Jest! Ta daam! Kolejny rozdział!
Mam wrażenie, że jest jakiś inny niż poprzednie, ale to może być tylko wrażenie. No i czy inny znaczy gorszy? Mam nadzieję, że nie!

W każdym razie zapraszam do czytania i bardzo dziękuję za komentarze, bez nich zapewne nic by nie było, więc hej, to nasza wspólna praca! :D

No. Więc do czytania!

Dobrej zabawy i zachęcam do pozostawienia po sobie śladu!


- Nie wychylaj się – syknęła Ginny, uderzając ramię chłopaka. Tamten spojrzał na nią z wściekłością.

- Dotknij mnie jeszcze raz, a-

- Ciii!

Obydwoje przywarli plecami do chłodnego marmuru, zatrzymując oddechy, gdy głosy zza kolumny zaczęły się zbliżać.

Idźcie dalej, tu nic nie ma, tylko jeden dupek i jedna wyrodna Gryfonka, idźcie dalej.

Jednakże gdzieś w górze ktoś musiał przeoczyć modły dziewczyny, bo trójka uczniów zatrzymała się tuż przy ukrywającej się parze. Teraz dzieliła ich tylko kolumna.

Ginny spojrzała z rozpaczą na blondyna, który stał obok niej z miną cierpiętnika. Nie odwzajemnił spojrzenia i Gryfonka poniekąd rozumiała, że tak jest nawet lepiej.

W korytarzu zabrzmiał głośny śmiech jej brata, któremu zawtórowały dwa inne. Żadne z nich nie brzmiało, jakby mieli zamiar iść dalej.

Gryfonka jęknęła wewnętrznie, a Ślizgon wywrócił oczami.

„Co teraz?", zapytała bezgłośnie, wbijając spojrzenie w swojego towarzysza. Tamten tylko wzruszył ramionami. Gryfonka wydęła usta. Dzięki za wsparcie. Bardzo je sobie cenię.

Głosy trójki uczniów zaczęły się oddalać, a ukrywająca się para ruszyła, przywarta do ściany, w przeciwnym kierunku.

Gdy znaleźli się w bezpiecznej strefie, Ginny wypuściła powietrze, które do tej pory wstrzymywała.

- To miał być opuszczony korytarz, Malfoy! - krzyknęła z pretensją na chłopaka, który właśnie poprawiał swoje szaty. Ślizgon rzucił jej pogardliwe spojrzenie.

- Bo był opuszczony. Tylko zespół spod ciemnej gwiazdy wlezie wszędzie. Czego oczekiwałaś?

- Że nie zostaniemy zobaczeni, szczególnie przez mojego brata i Harry'ego.

- Generalnie nie za bardzo mnie to obchodzi. Szczególnie twój brat i Harry – wypluł ostatni wyraz, jakby się krztusił.

Ginny wydęła policzki.

- No a powinno, bo jeśli się o tym dowiedzą, to zrobi się tu małe piekiełko.

- Dowiedzą o czym? - przy zadaniu pytania spojrzał na Gryfonkę z taką intensywnością, że dziewczyna mimowolnie zarumieniła się.

- No… no o naszych… Denerwujesz mnie!

- Ja denerwuję ciebie? - warknął, przybierając oblicze typowego Malfoya. - Klasyczny Gryfon – wycedził. - Kryję się po kątach, jak byle szczur, przed trzema Gryfonami bez polotu, tylko dla twojej wygody, poświęcam ci czas, nie robię krzywdy, choć prosisz się o to każdym swoim atomem i tak właściwie to powinni mi przydzielić rangę świętego po spędzeniu z tobą tylu godzin i mówisz, że ja denerwuję ciebie?

- Tak, a ja to opłacam nie uciekaniem z krzykiem przed twoim jaśnie majestatem, który prezentujesz z każdym krokiem.

- Bo ja, Weasley, mam przynajmniej co prezentować – warknął, mrużąc oczy.

- To wybacz, ale nie doceniam twojego pokazu. Znajdź sobie mniej wymagającą widownię.

- Niżej zejść już się nie da.

- Wiesz co, weź swoje ego pod pachę i idź sobie – prychnęła Gryfonka, krzyżując ręce na piersi.

- A oto gryfońska wdzięczność – sarknął, wygładzając szatę. - Dorośnij, dzieciaku – rzucił przez ramię i szybkim krokiem ruszył w przeciwną stronę.

Ginny miała ochotę tupnąć nogą.

- Sam jesteś! - krzyknęła za nim, jednak nie wiedziała, czy ją usłyszał.

Dziewczyna przymknęła oczy i wzięła głęboki wdech. Na chwilę wstrzymała powietrze, a potem powoli wypuściła.

Zapewne byłaby bardziej zła, gdyby nie była przyzwyczajona do tego, że ich spotkania kończą się przynajmniej krzykiem i na pewno obrażaniem i żalami.

Ginny postanowiła, jak po każdej takiej dyskusji, że udowodni Ślizgonowi, że i sama umie sobie poradzić, więc za kierunek obrała bibliotekę. I postanowienie zapewne miało zostać porzucone przy napotkaniu pierwszych tematów, których nie cierpiała. Bo jeśli coś w ich współpracy było dobre, to fakt, że byli nieźli w całkowicie innych działach. Więc Malfoy zajmował się rzeczami, którymi ona gardziła, a ona przygotowywała materiał z rzeczy, których dotknąć nie chciał Malfoy.

Działało, dopóki nie zaczynali się kłócić. A do kłótni mieli wiele tematów, choć zazwyczaj głównym powodem wymiany sprzecznych opinii była jawność ich współpracy. Mówiąc prościej: Ginny wolała schować się nawet w schowku na miotły, byle nie zostać zauważonym przez znajomych Gryfonów, szczególnie swojego brata lub Harry'ego, a Malfoy z drugiej strony miał w niewielkim poważaniu jej problemy, nie widząc powodu, by bawić się w chowanego.

A Złote Trio zdawało się być wszędzie. Ginny mimowolnie zastanawiała się, czy to przypadkiem nie jest znak od losu, mówiący, że natychmiast powinna zerwać współpracę.

Problem polegał na tym, że Ginny, mimo licznych kłótni, wcale nie chciała kończyć współpracy z Draco Malfoyem. Nie potrafiła tego wyjaśnić i pod jakimś względem nawet nie chciała.

I tak właśnie mijały ich kolejne spotkania.

oOo

Choć kłócili się często, to zazwyczaj godzili się równie prędko. Głównie dlatego, że obydwoje chcieli być przygotowani na test wyjątkowo dobrze, a kłótnie wcale w tym nie pomagały. Ginny zaczęła je traktować jako przerywniki dla urozmaicenia życia.

I właśnie dlatego zastanawiała się, dlaczego ich nie odzywanie się do siebie tym razem tyle trwa. Oczywiście nie zamierzała inicjować pojednania, duma jej na to nie pozwalała, jednakże zaczynała się niepokoić. Do niepokoju dołączyła także złość.

Nieodpowiedzialna fretka. Będzie mi odkupywał stracony czas.

