Za zbetowanie z całego serca dziękuję Himitsu.
Caffe Latte, cieszę się, że ci się podoba, naprawdę :). Gościu, miło mi słyszeć, że miniaturka ci się podobała. elain679, ja uważam tą koszulkę za absolutnie uroczą. Chociaż Harry oczywiście w życiu by jej nie założył :). Evolution, miło mi to słyszeć, chociaż niestety muszę powiedzieć, że nie posiadam nieskończonej ilości miniaturek :). No i oczywiście, że sposoby Toma są genialne - w końcu on wszystko musi mieć zaplanowane. Monologi Toma to coś, co z jednej strony uwielbiam (no bo cóż, są wspaniałe), a z drugiej strony nienawidzę (tłumaczenie ich zazwyczaj jest okropne). A co do wybuchnięcia śmiechem, to nie martw się - w końcu nam też się coś od życia należy, prawda ;)? I zgadzam się z tobą, koszulka to wspaniały pomysł... Co do DoTa - właściwie powiedziałabym, że scen seksu jest dwie i pół, bo jako połówkę zaliczam basen, jeżeli wiesz, o którą scenę mi chodzi. Ale masz rację, przestałam się już nimi martwić. :) Ariano, cieszę się, że ci się podobało, ale mimo wszystko nie umieraj - nie chciałabym mieć nikogo na sumieniu ;). Kraken, wiesz, cieszę się, że spodobały ci się te miniaturki. Wiem, że większość osób pewnie wyobrażała je sobie inaczej, ale... nie było tak źle, prawda? ;) Co do HP/TMR, to, no cóż, w ogóle mało jest jakichkolwiek tekstów z nimi w języku polskim. A szkoda, bo ta para ma takie wielkie możliwości...
Z całego serca dziękuję wszystkim, którzy skomentowali poprzednią miniaturkę – bardzo cieszy mnie to, że się wam spodobała.
Och, to tak formalnie powiem tylko jeszcze, że poniższa miniaturka to zlepek dwóch osobnych, powiązanych ze sobą. Doszłam po prostu do wniosku, że opublikowanie ich osobno byłoby bez sensu.
Miłego czytania!
Wybraniec Przeznaczenia
Miniaturka 3
Pod numerem czwartym
Był już tego pewny: Los albo strasznie go nienawidził, albo uwielbiał bawić się nim jak zabawką.
Tom miał przebywać z nim na Privet Drive w czasie wakacji. Nie wiedział, kto był najbardziej przerażony: Dursleyowie, z powodu konieczności znoszenia kolejnego dziwaka, Tom z tolerowania mugoli w okresie letnim czy on sam, ze względu na burzę, jaką bez wątpienia wywoła połączenie ze sobą tego wszystkiego. Jeżeli dodać to wszystko do listy zadań, jakie wykonywał dla swojego wujostwa w czasie lata, z pewnością wynikną z tego jakieś bardzo niezręczne rozmowy.
Merlinie.
To było tak okropne, że nie rozśmieszył go nawet wyraz, jaki przybrała twarz Vernona, kiedy przenieśli się do domu świstoklikiem. Cała sytuacja została wyjaśniona, skomentowana pełnym wściekłości wybuchem sprzeciwu i niechętnie zaakceptowana pod wpływem gróźb.
Również pozostała część Ślizgonów została umieszczona u ludzi Dumbledore'a. Był jednak pewien, że on wraz z Tomem skończył najgorzej. Obecnie znajdowali się w jego sypialni, przybywszy do jego wujostwa późną nocą.
Dursleyowie nie zaproponowali sypialni dla gości. Nie przywlekli również żadnego drugiego materaca.
- To twój pokój? – zapytał cicho Tom, niebezpiecznie. Leniwie kręcił w długich palcach swoją różdżkę.
Druga sypialnia Dudleya była zagracona różnymi śmieciami, połamanymi i zużytymi zabawkami oraz innymi tego typu rzeczami. Zalegała w niej warstwa kurzu, która sugerowała, że nikt nie sprzątał jej od czasu jego ostatniego pobytu w tym miejscu. Wzdrygnął się z okropnym zażenowaniem.
- Mogę spać na podłodze – mruknął, kierując się do znajdującej za następnymi drzwiami łazienki, chcąc zarówno zabrać z niej jakąś świeżą pościel, jak i uciec od wyrazu, jaki pojawił się na twarzy młodego Czarnego Pana.
Dumbledore popełnił fatalny błąd, umieszczając u niego Toma na podstawie faktu, że ten również został wychowany przez mugoli i przez to nie będzie, tak jak pozostali, zupełnie do nich nie pasować. Harry bez słowa uniknął spojrzenia swojego przyjaciela, przygotowując im miejsce do spania. Miał nadzieję, chociaż szczerze w to wątpił, że może rano wszystko wyglądać będzie lepiej.
Kiedy zerknął na Toma, ręce chłopaka skrzyżowane były na klatce piersiowej.
- Takie coś jest u ciebie na porządku dziennym? – Dziedzic Slytherina sformułował te słowa w formie pytania, ale obaj wiedzieli, że nim one nie były.
