Otuliłem się mocniej płaszczem. Było zdecydowanie za wcześnie na odwiedziny, ale nie u Potterów. To właśnie tam miały być organizowane ich rodzinne święta, dom zapewne był już na nogach.

W ten wigilijny poranek mój ojciec wykazał się dobrym uczynkiem - postanowił sam zabrać mnie na miejsce zamieszkania Albusa, ale ponieważ nie umiałem dokładnie określić gdzie się to znajduje, błądziłem teraz po zasypanym śniegiem miasteczku. Od razu po przeteleportowaniu się wiedziałem, że jestem blisko. W końcu ile razy kupowałem w tym spożywczaku energetyki? Jak często letnią porą zapuszczaliśmy się z Albusem w te chaszcze nad rzeką?

Mróz utrzymywał się mimo słońca, które rozjaśniło na chwilę osiedle. Doszedłem do skrzyżowania. Na wprost, w oddali, spacerowała para z wózkiem, po prawej było kilka ładnych domków, a z lewej ślepa uliczka zakończona fundamentami domu w trakcie budowy. Rozpoznałem w nim zamaskowaną posiadłość Potterów i z bijącym szybciej sercem ruszyłem w tamtą stronę. Mijając budynki znajdujące się na ulicy, utwierdzałem się w przekonaniu, że obrałem właściwy kierunek. Dwadzieścia metrów od budowy nie było nic. Latem dom Potterów otaczała pachnąca polna łąka, teraz jednak wszystko było przykryte śnieżną pierzyną.

Jeszcze kilka kroków i na miejscu fundamentów ukazał mi się typowy angielski bliźniak połączony w jedność, w którym mieszkała rodzina Potter, oraz, od niedawna, rodzina Potter Dwa - czyli James z Marilyn.

Był to spory, prosty dom z brunatnozłotej cegły imitującej kamienie, otoczony czarnymi metalowymi prętami osadzonymi w niskim murku, z wielkim tarasem i udziwnionym, bo płaskim dachem, na którym mogliśmy z Albusem siedzieć godzinami. Ja obserwowałem niebo lub pisałem, a Albus czytał medyczne czasopisma mugoli.

Chłonąc wzrokiem ozdobioną światełkami choinkę ustawioną na werandzie, podszedłem do furtki i wyjąłem różdżkę. Przesunąłem ją wzdłuż domofonu, który zeskanował dane. Zapikał, a tarcza podświetliła się na czerwono. Wpisałem kod. Brama rozpłynęła się. Usłyszałem jakieś odgłosy, a w kuchennym oknie, zasłoniętym dotychczas firaną, pojawiła się zaniepokojona twarz pani Molly Weasley. Była blada i wyglądała na chorą, ale złagodniała widząc, że to ja.

- Ktoś do ciebie, Albus! - usłyszałem jak woła dziarsko przez ramię. Uśmiechnęła się do mnie ciepło i zamaszystym ruchem zasunęła firankę z powrotem. Po chwili, zanim zdążyłem zapukać do drzwi, otworzył je Albus.

- Cześć, Scorpius.

- Cześć, Al.

- Wchodź, szybko. Jest nieco chłodno.

Albus odsunął się na bok by zrobić mi przejście do ciemnego przedpokoju. Zdjąłem płaszcz i powiesiłem na wieszaku. Albus przyglądał mi się, opierając się plecami o framugę drzwi.

- Och, nie zdejmuj butów! I tak będziemy tu jeszcze wszystko czyścić! - Babcia Albusa stanęła obok niego z tacą ciastek i brązową paczuszką - Albus, weź przekąski ze sobą do pokoju, tylko nie jedzcie ich przed śniadaniem! A ty, Scorpius, tutaj masz swój prezent.

- Dziękuję, nie trzeba było... - zacząłem, ale pani Weasley wcisnęła mi zawiniątko w rękę i uciekła do kuchni przez udekorowany światełkami korytarz.

