest szybki.
– Ja również korzystam z Sokanas, zapomniałaś?
– To nie to samo…
Chłopak nie miał czasu, by się nad tym rozwodzić. Wyczuł nagły skok Reiatsu. Źródłem był Mau. Raashí zaatakował. Tak jak poprzednim razem, trwało to zaledwie ułamek sekundy.
Mężczyzna stał przed Elianem, mieczem celując prosto w serce. Ostrze nie dosięgło celu. Chłopak w ostatniej chwili wyciągnął virdanę i zatrzymał uderzenie. Nie dostrzegł jego ruchu, zareagował instynktownie, z użyciem Sokanas zdołał w porę sięgnąć po miecz i zablokować cios. Czegoś takiego Mau się nie spodziewał. Ani tego, że zatrzyma atak, ani tego, że wykorzysta do tego Widmowy Krok.
Stali naprzeciw siebie, ścierając się ze sobą, patrząc sobie w oczy. Dopiero teraz Raashí spostrzegł, z kim ma do czynienia.
– Çynegí?
Chłopak wykorzystał jego dekoncentrację. Zniknął mu z oczu, pojawiając się za nim.
– Kogo niby się spodziewałeś?!
Z pomocą Sokanas wymierzył pchnięcie w serce mężczyzny, by zakończyć to jak najszybciej.
– Co ty tutaj robisz, mieszańcu?
Elian usłyszał głos za sobą. Raashí nie było już przed nim. Momentalnie zniknął, stał teraz kilka metrów od niego, za jego plecami. Nawet nie dostrzegł jego ruchów. Był tym mocno zaskoczony.
„Tak szybko… O to jej chodziło."
Odwrócił się.
– Pytałem o coś. Od kiedy to Çynegí dołączają do Shinigami? Aż tak wiele zmieniło się, odkąd wyruszyłem?
– Co masz na myśli? - Elian nie miał pojęcia, o czym mówi - Co ty…
– Nazywa się Raashí Mau. - wtrąciła Suì-Fēng - Twierdzi, że nie wie nic o poczynaniach Klanu. I w Świecie Żywych, i w Seireitei. O bitwie również. Ponoć wysłano go tu z misją lata temu.
– Z jaką misją?
– Szuka tej dziewczyny od Kuchiki. Ma znaleźć jej duszę w Rukongai.
Chłopak wpatrywał się w Mau z szokiem. Jeśli to była prawda, może szukać jej tu przez dobre kilkadziesiąt lat, skoro nie wie, że jest ona teraz w Seireitei. To dowodzi tego, jak długo Raashí infiltrują Społeczeństwo Dusz. I nietrudno było Elianowi się domyślić, czemu jej szuka…
– Chcesz zabić Rukię…
– Znasz ją? - teraz to Mau wpatrywał się w niego z zaskoczeniem
– Czy znam?
Elian uniósł virdanę, celując koniec ostrza w Raashí.
– To moja przyjaciółka. I jeśli masz zamiar ją zabić, najpierw będziesz musiał wykończyć mnie.
– Ach tak?
Mau stanął w pozycji, gotowy do ataku.
– Zobaczmy zatem, co umiesz.
Chłopak miał niesamowitą podzielność uwagi. Nawet podczas tej rozmowy dokładnie analizował wszelkie informacje, jakie do tej pory zebrał o swoim przeciwniku.
„To nie było Sokanas. Jego technika jest zdecydowanie bardziej zaawansowana. Nic dziwnego, że Suì-Fēng miała z nim takie problemy, sam ledwie za nim nadążam. Chyba nawet Yoruichi nie dałaby mu rady, jest potwornie szybki. Sam obroniłem się tylko dzięki temu, że wyczułem moment, w którym używa tej techniki. Jego miecze… To z pewnością jego Kaago. Najpewniej ta szybkość wynika właśnie z niego. Zapewne używa swojej techniki tylko, gdy je trzyma. Raczej mu ich nie zabierzemy. Trzeba to zrobić inaczej…"
– Suì-Fēng?
Zjeżyła się.
– Masz mnie nie nazywać po…
– Nie wiem, czemu tak bardzo mnie nie cierpisz, ale to musi zaczekać. W tej chwili jesteśmy w kiepskiej sytuacji. Żadne z nas nawet nie ma, co marzyć o pokonaniu go w pojedynkę. Nawet ja nie widzę jego ruchów. Tylko w duecie mamy jakieś szansę na załatwienie go. Musimy działać razem, żeby wyjść jakoś z tego cało.
Jakkolwiek by nie myślała o chłopaku, nie mogła mu nie przyznać racji. W tej chwili liczyło się, by znaleźć sposób na pokonanie Mau.
– Zgoda. Wiesz co robić? Co ci podpowiada twoja kobieca intuicja?
Takiego tekstu w ogóle się nie spodziewał. Na pewno nie od niej. Stał przez chwilę w osłupieniu, próbując przetrawić fakt, iż Suì-Fēng ma jakiekolwiek poczucie humoru. Chociaż chyba mówiła to na poważnie… Po zdezorientowaniu przyszło rozbawienie. Nie potrafił powstrzymać uśmiechu. Mimo to starał się zachować powagę sytuacji. Nadal trzymał się tematu.
– Tym razem zrobimy to po twojemu. Tak, jak robią to w Onmitsukidō. Będziemy wyczekiwać momentu, aż osłabnie, straci czujność. Trzeba odkryć, jak działa jego technika. Znaleźć jego słaby punkt i bezlitośnie go wykorzystać.
Kobieta nie odezwała się już. Chłopak traktował to jako zgodę. W międzyczasie, gdy z nią rozmawiał nie spuszczał wzroku z Mau, który jak do tej pory nie ruszył się nawet z miejsca.
„Nie wierzę, że nie skorzystał z okazji. Chyba że sam coś kombinuje…"
Wyczuł nagle skok energii duchowej, tuż za nim. To z pewnością nie była Suì-Fēng. To Raashí wykonał swój pierwszy ruch. A jego celem była właśnie ona…
– W bok! - wykrzyknął Elian
Kapitan odruchowo uskoczyła w bok. Nie wiedziała nawet czemu, bezwiednie zrobiła to, co nakazał chłopak. Zupełnie nie spodziewała się tego, co się stało. Usłyszała świst, tuż przed swoim prawym uchem. Kątem oka dostrzegła opadający w powietrzu kosmyk włosów. Swoich włosów. Mau najwyraźniej próbował pozbawić ją głowy, jednak unik sprawił, że kobieta zdołała się uratować. Ucierpiała zaledwie jej fryzura. Była mocno zdziwiona. Nie miała pojęcia o tym ataku, ani nie wyczuwała jego Reiatsu, ani nie widziała jego ruchów. Zaskoczyło ją to, że Elian jest w stanie.
– Skąd wie…
– Schyl się!
Tym razem zrobiła to w pełni świadomie i bez wahania. Przykucnęła. Dokładnie w tym samym momencie pojawił się za nią Raashí, ponownie wykonując cięcie przez szyję. Nie spodziewał się jednak kolejnego uniku. Suì-Fēng miała w tej chwili świetną okazję do kontrataku. Obróciła się na nodze i kolcem Suzumebachi wymierzyła pchnięcie, celując w sam środek znaku Pszczelego Kwiatu.
Chybiła. Mężczyzna znów zniknął, nim żądło dosięgło celu. Nagle rozległ się brzęk stali. Mau tym razem ruszył w stronę Eliana. Chłopak szybko uniósł virdanę, blokując cięcie mieczem.
– Mógłbyś walczyć, zamiast gadać?
Wydawał się lekko zirytowany. Nie spodobał mu się fakt, iż chłopak jest w stanie bronić nie tylko siebie, ale i kapitan przed atakami. Elian wyczuł jego zdenerwowanie.
– Wedle życzenia.
Odepchnął miecz, po czym wymierzył kopnięcie w jego bok. Mau zniknął. Chłopak spodziewał się takiego zagrania. Szybko stanął na nogi. Raashí pojawił się tuż za nim, szykując kolejny atak, pchnięcie prosto w serce. Elian obrócił virdanę w dłoni, po czym cofnął rękę za plecy, zatrzymując uderzenie. Mężczyzna natychmiast wymierzył kolejny atak, drugim ostrzem. Gdy tylko klinga zbliżyła się na milimetr, chłopak zniknął. Mau nie wiedział, gdzie jest. Elian pojawił się kilka metrów nad nim.
– Bakudō no 62, Hyapporankan!
W jego lewej ręce pojawił się długi pręt, mieniący się purpurowym światłem. Chłopak wymierzył, po czym rzucił nim, niczym włócznią, celując w Raashí. W locie pręt rozdzielił się na kilkadziesiąt identycznych prętów, które sunęły w dół z ogromną prędkością. Wszystkie uderzyły w ziemię niemal jednocześnie. Chłopak miał zamiar przygwoździć Mau do ziemi. Wtedy byłby już łatwym celem. Nie wszystko jednak było tak proste…
„Cholera, nie udało się…"
Wyczuł jego ruch. W momencie, gdy pręty opadły na ziemię, jego już tam nie było. Elian stracił jego ślad, nie wiedział dokąd się udał.
Nagle poczuł uderzenie w plecy.
– Wciąż za wolno, mieszańcu.
Mau pojawił się nad chłopakiem, po czym wystrzelił w dół, celując prosto w niego. Stanął na jego plecach, pchając go ze sobą. Na tym jednak nie poprzestał.
Elian poczuł przenikliwy ból, rozchodzący się po całym jego ciele. Raashí obydwoma ostrzami przebił jego płuca. Tym sposobem dopilnował, by chłopak w żaden sposób nie próbował mu się wymknąć. Udało mu się to. Szok, jaki spowodował ból sprawił, że Elian nie dostrzegł, co zamierza mężczyzna. Nie zorientował się, że obaj pędzą coraz szybciej w dół.
W końcu uderzyli. Mau wgniótł chłopaka w ziemię z ogromną siłą, łamiącą wszystkie jego żebra. Elian znieruchomiał nagle. Raashí wyciągnął miecze z jego ciała. Po chwili schował jeden z nich, który trzymał w lewej dłoni. Drugi skierował w stronę chłopaka. Najwyraźniej miał zamiar dokończyć dzieła.
– Wstawaj!
Do tej pory Suì-Fēng obserwowała ten pojedynek, czekając na odpowiedni moment, by samej uderzyć. Nie spodziewała się jednak takiego obrotu spraw. Chłopak wciąż nawet nie drgnął. Musiała szybko coś zrobić, inaczej to będzie jego koniec.
Zaatakowała. Wystrzeliła do przodu, jak najszybciej tylko zdołała, używając całej swojej siły, by wykonać ten jeden skok shunpo. Uniosła prawą dłoń, chcąc uderzyć w serce mężczyzny. Znak nadal pozostawał na jego ciele, zatem ten atak zakończyłby walkę. Niestety…
Gdy tylko zbliżyła się do niego Raashí natychmiast zareagował. Wolną ręką złapał ją za nadgarstek, po czym uniósł do góry.
– Nie uczysz się na błędach, pani kapitan.
Obrócił miecz, kierując go tym razem w jej serce. Najwyraźniej wolał pozbyć się najpierw jej, skoro miał ku temu okazję. Co było drobnym błędem…
– Nie potrafisz dobić przeciwnika?
Pod Mau, pomiędzy jego nogami zmaterializował się Elian. Leżał na plecach, z otwartą lewą dłonią, wycelowaną w jego stronę.
– Sōkatsui!
Nie uniknął tego zaklęcia. Błękitny promień uderzył całą mocą w Raashí, wyrzucając go w powietrze, daleko poza zasięg wzroku. Sytuacja na chwilę się uspokoiła. Elian podniósł się. Na jego plecach widoczne były dwie, głębokie rany, przechodzące niemal na wylot. Suì-Fēng stała za nim, więc widziała je doskonale. Dla niej było to niepojęte, że chłopak z takimi obrażeniami był w stanie samodzielnie się podnieść. I utrzymać się na nogach.
– Wszystko z tobą w porządku? - spytała
– A co, zaczynasz się o mnie martwić?
Nawet w takiej chwili nie potrafił się opanować. Kobieta zaczęła żałować, że w ogóle go o to zapytała. Jak zawsze musiał ją irytować. Przynajmniej świadczyło to o tym, że był jednak w dość dobrej formie po tym wszystkim.
– Spokojnie, przywykłem już do dziur w ciele i połamanych kości. Nic mi nie będzie. Za chwilę nie będzie po tym śladu.
Istotnie, rany zaczęły się zrastać. Suì-Fēng pamiętała o niebywałych zdolnościach regeneracji i Raashí, i Eliana. Nie miała zatem powodu, by zaprzątać tym sobie głowę.
– Nieważne. Zauważyłeś już coś? Coś co dotyczy jego techniki?
– Owszem… Jedną rzecz. Trafiłem go.
Chłopak znów zrobił się enigmatyczny. Nie powiedział nic więcej. Sam starał się uporządkować to sobie w głowie.
„To dziwne… Miał doskonałą okazję, żeby wykończyć nas dwoje. Atak Suì-Fēng mógł bez problemu skontrować, z łatwością by ją rozpłatał. Tymczasem użył tylko Sokanas, by ją zatrzymać. I zaklęcie… Nie uniknął go, nawet jeśli zyskałem element zaskoczenia, ze swoją techniką mógł bez problemu umknąć. Czemu jej nie użył? Najwyraźniej ma ona jakieś ograniczenie. Tylko co to może być?"
W tej chwili mógł jedynie czekać, aż Raashí ponownie się pojawi.
– Dziękuję ci.
Elian skierował nagle te słowa w stronę kapitan, którą nieco to zaskoczyło.
– Za co niby dziękujesz?
– Zastanów się chwilkę. Byłem zbyt oszołomiony, by w jakikolwiek sposób zareagować. Gdyby nie twój beznadziejny atak, z pewnością by mnie wykończył. A w ten sposób zyskałem trochę czasu. Więc właśnie za to dziękuję.
Suì-Fēng nie spodziewała się takiego wyrazu wdzięczności. Nie wiedziała, co ma powiedzieć…
Za to odezwała się w innej kwestii.
– Jak to beznadziejny atak?!
