Grace uparcie milczała, kiedy starał się dowiedzieć co wpadło jej do głowy. I nie wrzeszczał, chociaż podniósł głos, bo jego córka powinna wiedzieć jak się zachować. Nie tego jej uczył i nie wyobrażał sobie nawet co McGarrett o nim myślał. Zbyt często zwalano na omegi winę za zachowanie dzieci, żeby czuł się nieskrępowany tym małym przedstawieniem, którego był świadkiem.

Alfa wydawał się rozbawiony postawą Grace, ale to nadal jej nie usprawiedliwiało.

- Grace, powiedz mi po prostu… - zaczął.

- Nie zrozumiesz – poinformowała go w końcu całkiem spokojnie.

- Myślę, że mnie jednak nie doceniasz, młoda damo – odparł, zaplatając dłonie na piersi. – Naprawdę chcesz w ten sposób postawić sprawę? Możesz nie opuścić tego pokoju aż do jutra, a na zewnątrz bawiłabyś się świetnie, jestem pewien.

Zbiła usta w wąską kreskę i wydała z siebie długie westchnienie.

- Nie zrozumiesz, bo nie jesteś alfą, Danno – powiedziała w końcu. – Przepraszam i wiem, że zrobiłam źle, ale…

- Ale? – podchwycił.

- To on nas tutaj zaprosił? – spytała wprost.

- Tak – odparł, ponieważ nie widział powodu, aby to ukrywać. – Zatrudnił mnie i jest moim szefem. To prezent powitalny – rzucił, odrobinę mijając się z prawdą, ale jego mała dziewczynka wcale nie musiała wiedzieć, że ich pierwsze spotkanie też nie należało do najbardziej udanych.

Może faktycznie był zbyt spięty i rzucał się ludziom do gardeł, ale nie potrafił zlokalizować w tej przestrzeni niebezpieczeństwa. Grace pewnie wyczuwała jego zdenerwowanie i starała się stać jego alfą, chociaż nie powinna. To wyjaśniało dlaczego tak bardzo przyglądała się ludziom, którzy go otaczali. Nie była miła dla faceta w sklepie, ale on był nikim i do tego zachował się jak dupek. McGarrett jednak roznosił wokół siebie dziwną aurę. I trudno było odgadnąć o co chodziło facetowi.

Uspokoił jednak jego córkę, zażegnując niewielki kryzys na basenie. Może Grace chciała go wyprowadzić jak najdalej od kolejnego obcego alfy, bo czuła się nieswojo.

- Pan McGarrett nie zastąpi twojej mamy – powiedział, patrząc jej prosto w oczy. – Nie zamierzam się z nikim spotykać – dodał.

Spojrzała na niego marszcząc brwi.

- Nadal kochasz mamę? – spytała cicho.

Otworzył usta i zamknął je pospiesznie. Nie miał pojęcia jak odpowiedzieć na to pytanie.

- Kocham ciebie – powiedział, uśmiechając się lekko.

- A mama kocha Stana. Słyszałam jak mu to mówiła – podjęła Grace. – I ty kochasz tylko mnie. To niesprawiedliwe – stwierdziła. – Ale nie chcę, żebyś kochał kogokolwiek innego. I to też niesprawiedliwe – dodała i jej dolna warga zaczęła drgać podejrzanie.

Jej oczy jeszcze nie zaczęły błyszczeć, ale dobrze poznawał tę minę, więc po prostu ją objął, przyklękując przed nią.

- Już nie będę – obiecała mu.

Chociaż nie miał do końca pewności o czym mówiła.

ooo

Nie spodziewał się, że jeszcze faktycznie spotkają McGarretta, ale alfa czekał na nich przy recepcji, kiedy się wymeldowywali w poniedziałkowy poranek. Grace na szczęście zaczynała szkołę na tyle późno, że mogli sobie pozwolić na przedłużone wakacje.

Alfa rozmawiał z kierownikiem hotelu, ustalając najwyraźniej szczegóły jakiejś nadchodzącej imprezy, bo mężczyzna notował jak szalony. Danny starał się nie gapić, ale to było trudne. McGarrett miał na sobie tak wąskie spodnie, że nie pozostawiały za wiele do wyobraźni i beta siedząca za ladą recepcji również miała trudności ze skupieniem się. Prawie jej współczuł, gdyby nie fakt, że traktowała go jak idiotę, kiedy ostatnio się widzieli. I gapiła się na niego teraz, przez co czuł się nieswojo.