Przez otwarte drzwi do salonu połączonego z kuchnią i jadalnią widać było siedzących na ciemnozielonym narożniku Jamesa z ciężarną Marilyn. James nawet nie podniósł głowy znad katalogu który przeglądali, ale Marilyn obróciła głowę i uśmiechnęła się życzliwie.

- Wesołych świąt!

- Nawzajem - odpowiedziałem, starając się nie patrzeć na Jamesa. Kiedy znaleźliśmy się w pokoju Albusa, zagadnąłem - chyba nie najgorzej się z nią mieszka?

- Nie jest tak źle, ale przecież oni mieszkają w tej drugiej części domu, zazwyczaj siedzą u siebie. Co innego gdyby spali w dawnym pokoju Jamesa. Tego bym chyba nie zniósł. Dasz wiarę, że to jest jej czwarty miesiąc? Bo ja nie. I nadal nie widzę Jamesa w roli ojca.

- Taak, ale czegoś tu brakuje. Gdzie reszta złotej rodzinki? - spytałem siadając na łóżku Albusa.

- Rodzice są u Hagrida razem z ciotką Hermioną i wujem Ronem na 'szklaneczce czegoś rozgrzewającego', Lily jest u Rose i Hugona na czas sprzątania, a babcia uparła się, że przyjdzie wcześniej pomagać.

- Fajnie masz. Mój ojciec chyba nie planuje wyprawiać kolacji. Kiedy mnie tu przyteleportował, deportował się od razu do pracy. No i bardzo dobrze. - Spojrzałem na Albusa. Ku mojemu zdziwieniu na jego twarzy malował się lekki uśmiech. - O co chodzi?

- Bo ty zawsze jesteś taki...

- No, jaki? - zabrzmiałem zbyt natarczywie, by mnie zignorować.

- Nie umiem tego określić... Taki "No i bardzo dobrze.", jakbyś chciał żeby wyglądało na to, że ci nie zależy.

- A mówię tak właśnie dlatego, że nie zależy!

- Dobrze, dobrze - zgodził się dla świętego spokoju Albus, ale uśmieszek nie znikał z jego twarzy.

- Zamierzałem ci dać prezent, ale skoro masz w planach strzelić focha...

- Nie, nie mam tego w planach i bynajmniej dlatego, że chcesz mi dać prezent.

Wyjąłem z plecaka owinięty w kolorowy papier blender zdobyty w mugolskim markecie. Albus wziął spod biurka duże pudło. Ostrożnie wymieniliśmy się podarunkami.

- Ooo, postawiłeś na stare, dobre, bo mugolskie - ucieszył się Albus. Oglądał z każdej strony nowy sprzęt. - Musiało być ciężkie. Dałeś zaklęcie lekkości?

- Ojciec - rzuciłem krótko. W pudełku od Albusa był model nieba zamknięty w wielkiej, szklanej kuli. - Ekstra!

- Co nie? Możesz ustawić porę doby i porę roku, albo nanieść własne obserwacje! - wypowiedział to z takim zapałem, że myśl o podważaniu przez niego prawdziwości moich uczuć wyparowała.

- Dzięki, naprawdę. To cud mieć takiego przyjaciela. Wielu czarodziejów jest lepszych ode mnie i bardziej na ciebie zasługuje.

- Drobiazg - Albus lekko spąsowiał, nieprzyzwyczajony do tego rodzaju pochlebstw. - Też się cieszę, że cię mam. A co do zasługiwania... chyba oboje jesteśmy siebie warci, dlatego się przyjaźnimy. No, ale jakież to arcydzieło uszyła ci w tym roku babcia?

Wziąłem do ręki na wpół rozerwane opakowanie, z którego wysunął się sweter koloru ecru, z księżycem wyszywanym srebrną włuczką na piersi. Ubrałem go i poczułem świąteczny nastrój, którego nie powinienem przecież odczuwać. Święta nie są dla mnie. Święta spędza się z kochakącą rodziną, a mój ojciec...