Nie spodobało się jej takie stwierdzenie…
– A nie mam racji? - odparł chłopak, całkiem spokojnie - Przeprowadziłaś ten atak bez żadnego pomyślunku. Tak po prostu postanowiłaś sobie zaatakować, nie myśląc nawet, jaki przeciwnik może wykonać ruch, jak się przed tym ustrzec… Ruszyłaś na niego bez planu, dałaś się ponieść emocjom. Aż dziw, że z mojego powodu.
Nie była w stanie mu na to odpowiedzieć. Głownie dlatego, że miał rację.
– Nawet jeśli był beznadziejny, to właśnie dzięki niemu wciąż żyję. Zatem jeszcze raz ci dziękuję.
Po tych słowach z kobiety uszła wszelka złość. Uspokoiła się, słysząc ciepły i życzliwy głos chłopaka. Przez jej głowę przemknęła nagle myśl, która zaczęła burzyć jej poglądy, odnośnie jego osoby. Mimo wszystkich swoich dziwactw Elian zdawał się być wyjątkowo sympatyczny…
– Zbliża się.
Suì-Fēng natychmiast wyrwała się ze swoich myśli, skupiając się na tym, co się dzieje. Chłopak dostrzegł Mau kilkadziesiąt metrów przed nimi. Nie atakował.
„Nadal nie może używać swojej techniki? Czemu…"
– Co on robi?
Kapitan również coś zauważyła. Dziwną czynność, którą zajmował się Raashí. Mężczyzna nie miał zamiaru ich atakować. Zajmował się właśnie… polerowaniem swojego ostrze, wyciągniętą wcześniej chustą.
– To są jakieś żarty?! - Suì-Fēng oburzyła się - Podczas walki zajmuje się takimi bzdurami?! Co on…
– Czekaj!
Elian brał to bardziej na poważnie. Wiedział, że Raashí nie robią niczego bez przyczyny.
„Z pewnością jest powód, dla którego to robi…"
Mau po minucie oczyścił klingę całkowicie. Wyciągnął drugi miecz, uprzednio już wypolerowany. Był gotowy do dalszej walki.
– Do przodu!
Kobieta zrobiła krok naprzód. Wiedziała, co za chwilę się stanie. Mau pojawił się za nią, wymierzając atak z góry, mający rozciąć jej plecy. Nie trafił jednak. Elian bezbłędnie przewidział jego ruch. Gdy tylko Raashí wykonał cięcie, odsłaniając się na atak, chłopak pojawił się pomiędzy nim, a Suì-Fēng. Pchnął virdaną, celując w serce. Mężczyznę zaskoczyło takie zagranie, jednak obronił się bez trudu. Lewym ostrzem zablokował jego miecz i pchnął klingę w dół, odsłaniając go. Prawym ostrzem wymierzył pchnięcie. Elian znalazł sposób, by się z tego wybronić. Szybkim ruchem zabrał virdanę spod miecza Mau i silnym uderzeniem odbił jego drugie ostrze. Następnie wymierzył cios. Lewą dłonią, otwartą wymierzył pchnięcie, niczym klingą. Raashí natychmiast domyślił się, co ma zamiar zrobić. Bez trudu poznał tą technikę.
„Zna też Vorkas."
Wiedział, że nie zdoła się obronić, ani kontratakować. Mógł jedynie zmienić cel.
Elian znów wyczuł drgnięcie jego Reiatsu. Wiedział już, co zrobi.
– Z prawej!
To był znak dla Suì-Fēng. Mau kierował się właśnie w jej stronę. Uzbrojona w tą wiedzę mogła odpowiednio zareagować.
Raashí pojawił się z jej prawej strony, natychmiast wymierzając cios. Szerokie cięcie, które miało ją przepołowić. Ostrze przeszło przez jej ciało, niczym nóż przez gorące masło, rozcinając ją na dwoje. Elian widział to wszystko. Wiedział jednak, iż nie ma powodu do strachu. Znał to zagranie…
Suì-Fēng pojawiła się nagle tuż za Mau. Technika Utsusemi dała jej element zaskoczenia, a tym samym przewagę. Ponownie wycelowała kolec Suzumebachi w jego serce, próbując zadać mu śmiertelny cios. Mężczyźnie jednak wystarczyła zaledwie chwila, by zorientować się w sytuacji.
Z pomocą Sokanas wykonał jeden, szybki ruch, który pozwolił mu się obronić. Obrócił się gwałtownie, a jednym z mieczy zatrzymał pchnięcie. W tym samym momencie Elian ruszył do ataku. Pojawił się za nim, wykonując szerokie cięcie z góry, przez linię jego kręgosłupa. Nim jego virdana sięgnęła swojego celu chłopak dostrzegł coś nietypowego. Lekki ruch jednego z ostrzy, które Mau miał akurat wolne. Wiedział, że zaraz coś się wydarzy. Nie mylił się…
Gdy tylko klinga opadła, Raashí zniknął, momentalnie pojawiając się za Elianem. Znów wymierzył pchnięcie. Chłopak ponownie wyczuł jego ruch. Szybko się obrócił, jednak nie po to, by zatrzymać cios. On również zaatakował.
Zarówno ostrze Mau, jak i Eliana nie chybiły. Klinga Raashí przebiła prawe płuco chłopaka, natomiast virdana trafiła w lewe ramię mężczyzny. Obaj stali naprzeciw siebie, z ich ran sączyła się krew. Spoglądali sobie prosto w oczy.
– Nie przemyślałeś tego ataku, prawda?
– A ty? - chłopak uśmiechnął się do niego złośliwie - Zapomniałeś chyba, że nie jestem tu sam.
Podniósł lewą dłoń, chwytając Mau za rękę, w której trzymał miecz. Mężczyzna nie miał pojęcia, po co. Szybko się dowiedział…
– Kto się nie uczy na błędach?!
Spojrzał w górę. Suì-Fēng pojawiła się nad mężczyzną, gotowa do uderzenia. Wokół niej tańczyły białe błyskawice. Raashí pojął już, na czym polegał ich plan. Nie wiedział dokładnie jak działa technika kobiety, jednak był pewny, iż jest śmiercionośna. Pojedyncze, precyzyjnie wymierzone uderzenie wystarczyłoby, żeby go wykończyć. Do tego nie mógł dopuścić.
Kapitan pędziła w dół, prosto na Mau. Miała zamiar odegrać mu się za to, co jej zrobił. Zebrała wszystkie swoje siły w jeden cios.
Wymierzyła uderzenie nogą, mające przygwoździć mężczyznę, zmiażdżyć go o ziemię. Rozeszła się potężna fala uderzeniowa, wzbijając ogromny obłok pyłu. Nie było widać niczego, jedynie tańcujące w powietrzu wyładowania. Nie dało się jednoznacznie stwierdzić, czy plan się udał.
Pył powoli zaczął opadać.
– Do diabła… Wyrwał mi się.
Mau zdołał jednak uniknąć uderzenia. Szybkim ruchem Sokanas wyrwał się z chwytu Eliana i uciekł z zasięgu. Stał teraz kilkadziesiąt metrów dalej, obserwując wszystko z bezpiecznej odległości.
– Nie przesadziłaś aby z siłą? Miałaś go tylko oszołomić.
– Będziesz kwestionować moje decyzje?
– Skąd, tylko przypomnieć, że to był mój pomysł.
I znów zaczęli się wykłócać. Jednak chłopakiem nie kierowała tylko zwyczajna złośliwość. Był ciut za blisko centrum uderzenia…
– Do celu po trupach, co?
Pył opadł, odsłaniając dwójkę Shinigami. Choć to Raashí był celem, najbardziej oberwało się właśnie Elianowi. Nie zdążył się wycofać na bezpieczną odległość, jego ręce były niemal w całości poparzone przez błyskawice. Aż do samych ramion.
Suì-Fēng dostrzegła te rany. Istotnie przesadziła, dała się ponieść gniewowi, chcąc zemścić się na Mau. Z pewnością jednak nie przyznałaby się do tego chłopakowi.
– Phi. Po prostu jesteś za wolny.
Elian nie miał zamiaru się z nią wykłócać. Oparzenia skóry szybko zaczęły znikać, po minucie znikając zupełnie, jakby nie stało się nic. Podobnie z raną, jaką zostawił mu Raashí. Chłopak skupił się z kolei na czymś zupełnie innym. Skierował swój wzrok na Mau. Nie atakował…
– Pogadamy o tym później. Trzeba ustalić, co kombinuje tym razem.
Dla Eliana fakt, iż mężczyzna do tej pory nie zaatakował, świadczyło tym, że coś planuje. Nie mylił się. Ponownie dostrzegł delikatne ruchy jednego z mieczy.
„Znów rusza…"
Mau nie miał jednak zamiaru atakować. W każdym razie nie wprost. Zrozumiał, że w tej chwili walka bezpośrednia nie ma sensu, skoro wróg jest w stanie odpierać jego ataki.
– Chyba będę musiał rozwiązać to w mniej honorowy sposób.
Nagle zniknął.
– Gdzie się pojawi?
Suì-Fēng czekała na uderzenie. Natychmiast uniosła gardę, spodziewając się kolejnego ataku.
– Nie mam pojęcia…
Chłopak nie wyczuwał żadnego Reiatsu. Wydawało mu się to niepokojące. Szybko jednak domyślił się, co kombinuje Raashí.
– Ukrywa swoja energię duchową. Nie atakuje, najwyraźniej czeka na odpowiedni moment, aż stracimy czujność.
Mimo wszystko była to dogodna sytuacja. Elian miał czas, by się zastanowić, połączyć ze sobą wszystkie elementy. Dowiedzieć się, na czym polega jego technika.
„Dziwne… Jaki związek z tą techniką mają te ruchy? Może w ten sposób kieruje… Nie, to zbyt trywialne. I nie tłumaczy tej szybkości. Same ruchy nie wystarczą. Coś jeszcze musi się dziać, co umyka mojej uwadze. Może ma to jakiś związek, z tym, co robił wcześniej? Wycieranie ostrza, szczególnie w czasie walki nie jest niczym normalnym. Nie wydaje mi się, żeby był aż takim pedantem. Więc o co tu…"
Chłopak zaczął mimowolnie poruszać swoim mieczem, tak samo, jak Mau. Liczył, że to naprowadzi go na jakiś trop. Zaczął obracać go delikatnie, to w górę, to w dół, chcąc zrozumieć istotę tych ruchów.
Efekt był zgoła odmienny…
– Możesz przestać?
Odwrócił wzrok w stronę Suì-Fēng. Zauważył że kobieta mruży oczy. Szybko spostrzegł, czemu. Srebrzysta klinga virdany znajdowała się w słońcu, odbijając jego światło, a ruchy nią powodowały, że światło trafiało prosto do źrenic pani kapitan. Co zaczęło ją irytować.
– A co? - w Elianie znów odezwała się złośliwa natura - Nie lubisz zajączków?
Z pewnością odgryzłaby mu się w tym momencie. Tego jednak nie zrobiła, widząc gwałtowną zmianę, jego wyrazu twarzy. Chłopak właśnie wpadł na pomysł…
– Coś nie tak? - zapytała, lekko zaniepokojona
– Chyba to załapałem…
Udało mu się. Połączył wszystkie elementy. Odkrył tajemnicę jego przerażającej szybkości.
– Co takiego? - Suì-Fēng z trudem ukrywała swoje zafascynowanie - Wiesz już, jak…
– Cicho bądź. - uciszył ją chłopak
Nawet jeśli, to wciąż była tylko teoria. Musiał sprawdzić ją w praktyce…
– Co to ma znaczyć? - nie spodobało się jej to uciszanie - Zapominasz chyba…
– Ciszej.
Starał się wyśledzić Mau. Niestety, mężczyzna zbyt dobrze się maskował. I chyba nie miał zamiaru jeszcze atakować. Musiał rozegrać to inaczej…
– Zapominasz chyba, do kogo mówisz, Ahage. Niech ci się wydaje, że możesz mnie…
– Nie teraz, pszczółeczko. Próbuję się skupić.
Żółta lampka. Nawet już pomarańczowa. Żyłka na czole Suì-Fēng zaczęła już pulsować.
– Jak… ty mnie…
Elian odwrócił się w jej stronę. Również wydawał się zirytowany.
– Rany, a ty znowu swoje?! Dałabyś już spokój, ile… Musisz się w końcu przyzwyczaić do tego, że kumple nadają sobie różne przezwiska, to normalne…
– Nie jestem żadną twoją kumpelą!
– Ech… I w tym właśnie twój problem. Ciągle tylko praca, praca, i jeszcze raz praca… I praca… Przecież życie nie na tym polega. Powinnaś nauczyć się dobrze bawić. Zresztą przez to w oddziale się ciebie tak boją, nie możesz wyżywać się na podwładnych tylko dlatego, że masz spieprzone życie towarzyskie.
– Odwal się od mojego życia towarzyskiego!
– A czemu? Niewykluczone, że będę jego częścią, jeśli tylko uda mi się odciągnąć cię od biurka. Poza tym nie wiadomo, jak daleko zabrnie nasza znajomość...
Tu nastąpiła dramatyczna pauza.
– C… co ty masz na myśli?!
– Mówię teoretycznie. No wiesz, serce nie sługa. W tych sprawach nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Nie można wykluczyć nawet tego, że trafisz w objęcia siódemeczki, nawet jesteś w jej typie, więc to całkiem prawdopodobne, że ty z nią…
– Jeszcze jedno słowo i…
Czerwona lampka. Wybitnie nie spodobała się jej ta wizja. Niewiele brakowało, by się na niego rzuciła, bez względu na to, w jakiej byli sytuacji, o której chyba całkowicie zapomnieli… Prawie…
Drgnięcie energii. Elian na to właśnie czekał…
Przez cały ten czas Mau ukrywał się w koronach drzew, czekając na moment słabości swoich wrogów. Widząc taką scenkę nie mógł nie wykorzystać tej szansy. Zaatakował. Nie spodziewając się kontruderzenia…
W tym momencie chłopak popisał się znakomitym aktorstwem. Cała kłótnia była zaaranżowana. Specjalnie podpuścił Suì-Fēng, by ta dyskusja przyciągnęła uwagę mężczyzny i zachęciła do ataku. Mógł w ten sposób potwierdzić swoją teorię.
