Hotarus Malfoyus, WitFox, Cimeriers, anulaqt, anonimowy Komentatorze :D, Ched - DZIĘKUJĘ PIĘKNIE! :* Jestem Wam przeogromnie wdzięczna za komentarze i dokarmianie Wena - to naprawdę wiele dla mnie znaczy. Dzięki temu mam motywację do pisania, nie ukrywam :)

Przepraszam jak zwykle za zwłokę - ale za to następny rozdział mam już napisany w połowie, więc mam nadzieję, że znowu niedługo zaktualizuję Bakterię :D

ps. Cimeriers - :* I, swoją drogą, polecam założenie konta na ff net i dodania fanficka do ulubionych/alertów - wtedy będziesz powiadamiana o nowych rozdziałach na bieżąco przez maila :)

Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do czytania!

Beta: Ewa :*

Zaraza rozdział IX cz. 2.
Pocałunek Judasza, część druga

Ciało Harry'ego mocno zderzyło się z twardą, kamienną podłogą. Przez obolałe gardło chłopaka nie zdołał się wyrwać żaden dźwięk; miał wrażenie, jakby siłą wyrwano mu płuca, a następnie wepchnięto z powrotem. Na ramionach czuł uścisk obcych, silnych dłoni. Z bezładu pędzących w głowie myśli zdołał wyłowić tylko jedną: zabiją mnie.

Zabiją. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Nie zdążył. Nie dał rady, złapali go, zabrali... tylko gdzie? Gdzie jesteśmy?

— To nie byłem ja! — wysoki, spanikowany głos zdołał go wyrwać ze stanu otępienia. Harry nie mógł poruszyć żadną kończyną. Nie był w stanie otworzyć oczu. — Wpadł na te pieprzone miny, nic nie mogliśmy zrobić!

— Nie obchodzi mnie to, Maddock. Miał być w jednym kawałku.

Po chwili Harry zrozumiał dlaczego nie mógł się poruszyć – użyli na nim zaklęcia paraliżującego. Ciało pozostało bezwładne, jednak zdołał zachować przytomność: poczuł mocny uchwyt za zranione ramię; usłyszał szept, a po jego skórze spłynęło ciepło. Za przymkniętymi powiekami rozbłysło światło zaklęcia uzdrawiającego.

Chwilę później czyjaś szorstka dłoń chwyciła jego podbródek i zmusiła go do otwarcia ust. Ktoś podniósł głowę Harry'ego i podetknął pod wargi zimne szkło.

— Pij — rozkazał jeden z mężczyzn i szybko cofnął zaklęcie całkowitego porażenia ciała. Po chwili wnętrze ust Harry'ego wypełniło się gorzkim, dziwnie znajomym płynem, który spłynął w dół gardła. Chłopak zakrztusił się, ale zmusił swój język do pracy, ratując się w ten sposób przed zadławieniem. Zanim zdążył zrobić cokolwiek oprócz tego, poczuł jak jego ciało drętwieje ponownie. To musiał być eliksir Uzupełniający Krew – tego paskudnego smaku nie mógłby pomylić z niczym innym.

Został złapany i… uratowany. Śmierciożercy właśnie uratowali mu życie.

Gdyby Harry'ego nie obezwładniło zaklęcie, z pewnością zrobiłoby to przerażenie.

Wszędzie panował chaos; dopiero teraz do uszu chłopaka dotarły krzyki i odgłosy szybkich, nerwowych kroków. Czyjeś ręce błądziły po jego ciele, niknęły w fałdach ubrań i wywracały kieszenie na lewą stronę. Lodowate koniuszki palców musnęły skórę szyi i przewieszony wokół niej srebrny łańcuszek. „Ostrożnie, to świstoklik!" – usłyszał, a po chwili zaklęcie śmierciożercy go dezaktywowało.

Harry został pozbawiony różdżki i jedynej realnej szansy na ucieczkę.

— Pozbądź się tamtych. Nie są już potrzebni.

Harry nie mógł się poruszyć; nie był w stanie nawet otworzyć oczu. Nie mógł w jakikolwiek sposób zaprotestować, kiedy został potraktowany zaklęciem nieważkości i czyjeś ramiona owinęły się dookoła jego bezwładnego ciała i podniosły je z posadzki.


— Nie mówię o tym śmieciu — wskazał głową w kierunku Severusa, którego oczy rozszerzyły się w przerażającym zrozumieniu. — Mamy Pottera.

W pomieszczeniu zapadła cisza.