- Scorpius, co ci? - Albus wyglądał na zaniepokojonego. Założył swój butelkowo zielony sweter i spostrzegł, że się zamyśliłem. Chyba pomyślał, że chcę przejść na poważniejsze tematy. - Nikt nie umarł, nie było żadnych wezwań. Wzmocniono obronę drugorzędnych ZLW-owców. Już będzie dobrze.

- Jesteś pewien? - Upewnianie się ostatnio weszło mi w nawyk.

- Nie, nie jestem. Ale rodzice robią wszystko, co w ich mocy żeby ochronić jak najwięcej osób i zwykle im się udaje. Mają to we krwi.

- I ty też masz.

- Ja? Nieee, ale Lily, albo James - zaprzeczył, ale widać było, że spodobała mu się ta pochwała.

Pomyślałem o Rose. Ona na pewno odziedziczyła po rodzicach tę szczególną cechę. Skoczyła by w ogień za każdym, kto potrzebowałby ratunku. I każdy skoczył by za nią, tylko co można poradzić niewiedząc, kto stoi za tymi morderstwami?

Albus widocznie pogrążony w podobnej tematyce, wyjął z szuflady biurka notes z wizerunkiem kormorana, jeden z wielu które dostaje się od firm lub stowarzyszeń na festiwalach, a później wrzuca do szuflad w kątach naszych domów. Oderwał kartkę, położył ją na biurku i nabazgrał coś u szczytu. Usiadłem podkurczając nogi na jego obrotowym krześle. Przeczytałem "Polowanie".

- Tata powiedział żebym nie węszył wokół tych zabójstw i skupił się na szkole. Nie będzie grzebał mi w pokoju, ale wolę zachować ostrożność i nadać temu jakiś kryptonim - wyjaśnił, po czym kontynuował. - Umarło jak dotąd pięć osób.

Wziąłem ołówek i pod tytułem narysowałem opasłe "5".

- Można ich podzielić na tych, na których na pewno było użyte zaklęcie, i na tych niezidentyfikowanych, a przynajmniej tak twierdzi Ministerstwo. - Albus przekreślił na pół kartkę, wzdłuż kormorana. - Czyli jak?

- Derek na pewno jest wśród tych drugich. Nie mamy nawet jego ciała. - Napisałem nazwisko Dereka po prawej stronie kartki.

- Aha, i ta Figg i pani Longbottom też, pamiętasz? - Zrobił to samo, wychylając się w moją stronę.

- Rzeczywiście. A Hestia Jones i Aberforth? Nie wiadomo?

- No, my tego nie wiemy. Nie napisali nam co było przyczyną.

- To jesteśmy w kropce, bo raczej nam tego nie zdardzą. - Zrezygnowany odłożyłem ołówek i odchyliłem się na oparcie.

- Ale słuchaj, możemy założyć, że skoro nam tego nie wyjawili to sami nie wiedzą. Teraz przyjrzyjmy się miejscom, w których ich zabito. - Raczej gdzie ich znaleziono - dodałem, znów pochylając się nad notesem.

Naskrobaliśmy jeszcze trochę faktów, ale nic nie połączyło się w całość, nie olśniło nas nagle.

- Jest tyle luk w tym wszystkim... Tyle niejasności. Gdybyśmy mieli dostęp do informacji z wyższej półki - rozmarzyłem się patrząc w okno.

- Scorpius - głos Albusa był poważny, ale dało się słyszeć nutkę fascynacji - Scorpius przecież my mamy dostęp do takich informacji.

Wyprostowałem się na krześle i spojrzałem na niego podejrzliwie.

- No tak, mamy - powtórzył. - Zapomniałeś z kim mieszkam? Z szefem biura aurorów, z Harrym Potterem. I dałbym różdżkę za to, że odpowiedź na dręczące nas pytania znajduje się piętro wyżej, w jego gabinecie.

- Chcesz mi powiedzieć, że wykradniemy twojemu tacie dokumenty?