Gdy tylko Raashí pojawił się nad kobietą, Elian był już naprzeciw niego. Virdaną odbił ostrze, którym mężczyzna wymierzył atak, lewą rękę mając już gotową do kontruderzenia. W dłoni trzymał bowiem świetlistą, złotą kulę, emanującą błyskawicami.
– Raikōhō!
Złota błyskawica uderzyła prosto w Mau. Nie zdążył zareagować. Nie przewidział tego, że cała ta „kłótnia" miała na celu wywabić go z ukrycia. Zaklęcie trafiło go całą swoją mocą, odrzucając go wysoko w powietrze.
Chłopak wylądował miękko na ziemi, za plecami Suì-Fēng. Kapitan dopiero po chwili zorientowała się, co się stało, tak szybki był ten atak. Odwróciła się, wpatrując się zaskoczona w Eliana.
– Jak…
– Jeszcze żyje. - odpowiedział natychmiast - To zaklęcie nie jest w stanie go zabić.
– Co ty w ogóle zrobiłeś? Jak zdołałeś go trafić?
– Sprowokowałem go. Podpuściłem cię po to, by zmusić go do ataku. Wyszło idealnie. Wiem już…
– Zrobiłeś ze mnie przynętę?
Wyraźnie nie spodobało się jej, że chłopak wykorzystał ją w taki sposób.
– Nie martw się wszystko było pod kontrolą. - odparł Elian - Musiałem w ten sposób potwierdzić swoją teorię. Tego w jaki sposób działa jego technika.
– Czyli odkryłeś to? Więc jak?
Suì-Fēng znów zaczęła mrużyć oczy. Chłopak puścił jej kolejnego zajączka. Znów ją denerwując.
– Co ty robisz, do…
– Tłumaczę. - odpowiedział spokojnie - Nie ciekawiło cię, czemu tak starannie poleruje swój miecz? Czemu jego ostrza zawsze były czyste? Mimo ran, jakie ci zadał nie było na nich nawet śladu krwi.
– Co to ma do tego, że świecisz mi…
Urwała nagle. Powoli zaczęła domyślać się, o co mu chodziło…
– Dokładnie tak. Zajączki. Wykorzystuje swoje ostrza, jak zwierciadła, odbijając światło w naszą stronę i przemieszcza się razem z promieniem. Dziwna technika, chociaż wyjątkowo skuteczna.
– Jednak nie zawsze mógł jej używać. Czemu?
– Proste. Zwierciadło nie odbija światła, kiedy jest brudne. Dlatego tak je polerował. Nawet podczas ataków uderzał tylko jednym mieczem, tak by choć jeden mógł odbijać światło. Kiedy na obu było zbyt wiele krwi nie mógł ich używać. Dzięki temu trafiłem go wtedy Sōkatsui.
– A wtedy, gdy cię przebił? Miał jedno wolne ostrze.
– Tak… A drugie tkwiło w moim ciele. Gdyby tylko się przeniósł, zabrałby mnie ze sobą, tak myślę. Tego widocznie nie chciał.
– Więc co dalej? Masz plan?
– Pytasz moją kobiecą intuicję?
Tu nastąpiła pauza, w której oboje mieli ryknąć ze śmiechu. Nie wyszło. Elian tylko się szczerzył do Suì-Fēng, a ta najwidoczniej nie była w nastroju do żartów. Jak zwykle zresztą.
– Sztywniara… - skwitował chłopak
Wyczuł energię duchową Raashí. Mau pojawił się przed nimi, kilka metrów dalej. Zaklęcie Eliana wyrządziło mu wiele szkód, nawet jeśli próbował osłabić jego siłę własnym Reiatsu. Jego lewy bok był niemal całkowicie zwęglony, cały tors oraz ręce były silnie poparzone. Takie rany dla niego nie były śmiertelne, nie uniemożliwiały mu nawet walki. Oparzenia zaczęły szybko znikać, spalona skóra momentalnie zostawała wchłonięta przez jego organizm i zastąpiona nową. Pomimo skali obrażeń nie zajmowało to wiele czasu. Mau już wkrótce mógł walczyć dalej.
Elian uniósł virdanę, gotowy do dalszej walki. Suì-Fēng jego śladem również przybrała pozycję bojową. Oboje czekali na ruch przeciwnika.
– Skup się na jego ostrzach. - odparł - Jeśli przyjrzysz się ich ruchom, dostrzeżesz gdzie będą padać promienie. Wtedy wyczujesz moment ataku.
– Tak jest.
– Nawet jeśli znamy jego sekret, ciężko będzie z nim walczyć. Jego szybkość się nie zmienia. Wciąż możemy tylko się bronić. Przynajmniej póki czegoś nie wymyślę. Na razie trzymajmy się blisko siebie.
– Przyjęłam.
Eliana zaskoczyła ta uległość. Spodziewał się raczej tekstów w stylu „nie masz prawa mi rozkazywać!". Jednak widocznie w tym wypadku konieczność wyższa sprawiła, że Suì-Fēng postanowiła z nim współpracować, wykazując się pełnym profesjonalizmem. Takie traktowanie było dla chłopaka miłą odmianą.
Nie miał czasu się tym nacieszyć. Rany na ciele Mau zrosły się, był gotowy do dalszej walki.
– Rusza!
Raashí zniknął. Jego cel był oczywisty. Lecz do przewidzenia…
Suì-Fēng zgodnie z radą Eliana obserwowała ruchy ostrzy mężczyzny. Ku jej zaskoczeniu dało jej to bardzo wiele, przyglądając się jego mieczom potrafiła określić kierunek, w którym odbije promień światła. Dostrzegła, że kieruje promień za nią, a więc domyśliła się, skąd nadejdzie atak. Przykucnęła, by uniknąć trafienia, cięcia, mającego pozbawić ją głowy. Mau odsłonił się, co wykorzystał Elian. Momentalnie pojawił się naprzeciw niego, szykując atak. Ten jednak nie nastąpił, nim Raashí zdążył zareagować, nagle zniknął. Mężczyzna był zdezorientowany. Był pewien, że chłopak wykorzysta okazję.
„Co się dzieje? Czemu on nie…"
Ten ruch miał na celu jedynie odwrócić jego uwagę. Mau kątem oka dostrzegł Suì-Fēng, która zamierzała się już swoim kolcem, celując w serce. Mężczyzna zatrzymał atak, lewym ostrzem odbijając uderzenie w dół, odsłaniając kapitan. Drugim miał zamiar zaatakować, gdyby czegoś nie wyczuł. Lekkiego drgnięcia energii duchowej tuż za sobą. Elian zaatakował z tyłu, szerokim cięciem virdany z góry. Raashí w porę się zorientował i nim klinga dosięgła celu zatrzymał uderzenie swoim prawym mieczem. Odwrócił się w stronę chłopaka szybko i lewym ostrzem wymierzył cięcie. Elian cofnął się o krok, unikając trafienia. W tym samym momencie mężczyzna nagle zniknął.
– Chyba nadal jestem zbyt szybki dla was.
Mau pojawił się za chłopakiem, szykując atak. Popełnił jednak pewien błąd, nie doceniając przeciwnika. Elian przewidział takie zagranie. Lewą dłoń miał już gotową by rzucić zaklęcie.
– Byakurai!
Wystrzelił błyskawicę spod swojego prawego ramienia. Raashí w ostatniej chwili uskoczył w bok. Zaskoczyła go ta reakcja, nie spodziewał się, że Elian jest w stanie dostrzec jego ruchy, a nawet na nie odpowiedzieć. Chłopak wykorzystał jego zdezorientowanie, wymierzając cięcie virdaną. Mau nie zdążył się ruszyć. Ostrze pozostawiło głęboką szramę, od lewego ramienia po prawe biodro. Mężczyzna niemal nie czuł bólu, większym szokiem był dla niego fakt, iż chłopak był w stanie tak łatwo go trafić. A na tym nie poprzestał. Elian tuż po tym cięciu wymierzył pchnięcie, mające przeszyć serce Mau.
Ostrze nie dosięgło celu. Raashí w ostatniej chwili uskoczył z pomocą Sokanas. Nie miał nawet czasu, by użyć techniki swojego Kaago. Zatrzymał się kilkanaście metrów dalej, by odetchnąć i pozwolić zagoić się ranom. Również chłopak wykorzystał tą chwilę spokoju. Mógł spokojnie pomyśleć, co dalej.
– Ta walka może się ciągnąć i ciągnąć. - głośno myślał - Chyba trzeba to inaczej rozegrać.
Miał już nawet plan.
– Suì-Fēng.
– Przestań do mnie mówić…
– O tytułach pogadamy później. Mam pomysł, jak to zakończyć.
– Mów zatem.
– Myślę, że po tym popisie będzie wolał uniknąć walki ze mną. W tej chwili to ty jesteś na jego celowniku. Można to wykorzystać. Ściągnij na siebie jego uwagę, spróbuj w jakiś sposób uniemożliwić mu użycie jego techniki.
– A potem?
Nie oponowała, co w jej wypadku było ewenementem. Elian nie przejął się tym zbytnio. Był zbyt skupiony na celu. Wygraniu tej walki.
– Znam pewną sztuczkę… Przy mojej ostatniej walce była bardzo skuteczna.
Domyśliła się, co ma na myśli. Wówczas w Seireitei chyba nie było nikogo, kto nie widział tego oślepiającego, białego światła…
Mau nie był zbyt szczęśliwy z tego, jak urządził go Elian, głównie dlatego, że ten był w stanie za nim nadążyć. Nie zdarzyło mu się to do tej pory.
– Zdaje się, że muszę przestać się patyczkować…
Elian uważnie go obserwował. Domyślał się, że Raashí za chwilę uderzy. Dostrzegł ruchy jego ostrzy, wyczuł lekkie drgnięcie energii. Musiał tylko ustalić, gdzie zamierza…
Pojawił się nagle, tuż przed nim. Chłopak nie zorientował się, że Mau kieruje się w jego stronę. Był zbyt skupiony na obserwowaniu jego mieczy, oczekiwaniu na promień światła, który odbiją. Nie spodziewał się, że mężczyzna wykorzysta Sokanas. Te ruchy miały go zmylić…
Raashí zaatakował. Elian nie zdążył zareagować.
„Cholera, to zmyłka…"
Nawet go nie dostrzegł, a gdy już ujrzał jego twarz przed sobą było za późno. Oba ostrza rozcięły jego tors, pozostawiając dwie głębokie rany, od jego ramion, łącząc się przy podbrzuszu na kształt litery „V". Ból całkowicie go sparaliżował. Nie był w stanie się ruszyć, ani też ustać. Chłopak upadł na kolana. Choć Mau mógł bez przeszkód dokończyć dzieła wolał zająć się innym celem…
Suì-Fēng nie była w stanie nic zrobić, mogła jedynie patrzeć, jak dwa srebrne ostrza rozcinają ciało chłopaka. Tak samo jak Elian była zbyt skupiona na klingach Kaago, próbując ustalić, gdzie Raashí uderzy. Nie przewidziała użycia Widmowego Kroku. Ona również dała się nabrać na tą zagrywkę. Nagle dostrzegła, jak Mau porusza ostrzami. Domyśliła się, że następny jego atak będzie wymierzony w nią. Z ruchów mieczy starała się wyczytać, gdzie pojawi się mężczyzna, jednak ten, ukrywając się za Elianem skutecznie jej to uniemożliwiał. Nie miała czasu, żeby się temu przyglądać, musiała coś zrobić natychmiast.
Używając shunpo wyskoczyła do przodu. To był dobry ruch, Mau w ułamku sekundy pojawił się tam, gdzie jeszcze przed chwilą stała. Choć zdołała uniknąć tego ataku wiedziała, że w tej chwili nie ma większych szans w walce z Raashí, który najwyraźniej do tej pory cały czas się ograniczał.
Nagle pojawił się tuż przed nią.
– Pozwolisz, że dokończymy nasz pojedynek?
Wymierzył cięcie prawym ostrzem. Suì-Fēng cofnęła się o krok, unikając ataku. Mężczyzna nacierał dalej, szykując pchnięcie drugim z mieczy. Miał zamiar związać ją w walce. Kobieta nie próbowała uciekać. Głównie dlatego, że nie miało to żadnego sensu, Mau natychmiast by ją doścignął. Poza tym mogła teraz wypełnić swoją część planu Eliana. Odwrócić jego uwagę.
– Nie widzę przeszkód, Raashí. - odparła
Jeśli miała go przytrzymać na jakiś czas musiała znaleźć sposób na powstrzymanie ataków Mau. Jak dotąd tylko jedna technika na niego skutkowała.
– Shunkō!
Ponownie uwolniła białe błyskawice. Świetlista bariera zatrzymała jego atak. Suì-Fēng musiała w tej chwili znaleźć sposób, by zatrzymać jakoś jego technikę. Mogła tylko grać na czas, dopóki czegoś nie wymyśli.
Raashí dostrzegając, że ten atak nie odniósł żadnego skutku postanowił się cofnąć. Ponownie zniknął. Kapitan dostrzegła jednak ruch jego ostrza. Wiedziała, dokąd się kieruje. Po chwili mężczyzna pojawił się za nią, gotowy do kolejnego ataku. Nim uniósł miecz kobieta rozpłynęła się w powietrzu. Mau był zdezorientowany.
„Jak ona…"
Zauważył kątem oka ruch z lewej strony. Suì-Fēng wyskoczyła w powietrze, wymierzając kopnięcie w tors. Mężczyzna odruchowo uniósł ręce, by zablokować cios. Z pewnością nie miałby problemów z zatrzymaniem go, gdyby to było tylko kopnięcie. Przeciwstawienie się ogromnej mocy Wojennego Błysku okazało się ponad jego siły. Mau został wyrzucony do tyłu z zabójczą prędkością, zaś uderzające w niego błyskawice zmieniły go w lecący piorun kulisty. Zatrzymał się dopiero około dwustu metrów dalej, zderzając się z głazem narzutowym, który stał tam od niepamiętnych czasów, dopóki Raashí nie napotkał go na drodze. Uderzenie oszołomiło go na chwilę, przez moment w ogóle się nie ruszał. W końcu wygrzebał się z gruzowiska.
– Ciekawe… Zaczęła za mną nadążać.