- Chcieliśmy się wymeldować – poinformował kobietę niezbyt głośno.

McGarrett jednak odwrócił się w jego stronę z głupawym uśmieszkiem na twarzy.

- A jednak potrafisz chodzić bez krawata – rzucił alfa. – Wypoczęliście? – spytał niemal od razu, podchodząc bliżej.

Beta zrobiła mu miejsce tak szybko, że prawie się potknęła. Zapewne takie manewry na szpilkach bywały niebezpieczne.

- Tak, panie McGarrett – powiedziała Grace zaskakująco uprzejmym tonem.

I trochę mu ulżyło, bo to jednak oznaczało, że zamierzała dotrzymać swojej obietnicy.

- Było świetnie – dodał pospiesznie. – Świetny hotel, wspaniała obsługa – rzucił, nie wiedząc za bardzo co powinien jeszcze powiedzieć. – Naprawdę dziękujemy.

- Steve – wtrącił alfa.

- Panie McGarrett – odparł jednak.

Mężczyzna uśmiechnął się lekko.

- Więc dotrzymałem słowa, Grace – przypomniał alfa jego córce, całkiem niepotrzebnie.

Grace rozglądała się tylko przez kilka kolejnych godzin. Do niedzieli zapewne zapomniała o ich rozmowie.

- Tak – przyznała jego mała dziewczynka.

- Jestem Steve – przedstawił się alfa.

Grace przyglądała mu się przez dłuższą chwilę, jakby nie bardzo wiedziała co zrobić z tym faktem. Zmrużyła nawet niebezpiecznie oczy, ale rozluźniła się tak szybko, że Danny nie zdążył nawet zareagować.

- Grace Williams – odparła. – Miło mi pana poznać, panie McGarrett – dodała.

- Możemy zamienić dwa słowa, kiedy twój tata będzie was wymeldowywał? – spytał Steve, ale zerknął przelotnie w jego stronę.

- Nie – powiedział w tej samej chwili, w której Grace się zgadzała.

Spojrzał na nią, unosząc jedynie brew do góry. McGarrett nadal uśmiechał się jak idiota. Danny podejrzewał, że byli w tym samym wieku, ale trudno było to dostrzec, kiedy alfa promieniował tak bardzo radością. Może opalenizna mumifikowała tutejszych ludzi jak niegdyś piaski Egiptu mumie. On nie chciał dostać raka skóry.

- Alfi biznes, Danno – poinformował go McGarrett. – Dwa zdania i nie odejdziemy nawet za daleko – dodał całkiem niepotrzebnie, bo Grace patrzyła na niego błagalnie.

Facet pewnie miał niemałą satysfakcje, kiedy mógł wypowiedzieć te słowa. I najwyraźniej według Grace nie potrafił jej zrozumieć. Zdawał sobie sprawę, że sytuacja się skomplikuje, kiedy jego córka dorośnie, ale sądził, że miał jeszcze trochę czasu. Wykazywała się ostatnio większą niezależnością i nie zamierzał jej pętać, ale Rachel musiała w końcu z nią porozmawiać. Nie chciał tylko, żeby brak porozumienia na płaszczyźnie ojciec omega-córka alfa stanowił argument w sądzie.

- Okej, bądźcie sobie ważni – prychnął, udając, że wcale go to nie obchodzi.

- Danno, wiesz, że to nie tak – powiedziała Grace.

- Właśnie Danno. Wiesz, że to nie tak – jęknął McGarrett.

Grace uśmiechnęła się do niego cholernie szeroko, jakby to wsparcie naprawdę jej odpowiadało. A może dupek ją po prostu bawił.

- Dobra, dobra – prychnął. – Tylko bądź w zasięgu mojego wzroku – poprosił ją.

ooo

Powrót do domu był dziwny. Ich mieszkanie wydawało się jeszcze mniejsze niż wtedy, kiedy wypakowali się po raz pierwszy. Przez cały weekend nie odbierał telefonu, ale niewiele stracił. Jedynie Kono pisała do niego o wysokości fal na plaży tylko bardziej umacniając go w decyzji, że nigdy nie powinien pozwolić Grace wchodzić do oceanu. Świat się wydawał trochę lepszy. Nawet Rachel wyglądała mniej złośliwie, a może odnosił takie mylne wrażenie.