- Nie wykradniemy, - Albus skrzywił się. - tylko przejrzymy. I nie patrz się na mnie jak rozjuszony hipogryf. Wiem, że podoba ci się ten pomysł.

Tak więc dziesięć minut później otworzyliśmy drzwi do gabinetu pana Pottera za pomocą alohomoratora - prostego wynalazku Freda Weasleya, klucza, który rozciągał się i wpasowywał w kształ dziurki, do której był wsadzony.

Pierwszą rzeczą, rzucającą się w oczy w gabinecie pana Pottera był wiszący na wprost drzwi obraz. Nie był transparentny. Po prostu w magiczny sposób przyciągał uwagę. Być może owa magia promieniowała od tego, co przedstawiało malowidło, bowiem opierając się o złotą rzeźbioną ramę, drzemał w nim Albus Dumbledore.

Wytrzeszczyłem oczy z przerażenia, jakie nastąpiło po fali pierwszego szoku.

- Nic nie mówiłeś o tym, że twój ojciec trzyma sobie portret byłego dyrektora Hogwartu w gabinecie!

- Ciszej. Nie widziałem takiej potrzeby. On i tak praktycznie ciągle śpi jak tu przychodzę. Nie udaje - oznajmił spokojnie, ale na jego twarzy malowała się niepewność.

- I co my zrobimy?

- Poszukamy tych informacji najciszej jak się da i tylko na nie lukniemy. Przy odrobinie szczęścia nikt się nie dowie. - Zamknął drzwi i odgłosy krzątania się po kuchni pani Weasley ucichły.

Przyjrzałem się uważniej Dumbledorowi. Rzeczywiście wyglądał, jakby był pogrążony w głebokim śnie. Jego zamknięte oczy poruszały się niespokojnie pod powiekami. Oddychał powoli, wprawiając w miarowe powiewanie długą brodę. Jej biel kontrastowała z burgundowym kolorem, na jaki musiały być pomalowane kilka lat temu ściany gabinetu. Były prawie niewidoczne przez setki fotografii, map i list magicznie do nich poprzylepianych. Pokój miał dwa duże okna zasłonięte żaluzjami, ograniczającymi światło. Jedynie wąskie strugi zimowego słońca padały na panele i pozamykane kartonowe pudła. Na podłodze piętrzyły się stosy kart z danymi przestępców. O narożną komodę z wieloma szufladkami oparte stało popękane lustro - monitor wrogów. Nie można było jednak powiedzieć, że w pokoju panował bałagan. Wszystkie mapy, materiały, fotografie spajały się tematycznie, łącząc się w pewien swoisty ład.

Podszedłem do oszklonego regału z książkami.

- Czego właściwie szukamy?

Młodszy z Albusów grzebał przy dębowym biurku stojącym pod oknem.

- Jakiejś teczki czy coś. Na każdą sprawę ma założoną osobną kartotekę.

Odsunąłem się od książek i otworzyłem pierwszą lepszą szufladę w kredensie, ale zanim zdążyłem przyjrzeć się zawartości, usłyszałem podniecony szept:

- Ej, chyba coś mam!

- Już? - zdziwiłem się, klucząc do niego wśród pudeł.

Albus pochylał się nad niewielkim segregatorem z wytłoczonym na srebrno napisem:

pierwszeństwo

Nie musiałem pytać skąd wie, że to tu pan Potter trzyma sekrety aurorów z ostatnich tygodni. Jego priorytetem zawsze było bezpieczeństwo rodziny, a skoro teraz była w śmiertelnym niebezpieczeństwie, najważniejsze było unieszkodliwienie zagrożenia.

Spojrzałem wnikliwie na Albusa, a on na mnie. Podejrzewam, że w myślach toczyliśmy podobne bitwy; między ciekawością, a lojalnością wobec autorytetów. Niestety, ciekawość, choć nie zawsze zwyciężająca, ma sprzymierzeńców w postaci cech chafakteru. Podjęliśmy decyzję i w tej samej sekundzie wyciągnęliśmy ręce, by otworzyć segregator. Już przewracaliśmy pierwszą, prawie pustą kartkę zatytułowaną "22.10.", gdy drzwi od pokoju gwałtownie się otworzyły.