Nie miał czasu, by się nad tym zastanawiać. Dostrzegł Suì-Fēng, pędzącą w jego stronę. Wykorzystując shunpo przebyła te dwieście metrów w sekundę. Gdy tylko się zbliżyła na odpowiednią odległość wyskoczyła do przodu, wymierzając następny cios, tym razem pięścią. Mau zdążył się podnieść i szybkim skokiem Sokanas umknąć przed uderzeniem, które zamieniło w pył to, co pozostało po głazie. Zaskoczyła go ta nagła zmiana inicjatywy.
„Fascynujące… Może zobaczyć moje ruchy."
Wyczuł drgnięcie energii. Kapitan pojawiła się tuż za nim, celując kolec Suzumebachi w jego serce.
– Jednak widzieć to wciąż za mało.
Odwrócił się szybko w jej stronę. Lewym ostrzem odbił jej żądło, prawym zaś wymierzając pchnięcie. Suì-Fēng nie zdążyła w porę dostrzec tego kontrataku. Nie zatrzymała go.
Ostrze wbiło się pod jej żebra. Przeszywający ból omal nie pozbawił jej przytomności. Z wielkim trudem jednak wciąż stała o własnych siłach, choć czuła, że powoli zaczyna odpływać.
– Niestety… Nasz pojedynek dobiegł końca, pani kapitan.
Widziała już mroczki przed oczami, jej oddech stawał się coraz bardziej płytki. Czuła przenikliwy chłód. Chłód śmierci. Ta rana była śmiertelna.
„Cholera… Czyli tak to ma się skończyć? W sumie to było do przewidzenia, nawet nie myślałam o tym, że jako Shinigami dożyję późnej starości. Ale tutaj? Teraz? I to z jego ręki? Dotąd zawsze myślałam, że nieważne jest to, jak umrzesz, śmierć to śmierć. Ale wolałabym już, żeby dorwał mnie Pusty, niż żeby zabił mnie jeden z… nich. Nie… Na pewno nie w ten sposób. Jeśli mam dziś zginąć, to będzie na moich warunkach!"
Wiedziała, co musi zrobić. Uniemożliwić mu użycie jego techniki. Jak dotąd znała tylko jeden sposób, by tego dokonać…
– Nie ma sensu tego przeciągać. - rzekł Mau - Pozwól mi zakończyć to szybko, zapewniam że nie poczujesz niczego…
– Masz rację…
Suì-Fēng nie straciła przytomności. Najwyższym wysiłkiem woli starała się nie odpłynąć. Nie miała zamiaru umierać, póki nie wykona swojego zadania.
– Ten pojedynek się skończył…
Nagle chwyciła go za lewą dłoń, w której Mau trzymał wolne ostrze. Uniosła ją.
– Dla ciebie.
Wbiła drugą klingę w swój prawy bok. Raashí był w kompletnym szoku.
– Co ci odbiło…
– Nie użyjesz ich już teraz, prawda?
Ból nie ustępował, kobieta drżała wraz z kolejnymi jego falami, rozchodzącymi się raz po raz po jej ciele. Czuła zimno, wiedziała że zostało jej niewiele czasu. Jednak nie poddawała się. Ignorowała ból, nawet jeśli to był jej koniec miała zamiar zrobić wszystko, by pociągnąć Raashí za sobą.
Mau wypatrywał się w nią, jakby postradała zmysły.
– Najwyraźniej ból zabrał ci zdolność racjonalnego myślenia, skoro postępujesz tak…
– Tak sądzisz?
Podniosła głowę, wpatrując się w oczy mężczyzny. Na jej twarzy pojawił się uśmieszek, który można było nazwać wręcz szalonym.
– Powiesz mi zatem, jak chcesz mi teraz uciec?
– Że co? - Mau nie rozumiał jej postępowania
– Nie możesz już użyć swoich zwierciadeł. Twój Kaago jest w tej chwili bezużyteczny.
Tego Raashí się nie spodziewał, wcale a wcale. Wpatrywał się w Suì-Fēng zszokowany.
– Skąd…
– Teraz to nieistotne, prawda?
– Nie mam pojęcia, jak na to wpadłaś, jednak co ci niby z tego przyjdzie? Umierasz, właśnie w tej chwili patrzę, jak uchodzi z ciebie życie. To co mówisz, tłumaczy jedynie, jak nauczyłaś się unikać moich ataków i w jaki sposób zdołałaś mnie zaskoczyć na ten jeden moment. Jednak liczy się tylko ostateczny wynik walki. A jest on taki, że już wkrótce opadniesz z sił i zginiesz samotnie, z dala od…
– Chyba o kimś zapomniałeś.
Dopiero gdy Suì-Fēng mu przerwała Mau zdał sobie sprawę, że zostawił pewną niedokończoną sprawę. Odwrócił głowę w stronę, gdzie wcześniej starł się z „kimś". Nie było go już tam.
Kobieta dostrzegła przerażenie w jego oczach. Ten widok dawał jej ogromną satysfakcję. Drugą dłonią chwyciła jego prawą rękę.
– Możesz być szybki niczym światło, Raashí…
– Ale z pewnością nie szybszy!
Mau spojrzał w górę. Tuż nad nim pojawił się Elian, którego rany zdążyły się już zregenerować. Chłopak kierował w niego lewą rękę, która mieniła się białym światłem. Jego dłoń znikła już zupełnie w jaśniejącej kuli, która powoli przybierała kształt pąka kwiatu. Raashí czuł ogromną energię, bijącą z tego pąka. Wiedział, że musi szybko uciec z zasięgu.
– Dokąd?
Chciał wyszarpnąć ostrza z ciała kobiety, jednak Suì-Fēng go uprzedziła. Przyciągnęła go jeszcze bliżej siebie, wbijając klingi niemal całkowicie.
– Mówiłam, że nigdzie nie uciekniesz!
Mężczyzna był w martwym punkcie. Mógł co prawda użyć Sokanas, by uciec, jednak pociągnąłby kapitan za sobą, a ona najwyraźniej miała w sobie jeszcze dość życia i możliwość czystego trafienia po raz drugi w jego serce. Jednak jeśli nie ucieknie, znajdzie się w zasięgu zaklęcia Eliana, które najwyraźniej miało w sobie dość mocy, by wykończyć go jednym strzałem. Choć właściwie nie mieściło mu się w głowie, że chłopak jest w stanie poświęcić kobietę, byle tylko się go pozbyć.
Nagle poczuł ukłucie na policzku. Kątem oka dostrzegł wąski promień białego światła, który pozostawił na jego twarzy niewielkie rozcięcie. Promień dochodził z pąka. Tego Mau jednak nie zdążył dostrzec. Nie zdążył podnieść głowy z powrotem do góry. Chłopak wystrzelił.
– Kōryū Myōkka!
Ogromny, niszczycielski promień uderzył z całą mocą w ziemię. Rozeszła się potężna fala uderzeniowa, która sprawiła, iż pobliskie drzewa po prostu położyły się na ziemi. Mimo wszystko, to zaklęcie było znacznie słabsze od tego, którego Elian użył przeciw Senke.
Białe światło nie znikało, nadal bombardując Mau ogromnymi porcjami energii. Minęło pięć sekund, gdy światło znikło równie gwałtownie, jak się pojawiło, pozostawiając w miejscu uderzenia dymiący się krater.
Chłopak wylądował po chwili na ziemi. Był osłabiony, to zaklęcie wymagało ogromnej ilości Reiatsu. Miał drobne trudności z ustaniem na nogach. Wycieńczony, choć zadowolony z tego, że udało się wygrać tą walkę.
– To była niezła walka, co nie?
Kierował te słowa do Suì-Fēng, stojącej nieruchomo kilka metrów dalej. Nim chłopak wystrzelił odrzuciła Raashí, wyciągając ze swojego ciała jego ostrza, po czym używając shunpo uciekła z zasięgu. Mężczyzna nie zareagował na to, był zbyt zdezorientowany.
– Nie sądzisz, że ten twój manewr trochę ryzykowne? - chłopak kontynuował - Hej, powiesz coś? Pszczółeczko? Czy znowu…
Odwrócił się w jej stronę. Gdy tylko skierował na nią wzrok, dostrzegł jak upada.
– Cholera!
Ruszył w jej stronę. Zdążył dobiec i złapać ją w ostatniej chwili, chroniąc przed upadkiem. Niestety, rany jakie Suì-Fēng zadał Raashí wyssały z niej już wszystkie siły. Musiała się poddać uściskowi śmierci, który czuła na swojej szyi. Nie potrafiła już złapać oddechu, odpływała…
– Nawet nie próbuj zasypiać, rozumiesz?!
Elian nie miał pojęcia co powinien zrobić. Właśnie w tej chwili kobieta umierała w jego ramionach. Był przerażony, po raz pierwszy w życiu widział czyjąś agonię. Owszem, sam przecież zabijał, ale czym innym była jednak śmierć wroga, czym innym śmierć osoby, z którą było się dość blisko.
– Słyszysz?! Patrz na mnie! Nie zasypiaj! Nie waż się odpływać! Ten jeden raz w życiu słuchaj moich rozkazów!
Nie otrzymywał odpowiedzi. Kobieta leżała nieruchomo, nie dając żadnych oznak życia. Elian wciąż czuł jej Reiatsu, choć bardzo słabo. Płomyk jej życia wyraźnie zaczął przygasać. Był pewny, że nic już nie można zrobić.
– Cholera… Przecież zdążyłem. Przecież pokonaliśmy go. Razem. Nie możesz umrzeć! Wygraliśmy! Prawda?! No obudź się! Pszczółeczko…
– Ahage…
Z początku nawet tego nie usłyszał. A może raczej usłyszał, ale nie potrafił w to uwierzyć, że to naprawdę ona. Że żyje…
– Puszczaj…
Za drugim razem był już tego pewien. To był głos Suì-Fēng. Elian był w kompletnym szoku.
– Jak… ty…
W tym momencie dostał potężną bombę w podbródek. Uderzenie wyrzuciło go w powietrze, po czym wylądował dość twardo na tyłku. Chłopak był w jeszcze większym szoku. Głównie chodziło o to, kto był autorem ciosu.
– Zabieraj ode mnie te łapy!
Pomijając fakt, iż Suì-Fēng na całe szczęście jednak żyła, to okazała się dość żwawa, jak na kogoś kto jeszcze przed chwilą prawdziwie konał. Właśnie to sprawiało, że Elian zaniemówił, widząc swoją wściekłą i w wybitnie dobrej formie panią kapitan.
– Kto ci w ogóle dał prawo, żeby mnie dotykać?! Co ci strzeliło…
Nagle chłopak zmaterializował się tuż przed nią. Trwało to zaledwie ułamek sekundy, kobieta nawet tego nie zauważyła, nie zdążyła też zareagować na to, co zrobił zaraz potem. Zwyczajnie przytulił ją do siebie. Gdy minął jej pierwszy szok próbowała się wyrwać. Jednak Elian w odpowiedzi na to uścisnął ją jeszcze bardziej.
– Więcej mi takich numerów masz nie robić! Bo ukatrupię!
Jak tylko chłopak ją zobaczył całą i zdrową poczuł ogromną ulgę. I szczęście. Ogromne szczęście. Przypływ radosnej energii, jaki nagle poczuł sprawił, że musiał znaleźć dla niej ujście. W efekcie ściskał teraz Suì-Fēng ile tylko miał sił. Kobieta z kolei po jego słowach znów była w szoku. Z innego już powodu…
„Aż tak się o mnie martwił?"
W końcu ją puścił.
– Jak to jest w ogóle możliwe?! Byłem pewien, że już po tobie. Było już po tobie! Co się stało, co z twoimi ranami?
– Nie wiem… - kapitan sama nie wiedziała, jak to możliwe - Też myślałam…
Elian przykucnął. Suì-Fēng poczuła nagle dotyk chłopaka w miejscu, gdzie była jedna z ran. Zareagowała dość ostro.
– Co ty…
– Ciekawe... Nie spodziewałem się, że to tak długo trzyma…
– Hej, mówię do ciebie! Co ty mi robisz?! Zabieraj te…
– Na serio nie czujesz?
– Niby czego…
Nagle ją olśniło. Właśnie, czego? Nie czuła niczego, poza dotykiem Eliana. W miejscu, gdzie Mau przebił ją mieczem. Sama odruchowo dotknęła tego miejsca. Nie było tam żadnej rany. Obie zasklepiły się, nie było po nich żadnego śladu.
– Cóż, chyba mam jednak łeb do medycyny, nie. - skwitował to chłopak - Myślisz, że zrobiłbym karierę w Czwartym…
Nagle wyczuł czyjeś Reiatsu. To z którym on i Suì-Fēng zmagali się tyle czasu.
– Wciąż żyje.
– Co takiego?
Oboje spojrzeli na pozostały po zaklęciu Eliana krater.
– Nie można go tak zostawić. - odparł chłopak - Dla człowieka takie rany są śmiertelne, jednak Raashí bez problemu się zregeneruje, nawet jeśli zajmie mu to dużo czasu.
– Trzeba go wykończyć. - dodała Suì-Fēng
– Czyń zatem honory, kapitanie.
Kobieta podeszła do krateru. W samym jego środku leżał Mau. Zaklęcie nie było na tyle silne, by go zabić, zadało mu jednak dotkliwe rany. Całe jego ciało było poparzone, w niektórych miejscach kompletnie zwęglone. Mężczyzna leżał na plecach, nie mając sił, by wstać, czy choćby poruszyć palcem. Nadal jednak był przytomny.
Suì-Fēng bez wahania podeszła do niego. Wiedziała, że nie stanowi on już zagrożenia.
– Błąd… - odezwał się nagle Raashí
– Co takiego?
– Głupi błąd nowicjusza. Byłem zbyt pewny siebie, upojony własną mocą nie wierzyłem, że możecie mi zagrozić. Uczono mnie, że o bitwie przesądza dopiero jej koniec, nie należy tracić koncentracji, dopóki nie będziesz absolutnie pewny, że walka dobiegła końca. Cóż, widać nienajlepszy ze mnie uczeń. Zbyt wcześnie wypuścili mnie z Mangāi…
– Po co mi to mówisz?
– To problem? Wam nie zdarza się wylewność w obliczu śmierci? Jesteś zabójczynią, prawda? Widać to choćby po sposobie walki. Nie miałaś okazji już tego doświadczyć? Nie jestem przecież pierwszą twoją ofiarą.