Czasem nawet brała dziennik do ręki, by sprawdzić, czy przypadkiem do niej nie napisał, jednak strony pozostawały puste.

Myślałam, że tylko ja w tym zespole mam prawo do kobiecych fochów. No proszę, księżniczka ukradła mi rolę.

Pomyślała, gdy podczas posiłku mimowolnie spojrzała na brylującego wśród towarzyszy blondyna. Im bardziej był beztroski, tym większa irytacja narastała w dziewczynie. A on zdawał się być tego w pełni świadomym.

Ginny ze złością wbiła widelec w swoją pieczeń.

Na pytanie Colina o powód jej irytacji odpowiedziała „esej z eliksirów" i nie zdążyła go zatrzymać, gdy wybiegł z Wielkiej Sali, by odrobić zadanie domowe, które nie istniało.

Po kolejnym dniu milczenia i bycia w złości uznała, że zademonstruje Ślizgonowi swoją wyższość i wykona pierwszy ruch. W tym celu zebrała wszystkie materiały, które zdążyła przygotować i jak najschludniej włożyła je do teczki.

Trochę bolał ją żołądek, gdy szła korytarzem w poszukiwaniu chłopaka. Mimo wszystko zastanawiała się, czy przypadkiem nie pokłócili się na poważnie.

Jestem porażką człowieka. O co mi chodzi? Może jeszcze zacznę się martwić o jego delikatne uczucia? Przecież ja go nawet nie lubię.

Zmarszczyła brwi.

No bo nie lubię.

Rozglądała się wokoło, próbując znaleźć w tłumie uczniów znajomą blond głowę, jednak Ślizgon zaszył się pod ziemię. I to może dosłownie. A Ginny do lochów nie miała zamiaru schodzić.

Poświęcenie ma swoje granice.

W tym momencie Ginny uśmiechnęła się szeroko. Znalazła rozwiązanie swojego problemu.

- Zabini! Zabini, stój! - krzyknęła, próbując przepchnąć się przez tłum. Zignorowała wściekłe spojrzenia, którymi została obdarzona i dotarła do Blaise'a, który stał oparty o ścianę w trochę mniej zatłoczonym miejscu.

- Weasley! Brzmisz, jakbyś się stęskniła, schlebiasz mi – powiedział, przykładając rękę do serca. - A już sądziłem, że całkowicie o mnie zapomniałaś na rzecz mojego blond-towarzysza. Dobrze wiedzieć, że sprawy są po dawne-

- No tak właściwie, to ja w sprawie tego blond-półgłówka – przerwała mu z krzywym uśmiechem.

Blaise skrzywił się ostentacyjnie.

- To był ostateczny cios, moje serce teraz-

- Brałeś coś?

- Jesteś dziś kolejną osobą, która o to pyta.

- Więc powinieneś to rozważyć.

Chłopak machnął ręką.

- Mi z tym dobrze – powiedział i westchnął ciężko. - Ale niech będzie. Uracz mnie swoim problemem. I zejdź z drogi mas, bo cię zgniotą – dodał, wciągając ją głębiej w pusty kąt. Ginny odchrząknęła.

- Tak. Więc jak obydwoje dobrze wiemy, Malfoy to uciążliwa fretka-

- Nieźle się zaczyna.

- I lubi robić problemy. Więc i teraz robi problemy i chciałabym, żebyś mu przekazał, że i ja zrobię mu taki problem, że się nie pozbiera, jeśli będzie dalej mnie denerwował.

- Przekażę, że przepraszasz i pozdrawiasz – pokiwał głową Blaise i obrócił się na pięcie, chcąc odejść. Ginny złapała go za rękaw.

- Ja go wcale nie przepraszam! Ani pozdrawiam! - żachnęła się. - Powiedz mu, że jest pajac, żeby ruszył tyłek do roboty i daj mu te notatki – powiedziała, wciskając Blaise'owi teczkę w rękę. Ślizgon odepchnął je stanowczo.

- O nie, nie będę wyzyskiwaną sową pocztową! - prychnął, krzyżując ręce. - Jestem stworzony do wyższych celów.

- Zabini, po prostu mu to daj – westchnęła Gryfonka, opierając się o ścianę.

- Dlaczego sama tego nie zrobisz?

- Bo mam na niego alergię?

- To dlaczego spędzasz z nim tyle czasu?

- Bo Vera kazał?

- Podłe kłamstwo.

- Podła prawda.

- Wyparcie.

- Zabini.

- Nie.

- Dlaczego?

Przez chwilę patrzeli na siebie w milczeniu. Blaise tylko pokręcił głową.

- Bo nie. Sami się dogadujcie, ja swoje zrobiłem.

- Otóż to, Zabini, otóż to! To wszystko to twoja wina, więc dociągnij sprawę do końca!

- Moja wina? - oburzył się, podnosząc głos. - To z was dzikusy, ja was tylko cywilizuję!

- Ale ja chcę tylko-

- Nie będę nic między wami robił, bo jak pojawiam się na froncie, to obrywam, choć jestem niewinny. Staję się biedną ofiarą, o którą nikt nie dba na tym podłym świecie-

- Zabini – westchnęła Ginny. - Ja nie proszę o wiele. Weź notatki i już mnie nie ma.

- Aha! - krzyknął, celując w nią palcem. - Więc po prostu to jest wyzysk!

Ginny jęknęła przeciągle, łapiąc się za głowę.

Czy wszyscy Ślizgoni tak mają? Uszkodzony mózg to warunek przyjęcia do Slytherinu?

- Dobra, więc czego chcesz? - rzuciła z irytacją.

Blaise wziął głęboki oddech i położył dłonie na ramionach Ginny.

- Żebyście sami się dogadywali – powiedział wolno i wyraźnie. Gryfonka już chciała wywrócić oczami i strząsnąć jego ręce, gdy nagle obok nich rozległ się krzyk.

- ODSUŃ SIĘ OD NIEJ!

Zarówno Ginny jak i Blaise podskoczyli gwałtownie. Nim zdążyli zorientować się, co się dzieje, Ron już celował różdżką prosto w nos Ślizgona. Blaise uniósł obronnie ręce.

- Ron! - krzyknęła Ginny, łapiąc go za rękę.

- Odsuń się, Gin, zaraz go nauczę-

- Nikogo nie będziesz uczył! - warknęła, pociągając jego różdżkę w dół. Na twarz Blaise'a wypłynęła ulga.

Ron spojrzał na siostrę z zdezorientowaniem, a następnie na Ślizgona. Na twarz wypłynął mu czerwony rumieniec.

- Co tu się dzieje? - sapnął. Ginny zacisnęła usta.

- Rozmawiamy.

- Rozma… tak rozmawiacie? - krzyknął i obrzucił Blaise'a niedowierzającym spojrzeniem. - O czym ty w ogóle z nim rozmawiasz i od kiedy?

- O wszystkim i o niczym – wzruszyła ramionami, modląc się w duchu, by jakaś nieznana siła zabrała stąd jej brata. Spojrzała na Blaisa, zastanawiając się, jak go z tego wyplątać.