Śmierciożerca wzniósł oczy w górę. Wpatrywał się w sufit, a z jego warg nie schodził nieco szalony uśmiech satysfakcji. Zza mosiężnych drzwi dobiegało echo niepokojących odgłosów; byli całkowicie odcięci od zamętu dziejącego się piętro wyżej.

Nagle Severus usłyszał czyjś ciężki, urywany oddech. Spojrzał na Granger, która była o krok od histerii; szeroko otwarte oczy wyrażały niedowierzanie, a szczupłe ramiona były mocno oplecione wokół ciała. Weasley chwiejnie cofnął się o krok, jakby dostał pięścią w brzuch.

— Słyszycie? — zagaił śmierciożerca na pozór gawędziarskim tonem. — Właśnie zabierają go do Czarnego Pana, co oznacza, że nie jesteście nam już potrzebni.

Młodzieniec skinął głową w kierunku Hermiony. Dwóch milczących śmierciożerców ruszyło w jej stronę i brutalnie chwyciło za ramiona, stawiając dziewczynę do pionu. Nie wydusiła z siebie nawet słowa; błądziła jedynie przerażonym wzrokiem od jednego do drugiego mężczyzny.

Pierwszy zareagował Weasley.

— Zostaw—

Jego krzyk został zduszony w środku mocnym uderzeniem w brzuch; Ron zgiął się w pół i zatoczył chwiejnie do tyłu.

— Ron!

Śmierciożerca oddał cios w twarz tak mocny, że Weasley stracił równowagę i upadł na ziemię. Hermiona nie przestawała krzyczeć; bezskutecznie próbowała wyszarpnąć się z uścisku trzymających ją mężczyzn. Młody śmierciożerca roztarł bolące po zderzeniu ze szczęką knykcie.

— Spokój. Nie chcecie, żebym wyciągnął różdżkę — oznajmił butnie. Weasley zakasłał chrypliwie i starł krew z rozciętej wargi; drżał na całym ciele, jakby ostatkami sił powstrzymywał się od ponownego stracenia kontroli. Severus nie śmiał się poruszyć; doskonale wiedział, że czwarty śmierciożerca celuje różdżką prosto w jego plecy. Nawet jeśli był rozbrojony i obolały, nadal uważano go za zagrożenie. — Jak myślicie, co teraz zrobimy? Możecie jedynie zgadywać… może zabierzemy waszą szlamę do laboratorium? Materiały do pracy tak szybko się zużywają…

Ron dygotał coraz mocniej, a jego oddech zrobił cięższy i chrapliwszy. W tym czasie dwójka śmierciożerców zdążyła wyprowadzić wyrywającą się Hermionę; dziewczyna krzyczała, próbowała kopać, gryźć, ale była zbyt słaba, by móc się obronić… Severus zamknął oczy i przełknął ciężko ślinę. Nie mogli nic zrobić, tylko patrzeć, jak…

— Szlama nie jest problemem — ciągnął niestrudzenie młodzieniec. — Problemem jest wasza trójka. Kazano nam pozostawić was na razie przy życiu, z czego, nie ukrywam, nie jestem zadowolony. Wszyscy jesteście zdrajcami naszego gatunku, więc zapewne przygotowano dla was coś specjalnego… Co tam, Malfoy? Modlisz się? — nagle zaśmiał się drwiąco, przerywając wywód.

Wszyscy spojrzeli na leżącego pod ścianą Draco. Twarz miał nisko zawieszoną nad posadzką, dłonie płasko położone po obu stronach głowy. Oczy chłopaka były półprzymknięte, a popękane wargi poruszały się w kolejno bezgłośnie wypowiadanych słowach. Oszalał, pomyślał Severus. On naprawdę się modli.

Dwójka pozostałych w pomieszczeniu śmierciożerców spojrzała po sobie; młodszy z nich nie przestawał się śmiać. Ron przyglądał się Draco z niedowierzaniem na bladej twarzy, co Severusa jeszcze bardziej zaniepokoiło.

Weasley wyglądał jakby o czymś wiedział. I ta wiedza go przerażała.

— Naiwny jesteś, świrze. Myślisz, że to cokolwiek da? I tak twój ojciec dobierze ci się do dupy i należycie się z nią rozprawi. Ty mały, plugawy zdrajco…

I wtedy Draco podniósł głowę, spoglądając na swoich oprawców. Severus zamarł; podobny wyraz oczu już kiedyś widział. Nie tak dawno temu, uświadomił sobie. To było spojrzenie osoby, która nie miała już nic do stracenia.

Stalowoszare oczy Malfoya nie wyrażały strachu, ani tym bardziej szaleństwa; tylko twardą, surową determinację.