– Nie rozmawiam z wrogami.
– Nie? Czyż nie rozmawiamy teraz właśnie?
Mimo swojego stanu Mau wydawał się być w dobrym humorze. Mężczyzna spoglądał na kobietę z uśmiechem. Dla Suì-Fēng było to niepojęte. I trochę ją irytowało.
– Wiesz, nie potrafię pogodzić się ze swoją śmiercią. Nie boję się, nic z tych rzeczy, tylko jestem ciekaw… Jak długo mnie nie było, jak wiele się przez ten czas wydarzyło. Twierdzisz, że Klan zaatakował Seireitei. Z początku nie dawałem temu wiary, ciężko było mi uwierzyć, że Shinigami zdołaliby odeprzeć nasze siły. Jednak przekonałem się, że to może być prawda… Widząc tego chłopaka.
Kobieta doskonale wiedziała, kogo Raashí miał na myśli.
– Szokujące, że spośród tylu mieszańców znalazł się jeden, który sprzeciwił się Klanowi. I to tak wyjątkowy… Mówiąc szczerze mieliście pecha, trafiając na nas. Nie mieliście jeszcze okazji zobaczyć, na co nas stać.
– Nie przestraszysz mnie, Raashí.
– Z pewnością… Cóż, widzę że nie masz zbytnio ochoty na rozmówki. Kończ już zatem.
Suì-Fēng nie trzeba było tego powtarzać. Przyklękła obok niego, celując Suzumebachi w sam środek Pszczelego Kwiatu.
– Szkoda tylko, że nie zobaczę, jak się to skończy…
Wbiła kolec w jego serce.
– Śpij, Raashí.
Jad zawarty w jej Zanpakutō zaczął rozchodzić się po ciele mężczyzny. Nie czuł bólu. Był spokojny, rozluźniony, w żaden sposób nie obawiał zbliżającej się śmierci. Nadal się uśmiechał.
– A więc… Dobranoc, pani kapitan.
Zamknął oczy. W końcu trucizna objęła swoim działaniem całe jego ciało. Mau zniknął nagle w rozbłysku fioletowego światła, pozostał po nim jedynie Pszczeli Kwiat, również mieniący się purpurą. Po kilku sekundach i on zniknął. Po mężczyźnie nie pozostał żaden ślad. To był koniec.
– Udało się…
Elian stał na krawędzi krateru. Wyglądał na wyjątkowo poważnego.
– Słyszałaś? Twierdził, że jest tylko uczniem.
– I co w związku z tym?
– Zastanów się chwilkę, jak myślisz, co to oznacza? Bądź ze sobą szczera, gdybym w porę nie zdążył, wykończyłby cię. Nawet we dwójkę mieliśmy z nim problemy. Skoro jeden nowicjusz bez problemów potrafił sobie poradzić z kapitanem, strach pomyśleć jaką mocą dysponują elita Raashí.
Nie odpowiedziała mu nic.
– Do tej pory mieliśmy wyłącznie szczęście. Nie ma co liczyć na to, że następnym razem też tak będzie. Ich atak na Seireitei odparliśmy przez taktykę podjazdową, w bezpośredniej walce nie mieliśmy szans. Na pewno nam nie odpuszczą, jeśli znów zaatakują…
– Co to ma znaczyć?
Przerwała mu nagle. Suì-Fēng nadal stała do niego plecami, wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą leżał Raashí Mau. Chłopak nie widział więc jej twarzy, która stawała się coraz bardziej sroga, w miarę słuchania jego słów.
– Kiedy zrobił się z ciebie taki tchórz, Ahage? Zapomniałeś już, że należysz do Onmitsukidō? My nie czujemy strachu. Nie odczuwamy emocji, one przytępiają nasze zmysły, osłabiają nas. Musimy być skupieni na celu, na swojej misji. Nic innego nie może się liczyć. Zatem jeśli chodzi o Raashí powiem krótko…
Odwróciła się w stronę Eliana.
– Jeśli odważą się znów pojawić w Seireitei zabiję bez żadnego wahania. Bez względu na to, jak silni się okażą.
Chłopak wpatrywał się w kobietę z niekłamanym podziwem. Był pod wrażeniem jej zimnej krwi i opanowania.
– No tak… Wybacz. - odparł, uśmiechając się nerwowo - Z reguły nie miewam takich wątpliwości, to była chwila słabości…
Nagle urwał. Na ziemi tuż pod swoimi nogami dostrzegł coś nietypowego. Fioletowy, okrągły kryształowy dysk, idealnie gładki, oszlifowany tak, że kształtem przypominał soczewkę. Był pęknięty wzdłuż całej swojej średnicy.
– Co to tu…
Podniósł ów przedmiot. Był pewny, że nie jest to zwykły kryształ, wyczuwał od niego energię duchową, choć bardzo słabą. Wiedział że tego typu narzędzia wykorzystują Raashí. Elian zaczął uważnie się przyglądać temu dyskowi.
„Najwyraźniej to upuścił. Co to takiego może być? Może coś jest w środku. Chociaż jest pęknięte, raczej nie…"
– Ej, t… ty tam!
Chłopak odwrócił wzrok w stronę źródła tego głosu. Był mocno zaskoczony tym, co ujrzał.
– Hę? Skąd ty tu?
Ujrzał Ōmaedę, stojącego kilkanaście metrów dalej, ze swoim Zanpakutō wycelowanym w stronę Eliana. Mężczyzna był w pełnej gotowości bojowej. To właśnie tak zaskoczyło chłopaka. Jednak powagę sytuacji całkowicie psuło to, iż naszemu Pierwszemu Mopowemu Drugiego Oddziału niemiłosiernie trzęsły się nogi. Właściwie cały się trząsł. Chyba nie uśmiechała mu się wizja walki z chłopakiem. Co prawda nie był sam, razem z nim był cały Korpus Patrolowy. To druga zaskakująca rzecz dla Eliana.
– N… nie ruszaj się! - Ōmaeda kontynuował - Jesteś aresztowany!
Chłopak coraz bardziej był zdziwiony.
– Ty tak na poważnie? - chyba nie brał go na serio
– Nie stawiaj o… oporu! Inaczej b… będziemy zmuszeni cię…
Nie dokończył. Nagle tuż obok chłopaka pojawiła się Suì-Fēng, wydostając się z krateru. Z pewnością słyszała, co dzieje się na górze. Natychmiast skierowała wzrok w stronę mężczyzny.
– Co ty tutaj robisz, Ōmaeda?
– Pa… pa… - rzeczony wydawał się przerażony jej widokiem - Pani kapitan?
– Kazałam zostać w koszarach. Co to ma znaczyć?
– E…
Mężczyzna zaniemówił przerażony. Jakby nie patrzeć złamał rozkazy.
– Wiesz… - wtrącił się Elian - Osobiście odnoszę wrażenie, że chyba to do mnie ma sprawę. Jakby nie patrzeć uciekłem spod Senzaikyū, więc chyba jestem ścigany. A że musiałem się wrócić do Drugiego Oddziału po miecz, to się zorientował… Wziąłem go od niego i ruszyłem do ciebie.
– Co?
Suì-Fēng jakby dopiero teraz zorientowała się, że chłopak ma przy sobie swój miecz. Jak również, skąd go wziął. Znów spojrzała na Ōmaedę.
– Miałeś chyba go pilnować, a nie oddawać.
Wyglądała, jakby chciała zabić go wzrokiem. Ten zaczął trząść się jeszcze bardziej. Nietrudno się domyślić, że miał właśnie przerąbane.
– No bo… No… Bo no… No…
– Chyba zdajesz sobie sprawę, co to oznacza? Pomoc zbiegłemu więźniowi, niezależnie od jego intencji jest równoznaczne ze zdradą. A kara za zdradę jest tylko jedna…
Tu wydarzyła się rzecz dziwna. Nagle poczuła potężne klepnięcie w plecy, które mało nie zwaliło jej z nóg. Nietrudno się domyślić, kto był autorem tego ciosu.
– Hej, hej, powiało grozą, czyż nie?
Gdy tylko Suì-Fēng stanęła pewnie na nogach odwróciła się w stronę chłopaka. Jasne, że to był on! Choć w tej chwili stał sobie spokojnie, wpatrując się w niebo, udając, że nic się nie stało.
– Co ty wyprawiasz?!
– Ja? Nic takiego. - chłopak miał iście pokerową minę - Tylko sobie stoję, słucham… Nie poniosło cię trochę? To, że kolega dał się wyrolować nie znaczy od razu, że trzeba go słać na szafot, nie?
– Nie ty tu o tym decydujesz…
– Zresztą gdyby nie był takim ciapą, zabranie mu mojego miecza byłoby trochę bardziej skomplikowane, a wtedy nie byłbym w stanie uratować twojego odwłoka, pszczółeczko.
Elian pojechał teraz naprawdę ostro. Czerwona lampka aż pękła.
– Ahage… ja… cię… zaraz…
– No wiesz? Tak przy wszystkich? Wiem że są dorośli, ale…
Chłopak nadal był wyluzowany, aż dziw, szczególnie że pani kapitan miała właśnie ochotę go poszatkować. Z kolei to, co przed chwilą powiedział zabrzmiało dosyć dwuznacznie. Dotarło to najpierw do żołnierzy z Korpusu Patrolowego, którzy wpatrywali się na tą dwójkę mocno zdziwieni. Bo co oni mieli niby zamiar robić? Nawet Ōmaeda przestał się już trząść.
Szybko mu to jednak wróciło, gdy Suì-Fēng znów skierowała na nich swój wzrok. Zorientowała się właśnie, że ma widownię. Do tej pory chciała zamordować tylko Eliana, w tej chwili wyglądała, jakby chciała wszystkich posiekać.
– Wynocha stąd… - wycedziła - Wszyscy!
Nie trzeba było im tego dwa razy powtarzać. Cały Korpus Patrolu zniknął równie szybko, jak się pojawił. Wybitnie wściekła kobieta znów skupiła się na chłopaku.
– A co do ciebie…
– Czemu tak bardzo im zależy na jej śmierci?
Chłopak przysiadł na krawędzi krateru, wpatrując się w fioletowy dysk, który przed chwilą znalazł. Jeszcze przed sekundą był wyluzowany, wesoły, trochę nawet za bardzo. Teraz popadł w melancholię, na jej twarzy zniknął uśmiech, zastąpiony smutkiem, zmartwieniem. Suì-Fēng nie potrafiła zrozumieć tej nagłej zmiany. Wszelka wściekłość natychmiast z niej uszła. Teraz była przede wszystkim zdziwiona.
– O co…
– Z początku sądziłem, że chodzi im o mnie, próbowali mnie przekabacić na swoją stronę. Nie dałem się, nie byli w stanie też mnie zlikwidować, więc zmienili cel. Tylko czemu ona? Co Rukia takiego w sobie ma, że próbują ją zabić? I to od kilkudziesięciu lat, jak się okazuje. Przez dekady na nią polowali, choć bezskutecznie jak do tej pory. Do tej pory… Czemu mam wrażenie, że gdyby nie ja, w życiu by jej nie znaleźli?
Kobieta nie ośmieliła się mu przerwać. Słuchała Eliana, będąc zaskoczona jego podejściem. Naprawdę martwił się o Kuchiki, czuł się wręcz winny jej problemów. Nie znała go od tej strony. Od momentu w którym spotkała go po raz pierwszy w tamtym lasku jawił się dla niej jako zadufany w sobie chłopaczek, mający w nosie wszystko i wszystkich. Kompletnie lekceważył wszystko, co do niego mówiła, nawet jeśli była kapitanem jej rozkazy wykonywał tylko gdy miał akurat na to ochotę. Zdołała go w końcu przytemperować, choć na krótko, chłopak był kompletnie niereformowalny. Od samego początku wiedziała, że będą z nim kłopoty. I nie chodziło tylko o jego Makuta. Problemem był sam Elian i jego egoistyczne podejście do wszystkiego.
Tak myślała do tej pory.
Gdy został wydany rozkaz, by zatrzymać Eliana była pewna, że spróbuje uciec, kompletnie nie przejmując się tym, jakie zagrożenie może stwarzać dla Seireitei. Suì-Fēng jeszcze nigdy w życiu się tak nie pomyliła. Nie przyszłoby jej do głowy, że on sam dobrowolnie pozwoli zaprowadzić się do aresztu. Ani tego, że usłyszy od niego słowa, które powiedział, nim został zabrany. W tej chwili zdała sobie sprawę, że chłopak uciekł spod Wieży Skruchy, właśnie dla niej. Zrobił to tylko po to, by ją ocalić, nie przejmując się tym, że naraził się całemu Seireitei. Dotąd nie wierzyła, że Elian potrafiłby się tak poświęcić, szczególnie dla niej, osoby dla której non stop był złośliwy. A jednak troszczył się o nią. I tak samo troszczył się teraz o Rukię…
– Bardzo jesteś wściekła? - zapytał nagle chłopak
– Co…
– Wybacz mi, że znowu cię wkurzyłem. Atmosfera robiła się gęsta, musiałem jakoś odciągnąć twoją uwagę od… Ōmaeda po prostu jest ciamajdą, to wszystko. To nie powód by słać go na szafot. Mam nadzieję, że nic mu nie zrobisz za to, że dał się zrobić w balona.
– Mówiłam, że nie ty o tym…
– To tylko prośba. Po prostu źle bym się z tym czuł.
Znów to samo… Już po raz trzeci Elian pokazał swoją troskę o innych…
– A co ze mną? - spytał po dłuższej chwili - W końcu patrzysz właśnie na zbiega. W tej chwili zapewne powinienem znów trafić do aresztu. To zależy już tylko i wyłącznie od ciebie. Na pewno wiesz, co robić.
Nie całkiem. Suì-Fēng nie miała pojęcia, co ma w tej chwili zrobić z chłopakiem. Oczywiście powinna go w tej chwili zamknąć z powrotem w areszcie, gdzie czekałby na dalszy swój los. A biorąc pod uwagę, że został uznany za niebezpiecznego, zesłany do Wieży Skruchy, skąd jeszcze postanowił uciec, jego los był bardzo niepewny…
Znów się na tym przyłapała. Znów martwiła się o Eliana. Jednak tym razem nie zdusiła tego szybko w zarodku. Poddała się, nie próbowała nawet tego ukrywać. Naprawdę się martwiła, tak samo jak on wcześniej martwił się o nią. Wiedziała że gdy tylko chłopak wróci z nią do Seireitei źle to się może dla niego skończyć.