- Co-

- O ciężarze egzystencji, kontaktach międzyludzkich i wyzysku na jednostkach – przerwał Ronowi Blaise z rozbrajającym uśmiechem. Gdy sam zaciskał palce na swojej różdżce, wydawał się pewniejszy siebie.

Ginny skrzywiła się wewnętrznie.

Będzie dym.

Ron spojrzał ostro na Ginny.

- Co ty robisz z tym Ślizgonem? - zapytał wściekle. Gryfonka zmrużyła oczy.

- Nic, co powinno cię zainteresować. Co ty w ogóle robisz? Pracuję na swój image, a ty go psujesz, tracę respekt i-

- Co tracisz?

- No właśnie, Weasley, co? - parsknął Zabini. Tym razem i Ron i Ginny obdarzyli go miażdżącym spojrzeniem.

- O co tu chodzi? - zapytał Ron, krzyżując ręce na piersi. Ginny uniosła brwi.

- O nic nie chodzi, możesz iść

- Nigdzie nie idę, skoro moja siostra-

- Twoja siostra co?

- Prowadza się z – machnął ręką, wskazując na Blaise'a – tym!

- Ej, ja tu jestem! - wtrącił się Ślizgon i tym razem Ginny powtórzyła ruch brata, by uciszyć Zabiniego.

- Ronald, to z kim się prowadzam i po co się prowadzam, to moja-

- Wcale nie twoja!

- A weź ty się!

- Sama się weź!

- Widać, że się razem wychowaliście – wtrącił Blaise, jednak rodzeństwo postanowiło go zignorować.

- O co tobie w ogóle chodzi? - warknęła Ginny. Ron zamachał bezradnie rękoma.

- Zadajesz się ze Ślizgonami! O co tobie chodzi? - krzyknął, głosem podwyższonym o oktawę.

- Może po prostu zmądrzała i zaczęła doceniać nasz błyskotliwy intelekt? - do dyskusji włączył się nowy głos. Cała trójka spojrzała na blondyna, patrzącego na nich z dziwnym błyskiem w oczach. Ginny poczuła, jak jej żołądek zaczyna skręcać się w supły. Nie mogła odwrócić wzroku od twarzy Malfoya.

Rona na chwilę zatkało.

Malfoy podszedł wolno do Gryfonki i uśmiechnął się lekko. W tym momencie już wiedziała, że to nie skończy się dobrze.

- To pewnie dla mnie – powiedział lekko, odbierając jej teczkę. Nawet nie protestowała. - Świetnie, dziękuję, kochana jesteś – rzucił beztrosko, przeglądając od niechcenia zawartość.

Ginny miała wrażenie, że Ron zaraz zacznie się hiperwentylować, a ona razem z nim.

- Z nim też?! - krzyknął Gryfon. - Czy ty w ogóle jesteś moją siostrą?

- Niestety, dzielicie geny, smutna prawda, ale jednak prawda – odpowiedział Malfoy, zanim Ginny zdążyła się odezwać. - Wyrazy mojego współczucia, koleżanko – sarknął, skinąwszy głową Gryfonce. I tym razem nie pozwolono jej dojść do głosu.

- Moja siostra nie koleguje się z takimi jak ty, Malfoy – warknął Ron. - Ginny, odsuń się od niego.

Dziewczyna dopiero teraz zobaczyła, że stoi zadziwiająco blisko Malfoya. Spojrzała na blondyna z mieszanką zdziwienia, zdezorientowania i złości.

- Ron-

- O, więc to ty decydujesz, z kim się zadaje twoja droga siostra? - parsknął z pogardą Malfoy.

- Malfoy, weź się uspo-

- No dokładnie tak jest i decyduję, że ma się od ciebie teraz odsunąć! - Ron odwarknął, zanim Ginny zdążyła wypowiedzieć reprymendę, przygotowaną dla Malfoya. Coś w niej krzyknęło ostrzegawczo.

- Ej, zaraz, stop, moment. Ty o niczym nie decydujesz! - Ron zamrugał nieprzytomnie, rzucając siostrze spojrzenie zagubionego dziecka. Wyraz jego twarzy zdawał się krzyczeć jak to mnie nie wspierasz?! - Ja decyduję, Ronald. Ty możesz mi poradzić, ale nie decydujesz. Nie naruszaj mojej przestrzeni osobistej.

- Masz taką mądrą siostrę, Weasley, doceń to, może trochę podłapiesz – powiedział Malfoy stanowczo zbyt przymilnym głosem i nim Ginny zdążyła się zdziwić, Ślizgon objął ją luźno ramieniem. Gryfonka automatycznie zesztywniała, jakby została spetryfikowana. Ron przypominał w tym momencie balonik, z którego ucieka powietrze.

Choć Ginny już zdążyła przejrzeć zamiary Malfoya, nie mogła zdecydować, na kogo jest bardziej zła. Na awanturniczego brata bez daru logicznego myślenia, czy na bezczelnego Ślizgona, używającego jej do wkurzenia Rona.

A kto mi zabroni bycia złym na obydwóch?

- Ty też naruszasz moją przestrzeń osobistą – warknęła w stronę Malfoya. Chłopak tylko uśmiechnął się przekornie i nie tylko nie cofnął ramienia, ale nachylił się do jej twarzy i mruknął cicho:

- Ale ze mną już tak nie walczysz.

Ginny poczuła, jak temperatura w jej policzkach rośnie i dopiero teraz uświadomiła sobie w pełni, w jakiej sytuacji się znajduje. Natychmiast odskoczyła od Ślizgona, otrzepując ramiona, jakby chcąc strzepnąć z siebie jego dotyk. Ten tylko zaśmiał się lekko i Ginny musiała wytężyć wszystkie swoje siły, by nie zrobić mu krzywdy.

Dopiero teraz Gryfonka zauważyła, że jej brat znikł. A to nie wróżyło niczego dobrego. Ron odsuwał się od kłótni tylko wtedy, gdy osiągał stan krytyczny i był gotów mordować.

- Duma cię rozpiera? - rzuciła ze złością w stronę Malfoya.

- Odczuwam pewne zadowolenie, nie powiem – odparł, leniwie przeciągając głoski. Ginny wzięła głęboki wdech, a potem powoli wypuściła powietrze.

- Ty – wycelowała w niego palcem, próbując znaleźć odpowiednio obraźliwie słowa. - Ja ciebie… chyba-

- Tak, tak, oczywiście – rzucił protekcjonalnie i poklepał ją po głowie. Ginny poczuła, jak krztusi się powietrzem. Nie była w stanie znaleźć klątwy czy słów, wystarczających na Ślizgona.

A rzeczony Ślizgon już oddalał się w głąb korytarza.

- Skrzywdzę cię pewnego dnia! – krzyknęła za nim Gryfonka. Malfoy lekceważąco pomachał ręką, wtapiając się w tłum uczniów.