Z każdą mijającą minutą Harry był coraz bardziej obdzierany z jakiejkolwiek nadziei. Przemierzali długie korytarze, niekiedy skręcając. Odgłosy miarowych kroków dały mu do zrozumienia, że wspinają się po niezliczonych stopniach schodów. Nawet jeśli starał się polegać tylko na swoim słuchu i próbował zapamiętać w ten sposób drogę powrotną, wiedział, że to bezcelowe. Zabierali go prosto do Voldemorta i nic nie mógł z tym zrobić.

Jego bezsilność tylko podsycała panikę.

Severus… Strach zżerał Harry'ego od środka; chłopak modlił się, by przynajmniej ten jeden plan się powiódł. Nie daj się zabić. Przecież obiecał to Severusowi. Obiecał. Szczęście w nieszczęściu, poprzez pozostanie w bezruchu i eliksirowi zdołał odzyskać trochę siły. Jeśli tylko zdejmą z niego zaklęcie i zareaguje odpowiednio szybko, może uda mu się wyrwać? Zdobyć różdżkę? Uciec?

Nagle poczuł szarpnięcie, kiedy trzymający go śmierciożerca przystanął gwałtownie. Do uszu Harry'ego dobiegło długie, przeciągłe skrzypienie otwieranych drzwi. Po kilkudziesięciu szybkich krokach ponownie przystanęli, a po chwili poczuł jak jest ostrożnie układany na zimnej, kamiennej posadzce.

— Nareszcie.

Serce Harry'ego zaczęło szaleńczo bić. Tego wysokiego, świszczącego głosu nie mógł pomylić z niczyim innym.

— Powinienem cię ukarać za takie traktowanie naszego gościa.

Mężczyzna wydał z siebie żałosny, pełen służalczości jęk „tak, panie" i cofnął klątwę obejmującą ciało Harry'ego. Fale nieprzyjemnego mrowienia spłynęły po nieruchomych dotąd kończynach, ale zanim zdążył wykonać jakikolwiek ruch, wykręcono mu boleśnie ramiona do tyłu. Kurwa. To tyle, jeśli chodzi o szybką reakcję. Inny śmierciożerca chwycił go za barki i zmusił do siadu.

Harry otworzył oczy i natychmiast zapragnął je zamknąć, ale nie potrafił tego zrobić – nie mógł oderwać wzroku od postaci znajdującej się na wielkim, ozdobnym siedzeniu przypominającym tron. Po raz kolejny zdusił w sobie irracjonalną potrzebę wybuchnięcia śmiechem. Voldemort wyglądał jak pieprzony pan i władca siedząc w ten sposób pośród swojej świty. Po obu jego stronach stało kliku śmierciożerców w mundurach, jak i…

Magomedycy. Magomedycy św. Mungo, ubrani w swoje oficjalne szaty, stojący spokojnie tuż obok Voldemorta… Harry poczuł dziwną suchość w ustach; nie był w stanie wydobyć z siebie głosu. W pomieszczeniu rozbrzmiał cichy, świszczący śmiech, zupełnie jakby jego właścicielowi brakowało tchu.

— Zaskoczony, Harry? Wcale się nie dziwię — odparł Riddle i poruszył się niespokojnie na bogato zdobionym siedzeniu. Dopiero teraz Harry zauważył, że Voldemort jest ubrany w przepastne, czarne szaty i przez naciągnięty na głowę kaptur jego oblicze pozostało ukryte w cieniu. — Bliżej. Podejdźcie z nim bliżej.

Śmierciożercy bez wahania wykonali rozkaz, stawiając oszołomionego chłopaka na nogi i popychając go do przodu. Harry dumnie podniósł głowę i zagryzł wargi; nie chciał pokazać, że jest śmiertelnie przerażony. Bezskutecznie próbował uspokoić szybki, chrapliwy oddech i szarpnął się; ból zapłonął w jego mięśniach ramion i chłopak nie powstrzymał jęknięcia.

— Ostrożnie! — syknął Riddle, wykonując gwałtowny ruch, jakby zamierzał wstać, ale w ostatniej chwili się rozmyślił. — Ostrożnie. Nie chcę, by stała mu się krzywda. Nie chcemy tego, prawda, Harry?

Nie zdążył nawet odpowiedzieć, kiedy obce dłonie popchnęły go na dół i wylądował na kolanach tuż przed stopami Riddle'a. Miał być w jednym kawałku, przypomniał sobie słowa śmierciożercy.