- Nie jest tak źle. Naprawdę nie oczekują…
- Nie usprawiedliwiaj ich żałosnego zachowania – syknął ostro Tom, robiąc w jego stronę kilka kroków. Potter uniósł ręce do góry w uspokajającym geście.
- Nie usprawiedliwiam ich – powiedział szybko. – To po postu tylko fakt. Nie spodziewali się naszego przybycia i nie chcą, abyśmy tutaj byli… - urwał.
Tom w ogóle nie wyglądał, jakby uspokoiły go te słowa, jego oczy były ciemne i błyszczały czystą nienawiścią oraz wściekłością. Harry poczuł ściskający mu żołądek niepokój. Nie bał się Toma i nigdy w życiu nie ustąpiłby mu z powodu strachu, ale wiedział, że dziedzic Slytherina był kimś, przy kim rozsądnie było zachować ostrożność. Zwłaszcza, kiedy był wściekły. Odwrócił wzrok, opierając się chęci odchrząknięcia.
- Możesz przestać się na mnie gapić? – Schylił się i, uważając na wyraz swojej twarzy i postawę, otworzył zatrzaski swojego kufra. Zanurkował pod łóżko, rozluźniając jedną z desek, z których zbudowana była podłoga, i umieścił pod nią to, co było dla niego najcenniejsze: różdżkę, jedzenie, pelerynę-niewidkę i album, który kiedyś dał mu Hagrid. Nie zawracał sobie głowy tym, by wypakować cokolwiek innego. Nie miał do tego serca, to miejsce nigdy nie było dla niego domem. Pomimo usilnych starań, palce trzęsły mu się lekko, kiedy poruszył się, by znów zamknąć swój kufer.
Poczuł, że Tom podchodzi do niego od tyłu, ale nie odwrócił się, w wyniku czego został zaskoczony, kiedy w drodze do kufra szarpnęły nim smukłe dłonie. Ciemne oczy skierowane były na jego twarz, ale nie uniósł wzroku. Po prostu wiedział, że Tom w ciszy analizował wszystko, czego był świadkiem, a także wiedział, że chłopiec nie był zadowolony z tego, co widział.
- Znęcają się nad tobą? – pytanie zadane zostało cicho, napiętym i krótkim tonem. Ciężkie zabarwienie tych słów sprawiło, że zaczął zastanawiać się, czy celem Toma aby na pewno było wypowiedzenie ich w formie pytania. Jego wzrok uniósł się mimowolnie.
- Nie! – Pokręcił głową. – Nie biją mnie ani nic z tych rzeczy, naprawdę. – Tom uniósł lekko brwi. – Naprawdę! – powtórzył. Usta dziedzica Slytherina zacisnęły się ze wściekłością.
- Można znęcać się nad kimś na różne sposoby, Harry – oświadczył. – Chociaż myślę, że właśnie odpowiedziałeś na moje pytanie.
- Nie znęcają się nade mną – powtórzył. – Naprawdę. – Magia, która promieniowała z postaci Toma była mordercza i przytłaczająca.
- Rozumiem. Przepraszam na chwilę. – Kiedy Tom wstał, Harry natychmiast chwycił go za ramię.
- Dokąd idziesz? – panikował. Tom uśmiechnął się.
- Porozmawiać z twoimi uroczymi krewnymi. – Jego serce zamarło.
- Ale… nie możesz! – syknął. – Tom, zostaw to.
- Nie – oznajmił chłodno Riddle, a obecny w jego ruchach gniew niepokojąco skierował się na niego. – Nie zostawię tego. Zasługują na wszystko, co ich spotka. Nie waż się próbować ich bronić.
- To nic takiego – warknął. – Dam sobie z tym radę. To nic wielkiego.
Ramię, które trzymał w swoim uścisku, wykręciło się z niego i chwilę później Tom przyciskał go do ściany, uniemożliwiając ucieczkę.
- Nic wielkiego? – powtórzył cicho i niebezpiecznie. – Och, to jest coś wielkiego. Nie powinieneś musieć dawać sobie z tym rady.
- Jeśli…
- Jeśli co? – przerwał m u szorstko Tom. – Jeśli twoi rodzice nie byliby martwi? Jeśli nie miałbyś magii? Nawet nie próbuj o tym wspominać, słyszysz mnie? Bez względu na to, co to za chore męczeństwo przechodzi ci teraz przez głowę, w tej chwili dasz sobie z nim spokój.Nie zasługujesz na to. Słyszałeś? – Tom potrząsnął nim lekko.
- Tak… - odparł, lekko zirytowany.
Prawnie nigdy nie widział Toma, który aż tak bardzo nie panowałby nad swoim temperamentem, tak szczerze emocjonalnego. Zwykle, gdy coś go rozwścieczało, stawał się lodowaty, kąśliwy, nigdy taki jak teraz.
Tom wpatrywał się w niego przez chwilę, po czym puścił go. Wyprostował się, ostrożnie przyglądając się młodemu Czarnemu Panu.