Ginny zacisnęła mocno pięści, próbując przestać się trząść. Jej spojrzenie padło na Blaise'a, który nadal stał w swoim kącie, z którego podziwiał całe przedstawienie. Chłopak uśmiechnął się niezręcznie pod jej wściekłym spojrzeniem.

- Ja nic nie zrobiłem! - uniósł obronnie ręce i także zniknął wśród tłumu.

Ginny oparła się o ścianę, przykładając dłoń do piersi.

Robię się na to za stara, sapnęła w myślach.

A Malfoy jeszcze zapłacze.

Tylko co się tak właściwie tutaj stało?

Ginny także ruszyła korytarzem. I dopiero gdy była już niedaleko wieży Gryffindoru, zaczęła się zastanawiać, dlaczego, u diabła, zaczęła się kłócić z Ronem o Draco Malfoya?

oOo

Z początku Ginny powzięła krwawy odwet tylko na Malfoyu. Tak było, dopóki nie wkroczyła do Pokoju Wspólnego, bo w Pokoju Wspólnym czekał na nią komitet powitalny. Albo pluton egzekucyjny, jak kto woli.

Już na wstępie, widząc miny Harry'ego i Hermiony, a także Rona pomiędzy nimi, zdążyła się zorientować, że jej szanowny brat zdążył przedstawić przyjaciołom zaistniałe zajście, ubarwiając je w dodatkowe elementy typu „zdrada stanu", „zamach na honor rodziny" i „opętanie".

W każdym razie Ginny postanowiła wykonać odwrót taktyczny, jednakże okazał się on nieskuteczny – Złote Trio było przygotowane na tę ewentualność.

Ginny poniekąd podziwiała trójkę, za zorganizowanie tak sprawnej pogadanki w tak krótkim czasie. Choć podziw był w znacznej mierze zaćmiony gniewem.

Gniew zmienił się w szał, gdy ich dyskusja objęła cały Pokój Wspólny. Gdy wszyscy Gryfoni zaczęli debatować nad poprawnością jej postępowania, postanowiła, że a) odchodzi w tej chwili i ktoś będzie cierpiał, b) odegra się okrutnie.

Tak więc następnego dnia na pierwszy ogień poszedł jej brat.

Gdy Ginny wykrzyczała mu w twarz, że jeszcze zapłacze rzewnymi łzami, myślała o tym całkiem dosłownie. Dlatego sięgnęła po tajną broń, którą dostała od bliźniaków wraz z dopiskiem „użyć tylko w sytuacji awaryjnej".

Gryfonka rozejrzała się uważnie po Pokoju Wspólnym, oceniając, czy zebrało się wystarczająco wielu świadków. Skinęła z zadowoleniem.

Będzie bal, zachichotała złowieszczo w myślach i jak gdyby nigdy nic wkroczyła do środka, niby mimochodem zauważając Rona, siedzącego na kanapie. Ginny specjalnie wybrała jeden z nielicznych momentów, kiedy jej brat rozstawał się z Hermioną i Harrym.

Ze zdenerwowaniem przesunęła palcami po kopercie, którą trzymała w dłoniach, nadal rozważając, czy to jest dobry pomysł.

W tym momencie Ron spojrzał na nią i równocześnie nadął policzki.

- Przyszła siostra marnotrawna – burknął, gdy usiadła obok. Jego postawa świadczyła o tym, że gotów jest łaskawie przyjąć przeprosiny.

Zaraz wzruszysz się do łez, braciszku.

- List do ciebie. Sam sobie odbieraj pocztę w przyszłości – odpowiedziała, pomijając słowa Rona. Chłopak wziął od niej podejrzliwie kopertę.

- Od kogo to? - zapytał, patrząc na nią z ukosa. Ginny pragnęła, by żołądek przestał przewracać jej się w brzuchu. Niech zadziała, niech zadziała, to musi zadziałać.

Gryfonka tylko wzruszyła ramionami od niechcenia.

- Nie wiem, nie jestem drugą Trelawney, żeby zgadywać – dziewczyna uparcie starała się nie patrzeć na Rona w obawie, że jakiekolwiek drgnięcie niewłaściwego mięśnia twarzy zdradzi jej intrygę. Nawet jeśli wiedziała, że jej brat posiadał domyślność gumochłona.

Ron wreszcie rozdarł kopertę. Ginny wstrzymała oddech.

- Um… Ron, pamiętasz naszą wczorajszą kłótnię? - zapytała, gdy oczy brata spoczęły na pergaminie. Ten tylko wymamrotał coś na potwierdzenie, oglądając kawałek papieru. - No właśnie, więc… - Ginny wyszczerzyła się szatańsko. - Rewanż, braciszku.

I nim Ron zdążył zapytać, o co chodzi, kąciki jego oczu wypełniły się łzami. Chłopak pociągnął raz nosem. A potem drugi. Jedna łza spłynęła po jego policzku. A potem następna. I następna.

Gryfon wciągnął ostro powietrze z przerażeniem, ocierając szybko cieknące po jego twarzy krople.

- Gin, co ty zrobi- jego głos zadrżał niebezpiecznie- zrobiłaś? - dokończył zdanie płaczliwym tonem. Teraz już nie nadążał z ocieraniem łez.

- Nie płacz, Ronald, każdy popełniła błędy, wybaczam ci – powiedziała z radością w głosie i poklepała brata po ramieniu.

- Ty – cokolwiek chciał powiedzieć, nie zdołał dokończyć, bo jego ciałem wstrząsnął nagle szloch. - Cholera, Ginny, Gin – jęknął poprzez urywane szlochnięcia. Ludzie wokół zaczęli przyglądać się chlipiącemu chłopakowi z ciekawością. Ron spróbował się podnieść, ale Ginny natychmiast go przytrzymała i powiedziała do niego na tyle głośno, by większość osób w pokoju usłyszało.

- Och, Ron, taki wrażliwy z ciebie chłopiec, nie wstydź się swoich łez, nie wstydź się, płacz oczyszcza-

- Zamknij się – wykrztusił. Teraz zaniósł się prawdziwym płaczem. Natychmiast ukrył twarz, która już miała buraczkowy odcień, w dłoniach.

Ginny objęła go ostentacyjnie.

- Ron, Ron, śmiało, pokaż światu, że akceptujesz to kim jesteś, jesteś mazgajem, to nic, śmiało, powiedz to głośno „jestem mazgajem i dobrze mi z tym"!

Teraz już wszyscy w Pokoju Wspólnym obserwowali dziwną sytuację. Ci bardziej taktowni próbowali chociaż udawać, że nie oglądają przedstawienia, jednakże i oni zawiedli.

- N-nie, to – kolejna salwa szlochu, - t-to ty – zakrztusił się łzami. - T-yyy… - teraz jego płacz przeszedł w zawodzenie, a Ginny sama zaczęła się trząść, tyle że ze śmiechu.

- Tak, Ron, to ja, ja zawsze będę przy tobie, nawet jeśli czasem aż wstyd się przyznać, ja tutaj będę – kontynuowała swój monolog, zastanawiając się jednocześnie, co plecie. W każdym razie zdawało się działać, bo i ludzie wokół zaczęli chichotać, powoli zaczynając rozumieć, co się dzieje. - Spokojnie, ludzie, spokojnie, to się zdarza, on tak w domu cały czas – oznajmiła głośno widzom. Ron pokazał swoją zalaną łzami czerwoną twarz.