McGarretta nie było w klubie, kiedy wszedł do środka jeszcze tego samego wieczora. Jenna polerowała już szklanki, więc dołączył do niej niezwłocznie, czując się trochę zagubionym. Kelnerzy w równie studenckim wieku co Kono i Max mówili coś w tym śpiewnym języku, który tylko czasem zahaczał o angielski. W drzwiach stał kuzyn Kamekony wraz z wielkim czarnoskórym mężczyzną, którego akcent bardziej pasowałby do Chicago niż Honolulu.

- Jak weekend? – spytała Jenna, szczerząc się do niego szeroko.

- Zawsze tyle plotkujecie? – prychnął.

- Tylko, jeśli jest o kim – przyznała. – Poza tym chyba nie powiesz mi, że trzy dni w hotelu szefa obejdą się bez komentarza. Spotkaliście się? – spytała wprost.

- To był mój weekend z córką – przypomniał jej.

Wydawała się cholernie zawiedziona.

- I nie widziałeś szefa? – upewniła się.

Wypuścił z ust długie westchnienie.

- Wiedziałam! Zeznawaj! – rzuciła do niego, podchodząc o wiele bliżej, jakby chciała podkreślić swoje zainteresowanie.

- To był mój weekend z Grace i McGarrett trzymał się z dala – powiedział jedynie, nie dodając, że najwyraźniej jego córka zapewniła im święty spokój.

Tylko w połowie irytujące było, że dupek posłuchał ośmiolatki tylko dlatego, że była alfą. I Grace nie chciała się przyznać o czym rozmawiali, tłumacząc się jakąś cholerną tajemnicą. Nie miał pojęcia dlaczego i kiedy zaczęli mieć przed sobą sekrety, ale to wiązało się z McGarrettem, jakby dotychczasowo za mało nienawidził faceta. Jego związek z Grace cierpiał i nie podobało mu się to ani trochę.

- Dobra, dobra. Więc jak wyglądał wasz pokój? Moja koleżanka pracuje Paradise i mówiła, że mają nieziemski wystrój – podjęła Jenna.

Zbił usta w wąską kreskę. Rezerwacja w apartamencie okazała się odgórnym planem McGarretta, ale nadal czuł się skrępowany, że spędzili tam trzy dni. Nie chciał nawet wyobrażać sobie rachunku, szczególnie że ich posiłki najwyraźniej zostały z góry zaplanowane. I normalnie byłby wściekły, ale na pewno nie odważyłby się zamówić tak drogich potraw, nie wiedząc gdzie przebiegała granica. Pieprzony masażysta w niedzielny wieczór w zasadzie przechylił szalę, ale nie wypadało mu kobiety wykopać z pokoju, kiedy przyszła już z polecenia szefa. Większość obsługi hotelu wodziła za nimi wzrokiem i obgadywano go, co nie było niczym nowym. Pewnie do końca tygodnia wszyscy na wyspie mieli wiedzieć o jego bliźnie na ramieniu i zaproszeniu McGarretta. Alfa zapewne gościł u siebie tak wiele omeg ,że nie obchodziło go co o nim mówiono. Może miałby to gdzieś, gdyby był dekadę młodszy, ale miał córkę, która mogła się nasłuchać w szkole. A tego chciał uniknąć.

Dzieciaki potrafiły być okrutne, kiedy chodziło o kwestie rozwodów czy rodziny, które nie były normalne według ich standardów.

- Pokój był okej – powiedział tylko.

- Szef skąpi? – spytała Jenna z niedowierzaniem.

- Nie – powiedział krótko. – Chryste, dasz już spokój? Było okej. Grace spędziła świetnie czas. Zszedł do recepcji, żeby się z nami pożegnać. Tyle się ode mnie dowiesz – zakończył, zaplatając dłonie na piersi.

Jenna miała już jednak komórkę w dłoni.

- Piszesz do Kono? – spytał z niedowierzaniem.

- Piszę do wszystkich – przyznała się bez cienia żenady.

ooo

Kiedy wrócił na swoją normalną zmianę, Kono szczerzyła się do niego jak głupia, zerkając w stronę gabinetu, który normalnie zajmował McGarrett. Danny nie musiał nawet pytać co to oznaczało, bo widział cholernie drogi samochód na parkingu dla pracowników. Raczej nikogo z obecnych nie byłoby stać na takie cacko i to tylko rodziło pytanie jak wiele aut miał alfa.

- Słyszałam, że spędziłeś cudowny weekend – rzuciła Kono.

- Słyszałem, że ciekawość zabiła kota – odpowiedział.

Uśmiechała się do niego dalej, niewzruszona.

- Słyszałam, że Kamekona natłukł jakiemuś alfie przed klubem dzisiaj – podjęła.