O co tutaj w tym wszystkim chodzi? Dlaczego jeszcze żyje? Wzdrygnął się, kiedy blada, szponiasta dłoń wystrzeliła z przepastnych szat i dotknęła jego ramienia, w które wcześniej oberwał klątwą. Palce zanurkowały pod materiał rozdartej kurtki, gładząc zaleczoną, zaczerwienioną skórę. Śmierciożerca za plecami Harry'ego wyraźnie stężał.

— Skąd to?

— T-trafił… trafił na miny, panie — wyszeptał mężczyzna. — Ale uleczyłem go i podałem eliksir. Jest w pełni sił. Jest gotowy.

Voldemort nie odpowiedział, dalej głaszcząc wrażliwą skórę w parodii czułości. Harry próbował ze wszystkich sił powstrzymać się od dygotania. Szponiasta dłoń przesunęła się w kierunku jego policzka, a w nozdrza chłopaka buchnął mocny, przenikliwy smród zgnilizny. Harry skrzywił się i ledwo zapanował nad odruchem wymiotnym.

Voldemort natychmiast cofnął dłoń.

— Ach, tak… Przepraszam cię za mój stan, chłopcze. Sądzę, że należą ci się wyjaśnienia — odparł cicho, po czym ostrożnie zsunął kaptur z głowy.

I wtedy Harry był już niemal pewien, że za chwilę zwymiotuje. Czuł jak jego oczy robią się wielkości spodków.

Ciało Voldemorta… rozpadało się. Gniło. Smród z każdą chwilą stawał się coraz gorszy, coraz bardziej duszący i lepki, nie do zniesienia.

Z gardła Harry'ego wyrwało się rzężenie; to był już stary, znajomy histeryczny śmiech i za nic nie potrafił go utrzymać w sobie. Miał wrażenie, że znalazł się w środku wyjątkowo absurdalnego snu. Na niemal przezroczystej, odrażającej twarzy Voldemorta pojawił się grymas niezadowolenia. Harry nie mógł oderwać wzroku od dziwnie napinających się mięśni znajdujących się tuż pod skórą; wyglądała, jakby miała za chwilę pęknąć i rozlać całą zawartość. Nigdy wcześniej nie widział czegoś tak obrzydliwego, ale nie mógł przestać na to patrzeć.

— Wraz z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność, nieprawdaż? — powiedział Voldemort, a oddech Harry'ego zaczął niebezpiecznie przyspieszać; starał się oddychać ustami, byle nie czuć smrodu rozkładającego się ciała. Koszmar. Koszmar. — Czarna magia… ma swoją cenę, niekiedy bardzo wysoką. Minęło sześć lat, od kiedy żyję w tym ciele. Okazało się niewystarczające. Niekompatybilne. Za słabe, by unieść ogrom mojej mocy.

— Dobry boże… — wyjęczał Harry; jego umysł zalały wspomnienia z pierwszego roku w Hogwarcie: potwór pijący krew jednorożca w Zakazanym Lesie. Profesor Quirrel i jego turban, pod którym ukrywał swoją drugą twarz… Czyżby to on był pierwszym… naczyniem? Naczyniem do przetrzymania duszy Voldemorta? Czarna magia ma swoją cenę. Przed oczami Harry'ego zmaterializowała się najgorsza noc w jego życiu – noc finału Turnieju Trójmagicznego, cmentarzysko i czarnomagiczny rytuał, którego on sam był częścią.

— Dziewiętnaście lat temu straciłem swoje silne, ludzkie ciało — kontynuował Voldemort. — Ty mi je odebrałeś. Ty i twoja szlamowata matka. Przez lata tułałem się jako niematerialny byt, moi wierni słudzy oddawali swe ciała… ale były za słabe, niewystarczające. I w końcu! Myślałem, że w końcu rozwiążę swój niewygodny problem. Czarnomagiczne ciało z krwi wroga, kości ojca i ciała sługi nie było najpiękniejsze i najsilniejsze, ale spełniało swoje zadanie. Ale nie na długo, jak się okazało.

Wzrok Harry'ego podążał od dziwnie pomarszczonych, zsiniałych dłoni po odrażającą twarz.

— Twoja własna magia cię zabija — wychrypiał niedowierzająco. Szpary, które Riddle miał zamiast nosa, rozszerzyły się i w tym momencie bardziej niż kiedykolwiek przypominał Harry'emu potwora wyczuwającego swą zwierzynę.

— Mądry chłopak. — Znowu wydał z siebie ten świszczący, niepokojący śmiech, po czym machnął ręką w kierunku magomedyków. Kiedy jeden z nich wystąpił na przód i stanął w świetle, Harry poczuł jak jego żołądek opada na dół.