- Nin-nie… - szloch. - Ja-a nie je-estem-

- Szzz. Już dobrze – wyszeptała głośno Ginny, obejmując ręką jego głowę i jednocześnie usta. Przycisnęła go do siebie i przez napad płaczu chłopak nie mógł się oswobodzić.

- Płacz, Ronald, płacz, boś zasłużył – powiedziała i Ron jak na zawołanie zapłakał jeszcze głośniej.

Ten moment wybrał sobie Harry Potter na wkroczenie do Pokoju Wspólnego. Jego oczom ukazała się scena, gdzie Ginny tuli jego najlepszego przyjaciela, zalewającego się łzami. Harry pognał prędko ku nim, wyobrażając sobie wszystkie potworności, które mogły się zdarzyć.

- Rany, co się stało? Ron, Gin, co- chłopak dopadł szybko do nich. Ginny tylko pokręciła głową, obawiając się, że jeśli cokolwiek powie, wybuchnie takim śmiechem, że będzie trzeba odprowadzać ją do Skrzydła Szpitalnego. - Co się dzieje, ja… Ginny?!

Im mocniej Ron płakał, tym bardziej Wybraniec był zdezorientowany. Ginny, samej nie mogąc mówić, tylko podała mu pergamin, który wcześniej upuścił jej brat, w odpowiedzi.

Dopiero gdy oczy chłopaka spoczęły na kartce, Gryfonka zorientowała się, co przez przypadek zrobiła. Jednak było już za późno. Oczy Harry'ego Pottera wypełniły się łzami i kilka sekund później obydwaj chłopcy pochlipywali wspólnie.

Ron spojrzał poprzez łzy z żałością na przyjaciela, który nadal próbował rozgryźć, dlaczego zanosi się szlochem na środku Pokoju Wspólnego.

- O-o stary… - Ron stęknął przez łzy. - Wkop-pałeś s-się.

Trybiki w umyśle Harry'ego przeskoczyły. Chłopak zachlipał żałośnie, ocierając łzy i spojrzał na Ginny.

- T-ty, t-y wiedźmo pas-skudna – jęknął, czując łzy napływające do gardła.

Ginny nie wytrzymała. Wybuchnęła histerycznym śmiechem i sama zaczęła płakać, tyle że z rozbawienia. I tak też siedzieli w trójkę na kanapie: dwaj chłopcy, oparci o siebie i zanoszący się płaczem, oraz zwijająca się na kanapie Ginny, śmiejąca się opętańczo.

Towarzystwo w Pokoju Wspólnym postanowiło wreszcie zainterweniować i w delegację został wysłany Dean, z Seamusem ubezpieczającym tyły.

- Ej, nie to, żeby coś… halo? Ej! - Dean spróbował przerwać lamenty trzech Gryfonów, jednak cała trójka była zbyt zajęta łzami. W końcu Dean przykuł ich uwagę. - O co chodzi? Bo trochę to nienormalne, a-

Ginny zachichotała głośno i jednocześnie zmarszczyła brwi.

Czy ja naprawdę tak chichoczę? Trochę żałosne, ale sobie wybaczam, bo mam powody.

- No bo słuchaj – zaśmiała się, - ci dwaj…

- Nie – przerwał Harry, chlipnąwszy. - Spójrz, zzro-zumiesz – zaszlochał, wciskając Deanowi w rękę feralny pergamin.

- Dean, nie-

Jednak Ginny nie zdążyła powstrzymać chłopaka, z którego oczu już zaczynały cieknąć łzy. Chlipnął cicho.

- Teraz… rozumiem – zatrząsł się lekko w płaczu. Harry roześmiał się przez łzy, a Ginny pokiwała gorliwie głową, tym razem śmiejąc się tak mocno, że już nie była w stanie wydawać dźwięku.

Seamus podszedł szybko, widząc, że jego przyjaciel także zaczął przepadać.

- Ej, gościu, co-

- No… nno weź zobacz – zaszlochał Dean, przekazując pergamin Seamusowi.

O nie… nie wierzę. Nie wierzę, co się dzieje i nie chcę uwierzyć, ale chcę tu być.

Teraz już czwórka chłopców siedziała na lub przy kanapie i chlipała wspólnie. Ludzie w Pokoju Wspólnym postanowili ich wymijać i nie mieszać się, przeczuwając, że nie jest to bezpieczne.

W każdym razie w takim stanie zastała czwórkę Gryfonów Hermiona. Zatrzymała się i ze zmarszczonymi brwiami obrzuciła wzrokiem zapłakanych Gryfonów.

- Co się stało? - zapytała cicho.

Seamus zapłakał głośniej.

- Mo-mogę… mogę ja? - zapytał reszty rozpłakanych. Cała grupa zapłakała jeszcze bardziej, co Seamus wziął za przyzwolenie. Chłopak wstał, od razu biorąc pergamin. - T-to było tak – chlipnął kilka razy. - Że dali nam tto… - i podał jej pergamin. Niczego nieświadoma Hermiona przyjęła papier z rosnącym niepokojem. Mogłaby zobaczyć wyczekujące spojrzenia płaczących, gdyby nie ich łzy i zapewne postąpiłaby ostrożniej, jednakże niczego nie zobaczyła i gdy tylko jej wzrok padł na pergamin, otworzyła szeroko oczy i jęknęła.

- Urok Lamentarza – westchnęła z bólem.

Wszyscy potwierdzili i Hermiona razem zresztą zaniosła się szlochem.

Opadła na kawałek pustej kanapy.

- I… - pociągnęła nosem, ocierając łzy. - I tak wszyscy… wszy-yscy wpadliście? - zachlipała.

Ginny zaśmiała się.

- Miał być tylko Ron-

- Aa-le nie wyszło – szlochnął Harry.

Hermiona spojrzała na nich wszystkich zza zasłony łez i zapłakała gorąco, a zawtórował jej chór lamentujących.

oOo

Nikt do końca nie wiedział, jak to się stało, jednak ten dzień przeszedł do historii Gryffindoru jako Wielka Żałość, gdyż pod koniec tej pamiętnej soboty, wokół kanapy dzieliła łzy połowa populacji Gryfonów. Dla otuchy się przytulali, dla żartu wspierali swoje łzy opowieściami o trudnościach losu. Gryfoni we łzach znaleźli radość, a nieszczęsny pergamin cały czas był w obiegu. Na pytanie profesor McGonagall o całe zajście odpowiedzieli zgodnie „tak wyszło", a profesor nie miała siły, by choćby próbować zrozumieć nowe pomysły swoich wychowanków. Ostatecznie, gdy okazało się, że nikt z nich nie zna przeciwzaklęcia, wysłała wszystkich do Skrzydła Szpitalnego.