Podskoczyliśmy jak oparzeni. I odwróciliśmy się do drzwi. Albus nadal trzymał w ręku segregator.

- Dzień dobry. - Przywitał się od progu Harry Potter. Choć ton jego głosu zdawał się być pogodny, czaiła się w nim złowieszczość.

Zerknąłem na Albusa, który szybko pozbył się segregatora odkładając go na biurko za naszymi plecami i teraz zaciskał pięść jakby był gotów do walki, nadal zbyt zszokowany by odpowiedzieć. Postanowiłem więc przejąć inicjatywę, ale zanim cokolwiek zrobiłem, znowu odezwał się pan Potter.

- Chodźcie do jadalni chłopaki. Szykujemy się do śniadania.

I wyszedł nie zamykając za sobą drzwi.

- Zachował się jakby znalazł nas w moim pokoju, oglądających świąteczne prezenty - wydukał oszołomiony Albus.

- Faktycznie, ktoś go skonfundował?

I choć oboje wiedzieliśmy, że to niemożliwe, ten drobny żart wtlił w nas nadzieję, że może pan Potter, uraczony mocnym winem Hagrida, wcale nie będzie się na nas boczył z powodu zaglądania do jego prywatnych, ściśle tajnych akt.

Ale kiedy Albus powoli zamykał drzwi, tak by nie skrzypnęły, mignęła mi przed oczami brodata postać Dumbledora, wracającego na swoje miejsce w ramach obrazu.

W gruncie rzeczy śniadanie przebiegło w świątecznej, rodzinnej atmosferze. Pomijając fakt, że będąc sam na posiłkach innej rodziny zawsze czuję się jak intruz, było całkiem miło. Nikt nie wspomniał o morderstwach członków ZLW, więc teoretycznie nie musieliśmy czuć się niekomfortowo, ale gdy pan Potter z drugiego końca stołu poprosił nagle Albusa o solniczkę, obaj wypuściliśmy z brzękiem widelce z rąk. Gdy Albus wyciągnął drżącą dłoń z solniczką, jego ojciec wychylił się po nią i posłał nam znaczące spojrzenia. Spuściłem wzrok na talerz, mając nadzieję, że wygląda to na gest wyrażający skruchę. Naprawdę poczułem się nieco zażenowany i zawiedziony samym sobą, ale też zestresowany tym, jak bardzo zły okaże się pan Potter, kiedy w końcu będziemy sami. Uczucie to zostało pogłębione, kiedy okazało się, że przez przypadek Albus podał tacie cukier zamiast soli.

Pan Potter ze śmiechem oddał swoje posłodzone jajko na twardo psu i nałożył sobie omlet, mówiąc, że gorszy smak ma posolona kawa. Albus do końca śniadania nie odezwał się, czerwony na twarzy i ze wzrokiem w talerzu, słuchając pogadanki babci Molly skierowanej do Marilyn o używaniu proszku Fiuu w dziewiątym miesiącu ciąży.

Kiedy wszyscy wstawali od stołu pan Potter przywołał nas do siebie.

- Chodźcie ze mną, dobrze?

I poprowadził nas hollem do jego gabinetu. Usiadł za biurkiem, wyjął różdżkę i machnął nią. Usłyszeliśmy szczęk zamka w drzwiach za naszymi plecami. Machnął rożdzką znowu i przed jego biurkiem pojawiły się dwa rozkładane drewaniane krzesła.

- Nie myślcie sobie, że nie wiem po co tu wcześniej przyszliście - zaczął, kiedy zajęliśmy miejsca. - Albus mi powiedział, czego szukacie.

Albus Severus i ja zerknęliśmy na Dumbledora, niewinnie drzemiącego w swoich ramach. Potter spokojnie kontynuował.