Teraz dokładnie widział jego twarz. To był ten sam magomedyk w którego wielosokował się Severus, kiedy Harry został przechwycony przez aurorów po akcji w Staines i przetransportowany do św. Munga…

Inaczej bym cię nie ratował.Moim zadaniem jest ratowanie życia, nie jego odbieranie.

Andy… Andy Sturgis, współpracownik tego starszego mężczyzny… chciał go uratować przed tym. I właśnie po to przekazał Harry'emu swoje wspomnienia, by dać wskazówkę, by dać znać co się dzieje… Dać ostrzeżenie. Wszystko w twoich rękach. Wszystko w twoich rękach, tłukło się wściekle po jego głowie.

Wszystko w twoich rękach. Ostrzeżenie zrozumiane o wiele za późno.

— Panie Potter — Graham kiwnął głową, co było w tej sytuacji aż nazbyt absurdalne. Spojrzenie starczych, bladoniebieskich oczu przyprawiało o dreszcze. — Mam nadzieję, że podobał się panu mój podarunek.

— Co? — wyrwało się Harry'emu zanim zdążył się powstrzymać. W pomieszczeniu rozbrzmiały śmiechy; sam Graham jedynie wykrzywił nieznacznie wargi, zanim kontynuował:

— Pierwsza kiedykolwiek udana transplantacja duszy. Najprawdziwsza perła w moim dorobku magicznym i naukowym — powiedział cicho magomedyk, a w jego oczach jawiło się szaleństwo i duma.

Powiedział, że jestem doskonała. Tonks. Tonks.

Wściekłość, niedowierzanie i przerażenie opanowało umysł Harry'ego. Wierzgnął się po raz kolejny, ale trzymający go śmierciożerca nawet na moment nie poluźnił uścisku.

— Ty skurwielu, to byłeś—

— Sam etap wypędzenia duszy przebiegł nadzwyczaj dobrze — ciągnął, nie zwracając uwagi na krzyczącego Harry'ego. — Transplantacja również. Jednak okazało się, że ciało tej metamorfomag zaczęło odrzucać obcą duszę, a co z tym idzie – wypływały z niej siły witalne i zaczęła umierać… To była dla nas jednoznaczna wskazówka. Do wykonania poprawnej transplantacji dwie osoby muszą mieć pasujące do siebie rdzenie magiczne. Ale! Jest też druga możliwość: silny organizm młodego człowieka, który od niemal początku swego istnienia ma w sobie cząstkę duszy drugiej osoby i odrzucenie przeszczepu jest mało prawdopodobne…

Harry zamarł.

— Odebrałeś mi moje ciało — powiedział po chwili ciszy Voldemort. — Teraz ja zabiorę twoje.


— Flannery — wychrypiał po chwili Draco, a jego usta wykrzywiły się w niewielkim, złośliwym uśmiechu. Wyglądał na prawie zadowolonego, kiedy czule gładził poranioną dłonią kamienną posadzkę lochów. — Flannery. Do ciebie mówię, psie — powtórzył do umyślnie ignorującego go śmierciożercy, którego twarz w jednej sekundzie nabrała ostrzejszych rysów.

Severus zbladł.

— Draco… — zaczął, ale Malfoy rzucił mu szybkie, trudne do odczytania spojrzenie i kontynuował:

— Powiedz mi, jak to się stało, że taki śmieć jak ty zaszedł tak daleko?

— Stul pysk — warknął śmierciożerca, odwracając się do niego plecami i odchodząc parę kroków; najwidoczniej z jakiegoś powodu chciał utrzymać opanowanie na wodzy. Drugi śmierciożerca, ten, który celował różdżką w plecy Severusa, zastygł w bezruchu i przyglądał się im ze zmarszczonymi brwiami.

— Jak to się stało, że szlama zajęła tak wysokie stanowisko?

Flannery nagle zatrzymał się i powoli odwrócił głowę w stronę Malfoya. Ciało miał napięte niczym struna, a atmosfera zgęstniała jeszcze bardziej.

— Co powiedziałeś? — odezwał się po chwili lodowatym głosem.

Malfoy prychnął i podniósł się do siadu, a ręce opuścił wzdłuż ciała. Zadarł głowę i rzucił śmierciożercy wyzywające spojrzenie. Wyglądał, jakby… na coś czekał.

— Zastanawiałem się, jak to jest możliwe, że taka szlama jak ty wstąpiła w szeregi Czarnego Pana i zajęła tak wysokie stanowisko. Ja wiem, Flannery. Wiem wszystko.