Do Skrzydła maszerowała także Ginny, która w pewnym momencie uznała, że czuje potrzebę solidaryzowania się z kolegami Gryfonami i sama dołączyła do Łzawej Drużyny. Przez zamek przeszła kolumna rozpłakanych Gryfonów, wywołując popłoch wśród młodszych roczników i strach przed apokalipsą u starszych.

Ginny szła trochę z tyłu by podziwiać swoje niezamierzone dzieło. Zachichotała przez łzy, skręcając w jedno z tajnych przejść.

Niespiesznie człapała sobie do Skrzydła Szpitalnego, pochlipując po drodze. Jednocześnie czuła, że te przepłakane godziny mogły nie być takim dobrym pomysłem, bo teraz czuła się jak wyciśnięta cytryna.

Zaszlochała trochę głośniej.

- Weasley?

Ginny podniosła wzrok, by jej zapłakane oczy napotkały spojrzenie zdezorientowanego Draco Malfoya.

No tak. To było do przewidzenia. On zawsze pojawia się tam, gdzie jest najmniej potrzebny.

Gryfonka natychmiast przyspieszyła, licząc na to, że Ślizgon zrozumie aluzję i sobie pójdzie.

I po raz kolejny liczenie jej nie wyszło.

- Weasley, zaczekaj-

- Idź sobie – wykrztusiła przez łzy, pomimo usilnych starań by brzmieć normalnie.

Ten czar to jednak był głupi pomysł, pomyślała, gdy Malfoy ją dogonił. Zerknęła na niego ukradkiem i chyba pierwszy raz w życiu zobaczyła tak zmieszanego Ślizgona.

Gdyby nie kolejna fala szlochu, zaśmiałaby się.

Bardzo głupi pomysł.

- Weasley, co ty robisz? - zapytał niepewnie. Ginny wywróciłaby oczami, gdyby nie były załzawione.

- A tak sobie p-płaczę… sprób-buj, fajna za-abawa – powiedziała, ocierając nadmiar łez. Malfoy zmarszczył brwi. Wyglądał, jakby chciał uciec. Zdecydowanie unikał patrzenia na nią.

- Ale… Merlinie, Weasley, weź przestań – w tym momencie dziewczyna zapłakała jeszcze mocniej. Malfoy rozejrzał się wokół, jakby szukał pomocy. - Ale… nie, poważnie, przestań płakać. Weasley. Nie. Po prostu… co się z tobą dzieje? Uspokój się. Słyszysz? To nie jest normalne, Weasley-

Z każdym jego słowem szloch Ginny narastał. Gryfoni już wcześniej odkryli, że im bardziej byli rozbawieni, tym bardziej wzmagał się płacz.

W stalowoszare oczy chłopaka wdarła się panika.

- T-to… to tak właściwie – zachlipała. - To twoja wina j-jest – pokręciła głową. Zapewne pokusiłaby się o dalsze wyjaśnienia, oskarżające chłopaka o sprowokowanie jej do podjęcia zemsty na bracie, jednakże nie miała już siły, by kontynuować. Po prostu szła w kierunku Skrzydła Szpitalnego.

Malfoy patrzył na nią w milczeniu, przerywanym jej chlipnięciami.

- Merlinie, Weasley, gdybym wiedział, że jesteś tak nadwrażliwa, to bym nie... – wymamrotał, jakby próbując powiedzieć coś właściwego, ale nie wiedząc co.

Ginny roześmiała się, co brzmiało bardziej jak zawodzenie.

- J-jak ja cię, Malfoy, n-nie lu-ubię – jęknęła i przyspieszyła, zostawiając w tyle zdezorientowanego chłopaka, który tym razem za nią nie poszedł, tylko odprowadził ją spojrzeniem.

oOo

Następnego dnia już wszyscy Gryfoni byli wyleczeni choć odrobinę osłabieni po utracie takiej ilości wody. Ginny swoją energię uzupełniała, przechadzając się wzdłuż jeziora. Po wypłakaniu swoich żalów, jej konflikt z bratem został odłożony. Obydwoje wypłakali siły na kontynuowanie go, więc teraz Ginny w spokoju mogła obmyślać plan odegrania się na Malfoyu.

Uśmiechnęła się z błogością, gdy zza chmur wyszło słońce, ogrzewając jej plecy. Powinna zdobyć nowy płaszcz, który rzeczywiście chroniłby ją od zimna. Z tym że nie mogła zdobyć nowego płaszcza, bo nie do końca miała fundusze na nowy płaszcz.

Było nie kupować tych akcesoriów do miotły, pomyślała, wspominając odłożone przez siebie pieniądze podczas wakacji. Długo zbierała, szybko się skończyły, a teraz marzła.

- Gdzie cię droga wiedzie, Gingerku?

Ginny podskoczyła, odwracając się gwałtownie. Za nią stał Blaise Zabini, ze swoim typowym uśmieszkiem na twarzy.

- Na koniec świata i jeszcze dalej – odpowiedziała, wzruszając ramionami. Blaise zrównał z nią krok i wsadził ręce w kieszenie. Szli przez chwilę w milczeniu i Ginny zastanawiała się, co tak właściwie się dzieje.

- Zabini, masz jakiś interes do mnie? - zapytała, marszcząc brwi. Blaise przekrzywił głowę.

- Nie mogę po prostu chcieć spędzić trochę czasu z moją koleżanką, Gryfonką?

- No właśnie coś tu nie halo, przyznaj – parsknęła.

- Skąd, ja po prostu chcę zacieśnić nasze więzy zjeść z tobą beczkę soli, zapalić fajkę pokoju, wydziergać sweter przyjaźni-

- Beczkę soli? Przerażają mnie twoje upodobania kulinarne – zaśmiała się. Blaise pokręcił głową.

- Nad przysłowiami popracujemy z tobą później, teraz mamy inne sprawy do załatwienia-

- Ha. Mówiłam.

- Jestem człowiekiem biznesu – odpowiedział z rozbawieniem, ale Ginny była zaniepokojona jego dziwnym spojrzeniem. - Ale posłuchaj-

- Wiesz, poniekąd czuję się trochę urażona. Może rzeczywiście przyjdź kiedyś podziergać ze mną sweter, albo coś, a nie tylko interesy i interesy – parsknęła.

- A umiesz dziergać swetry?

- Ani trochę.

- No i masz odpowiedź. Poza tym moje interesy do ciebie zawsze przynoszą ci korzyści. Działam dla twojego dobra, nie żądając nic w zamian - odpowiedział, przykładając dłoń do serca. Ginny pokręciła głową.

- Zabini, ja nie wiem, czy nazwałabym to korzyściami. Bardziej ciosami w moją psychikę. Nie zdziw się, kiedy przyślę ci rachunek za psychiatrę.