Elian nagle wstał.
– No cóż… - sięgnął po virdanę - Żeby tego nie przedłużać od razu oddam swój…
– Możesz iść.
Z początku miał wrażenie, że się przesłyszał.
– Co mówiłaś?
– Masz wracać do koszar i nie ruszać mi się stamtąd.
– Że… - nadal wydawało mu się, że słuch mu szwankuje - Mnie… puszczasz? A co…
– Nie słyszałeś? Zjeżdżaj stąd, nim zmienię zdanie.
Chłopak był w szoku. Nawet jeśli uratował jej życie nie liczył na to, że Suì-Fēng w jakikolwiek sposób się odwdzięczy. A już na pewno nie w taki sposób. Otrząsnął się dopiero po dłuższej chwili.
– Wiesz… miło wiedzieć, że masz jednak ludzie odruchy…
– Jazda!
Nic więcej już nie mówił. Widział, że kobieta toczy właśnie wewnętrzną walkę ze sobą, w końcu robi coś, co stoi w sprzeczności z jej światopoglądem. Chłopak nie chcąc jej przeszkadzać, począł się oddalać. Kapitan była teraz sama.
„Cholera… Co się ze mną dzieje? Czemu zaczęłam wątpić…"
– Suì-Fēng. - usłyszała głos za sobą
Elian wcale nie odszedł, co znów rozsierdziło kobietę. Odwróciła się gwałtownie.
– Kazałam ci chyba…
– Proszę o wybaczenie.
Chłopak ukląkł tuż przed nią z głową skierowaną w dół, na znak pokory i uległości. Nie spodziewała się ujrzeć czegoś takiego.
– Powiem tylko jedno, nim pójdę. Wiem, że odkąd tu jestem zalazłem ci mocno za skórę, za co serdecznie przepraszam. Chcę tylko byś wiedziała, że prawdziwie darzę cię ogromnym szacunkiem, nie tylko jako dowódcę, lecz i jako Shinigami, wojowniczkę i przede wszystkim jako człowieka. A dziś… Było dla mnie najwyższym zaszczytem móc walczyć u twego boku, pani kapitan.
Suì-Fēng była w wielkim szoku, słuchając tych słów. Wpatrywała się w Eliana, stojąc osłupiała.
– Dziękuję za okazanie mi łaski.
Chłopak zniknął. Tym razem udał się już do Seireitei, pozostawiając kobietę samą, próbującą przetrawić wszystko, co dziś się wydarzyło, co całkowicie zmieniło jej spojrzenie na świat. W szczególności na jedną osobę.
– Dla mnie to również był zaszczyt, Elian.
Chciała mu to powiedzieć, nim zniknął, jednak zabrakło jej odwagi. Powiedziała to zatem teraz, chociaż dla siebie, by ostatecznie utwierdzić się w przekonaniu, że Ahage Elian nie jest tym, za kogo go dotąd uważała. Pomimo wariackiego podejścia do życia ma wielkie serce, gotów jest poświęcić się dla swoich przyjaciół, nawet dla zupełnie obcych mu ludzi, niezależnie od tego, jak będą go traktować.
„Właśnie… A my jak go potraktowaliśmy? Gdy wyciągnął do nas pomocną dłoń postanowiliśmy zrobić z niego marionetkę. A kiedy stał się bohaterem, ratując Seireitei przed Raashí my widzieliśmy w nim jedynie demona, którego trzeba odizolować od reszty. Czuliśmy strach. On o tym wiedział. Wiedział, że mu nie ufamy, jednak to nie przeszkodziło mu, by zaufać nam. Chciał nam pomoc w walce z wrogiem, którego nie znamy i którego do tej pory nie potrafimy zrozumieć. Nadal to robi, wciąż nam pomaga. Tak jak dziś… Uratował mnie. I przez to ma teraz kłopoty… Przeze mnie…"
Wciąż wpatrywała się w miejsce, w którym chłopak przed nią ukląkł.
– Ahage Elian… Okazałeś się być mądrzejszy, niż my wszyscy razem…
Ona również ruszyła w stronę Seireitei. Wciąż rozmyślając nad tym, co się wydarzyło…
Elian nie nacieszył się wolnością zbyt długo. Oczywiście zgodnie z rozkazem ruszył prosto do koszar. Jednak tam czekał na niego komitet powitalny. Gdy tylko otworzył bramę, prowadzącą na dziedziniec ujrzał porucznika Sasakibe, który rozmawiał właśnie z Ōmaedą. Nie byli sami, bo w towarzystwie około dziesięciu Shinigami z Pierwszego Oddziału. Chłopak domyślał się po co tu przyszli. Czy też po kogo.
Gdy tylko wszedł Sasakibe skierował się w jego stronę.
– Porucznik Drugiego Oddziału, Ahage Elian. - odrzekł - Mam rozkaz zabrać cię do generała Yamamoto.
Od razu domyślił się, że są tu po niego, choć był nieco zaskoczony tak szybką reakcją. Jak i faktem, że nie chcą zamknąć go od razu.
– Nie próbuj stawiać oporu, nie…
– Spokojnie.
Chłopak szybkim ruchem zdjął virdanę z pleców. Nim ktokolwiek zdążył na to zareagować położył miecz na dłoniach, kierując go w stronę mężczyzny.
– Chyba powinienem wam to oddać.
Mężczyzna był nieco zdziwiony jego postawą, jednak zachował fason. Miecz wziął jeden z Shinigami, po czym wszyscy udali się na miejsce przeznaczenia. Do biura kapitana Pierwszego Oddziału oraz generała Gotei 13, Yamamoto Genryūsaia Shigekuni. Zaprowadzono go pod same drzwi, gdzie wejść miał już sam. Chłopak wziął głęboki wdech i otworzył drzwi. Nie miał pojęcia, co go może tam czekać, choć spodziewał się najgorszego. Wszedł zatem do środka.
Ujrzał Suì-Fēng stojącą naprzeciw biurka generała. Był wyjątkowo zdziwiony jej widokiem. Ona zresztą również.
– Co ty tu…
– Jesteście już oboje. - zagrzmiał nagle Yamamoto - Możemy przejść do rzeczy.
Generał stał przed biurkiem. Chłopak stanął obok kobiety, czekając na to, co się wydarzy.
– Jak zatem macie zamiar wyjaśnić mi to, co się dziś wydarzyło? To co zrobiliście ociera się o zdradę! Postanowiłeś się zbuntować, chłopcze, uciekając podczas ceremonii przeniesienia spod Senzaikyū, choć sam wcześniej deklarowałeś, że nie będziesz stawiać oporu. Natomiast twoja wina, kapitan Suì-Fēng polega na tym, iż puściłaś go wolno, miast obezwładnić i zabrać z powrotem do Seireitei. W przeciwnym wypadku w Drugim Oddziale zjawiłby się z tobą, nie zaś sam, jak miało to miejsce. Wydawało się wam, że wasze działania nie zostaną dostrzeżone?! Że jestem ślepy i głuchy?! Natychmiast po twojej ucieczce dowiedziałem się o tym. Dowiedziałem się wszystkiego z zeznań porucznik Dziesiątego Oddziału, Matsumoto Rangiku oraz od porucznika Drugiego Oddziału, Ōmaedy Marechiyo, którego przesłuchano, gdy tylko wrócił…
– Przepraszam…
Elian postanowił przerwać generałowi, jakby nie wiedział, czym to grozi. Odezwała się w nim właśnie jego szalona, pozbawiona instynktu samozachowawczego natura.
– Rangiku-san… Bardzo się na mnie złości?
Nastała cisza. Suì-Fēng wpatrywała się w chłopaka zszokowana. W takiej chwili pytać o tak błahe rzeczy?
– Nie to jest tematem tej rozmowy! - Yamamoto się to nie spodobało - Chyba nie zdajesz sobie sprawy z tego, w jakiej jesteście teraz sytuacji, chłopcze! Oboje w tej chwili możecie zostać uznani za zdrajców i należycie potraktowani, ty jednak…
– To moja wina.
Tym razem to Suì-Fēng mu przerwała. I teraz to chłopak patrzył na nią zdziwiony.
– Nie byłoby nas tutaj, gdyby nie moja głupota. Powinnam zrobić to, co do mnie należy, unieszkodliwić Ahage nie zważając na okoliczności. Pozwoliłam na to, by to emocje zdecydowały za mnie. Zawiodłam jako kapitan i jako Naczelny Dowódca Onmitsukidō, wina spoczywa tylko i wyłącznie na mnie. Przyjmę wszelką karę, jaką…
– Chwila!
Elian postanowił interweniować. Im dłużej jej słuchał, tym bardziej był w szoku. Domyślał się, czemu to robi, czemu całą winę za to, co się dziś stało bierze na siebie. Nie miał zamiaru jej na to pozwolić. Nagle zatkał jej usta dłonią.
– Ona nie wie, co mówi! Przecież przyznała, że emocje teraz za nią decydują, a widać postanowiły pleść głupoty. Bądźmy szczerzy, że gdyby nie ja, to by nie było całego tego bajzlu. To ja postanowiłem zwiać spod Senzaikyū. Nieważne w tej chwili, po co. A Suì-Fēng próbuje mnie kryć, bo kwadrans temu ocaliłem jej skórę przez zabłąkanym Raashí, który urządził sobie wycieczkę po Rukongai. To przeze mnie cały ten cyrk i tylko ja ponoszę…
– Zabieraj tą łapę!
Podczas tej przemowy kapitan próbowała się pozbyć dłoni Eliana ze swojej twarzy. Okazało się to bardzo trudnym zadaniem, bo chłopak miał dość siły, by jego ręka trzymała się ust jak przyklejona. Po długiej batalii zdołała oderwać dłoń od siebie.
– Co ty właściwie wyprawiasz?!
– To moja kwestia! - Elian natychmiast skierował się w jej stronę - Co ci do łba strzeliło, że bierzesz wszystko na siebie?!
– Nic ci do tego! To jest wyłącznie moja sprawa, czemu…
– JAK TO WYŁĄCZNIE TWOJA SPRAWA?!
Suì-Fēng miała prawo mieć wyrzuty w stosunku do chłopaka i tego, co robi. Ale żeby Elian robił dokładnie to samo? I to z tego samego powodu?
– Przypominam ci, moja droga pani kapitan, że to ja tu jestem PORUCZNIKIEM! I to obowiązkiem PORUCZNIKA jest ratowanie swojego dowódcy! A nie odwrotnie! Twoim obowiązkiem jest teraz siedzieć cicho i nie przerywać mi, kiedy właśnie ratuje ci tyłek! Zrozumiano?!
Szok i niedowierzanie. Kobieta otrzymała właśnie solidny opiernicz. Coś, do czego zupełnie nie była przyzwyczajona. Do tego jeszcze od swojego PODWŁADNEGO! Wobec tego nawet nie zareagowała, stała jedynie patrząc na chłopaka z głupawą miną.
– WYSTARCZY JUŻ TYCH WYGŁUPÓW!
Oboje zapomnieli, że w biurze dowódcy Pierwszego Oddziału nie są sami. Generał Yamamoto postanowił im o tym przypomnieć.
– Zachowujecie się jak rozwydrzone dzieciaki! Zapominacie chyba…
– Generale. - Elian znów mu przerwał (ryzykant…) - Jestem gotów ponieść konsekwencje. Przyznaję, uciekłem spod Wieży Skruchy, choć sam wcześniej deklarowałem, że oddam się w wasze ręce. I to, że robiłem to, by ocalić kapitan Suì-Fēng, która walczyła właśnie z Raashí jest zupełnie bez znaczenia. Złamałem obietnicę, tracąc nie tylko wasze zaufanie, ale też i honor. Zarówno jako Shinigami, jak i jako Ahage Elian.
– Co ty… - kobieta nadal była w ogromnym szoku
– Siedź tam cicho! A więc, generale… - zwrócił się ponownie w stronę Yamamoto - Nieważne jak sroga będzie to kara, przyjmę ją.
Chłopak spuścił głowę, czekając na wyrok. Nastała długa cisza.
– Raashí, powiadasz?
Tym razem to Genryūsai zmienił temat, co było dość zaskakujące.
– Tak… Tak, nazywał się Raashí Mau.
– Czy został zabity?
Elian był nieco zdziwiony. W tym momencie powinien usłyszeć wyrok, a zamiast tego jest wypytywany o walkę z Mau.
– Tak, udało się nam go… zdjąć… Ōmaeda panu tego nie powiedział?
– Nie był o to pytany.
Cała ta rozmowa przybrała bardzo nietypowy obrót. Chłopak miał wrażenie, że jednak przeżyje. Choć nie było to do końca pewne. Generał obrócił się, okrążył biurko, po czym usiadł na fotelu.
– Podjąłem decyzję! Wasza niesubordynacja i lekceważący stosunek do praw rządzących Gotei jest w moich oczach równoznaczna ze zdradą, za którą istnieje tylko jeden wymiar kary.
Nie musiał kończyć. I Elian, i Suì-Fēng wiedzieli, co to znaczy. Spodziewali się, że za to, co się stało poniosą najwyższą karę.
– Jednakże… - kontynuował Yamamoto - Istotne są też okoliczności, w jakich doszło do tej „zdrady". Ahage Elian, choć złamałeś swoją obietnicę, zrobiłeś to w dobrej sprawie. Będąc świadomy konsekwencji postanowiłeś jednak uciec, by ruszyć z pomocą kapitan Suì-Fēng i wspomóc ją w walce z Raashí. Dlatego uznałem, iż odstąpię od wymierzenia tobie kary. Ty sam zaś jesteś teraz wolny.
Chłopak był w ogromnym szoku. Z początku nie dotarł do niego sens tych słów. Po dłuższej chwili jednak zrozumiał, iż Genryūsai właśnie go ułaskawił. Kolejną minutę poświęcił na to, by jakoś przetrawić tą wiadomość.
– Co się tyczy ciebie, kapitan Suì-Fēng. - generał zwrócił się w stronę kobiety - Nie dopełniłaś swoich obowiązków, jako Naczelny Dowódca Onmitsukidō, puszczając wolno tego chłopaka. Jednak w związku z tym, co powiedziałem przed chwilą twoja wina również zostaje wymazana.