I wtedy Severusa to uderzyło: Draco prowokował strażnika. Podpuszczał, robił wszystko, by wytrącić z równowagi. I udawało mu się – Flannery zacisnął pięści i wziął głęboki, usilnie kontrolowany wdech.

— Stul pysk — powtórzył wściekle. — Zamknij mordę, inaczej—

— Komu musiałeś nadstawić dupy, przyznaj się? — zaśmiał się Draco i już w kolejnej sekundzie runął z łomotem na posadzkę, powalony mocnym uderzeniem w twarz.

— Stanley! — krzyknął ostrzegawczo drugi śmierciożerca.

— Nie wtrącaj się! — wrzasnął Flannery i chwycił Draco za ubranie. — Wstawaj!

Siłą postawił Malfoya na nogi i następnie przyparł go do ściany; obaj dyszeli ciężko, Flannery z furii, natomiast Draco… uśmiechnął się szeroko, szaleńczo, niemal radośnie. Nawet nie próbował bronić się przed rozwścieczonym młodzieńcem.

— Komu, przyznaj się? Mojemu ojcu? Przecież wiem, że—

Flannery ryknął jak rozjuszone zwierzę, zupełnie tracąc nad sobą panowanie; uderzał Malfoya na oślep, w brzuch, w klatkę piersiową, w twarz. Wszystko działo się tak szybko; drugi śmierciożerca krzyczał, ale dalej pozostawał na swoim miejscu, jakby nie mógł się zdecydować co zrobić, a kiedy Severus już chciał zareagować i wykorzystać jego nieuwagę, złapał kątem oka Weasleya, który… pokręcił przecząco głową?

Tak, nie mylił się: Weasley wpatrywał się intensywnie w Severusa i kręcił przecząco głową, prawie niezauważalnie. Nigdy nie widział go tak bladego, przerażonego, jakby ta cała sytuacja go bolała, ale… musiała się wydarzyć. Plan. Oni mieli plan. Powietrze uciekło z płuc Severusa, nie, nie wierzył w to co się dzieje… Nic nie rób, wyczytał niemy protest z twarzy Weasleya. Zostaw.

Po kolejnym uderzeniu w żebra Draco wydał z siebie rzężenie; osunął się po ścianie, a Flannery odskoczył od niego, dysząc i trzęsąc się z furii. Zaciskał i rozprostowywał palce u dłoni, przymierzając się do kolejnego ciosu.

Draco podniósł się na kolana i podparł się dłońmi, zadygotał, paskudnie zacharczał i splunął gęstą śliną przemieszaną z krwią. Wpatrywał się tępo w plamę tuż przed nim, jednocześnie wydając z siebie płytkie, świszczące wdechy i wydechy. Wstrząsnęło nim tak silnie, jakby zamierzał wyrzygać wszystkie swoje wnętrzności i splunął ponownie, tym razem samą krwią. I ponownie, i ponownie, po pewnym czasie zakrztuszając się. Dobry Merlinie, Severusowi zrobiło się słabo, ale kiedy spróbował się poruszyć, poczuł ostry koniec różdżki wbity między łopatkami. Nie mógł nic zrobić, nie mógł, a Weasley nie spuszczał z niego wzroku, roztrzęsiony, cały brudny, z twarzą mokrą od potu i łez.

Severus usłyszał jak śmierciożerca stojący za nim wciąga głośno powietrze.

— Co jest…

Plama krwi, którą wypluł Draco, zaczęła znikać, wsiąkać w kamienne płyty jak woda w gąbkę.


Voldemort machnął niedbale dłonią i Harry został postawiony na nogi.

Graham drgnął; jego oczy zrobiły się nagle rozbiegane, niespokojne. Kiedy Lucjusz Malfoy unosił różdżkę w kierunku Pottera, odezwał się niepewnym głosem:

— Panie, nie jestem pewien…

— Nie jestem w stanie dłużej czekać, Grahamie — syknął Voldemort, powstając ze swojego siedzenia. Zachwiał się, ale odtrącił pomocną dłoń śmierciożercy — Nie! Myślisz, że nie jestem w stanie ustać prosto? — zagrzmiał; brzmiało to bardziej jak groźba, niż pytanie, dlatego śmierciożerca natychmiast cofnął się i skulił. Opuścił nisko głowę i zaczął mamrotać pod nosem przeprosiny.