- Twoja niewdzięczność nie zna granic – pokręcił smutno głową. - Ale nawiązując do tych ciosów i psychiki…- kontynuował zmienionym tonem, który ani trochę nie spodobał się Ginny. Obydwoje zatrzymali się automatycznie. Gryfonka uniosła pytająco brew. - No więc słuchaj, Gingerku… czasem jest tak… - zmarszczył brwi. - W życiu bywa tak, że… to jak z magnesami. Jak ustawisz je złymi końcami, to się będą nie lubić i zaczną się odpychać. No więc życie czasem tak ustawia te magnesy… i wtedy jest źle. Ale gdy tylko dasz im szansę i obrócisz jeden z magnesów, to wtedy się połączą i będą nierozerwalne… i wtedy będą szczęśliwymi magnesami… więc rozumiesz, że czasem musisz obrócić magnes, tak? - chłopak podrapał się w kark ze zmieszaniem.

Ginny zamrugała kilka razy, wpatrując się w Ślizgona z niepokojem.

- Zabini… czy chciałbyś, żebym odprowadziła cię do Skrzydła Szpitalnego?

Chłopak jęknął.

- Nie, Weasleyówna, słuchaj, to ma sens. Pomyśl. Może jeszcze raz. Pomyśl, kto w twoim życiu jest magnesem?

- Naprawdę, Madam Pomfrey z pewnością ma kilka dobrych eliksirów na takie sytuacje i-

- Ty w ogóle nic nie łapiesz!

- No nie łapię, no. Mów jak człowiek!

- Niemożliwa baba z ciebie – prychnął. Ginny skrzyżowała ręce na piersi.

- Najpierw gadasz mi o magnesach, a potem obrażasz. Z rachunkiem za mojego psychiatrę przyślę ci także adres do niego. Przyda się.

Ślizgon fuknął z zirytowaniem.

- Chodzi o ciebie! Ty magnes. Draco magnes. Dwa magnesy, łapiesz?

- Czekaj, a skąd w tym wszystkim Malfoy?

Blaise jęknął przeciągle i schował twarz w dłoniach, a potem wymamrotał coś, co brzmiało jak „Merlinie, daj mi siłę".

Ginny poważnie rozważała ucieknięcie pędem do zamku. Zawsze wiedziała, że z głową Blaise'a coś nie gra, ale teraz była poważnie zaniepokojona.

Ślizgon westchnął głośno.

- Weasley, chodzi o to, że… on czasem robi dziwne rzeczy, ale nie możesz brać wszystkiego na poważnie, naprawdę, bo czeka na ciebie coś wielkiego, jeśli tylko dasz szansę-

- …co?

- No na przykład wczoraj nie był złośliwy na poważnie i jestem pewien, że na pewno nie spodziewał się, że może to tak cię zaboleć i…

- Zabini, o czym ty mówisz?

- Draco wczoraj wcale nie miał zamiaru dopiec ci aż do łez. No właśnie o tym mówię – posłał jej znaczące spojrzenie. - Chyba nie chcesz teraz zaprzepaścić wszystkiego, co-

Dopiero w tym momencie błyskotliwość Ginny zaczęła działać i dziewczyna zorientowała się, o co chodzi.

Gryfonka wybuchnęła histerycznym śmiechem, którego za nic nie mogła uspokoić. Gdyby wczoraj nie wypłakała wszystkich łez, one na pewno teraz pociekłyby po jej policzkach. Gdy zwijała się ze śmiechu, oszołomiony Blaise wpatrywał się w nią z ogłupieniem.

- Cze-czekaj – wykrztusiła, gdy udało jej się trochę uspokoić. - Malfoy sądzi, że wczoraj przepłakałam – zaśmiała się znowu, - że przepłakałam przez niego wczorajszy wieczór? - zachichotała głośno. - I jeszcze że zranił moje uczucia, może? - roześmiała się.

- No, Weasleyówna – zaczął zmieszany Blaise. - A nie? Przecież widział…

- O mój Merlinie. Czyżbym wzbudziła w Draco Malfoyu poczucie winy? - roześmiała się. - Ej, on chyba naprawdę mnie lubi – parsknęła.

Blaise pokręcił głową.

- DOBRA, teraz to ja nie rozumiem. O co tu chodzi? Co w tym śmiesznego?

- Bo mnie to w ogóle nie ruszyło, Zabini – zachichotała. - Byłam pod Urokiem Lamentarza, dlatego płakałam, gdy mnie spotkał – zaśmiała się. - W Gryffindorze sprawy wymknęły się spod kontroli, tyle.

Blaise zamrugał kilka razy oczami, a następnie klepnął się w czoło.

- I ja robiłem z siebie idiotę przed tobą po nic? - jęknął.

- Absolutnie po nic, Zabini – odpowiedziała z rozbawieniem. Sam Blaise zaśmiał się lekko.

- No. To by wiele wyjaśniało. I ułatwiało.

- Ej. Poczekaj.

- Tak?

- Malfoy cię przysłał?

- No… nie do końca… moja inicjatywa i tego-

- On się na serio przejął?

- Nie wiem, czy mogę to tak-

- Zabini.

- No według niego to nie, ale według mnie to bardzo.

- I targają nim wyrzuty sumienia?

- Nie wiem, czy on ma sumienie.

Ginny wyszczerzyła się szeroko.

Dziś się trochę zabawię.

oOo

Skoro istniała możliwość, że Draco Malfoy odnalazł swoje dawno zagubione wyrzuty sumienia, Ginny nie mogła przepuścić okazji, by mieć z tego trochę radości, dlatego opracowała plan niezwykle prosty i niezwykle skuteczny, który miał dać jej zarówno trochę zabawy jak i rewanż za zdenerwowanie jej dnia poprzedniego.

Niecierpliwie wyczekiwała kolacji i gdy wreszcie pora nadeszła, Gryfonka pognała do Wielkiej Sali.

Czas zapewnić Malfoya, że nasza głęboka relacja nie ucierpiała.

Malfoy już zajmował swoje miejsce przy stole Slytherinu i Ginny z radością zobaczyła, że obok niego jest wolne miejsce. To tak, jakby los jej sprzyjał.

Ewentualnie diabeł mnie kusi jeszcze bardziej.

Poniekąd nie wierzyła w to, co chciała zrobić, ale uznała, że od podjętej decyzji nie ma odwrotu.

Gdy weszła, Malfoy uniósł wzrok i ich spojrzenia spotkały się. Ginny z dziką radością zauważyła, że wczorajsze speszenie nadal gra w oczach chłopaka.

Ginny wzięła głęboki wdech i beztrosko podeszła do stołu Slytherinu, starając się nie zauważać spojrzeń Ślizgonów. Dokładnie odświeżyła sobie w pamięci scenkę, którą rozegrał Malfoy przed jej bratem.

Zacznamy.

- Weasley, co ty tutaj robisz? - zapytała Ślizgonka, siedząca naprzeciw Malfoya. Sam Malfoy odwrócił się w tym momencie i gdyby miał mniej opanowania, zapewne podskoczyłby na widok Ginny. Ta tylko uśmiechnęła się przyjaźnie.

- Odwiedzam kolegę – odparła beztrosko i lekko opadła na miejsce obok Malfoya. - Cześć – powiedziała do niego z uśmiechem.