- Pomysł zakradnięcia się do mojego biura był niezwykle infantylny i głupi. Macie już szesnaście lat. Czas dorosnąć i nauczyć się negocjować. To nie jest zawsze tak, że starsi wam odmówią wszystkiego o co ich poprosicie.

Z trudnością odlepiłem wzrok od ściany i spojrzałem Harry'emu Potterowi prosto w oczy.

- Nie rozumiem. - Albus zmarszczył brwi. - Nie masz nic przeciwko temu, żebyśmy poznali prawdę, ale w, no, bardziej przyzwoity sposób?

Pan Potter uśmiechnął się lekko.

- Do tej pory chyba nie wiedziałem jak bardzo jesteś do mnie podobny pod pewnymi względami. I rozumiem twoje zaangażowanie. Wasze zaangażowanie. Waszą chęć walki ze złem. Szanuję to. I myślę, że mógłbym poczęstować was kilkoma, powiedzmy, nadprogramowymi informacjami, ale nie za darmo.

Chwilowo zamilkł, a my w napięciu czekaliśmy na "cenę".

- Chcę żebyście składali mi luźne, raporty o tym co się dzieje w Hogwarcie. Podejrzane wydarzenia, niecodzienne sytuacje, specyficzne zachowania. Zgadzacie się?

Spojrzeliśmy na siebie i pokiwaliśmy z powagą głowami.

- Dobrze. Przesyłanie takich informacji sowami nie byłoby rozsądne. Pomoże nam w tym profesor Dumbledore. - Kiwnął głową w kierunku portretu, który już nie spał.

- Mamy chodzić do gabinetu McGonagall kiedy zdarzy się coś dziwnego? - spytałem sceptycznie.

- Nie do końca. To profesor Dumbledore do was przyjdzie. A teraz przejdźmy do tego, co powinniście wiedzieć, zanim zaczniecie się domyślać. Czekam na pytania.

Po szybkim przeglądzie pytań narodzonych się w mojej głowie, odezwałem się pierwszy.

- Kto nas zabija?

- Nie mamy pewności. Na pewno mają coś wspólnego z Voldemortem.

- Mają szpiegów w Ministerstwie?

- Szpiedzy są wszędzie. W Ministerstwie, w Banku Gringotta, w Hogwarcie. Dlatego jesteście mi tam potrzebni.

- Gdzie jest ciało Dereka? Czemu Ministerstwo nie chce go przekazać ochronie ZLW?

Pan Potter, z niewidzącymi oczami, przeczesał rozczochrane włosy i dopiero wtedy odrzekł:

- Ministerstwo nie widzi związku pomiędzy śmiercią Dereka, a resztą zmarłych. Poza tym nie ma obowiązku oddawać ciał aurorom.

- Jak zginęli Aberforth Dumbledore i Hestia Johnes?

- Zaklęcie niewybaczalne.

- Czemu nie zabito jeszcze nikogo z pierwszorzędnych ZLW?

- Jak to nie? Aberforth, pani Figg? Owszem, są mniej doceniani, ale jednak zaliczają się do pierwszorzędnych członków ZLW. Rzecz w tym, że sprawa jest poważniejsza niż niektórym się wydaje. Dlatego musimy działać już teraz i to pod każdym kątem, aby odnaleźć zabójców.

Zamilkliśmy. To dziwne, ale gdy ma się możliwość uzyskania odpowiedzi na wszystko co ważne i intrygujące, umysł blokuje dostęp do sejwu z pytaniami.

- To wszystko? Chcecie jeszcze coś wiedzieć?

- Tak. Czy jest coś, co powinniśmy wiedzieć?