Zerknął instynktownie w stronę Maxa, który w najlepsze ścierał blaty stołów. Omega wyglądał na spokojnego i opanowanego. Kamekona miał na ustach szeroki wredny uśmieszek. Najwyraźniej Max zdecydował, że jednak nie chce rodzić dzieci. Przynajmniej teraz albo temu konkretnemu alfie. Czasem wystarczyło komuś zasugerować, że miał wybór, bo niektórzy nie zdawali sobie z tego sprawy. Nie znał rodziców Maxa, ale pewnie niejedna rodzina tutaj miała świra na punkcie tradycji. Na szczęście jego Ma miała dostatecznie silny charakter, żeby przycinać ojcu skrzydła za każdym razem, kiedy próbował zrobić czy powiedzieć coś głupiego. I z dumą uważał, że odziedziczył po niej upór i wolną wolę.

Uśmiech Kono stał się szerszy i Danny nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, kto za nim stoi. Obecność McGarretta była przytłaczająca od samego początku, a sądził, że przyzwyczai się do tego jak bardzo alfa emanował siłą i pewnością siebie. Miał okazję obserwować jego zachowanie w hotelu i widział jak ludzie rozstępowali się na boki, kiedy McGarrett przechodził korytarzem. Jego pracownicy mieli w stosunku do niego ogromny szacunek. Danny nie był pewien na ile to uczucie było podszyte strachem.

- Nadal w krawacie? – spytał z niedowierzaniem alfa.

- Profesjonalny strój – przypomniał mu krótko.

McGarrett uśmiechnął się do niego szeroko.

- Świetnie. Lubisz wyglądać profesjonalnie w pracy – stwierdził mężczyzna.

I brzmiało to jak cholerna pułapka, ale Danny na razie nie dostrzegał zagrożenia. Może McGarrett zamierzał skomentować jego owłosienie, które nie było typowe dla omeg. Na Hawajach nawet alfy chodziły gładko wygolone, ale on lubił swój wygląd. I wbrew temu co sądzono, dbał o siebie.

- Dokładnie, panie McGarrett – zgodził się ostrożnie.

- Steve, proszę cię – rzucił mężczyzna bardziej z przyzwyczajenia.

Obaj wiedzieli, że Danny nie złamie się tak szybko.

- Więc profesjonalny strój – podjął jeszcze raz alfa. – Rozmawiałem z moim doradcą biznesowym i znaleźliśmy nowego menadżera. Victoria obejrzała to miejsce i zasugerowała lekką zmianę klimatu – ciągnął dalej.

Danny miał cholerną nadzieję, że McGarrett zaraz nie powie im, że zamienia to miejsce na klub ze striptizem. Nie pocieszało go wcale, że Kono wyglądała na równie zaskoczoną co on. Przecież znali się na stopie prywatnej i ta mała omega wydawała się zbierać cholerne plotki. Jak mogło jej umknąć coś podobnego?

- Piasek, stroje kąpielowe – ciągnął dalej alfa. – Oczywiście to oznacza, że musicie się wczuć w klimat. Victoria mocno zasugerowała, że na pewno odrobina więcej ciała nie zaszkodzi i podniesie obroty – wyjaśnił McGarrett. – Żadnych dżinsów i koszul z długim rękawem. Zrzucamy ciuchy panowie i panie. Pracujemy od tej pory na plaży – poinformował ich. – Jutro wszystko zostanie przeorganizowane i zaczniecie godzinę później niż zwykle – dodał.

Danny wiedział, że jego szczęka jest w okolicy kolan.

- Chyba żartujesz?! – prychnął.

McGarrett uśmiechnął się do niego szeroko.

- Profesjonalny strój – przypomniał mu złośliwie alfa. – Znaczy chcę cię bez koszulki – uściślił. – Podobnie jak resztę – dodał, chociaż Danny nie miał wątpliwości, że pacan z przerostem ambicji właśnie przemodelował cały klub tylko po to, żeby zobaczyć go bez krawata.

Nie było trudno odgadnąć, że pomimo jego pozornego braku reakcji, ta przegrana – przynajmniej początkowa – w kwestii jego ubioru musiała irytować McGarretta. Aż w końcu znalazł sposób, żeby wygrać z nim. I Danny nienawidził tego jego zadowolonego z siebie uśmieszku. Nie potrafił nawet określić poziomu tego szaleństwa. Kto normalny zadałby sobie tyle trudu, żeby tylko zmusić kogoś do wyzbycia się jednego niewielkiego paska materiału. Może powinien być jednak wdzięczny, że McGarrett każdego dnia po prostu nie zdzierał jego krawata z szyi.