Kobieta była teraz w tym samym stanie emocjonalnym, co stojący obok Elian.
– To wszystko! Możecie odejść!
I odeszli. Oboje, ramię w ramię wyszli z biura generała, nadal skołowani. To oszołomienie trwało, dopóki nie wyszli z Pierwszego Oddziału. Jeszcze idąc spacerkiem w stronę Oddziału Drugiego nie doszli od razu do siebie.
– Cóż… - Elian pierwszy odzyskał mowę - Chyba uratowaliśmy się nawzajem. Już myślałem, że mamy pozamiatane, nawet zacząłem sie zastanawiać, jakie tu są u was sposoby egzekucji i którym nas…
Suì-Fēng nagle się zatrzymała. Chłopak dość szybko to zauważył. Również stanął.
– Coś się stało?
– Jak ty to robisz?
– A… - oczywiście nie wiedział, w czym problem - Co robię? Bo jeśli to ci przeszkadza, to zaraz…
– Skąd czerpiesz taką siłę? Tą pewność siebie. Zawsze robisz to, co uważasz za słuszne, nie zważając na zdanie innych. Dotąd uważałam to za irytujące, myślałam, że jesteś zwykłym dupkiem, który ma w nosie to, co myślą ludzie. Ale teraz… Wszystko to robiłeś dla dobra ogółu. Dla nas. Pomagasz nam, nawet jeśli wiesz, że nikt ci nie ufa, szczególnie po tym, co wydarzyło się podczas oblężenia. Jednak ty nie przejmujesz się tym, nadal robisz wszystko, by nam pomóc. Jak dziś… Uratowałeś mnie… Nawet jeśli wiedziałeś, jak może się to dla ciebie skończyć. Skąd w tobie taka determinacja? Przez nią nawet ja zwątpiłam… w to co wierzę…
Elian słuchał jej bardzo uważnie.
– Ech… - westchnął - Wybacz. Chyba trochę ci namieszałem w głowie. Skąd ta determinacja? Powinnaś znać odpowiedź. Czy ty nie robisz tego samego? Wierzysz przecież w to, co robisz ty, kapitanowie, Shinigami. Ufasz, że to, co robicie jako Trzynaście Oddziałów jest słuszne i potrzebne. To twoje przekonania, które chcesz bronić, dla których zrobisz wszystko, nawet poświęcisz życie.
– Ale skąd wiesz, że to co robisz jest dobre? To znaczy…
– Pytasz o to, czy moja walka z Raashí jest słuszna?
W tym momencie kobietę zatkało. Po prostu źle sformułowała pytanie, jednak chłopak wziął to na poważnie. Nie spodziewała się, że rozmowa przybierze taki obrót.
– Chyba pierwszy raz w życiu zadajesz takie pytanie. Prawda? Zawsze wyglądałaś na osobę, która doskonale wie, co ma robić, niezależnie od sytuacji. Cóż… Ja wiele razy o tym myślałem. Co jeśli Raashí wcale nie są źli? Nie znamy przecież ich planów, może gdybym do nich dołączył, okazałoby się, że mają dobre zamiary. Ba, może nawet mamy wspólne cele. Ta wojna to po prostu zwykły konflikt interesów, jak zawsze zresztą. Ale przecież nie znamy ich interesów. Więc po co walczymy?
– Chyba nie mówisz poważnie?! Przecież…
– Chociaż, znalazłem powód, dla którego to robię. Rozumiem, że mogą to robić dla szczytnego celu. Rozumiem, że dla niego gotowi są do poświęceń. Cel uświęca środki. Rozumiem, że nie wahają się usunąć z drogi tych, którzy utrudniają im jego realizację. Na ich miejscu zrobiłbym dokładnie to samo. Jest tylko jedna rzecz, której nie rozumiem. Zabijanie zwykłych, niewinnych ludzi, którzy nie mają nic z tym wszystkim wspólnego. Pal licho ty, ja czy jakikolwiek inny Shinigami, skoro stoimy im na drodze to zrozumiałe. Ale to były zwyczajne osoby, które nawet nie mają pojęcia o nas, które nie widzą duchów. A to, co im robią… Widziałem to nieraz. Skoro są zdolni do takich potworności, kto wie co jeszcze strzeli im do głowy. Dlatego wiem, że są źli. I wiem, że należy ich zatrzymać. To jest odpowiedź na twoje pytanie.
Suì-Fēng wpatrywała się w Eliana z niekłamanym podziwem. Nie spodziewała się, że chłopak jest tak inteligentny. Jego słowa były pełni życiowej mądrości, o którą nie posądziłaby kogoś, kogo do niedawna uznawała za zwykłego dzieciaka. Myliła się, co do niego…
– Nie złamałeś obietnicy… - odrzekła nagle
– Co masz na myśli? - chłopak był nieco zdziwiony jej słowami
– Zapomniałeś, co mi powiedziałeś, nim cię zabrali do aresztu? Ja pamiętam. Przypomniałeś mi wtedy, czemu tu jesteś. By pomóc nam w walce z Klanem. Za wszelką cenę. I zrobiłeś to. Ratując mnie. Dziękuję ci…
Teraz Elian wpatrywał się w nią, kompletnie zszokowany. Nie spodziewał się takich słów z jej strony, uważał że jest na to zbyt dumna. Jednak zaskoczyła go… Pozytywnie…
– Nie ma sprawy… - chłopak czuł się lekko zakłopotany - W końcu po to tu jestem… Sama mówiłaś. E… To może ja wrócę do siebie do kwatery. Sprawdzę, czy mi czegoś przy remoncie nie zepsuli.
– Jasne…
– Tak… No to do… później.
Chłopak obrócił się na pięcie i ruszył przed siebie, spokojnym truchtem. Suì-Fēng odprowadzała go wzrokiem, dopóki nie zniknął za zakrętem.
„Ahage Elian… Czemu musisz być tak tajemniczy? Nie potrafię cię przejrzeć. To irytuje…"
– Jeszcze jedno!
Aż podskoczyła. To znów był Elian, który zmaterializował się tuż obok niej i wrzasnął jej wręcz do ucha. Wpatrywał się w nią ze swoim przerażająco szerokim uśmiechem, co ją trochę zaskoczyło.
– Jakbyś chciała pogadać, nie wstydź się. Wal do mnie jak w dym!
To również było zaskakujące. Kobieta nie wiedziała, co powiedzieć. I czemu tak nagle chłopak z tym wyskoczył (dosłownie zresztą). Zresztą ten nie dał jej nic powiedzieć, bo chwilę potem zrobił coś dziwnego. Położył swoją rękę na jej głowie.
– I nie duś w sobie emocji, Suì-Fēng! To niezdrowe!
I po tych słowach rozczochrał jej fryzurę.
– Co ty…
– Na razie!
Wystrzelił do przodu, natychmiast znikając jej z oczu. Chyba wolał nie czekać na jej reakcję. Choć nie miała zamiaru rzucić się na niego z pazurami, to raczej się jej to nie spodobało.
„Irytuje… Przede wszystkim irytuje."
Mimo to nie była na niego zła. Powoli jego wariactwa przestawały ją denerwować, nawet już trochę się do tego przyzwyczaiła. Zaczynała dostrzegać w nim miłą, wesołą osobę, której nie dało się nie lubić, czego doświadczała właśnie teraz. W istocie, sama zaczynała go lubić, może nawet czuć pewną sympatię…
– Podoba ci się, prawda?
Obok niej pojawiła się Shichi, która do tej pory tylko była bierną obserwatorką. Inna irytująca naszą panią kapitan osoba, choć nie w tej chwili. Gdy tylko usłyszała ten tekst, z pewnością nie była zirytowana. Przede wszystkim była teraz czerwona.
– Ej… co ty masz…
– No wiesz, jakoś tak dziwnie na niego patrzyłaś. W końcu Onii-chan jest całkiem… ładny. Może też to zauważyłaś i teraz się w nim…
– W nikim się nie zakochałam! - Suì-Fēng natychmiast zaprzeczyła
– A czy ja to powiedziałam? To twoje zdanie.
Choć Eliana kapitan zaczęła już tolerować, to dziewczyny już nie potrafiła obdarzyć taką tolerancją.
– Nie masz przypadkiem czegoś do roboty? - wycedziła
– Nic. Wypuścili mnie już Czwartego Oddziału, jestem już zdrowa i… Nudzi mi się. No… -
Shichi nagle zrobiła się trochę posępna. - To znaczy… Chciałam im pomóc, w końcu tak dobrze się mną opiekowały, pomyślałam że w czymś pomogę, trochę liznęłam medycyny i… Tylko tu chyba trochę inaczej się otwiera pacjenta, jak u nas, mniej… gwałtownie, bo jak to wszystko trysnęło, to…
– Nie kończ!
Suì-Fēng widziała właśnie tą scenkę oczyma wyobraźni. To… nie był przyjemny widok.
– No i… I mi powiedziały, że lepiej same się tym zajmą. No to poszłam…
Chwila bardzo niezręcznej ciszy.
– Wszyscy są tu dla mnie tacy mili… Choć do niedawna byłam wrogiem. Do tej pory trudno mi się przyzwyczaić do tego, że nikt nie przejmuje się tym kim byłaś, czy kim jesteś. Albo jak wyglądasz… Moja rodzina… Przez pewien czas starałyśmy się żyć wśród ludzi, próbując się jakoś zaaklimatyzować. Ale ludzie nas nie chcieli. Byłyśmy zbyt odmienne, zaczęli nas unikać, co szybko przerodziło się w strach. Nasz wygląd, nasz sposób bycia… I nasze zdolności. Bali się nas. W końcu nas przegnali. Musiałyśmy się więc ukrywać, ilekroć ktoś nas zauważył trzeba było uciekać. Nigdzie nie zostawałyśmy dłużej, niż kilka tygodni. Wieczna ucieczka. Tak wyglądało całe moje dzieciństwo.
Ta nagła wylewność była dla kobiety szokująca. Nie miała pojęcia, czemu Shichi opowiada jej teraz historię swego życia. Wiedziała tylko, że nie powinna jej przerywać. Słuchała więc.
– W końcu znalazł nas Klan Raashí. Udzielił nam schronienia. Choć za pewną cenę. Ja miałam zostać wyszkolona, stać się jednym z nich. Rozdzielono nas. Uczono mnie, jak walczyć, jak zabijać. W międzyczasie dano mi Nikitę. Trwało to kilkanaście lat. Ciągłe treningi, ciągła nauka. Mówiono mi, że ludzie są zbyt ograniczeni, prymitywni, nawet teraz kiedy zaszli tak daleko, że nie są w stanie samodzielnie sprawować nad sobą władzę, decydować o swoim życiu. Wierzyłam w to. Wiele razy widziałam, do czego ludzie są zdolni. Byłam pewna, że to co robimy jest słuszne.
Dziewczyna umilkła na chwilę.
– Po moim szkoleniu przeniesiono mnie do Karakury. Poznałam tam naszego mistrza. Był zimny niczym lód, nie okazywał żadnych emocji. Bałam się go. Dopóki nie poznałam go bliżej. Zaopiekował się mną, spędzaliśmy ze sobą wiele czasu. Ciężko powiedzieć, że byliśmy razem szczęśliwi, choć na pewno wypełniał moją lukę w sercu po opuszczeniu rodziny. A i jego serce stało się jakby pełniejsze po… Opowiedział mi swoją historię. O tym, co robił, nim trafił do Klanu, o życiu między ludźmi, pełnym strachu, że w każdej chwili wejdą do twojego domu i uczynią ci krzywdę. Życie takie, jak moje, a nawet jeszcze gorsze. Ja nawet wtedy nie byłam sama, w przeciwieństwie do niego. Przez całe stulecia żył wśród ludzi sam. Wtedy zrozumiałam, że pod tą jego kamienną maską Nii-sama cierpiał, skrył głęboko w sobie swoje smutki, by nikt nie mógł ich ujrzeć. On…
– Nazywa się Raashí Nuuvuk, mam rację?
Suì-Fēng w końcu postanowiła się odezwać. Shichi spojrzała na nią zdziwiona.
– Skąd…
– Po prostu skojarzyłam fakty. Sama wcześniej mówiłaś, że to on dowodzi Raashí w Karakurze. Mówiłaś mi nie tylko o tym… To jego próbujesz uratować?
Z początku nie odpowiadała, wciąż była mocno zaskoczona tym, iż kobieta się tego domyśliła. Nie pamiętała, żeby tak wiele mówiła…
– Tak… To on. - odpowiedziała w końcu
– Naprawdę sądzisz, że jest tego wart? Spójrz, co zrobił, do czego doprowadził. Skoro wami dowodzi, znaczy to, że Seireitei zostało tak zniszczone z jego rozkazu. Nie wspominając o tym, czego dokonali Raashí w Karakurze, mordując tak wiele istnień. Naprawdę sądzisz, że ktoś, kto dopuścił się takiego bestialstwa…
– To nie jest jego wina!
Dziewczyna nagle się uniosła. Suì-Fēng nie zareagowała na to, choć była tym nieco zdumiona.
– Do niedawna ja też byłam wrogiem, prawda? Ja również robiłam straszne rzeczy, bo byłam pewna, że to musi być słuszne. Nii-sama nadal tak uważa. Ale ja przejrzałam na oczy, zrozumiałam że to jest złe. Wiem, że jeśli doświadczy tego, co ja doświadczyłam tutaj również zmieni zdanie…
– Co masz na myśli?
– My chcemy tylko żyć tu w spokoju. Ja, moja rodzina, Nii-sama. W całym Klanie jest takich wielu, którzy trafili tam, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Nie pochodzimy z tego świata. I nie możemy wrócić. Dlatego szukamy zrozumienia wśród ludzi dla tego, czym jesteśmy. Przez całe życie myślałam, że to niemożliwe, że ludzie zawsze będą nas nienawidzić. Wszyscy tak myślimy. Jednak ktoś udowodnił mi, że się myliłam.
– Kto…
Kapitan nie dokończyła pytania. Wiedziała już, o kim mowa.