- Trafiłeś w pętlę, Al. - Konciki ust pana Pottera uniosły się lekko. Wstał, a my zrobiliśmy to samo. Usunął machnięciem różdżki drewniane krzesełka i podszedł do drzwi, ale zanim je otworzył, odpowiedział. - Jest coś takiego. Na północy Anglii, a dokładniej chodzi mi o wschodnie wybrzeże, znajduje się malownicza nadmorska miejscowość z kilkoma kempingami i domkami letniskowymi. Beadnell. Pamiętajcie o tym. - Otworzył drzwi i gestem zaprosił nas do wyjścia. - Scorpius, zdaje się że Dracon po ciebie idzie. Zaklęcia ochronne zostały naruszone. Albus odprowadź gościa do drzwi, okej?

W milczeniu zeszliśmy na półpiętro. Pozwoliliśmy sobie jedynie na ukradkowe znaczące spojrzenia. Kiedy już mieliśmy pewność, że nas nie podsłucha, od wypowiedzenia się na temat odbytej przed chwilą rozmowy coś jednak nas powstrzymało.

U stóp schodów czekał mój ojciec. Odziany był w czarną aksamitną pelerynę. Ramiona i schludnie zaczesane włosy przypruszył mu śnieg, który jakimś cudem (może od naturalnie bijącego od niego zimna) jeszcze nie stopniał. Bladość skóry zamaskowały rumieńce na policzkach wyszczypanych przez mróz. Jego mina przypominała mi świętego mikołaja, który skończył rozdawać prezenty. Satysfakcja. Ale z jakiego powodu? Nie patrzył na mnie, spojrzał natomiast Albusowi w jego zielone oczy.

- Dzień dobry panie Malfoy. Wesołych świąt!

- Dzień dobry. Dziękuję, wzajemnie. Pozdrów rodziców. Idziemy do domu, Scorpius - oznajmił.

Wymieniliśmy z Albusem zrezygnowane spojrzenia, i już miałem pójść za ojcem do przedpokoju, gdy przypomniało mi się coś.

- Zaraz do ciebie dołączę, ok? Muszę zabrać rzeczy z pokoju Ala.

Albus pokiwał z entuzjazmem głową. Oddaliliśmy się szybko do jego pokoju.

- Wow. Spodziewałeś się takiego obrotu wydarzeń? - spytałem go kiedy zatrzasnął drzwi.

- No co ty, nigdy w życiu. Musi nam ufać skoro dał nam takie zadanie. Myślę, że Dumbledore go przekonał.

- Też o tym pomyślałem. A nie sądzisz, że to metoda szansy? Możemy współpracować, ale jeśli zmarnujemy szansę - wylatujemy.

- Ewentualnie dostajemy drugą.

- Co nie zmienia faktu, że musimy się postarać.

- A myślisz, że jest coś o czym...

Urwał, bo rozległo się nieśmiałe pukanie do drzwi pokoju, a następnie stanęła w nich pani Weasley.

- Scorpius? Nie chciałam przeszkadzać - zaczęła, po czym ściszyła głos do szeptu - ale twój ojciec się trochę niecierpliwi, a ja muszę pilnować ciasta!

- Już idę. - Pani Weasley wyszła. A ja nieco zakłopotany zwróciłem się do Albusa. - Żegnaj, Albusie Sewerusie.

- Żegnaj, Skorpionie. - Albus uśmiechnął się i uścisnął mnie.

Wsadziłem do plecaka prezent od Albusa (sweter miałem na sobie) i wyszedłem za panią Weasley.

Po całym domu unosiła się rozkoszna woń pierników. Poszedłem prosto w kierunku stojaka na płaszcze przy drzwiach, ale ku mojemu zdziwieniu ojca tam nie było.

- Tutaj, Scorpius - zawołała za mną pani Weasley, a kiedy się odwróciłem, zniknęła w drzwiach do salonu.

Dziwny, trochę komiczny widok ukazał mi się, kiedy wchłaniałem zapach ciastek wchodząc do kuchni. Mój ojciec siedział na wysokim taborecie przy blacie kuchennym i kosztował pachnące wypieki pani Weasly. Na twarzy zastygł mu niezwykły uśmiech. Niezwykły, bo rzadko się uśmiecha. Słuchał czegoś, co z ożywieniem opowiadał James. Siedząca obok Marilyn zachichotała i odchyliła głowę do tyłu, na oparcie kanapy.