Malfoy otworzył szeroko oczy, tak samo jak otaczający ich Ślizgoni. Ginny spojrzała na niego z wyczekiwaniem. Jeśli rzeczywiście było tak, jak utrzymywał Blaise, Malfoy nie mógł teraz być złośliwym dla niej. To byłoby jak wyrok.

- Co ty robisz? - wycedził.

- No cóż, gapa z ciebie i zapomniałeś tych notatek. Proszę – powiedziała lekko, podając mu małą papierową teczkę. Miała wrażenie, że ludzie wokół wstrzymują oddech.

Och, dajcie spokój, znajdźcie swoje życie.

Malfoy bezwiednie wziął od niej plik kartek, przyglądając jej się podejrzliwie. Jednocześnie kątem oka obserwował ich widownię. Jego mina była nieprzenikniona, a to znaczyło, że miał pod nią wiele do ukrycia.

He he.

- Weasley-

- Swoją drogą jesteś bardzo niemrawy, coś nie tak?

- Nie tak jest chyba ta sytuacja – odpowiedział. Wprawne oko Ginny dostrzegło, jak chłopak jest spięty. I nawet nie możesz mnie pogonić.

Ginny spojrzała na niego niewinnie.

- Nie wiem, dla mnie wszystko w porządku – odparła i położyła dłoń na jego ramieniu. - Nie sądzisz? - w jej głosie było jawne wyzwanie i Malfoy je wyczuł.

Wszystko albo nic, skarbie.

- Skoro tak mówisz – odparł przez zęby. Jego znajomi wpatrywali się w parę z zdezorientowaniem, jakby próbując znaleźć złośliwość i nie mogąc jej zrozumieć.

- No właśnie. I poza tym – jej ręka nadal spoczywała na ramieniu chłopaka i Ginny mogła dojrzeć w jego oczach, jak bardzo chciał ją zrzucić. - Co do wczorajszego… nie sądzisz, że powinniśmy wyjaśnić sobie kilka spraw? To takie niezręczne, widzisz – Ginny usilnie starała się nie roześmiać i jednocześnie utrzymać swój przesłodzony ton, - hm. Możemy porozmawiać? - spojrzała na niego niewinnie.

Ginny wiedziała doskonale, że odpowiedź twierdząca doskonale rozwieje wszelkie niedowierzania Ślizgonów wokół w ich przyjazne stosunki.

Malfoy zacisnął mocno żeby.

- Później. Porozmawiamy – wycedził. Gryfonka była pewna, że wszyscy wokół zrobili mentalne „oooh!". Ginny uśmiechnęła się szeroko.

- No i super, to do zobaczenia! - odparła radośnie, podnosząc się. - I nie zapomnij zerknąć w notatki – dodała, wskazując teczkę i jak gdyby nigdy nic wyszła z sali. Żałowała tylko, że nie może usłyszeć dyskusji, która właśnie wybuchała przy stole Slytherinu.

Draco Malfoy na dyskusję nie miał najmniejszej ochoty, więc natychmiast ją uciął, otwierając teczkę, by spojrzeć, co Gryfonka mu przekazała. I jak to w Slytherinie bywa, kto mógł, ten podejrzał przez ramię zawartość.

W środku był tylko jeden pojedynczy pergamin.

Tego dnia Wielka Żałość przybyła do Slytherinu.

Ślizgoni przepłakali cały wieczór, a Madam Pomfrey nie mogła dociec, gdzie początek ma ta epidemia łez.

Draco Malfoy za to doskonale pojął, co zrobiła Ginny Weasley i zastanawiał się, kto ją umieścił w Gryffindorze.

Tego dnia Ginny znalazła w swoim dzienniku wpis:

Remis.

Więc szybko odpisała.

Zawieszasz broń?

I odpowiedź:

Nigdy.

oOo

Przez następne kilka dni Ginny i Malfoy nie rozmawiali ze sobą, a nawet nie widywali się na korytarzach. Żadne z nich nie robiło tego celowo: tak wyszło. Ostatecznie obydwoje mieli trochę rzeczy do przemyślenia.

Wielkimi krokami zbliżało się także Halloween. Na korytarzach pojawiły się wyszczerzone dynie, zamek zaczynał pokrywać się pajęczynami, a upiorne niespodzianki zaczęły być rozmieszczane po korytarzach. Młodsi planowali, ile słodyczy zjedzą, a starsi planowali, z kim się wybiorą na zabawę halloweenową.

Ginny starała się unikać wszystkiego, co z powyższym związane – oczywiście nieskutecznie. Szczególnie mając z jednej strony Blaise'a, a z drugiej Colina, wciąż rozprawiających o święcie. Nawet u Luny Gryfonka nie mogła znaleźć ukojenia, bo i Krukonka poczuła halloweenową magię.

W ten właśnie sposób Ginny odłączała się i spędzała wolny czas w błogiej samotności, wolnej od duszków, upiorków i innych straszydeł.

W przeddzień Halloween, gdy Gryfonka po raz kolejny spędzała samotny wieczór w bibliotece (biblioteka była miejscem wolnym od Halloween), jej spokój został zamącony.

Gdy siedziała przy stoliku, automatycznie poczuła, że ktoś przy niej stoi. Jej wzrok napotkał stalowoszare oczy.

- Weasley.

- Malfoy.

Patrzeli się na siebie przez dłuższą chwilę. Ginny uniosła pytająco brwi. Malfoy w końcu zajął miejsce obok niej.

- Masz mi coś do powiedzenia? - zapytał, pozornie beztrosko. Ginny przegryzła lekko wargę.

- Nie… - nie do końca była to prawda. - A ty?

Chłopak zastanowił się przez chwilę.

- Nie – odparł. I to także prawdą nie było.

Siedzieli przez chwilę w milczeniu.

- Weasley?

- Mhm?

- Idziesz z kimś na zabawę Halloweenową?

Ginny poderwała gwałtownie głowę.

O nie. Nie. Ty też? Co z wami wszystkimi? I zaraz, moment. Do jakich wniosków dochodzisz? Jest dziwnie, ale jeszcze na tyle nie zwariowaliśmy, żebyś mnie pytał-

- A co? - odpowiedziała spokojnie, choć jej serce biło coraz szybciej. Malfoy zmierzył ją uważnie swoim spojrzeniem.

- Bo jeśli tak, odwołaj.

- Ponieważ?

- Ponieważ w Halloween idziesz ze mną.

Chłopak przez chwilę napawał się jej zszokowaną miną, a następnie podał jej pergamin. Ginny spojrzała na Ślizgona podejrzliwie.

- Ej, jeśli to jest-

- Bez obaw, Weasleyku, ten sam żart odgrzany po raz wtóry jest niesmaczny – odpowiedział z drgającym kącikiem.

Ginny parsknęła lekko i spojrzała na papier.

Wciągnęła ostro powietrze, czując, jak z jej twarzy odpływa krew.

Przeklęła pod nosem.

- No właśnie – odparł Malfoy.

Na pergaminie były skreślone słowa:

31 października, godzina 19:00, pod bramą Hogwartu.

Bądźcie gotowi. Zaczynamy.

M. Vera