– Elian pokazał mi, że mogę żyć razem z ludźmi, razem z nimi cieszyć się szczęściem. To właśnie dla niego odeszłam od Klanu. Wiem, że on pomoże mi pokazać innym, że jest dla nas tu miejsce. Obiecał mi to, że z jego pomocą Nii-sama również to zrozumie. A potem wspólnie uwolnimy cały Klan, uwolnimy ich serca od smutku. Wiem to…
Znów zapadła cisza. Suì-Fēng przyglądała się Shichi. Nie widziała jej twarzy, dziewczyna stała ze spuszczoną głową, wpatrując się w ziemię. Wyglądało to dość niepokojąco.
– Wszystko do…
Nagle poczuła silne uderzenie w bok. Naprawdę silne, które mało nie zwaliło jej z nóg.
– OKEJ! Właśnie przeżyłam wewnętrzne oczyszczenie duchowe! Znów mogę cieszyć się życiem!
Pani kapitan właśnie poczuła potęgę Pięści Sprawiedliwości, więc nie podzielała zbytnio tego entuzjazmu, który zresztą pojawił się wręcz znikąd. Shichi jeszcze przed chwilą była pełna melancholii, smutku, co już samo w sobie wydawało się nietypowe. Jeszcze dziwniejsza była ta nagła transformacja, znów była wiecznie uśmiechniętą, choć lekko stukniętą dziewczyną. Do tych zmian nastroju Suì-Fēng nie była jeszcze przyzwyczajona. Zresztą nie to ją teraz interesowało. Shichi chyba zmiażdżyła jej nerkę…
– A coś ty taka skrzywiona? - dostrzegła jej zbolałą minę - Uśmiechnij się w końcu! Mamy piękny dzień, na niebie żadnej chmurki, słoneczko świeci i razi nas po oczach. Więcej optymizmu!
Cóż, trudno o optymizm, kiedy czyjaś pięść rozbija ci wnętrzności. Dziewczyna chyba nawet nie zauważyła źródła tego braku entuzjazmu u Suì-Fēng.
– To ja nie przeszkadzam. Ruszam głosić dobrą nowinę! Na podbój świata!
I ruszyła. Wystrzeliła do przodu, momentalnie znikając kobiecie z oczu, której w międzyczasie ból nerki już przeszedł. Choć nadal nie potrafiła pojąć, co przed chwilą zaszło.
„Czy oni wszyscy są tacy… Tacy?"
Nie mogła jednak zignorować tego, co mówiła jej Shichi. Ciężko było jej myśleć o Raashí w sposób, w jaki dziewczyna ich widziała. Zagubieni w nieznanym sobie świecie, starający się jedynie znaleźć sobie w nim własne miejsce. Dotąd Suì-Fēng widziała w nich tylko bestie, których jedynym celem jest zabijanie. Nadal tak twierdziła. Choć z pewnymi wyjątkami, jak Shichi właśnie. Nawet jeśli ona wydawała się całkiem w porządku, nie wierzyła w to, że z pozostałymi jest inaczej. Ona nie…
„Naprawdę w to wierzy… W to, że ich przekona. I wierzy w niego. Wierzy, że z jego pomocą zdoła tego dokonać."
Znów wróciła myślami do pewnego chłopaka…
– Więc lepiej, żebyś tego nie spieprzył, Ahage.
Po czym i ona oddaliła się, kierując się w stronę Drugiego Oddziału.
Elian był w drodze do swojej kwatery. Wcale nie szedł tam na inspekcję swoich rzeczy. Choć były mu potrzebne.
„Ten dysk…"
Wyjął dysk zza pazuchy. Po walce z Mau zabrał go ze sobą, w nadziei, że znajdzie w nim kolejny element układanki, coś co wyjaśni obecność Raashí w Karakurze i w Społeczeństwie Dusz.
„Mam nadzieję, że są w nim jakieś dane, pomimo tych uszkodzeń. O ile to do tego służy. W księdze nie było niczego na temat takich obiektów, więc nie wiem, czy moje rozumowanie jest słuszne."
Zatrzymał się nagle, tuż przed bramą Drugiego Oddziału.
– Chyba że ty coś wiesz na ten temat. - odrzekł
Stojąc obok, wyglądało to dziwnie. Jakby chłopak mówił sam do siebie. Choć stojąc obok nie można było usłyszeć głosu Białego Smoka.
– Skąd ten pomysł?
– A jak myślisz? Wiele razy dałeś mi do myślenia, że wiesz więcej o Raashí, niż chcesz powiedzieć. Więc pewnie domyślasz się, do czego…
– A jaki miałbym mieć powód, by korzystać z takich rzeczy? Nie jestem Raashí, niepotrzebna mi ich technologia. Nie mam takiej potrzeby.
– Ech, wystarczyło powiedzieć, że nie wiesz.
Gdy tylko przekroczył bramę udał się w stronę swoich koszar. Na najwyższe piętro, do ósmego pokoju, licząc od schodów.
– No dobra, jak by się tu do tego dobrać? - mówił do siebie - Ten dysk został zrobiony w zupełnie inny sposób, niż opisany w księdze. To trochę komplikuje sprawę, jeśli coś w nim jest, zostało to zapisane również inaczej. Trzeba będzie to jakoś złamać…
Otworzył drzwi do swojej kwatery. To co zobaczył było dla niego szokiem.
Nie, nic nie zostało zniszczone. Ani podczas remontu, ani nawet w trakcie oblężenia. Jego pokój wyglądał tak, jak zawsze. Z jednym drobnym szczególikiem…
Na samym jego środku stała pewna ciemnoskóra kobieta. Nago… No cóż, prawie, bo właśnie zdejmowała dolną część garderoby. Stała tyłem do wejścia. I właśnie się pochylała…
– CO TU SIĘ…
Ciśnienie omal nie zmiażdżyło chłopakowi mózgu. Nie spodziewał się ujrzeć czegoś takiego. Z wrażenia poleciał do tyłu. Niestety, taras był stosunkowo wąski… I balustrada też niewiele pomogła. Elian poleciał trzy piętra w dół, lądując twardo na plecach, na kamiennej posadzce.
– Hę? Kto tam?
Dopiero teraz Yoruichi zorientowała się, że coś się dzieje. Głównie po wrzasku chłopaka. Odwróciła się, dostrzegła otwarte drzwi, jednak nic poza tym. Nikogo tam nie było. Nie przejęła się zbytnio tym, że była nieco na widoku, przebierała się dalej.
Chłopak po minucie się podniósł. Trochę obolały, jednak poza tym upadek z trzeciego piętra nie wyrządził mu żadnej krzywdy. Jedyny plus był taki, że od tego uderzenia ciśnienie mu spadło. Nadal czerwony i nieźle wkurzony wdrapał się z powrotem na górę. Gdy wrócił do kwatery kobieta zdążyła się już w większości ubrać. Miała już na sobie spodnie oraz swój bojowy kostium.
– Elian? - z jakiegoś powodu była jego widokiem zaskoczona - To ty tak hałasujesz?
– Mogę wiedzieć, co ty tutaj wyprawiasz?!
– No co? Przebierałam się. Przecież nie będę chodzić cały czas w tych samych ubraniach.
– Ale czemu tutaj?!
– Miałam się przebierać na zewnątrz? Nie bardzo rozumiem, o co ci chodzi. Chciałbyś, żebym się…
W tym momencie Yoruichi zrozumiała, co wydarzyło się chwilę temu. I wprawiło ją to w bardzo dobry nastrój.
– Ach, rozumiem… - uśmiechnęła się do chłopaka - Czyżbyś wchodząc tu zobaczył trochę za dużo?
– E… A… E… - tyle tylko zdołał powiedzieć
– To dlatego jesteś taki rumiany na twarzy? Co? Chyba podobały się widoki? Sam chyba przyznasz, że jest na co popatrzeć. Może chciałbyś przyjrzeć się bliżej…
– Nie o to mi chodzi! - Elian przerwał, czując kolejny wzrost ciśnienia - Co ty robisz u mnie w pokoju?!
– Już zapomniałeś? Zostanę w Seireitei jeszcze na krótki czas, więc postanowiłam, że pomieszkam przez ten czas u ciebie…
– Nie mogłaś najpierw mnie spytać o zdanie?! Przecież to moja kwatera, wypadałoby…
– Zeszłej nocy jakoś nie miałeś takich problemów.
Twarz chłopaka zaczęła powoli odzyskiwać dawny kolor, jednak wystarczyło tylko wspomnienie ostatniej nocy, żeby znów przemalowała się na czerwień.
– A… Co miałem… Przecież bym cię nie wywalił…
– Ale nikt ci nie kazał spać razem ze mną, prawda?
Elian w tym momencie po prostu się zawiesił. Nie potrafił wymówić nawet słowa, coraz bardziej się czerwienił, a ciśnienie w jego głowie zwykłego człowieka dawno by już zabiło. Cóż, kobieta trafiła w samo sedno, w końcu chłopak miał zamiar wtedy spać na podłodze, gdyby nie to, że jednak się skusił…
– No… - odwrócił wzrok - Niby nie…
Oczywiście Yoruichi znów postanowiła się z nim podroczyć, korzystając z zaistniałej sytuacji. Choć tym razem chyba posunęła się za daleko. Zazwyczaj chłopak na jej „żarciki" reagował dość gwałtownie, jak choćby przed chwilą. Najczęściej prawił jej kazania o tym, jak bardzo nie uchodzi mówić czy robić takich rzeczy. Chyba nawet on też nie brał tego aż tak na poważnie. Zupełnie inaczej, niż teraz. Elian nagle zamknął się w sobie, zrobił się skryty, unikał jej spojrzenia. Nie wiedziała, czemu zaczął się tak zachowywać. Chyba za bardzo na niego naciskała.
– Ech… Współczuję twojej przyszłej dziewczynie. Pewnie wolałbyś zmienić temat.
Nie odpowiadał. Kobieta nagle spoważniała.
– A ja tak. Jest jedna rzecz, o którą chcę cię spytać. Co tu właściwie robisz?
Chłopak spojrzał na nią lekko zaskoczony, jakby nie rozumiejąc sensu tego pytania.
– A… Co ja…
– Całe Seireitei aż huczy. Uciekłeś spod Wieży Skruchy, a całą eskortę przywiązałeś do mostu zaklęciem. Mam nadzieję, że potrafisz to wyjaśnić.
– Owszem, potrafię. - Elian dość szybko się „odblokował" - Widać to, co stało się później nie dotarło jeszcze do opinii publicznej.
Wyjaśnił zatem. Opowiedział, czemu postanowił uciec. Opowiedział o Raashí Mau, o jego walce z Suì-Fēng. Wyjaśnił, że to z tego powodu musiał złamać swoją obietnicę, by ją uratować. Zdał Yoruichi relację z całego ich pojedynku, jak i ze spotkania z generałem w koszarach Pierwszego Oddziału.
– I tak po prostu was puścił? - spytała na koniec z niedowierzaniem
– W przeciwnym razie już dawno zleciałoby się tu całe Onmitsukidō, prawda?
– Z pewnością. Choć brzmi to naprawdę niedorzecznie… Ciężko mi uwierzyć, że Suì-Fēng się za tobą wstawiła, nawet jeśli uratowałeś jej życie.
– Ja tym bardziej byłem w szoku.
– Więc mówisz, że ten Mau szukał Kuchiki Rukii…
– I to od kilkudziesięciu lat, bo nie miał pojęcia o tym, że została Shinigami. Cały ten czas szukał jej w Rukongai. Już to jest szokujące, Raashí od tak dawna infiltrują Społeczeństwo Dusz. A poza tym, czego oni od niej mogą chcieć?
– Czym tak im się naraziła, że ścigają ją już tak długo?
– Właśnie. Znalazłem chyba coś, co może nam to wyjaśnić.
Chłopak wyciągnął purpurowy dysk, pokazując go Yoruichi.
– Wydaje mi się, że w nim znajdują się jakieś informacje. Choć jest pęknięty, to mam nadzieję, że coś z niego wyciągnę. Tylko nie wiem, jak się do tego dobrać.
– Miałeś już do czynienia z ich technologią, powinieneś sobie poradzić.
– Nie z taką. Ten dysk zupełnie odbiega od tego, co dotąd miałem okazję widzieć, jest znacznie bardziej zaawansowany. Nie mam pojęcia, w jaki sposób może działać, ani tym bardziej, jak wyciągnąć z niego jakieś informacje, jeśli faktycznie tam są.
– Cóż… Ja ci w tym niestety nie pomogę. Może Shichi coś będzie wiedziała…
– Kto?
Elian nagle się ożywił, ku lekkiemu zdziwieniu kobiety.
– No… Shichi… Była przecież w Klanie, powinna się na tym znać…
– Jasne, że tak! Gdzie teraz jest?
– Skąd mam wiedzieć? Ostatnio była w Czwartym Oddziale…
– No jasne, że była w Czwartym! Ale chyba już ją wypuścili. to… Może być wszędzie! Trzeba ją będzie znaleźć!
Yoruichi zaczęła się nieco niepokoić jego zachowaniem. Nagle chłopak zrobił się wyjątkowo gwałtowny, zaczął strasznie szybko mówić, jego źrenice się zwęziły, a jego usta wyszczerzyły się w przerażająco szerokim uśmiechu. Już raz widziała go w takim stanie. Kiedy próbowali znaleźć Linaga…
– Nie ma co tracić czasu! Lecę jej szukać!
Obrócił się na pięcie i wybiegł z pokoju.
– Dzięki serdeczne, Yoruichi!
Wskoczył na balustradę, po czym wystrzelił naprzód z przerażającą szybkością. Kobieta wpatrywała się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał. Była nieco skołowana jego zmianą nastroju, szczególnie na tak wariacki.
– Naprawdę… Współczuję jego przyszłej dziewczynie. Która z nim wytrzyma?
Elian frunął przez całe Seireitei, ponad głowami zadziwionych Shinigami, którzy nie widzieli niczego, poza smugą, jaką po sobie zostawiał. Wpatrywali się zdumieni w to niecodzienne zjawisko. Na jednej osobie wywarło to szczególne wrażenie…
– To on… Jestem tego pewny.
– Skąd to wiesz? Przecież go nie czuć.
– Nie po Reiatsu. Wyczuwam jego żądzę krwi. Szuka walki… Tak, jak ja.
– Będziesz z nim walczyć, Ken-chan?
– O tak… To może być najlepsza walka w moim życiu.