I spojrzał na Kono z nadzieją, że ona cokolwiek mu wyjaśni, ale omega wpatrywała się w nich kompletnie zdezorientowana.

- Panie McGarrett – zaczął lekko podniesionym tonem.

- Steve – podpowiedział mu alfa takim tonem, jakby się przednio bawił.

I może śmieszyło go, że miał nad nimi taką władzę. Może uważał, że pstryknie palcami, a Danny faktycznie zrzuci z siebie krawat i koszulę. A potem pójdą spodnie – nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. I irytowało go to, ponieważ nie był z tych omeg, nie ważne jak wiele wyspy McGarrett miał w swoim pieprzonym posiadaniu. Pewnie nie powinien był się zgadzać na ten weekendowy wypad do jego hotelu, bo wszyscy ci gapiący się na niego ludzie jednak nagle byli całkiem na miejscu. Może miał być jedną z najnowszych zdobyczy McGarretta i właśnie podążali dobrze utartym szlakiem. Najpierw alfa chwalił się swoim bogactwem, a po chwili miał go nago.

Niedoczekanie.

- Ty neandertalczyku, jakim prawem pozbawiasz mnie mojego krawata? – spytał, wgapiając się w mężczyznę, który nie drgnął nawet na milimetr.

I ten uśmieszek wydawał się przylepiony do jego twarzy.

- Masz tak wiele problemów, że nie wiem nawet od czego zacząć. Twoja rządza kontroli wychodzi poza pewne granice – wyjaśnił mu. – Dlatego właśnie nie cierpię alf. Nigdy nie wiecie kiedy sobie dać święty spokój. Moje 'nie' nie było zaproszeniem dla ciebie do próby opanowania czegokolwiek, ponieważ nie ma co opanowywać ty nakręcony testosteronem bałwanie – warknął.

- Jesteś trochę wrażliwy na swoim punkcie. Zauważyłem to już wcześniej – wtrącił McGarrett.

- Wrażliwy? Wiesz co będzie wrażliwe, kiedy z tobą skończę? – spytał wprost.

- Wezwiesz pomoc? – upewnił się alfa.

- Ambulans – odparł.

McGarrett uśmiechnął się do niego jeszcze szerzej, nie traktując go w ogóle jako zagrożenie. I Danny nie próbował go walnąć, ponieważ dupek był ex-SEAL. Może wezwanie pomocy nie byłoby takim idiotyzmem. Kono mogła się okazać na tyle wściekła, że nakopałaby przypadkowemu alfie, który sugerował, że wylądują w kostiumach kąpielowych.

- Jesteś uroczy, kiedy się wściekasz – stwierdził McGarrett. – Danno, ale to nie był nawet mój pomysł – dodał.

- Nie mów do mnie Danno. Tak mówi tylko do mnie moja córka – warknął.

- Pozwoliła mi – poinformował go całkiem poważnie alfa.

Jego usta się otwarły, a potem zamknęły równie szybko. Nie miał na to za bardzo odpowiedzi. I pewnie spektakularnie wyglądałoby, gdyby wyszedł stąd trzaskając drzwiami, ale to była jego jedyna praca i ten dupek o tym wiedział. Równie dobrze mógłby się już pakować i wracać do New Jersey, a to nie wchodziło w grę z bardzo wielu powodów. Nie miał teraz wątpliwości, że Rachel nie podpisałaby zgody na kolejny przelot Grace.

- Na pewno nie będzie tak źle – rzucił alfa, nerwowo przestępując z nogi na nogę, jakby jego nagłe milczenie go wytrąciło z równowagi. – Nie jesteś wściekły, no nie? – upewnił się mężczyzna.

Danny był zbyt nabuzowany, żeby określić to pojedynczym słowem.

- Nie, panie McGarrett – odpowiedział tylko.

- Mów mi Steve – poprosił alfa i coś dziwnego przebiegło po jego twarzy. – Nie obrażaj się na mnie. Jeśli pomysł Victorii nie wypali, wrócimy do tego co było – obiecał mu.

Danny mu jednak za cholerę nie wierzył. Nie był ośmiolatką, którą łatwo było przekonać. On znał troglodytów w typie McGarretta, którzy zawsze dostawali to czego chcieli. Albo zabierali to siłą, kiedy próbowało im się wymknąć.