— Panie — zaczął ponownie magomedyk. — Jest tylko jedno podejście i trzeba być pewnym, żeby…

— Jestem pewien! Czy dziewiętnaście lat to dla ciebie za mało? — Voldemort zmrużył oczy, a ta nagła podejrzliwość z jego strony zbiła z stropu Grahama — Sam mi mówiłeś, że odrzucenie przeszczepu jest niemożliwe w tym przypadku. Mówiłeś, że przeprowadzałeś badania. Mówiłeś, że jesteś pewien.

— Tak, panie — odparł szybko, kłaniając się w geście poddania. — Jednak zawsze trzeba brać pod uwagę…

— Zamilcz. Rób to, co ci każę. Lucjuszu — Voldemort skinął głową w stronę Malfoya, a ten bez wahania skierował różdżkę na Harry'ego i wyszeptał zaklęcie.

Harry poczuł, jak wszystkie mięśnie napinają się wbrew jego woli; wyprostował się i uniósł głowę. Był kontrolowany. Imperius, uderzyło do niego, zanim zdążył zareagować w jakikolwiek sposób. Starał odeprzeć zaklęcie ze wszystkich sił, ale nie podołał, był na to zbyt słaby. Śmierciożerca stojący za nim puścił jego ramiona i jedno z nich opadło bezwładnie wzdłuż ciała, a drugie wyprostowało się na całej długości.

Przerażenie. Tylko to i nic więcej. Gdyby Lucjusz kazał mu przestać oddychać, zapewne by tak zrobił.

Voldemort wyciągnął swoją szponiastą dłoń i chwycił przedramię Harry'ego. Lodowate palce zacisnęły się skórze i chłopak bezwolnie powtórzył ten ruch. Całe jego ciało było kontrolowane zaklęciem, nawet jego usta, które nie wypowiedziały ani słowa i nawet jego oczy, które były skierowane wprost na Voldemorta. Stali naprzeciw siebie i trzymali się za przedramiona, zupełnie jakby obaj zamierzali złożyć Przysięgę Wieczystą.

Oczy są zwierciadłem duszy, abstrakcyjna, obłąkana myśl przebiegła przez jego umysł.

Graham wyciągnął różdżkę i przytknął do skroni Harry'ego. Rozżarzona końcówka była równie gorąca jak jego łzy, które chciały za wszelką cenę wydostać się z oczu.

Czekał na śmierć.

W jednym momencie jego umysł, jego dusza, zaczęła rozrywać się na drobne strzępy, została zmącona jak atrament w wodzie. Wiedział to. Czuł to. Ból zapłonął w nim, ale nie potrafił dokładnie go zlokalizować, ten rozprzestrzeniał się i był wszędzie. Harry krzyczał, ale żaden dźwięk nie opuścił jego ust i to było z tego wszystkiego najgorsze.

Wspomnienia, emocje, myśli wirowały szaleńczo w jego głowie, by po chwili spłynąć z niego jak przesypujący się w klepsydrze piasek.

Gdyby nie był pod zaklęciem Malfoya, dawno by upadł. Gdyby nie to, dawno zamknąłby oczy i odpłynął. Umierał. Umierał.

Bezwolnie szarpnął się, jakby został porażony prądem; komórka po komórce, centymetr po centymetrze, czuł jak coś dziwnego, coś strasznego, przebiega po jego skórze. To cośpełzło z różdżki Grahama po skroni Harry'ego, następnie przez jego klatkę piersiową i ramię, które trzymał Voldemort.

Wtem wszystko ustało.

I jak za pstryknięciem palców wszystko wróciło na swoje pierwotne miejsce. Wspomnienia, emocje, myśli. Jego dusza. To było jak zaczerpnięcie oddechu po długim trzymaniu głowy pod wodą.

Voldemort otworzył szeroko oczy, usta, i wydał z siebie najbardziej przerażający skowyt, jaki Harry usłyszał w całym swoim życiu.

Zaklęcie Imperiusa zaczęło słabnąć; chłopak niewiele myśląc odtrącił moc Lucjusza jak natrętną muchę i całkowicie się od niej wyswobodził. Szarpnął się do tyłu, puszczając ramię Voldemorta i upadając na podłogę. W końcu, w końcumógł wydobyć z siebie głos.

Voldemort nie przestawał krzyczeć; nierówne, zachrypnięte wycie, jakby obdzierano go żywcem ze skóry. Opadł jedno kolano, a potem na drugie, a czarne szaty załopotały wokół niego. Wierzgał się, chcąc uwolnić się od nieludzkich tortur, które były niewidoczne gołym okiem. Trwało to przez kilka sekund, które zdawały się ciągnąć w nieskończoność.