- Ooo, panie Malfoy, jest i Scorpius! - zawołała wesoło.

Uśmiech mu zrzedł, ale nadal wyglądał przyjaźnie. Irytująco. Morze wezbrało, nadciągają czarne chmury.

- Idziesz? - warknąłem.

- Oczywiście. No to żegnam wszystkich. Trzymajcie się, dzieciaki. - Mrugnął do pary. -Molly, te pierniki są przepyszne. Może podesłałabyś mi przepis?

Wyszedłem na korytarz. Miałem wrażenie, jakby się we mnie gotowało. Tak mogła by się czuć lodówka, którą wystawiono na czterdziesto stopniowy upał. Założyłem buty i płaszcz. Dopiero wtedy przyszedł i minął mnie bez słowa. Słońce już nie grzało asfaltu. Było zimno i padał gęsty śnieg. Tuż za furtką chwyciłem z niechęcią ramię ojca i deportowaliśmy się na kamienisty podjazd do naszego domu. Ledwo poczułem grunt pod stopami, a już oderwałem się od ojca i prędko podążyłem po marmurowych schodach by wejść frontowymi drzwiami do salonu. On nie próżnował, znalazł się w nim chwilę później, lekko zdyszany zdejmował pelerynę.

- Scorpius, czekaj chwilę.

Zignorowałem go i przeszedłem przez salon do schodów na górę.

- Scorpius, nie podoba mi się twoje zachowanie. Stój!

To ostatnie zdanie usłyszałem też w mojej głowie. Spłynęło na mnie błogie uczucie, a raczej jego przebłysk. Pokonałem już trzy stopnie, gdy nagle się zatrzymałem. A była to czynność zupełnie niezgodna z moją wolą.

- Posuwasz się do używania zaklęć niewybaczalnych, żeby porozmawiać z synem?! - krzyknąłem odwracając się na pięcie.

- Miło, że zauważyłeś, że jesteś moim synem. Szkoda, że nie wiesz co to znaczy - odparł chłodno, a jego głos poniósł się echem z drugiego końca pomieszczenia.

- Och, proszę cię. A ty niby wiesz co to znaczy być ojcem? W ogóle co to miało być, te pogaduszki u Albusa?! Przed ludźmi udajesz, że jesteś jakimś pieprzonym świetnym samotnym tatusiem! A w domu nigdy ze mną nie rozmawiasz! W niczym mi nie pomagasz! Ale pewnie, ważniejsza jest czyjaś opinia, trzeba się pokazać od najlepszej strony! Dlaczego to robisz?! Po co?!

- Scorpius, nie podnoś na mnie głosu. Zastanów się nad sobą. To, że umiem nawiązać z kimś normalną konwersację jest dla ciebie czymś, krępującym. I nie pomyślałeś nigdy, że to twoja wina? Nie pozwalasz mi z sobą porozmawiać. Zachowujesz się jak typowy zbuntowany nastolatek. - Westchnął, podszedł do kominka i zapalił go rożdzką. Potem wziął do ręki zdjęcie oprawione w ramkę, stojące na gzymsie. Patrzył na łagodną twarz Astorii Malfoy. - Jesteśmy zaproszeni na kolację do Daphne, więc masz się do tego czasu uspokoić.

- Znowu to robisz. Zamiatasz wszytsko pod dywan i ingorujesz to, co do ciebie mówię.

- Nie rób teraz problemów z niczego, dobrze? Nie mam nastroju na twoje humory.

Prychnąłem z niedowierzaniem.

- Jesteś żałosny. Nigdzie z tobą nie idę.

Kończąc tę dramatyczną scenę, odwróciłem się i przeskakując co drugi stopień dotarłem do szczytu schodów. Tylko raz się odwróciłem, by zobaczyć nieruchomą sylwetkę wpatrującą się w portret mojej matki.