I właśnie wtedy Voldemort upadł na posadzkę, jak kukła której przecięto sznury. Wydał z siebie wydech, po którym nie nastąpił wdech. Wężowe oczy były szeroko otwarte, a z ich głębi zionęło przerażenie. Szok. Potworny ból.

Graham opuścił różdżkę.

— Umarł król — powiedział po chwili ciszy. Wszyscy dookoła zastygli, nikt nawet nie śmiał się poruszyć. — Niech żyje król.


Draco uniósł głowę i spojrzał Flannery'emu prosto w oczy; jego własne błyszczały dziko, pełne obłędu i satysfakcji.

Ziemia zadrżała.

Na początku lekko, niczym mrowienie, potem przechodząc w coraz mocniejsze wstrząsy. Chrzęst przesuwających się kamiennych płyt przybierał na sile.

Flannery wyciągnął różdżkę przed siebie, przerażony i oszołomiony; rozglądał się po celi, szukając źródła wstrząsów. Draco wydał z siebie cichy, niepokojący śmiech. Zęby miał zabarwione na różowo od krwi.

— Ups. Udało się — wyrzęził i znowu zakaszlał. Po raz kolejny splunął krwią na posadzkę, która natychmiast wchłonęła to, co zostało jej ofiarowane.

Ofiara. Severus w końcu zrozumiał.

Osłony wokół Malfoy Manor zaczęły kruszyć się i opadać. Znał to niepokojące uczucie, znał ten jedyny w swoim rodzaju powiew magii; ten sam, który towarzyszył śmierci Tonks na Grimmauld Place 12.

Draco złożył ofiarę domowi, z którym był równie mocno związany co Lucjusz. Poprosił, wybłagałdom o przeniesienie barier ochronnych na siebie - jako jedynego następcy rodu Malfoyów – by następnie je zniszczyć, wykorzystując swoje magiczne i rodzinne powiązanie.

Weasley zerwał się na równe nogi. Za późno. Flannery machnął różdżką w kierunku Draco, jednocześnie przy tym wywrzaskując klątwę. Ron dopadł do Flannery'ego i razem przewalili się na ziemię, a zaklęcie uśmiercające minęło Malfoya o dosłownie kilka centymetrów i trafiło w ścianę za nim. Rozległ się ogromny huk i w powietrze wzbiła się szara chmura pyłu i drobnych kamieni.

Zanim drugi śmierciożerca zdążył zareagować, Severus prędko odwrócił się i podciął mu nogi. Usłyszał łomot upadającego ciała i okrzyk zaskoczenia wyrwał się z gardła strażnika. Różdżka potoczyła się po kamiennych płytach, ale Severus pochwycił ją i wbił w jego pierś, jednocześnie wykrzykując klątwę. Wszystkie mięśnie na ciele śmierciożercy momentalnie zwiotczały. Nie żył.

Gdzieś obok niego dochodziły odgłosy szamotaniny; odwrócił głowę w tę stronę, ale zobaczył tylko niewyraźny zarys dwóch sylwetek; pył wdzierał się do ust, nosa, oczu, ograniczał widoczność i utrudniał oddychanie. Flannery i Weasley walczyli gołymi rękoma; okładali się pięściami, krzyczeli i co rusz przewalali się nawzajem na plecy. Wszystko działo się tak szybko, że Severus nie wiedział, jak wycelować różdżką tak, by przypadkiem nie trafić Weasleya. I wtedy jeden z nich usiadł okrakiem na drugim, chwycił za włosy i zaczął rytmicznie uderzać głową o kamienną posadzkę.

Severus zerwał i rzucił się w stronę walczących, chwytając oprawcę za ramiona i przewalając na plecy. Odpowiedział mu wściekły ryk, i kiedy Severus już miał kolejną klątwę uśmiercającą na końcu języka, zobaczył rude włosy, bladą, zakrwawioną twarz, i niebieskie oczy patrzące się na niego z obłędem i furią.

— Weasley — wysapał z wyraźną ulgą, opuszczając różdżkę. Pierś chłopaka falowała od szybkiego i nierównego oddechu, oczy miał szeroko otwarte, a palce boleśnie wczepione w ramiona Severusa. Wyglądał jak opętany. — Myślałem, że—

— Draco! — wrzasnął nagle chłopak, odwracając głowę w drugą stronę. Severus podążył wzrokiem za nim i pod zniszczoną ścianą zauważył leżącą postać.

Bariery ochronne runęły całkowicie.

Severus usłyszał swój własny krzyk.


Koniec rozdziału IX

I - tradycyjnie już - będę wdzięczna za każdą, nawet króciutką opinię :*