- Mógłbyś, proszę, przynajmniej poczekać z tym do rana? – gardził tym dodaniem „proszę", ale nie chciał, by Tom i Dursleyowie znaleźli się w jakiejkolwiek bliskiej odległości od siebie, zwłaszcza kiedy jego przyjaciel był w takim dziwnym nastroju. – I ich nie zabijać?
- Śmierć byłaby dla nich zbyt łaskawa – odpowiedział lekko Tom, ale po chwili pochylił w potwierdzeniu głowę. – Niech będzie rano. Prześpij się trochę, jutro wynajmiemy jakieś pokoje na Pokątnej.
Tom przemaszerował przez pokój i udał się do łazienki, a Harry sprawdził, czy aby na pewno nie do którejś z sypiali jego krewnych. Dziesięć minut później obaj ułożyli się do snu, a oczy Toma przesuwały się pomiędzy klapką dla kotów, zamkami w drzwiach i kratami w oknie. Harry westchnął. Co, do diabła, myślał sobie Dumbledore?
- To długa historia – powiedział cicho. Tom skierował na niego spojrzenie.
- Mamy całe lato. – Jego usta drgnęły niebezpiecznie. Harry odwrócił głowę, bardziej opatulając się kołdrą i przesuwając na twardej podłodze, nie spoglądając na Toma.
- Branoc – oświadczył stanowczo. Nastąpiła chwila ciszy.
- Dobranoc.
Lato
Harry miał rację.
Rano sytuacja nie wyglądała ani trochę lepiej. Właściwie, jakimś cudem, wyglądała jeszcze gorzej.
Plecy bolały go niemiłosiernie po spędzeniu nocy na zimnej, drewnianej podłodze, a Tom nastawił się na przeprowadzenie „pogawędki" z jego krewnymi. Wspaniale. Absolutnie cudownie. Wspomniał już kiedyś, że Los go nienawidzi?
Tom jeszcze spał, cienka kołdra owinięta była mocno wokół niego, a dłoń zaciśnięta wokół rączki różdżki. Drzwi otworzyły się leciutko i Harry zamrugał. To była Petunia. Spojrzała na młodego Czarnego Pana, wykonując ostry, cichy, przywołujący ruch ręką, który wskazywał mu, że powinien za nią pójść. Tłumiąc westchnienie, zrobił to. Drzwi zamknęły się za nim.
- Rozmawiałam z Vernonem i mamy nadzieję, że wiesz, iż obecność… twojego przyjaciela… niczego nie zmienia – oświadczyła jadowicie. – Wciąż oczekujemy, że zapracujesz na swoje utrzymanie.
- Oczywiście – odpowiedział spokojnie, mrużąc oczy. Patrzyli na siebie chłodno.
- Nie jesteśmy z tego zadowoleni – stwierdziła. – Upewnij się, że ten chłopiec będzie się trzymał od nas z daleka. Nie chcemy, by tutaj był.
- Jeśli to sprawi, że ciocia poczuje się lepiej, to nie sądzę, by on także chciał tutaj być – warknął.
- Nie mów do mnie takim tonem – syknęła. – Boże, jesteś taki sam jak ona. Zawsze, kiedy wracała z tego miejsca dla dziwaków, myślała, że jest tak niesamowicie od nas lepsza…
- Pewnie miała rację – oświadczył chłodno nowy głos. Oboje zamarli, odwracając się, aby ujrzeć opierającego się o drzwi sypialni Toma, który krzyżował ręce na klatce piersiowej. Harry skrzywił się w duchu. Ten dzień stawał się po prostu coraz lepszy, a przeżył w nim dopiero całe pięć minut!
- Słucham? – odparła Petunia, a jej głos stał się o oktawę wyższy.
- Była od ciebie lepsza, mugolko – kontynuował jedwabiście Tom. Harry oparł się pokusie ukrycia twarzy w dłoniach.
- Tom – ostrzegł go ostro. Riddle spojrzał na niego swoimi ciemnymi oczami, po czym skierował morderczy wzrok na jego ciotkę.
- Wraz z mężem zbierzesz w salonie swoją rodzinę, zanim pójdzie on do pracy. – Harry miał dziwaczną ochotę roześmiać się na to stwierdzenie, z powodu tego, czym było, pomimo że właściwie nie widział w całej tej sytuacji niczego zabawnego. Po prostu nie mógł wytrzymać wyrazu, jaki przybrała twarz Petunii; jej usta były częściowo otwarte, ale nie wydobył się z nich żaden wyraz, bo była zbyt wstrząśnięta tym, że ktoś miał „czelność" rozkazywać jej w jej własnym domu.
- Ty… - zaczęła bełkotliwie.
- Porozmawiam z wami po śniadaniu. Poproszę czarną kawę z cukrem – odparł Tom, nie dając jej możliwości na odezwanie się. Jej usta zamknęły się i znów otworzyły, a następnie ponownie zamknęły. Tom uśmiechnął się złośliwie. – No, rusz się! – powiedział niecierpliwie. – Jeśli w taki właśnie niegościnny sposób taktujesz wszystkich swoich gości, to nic dziwnego, że nigdy nie wracają.
Wyglądało na to, że Tom uderzył w jakiś czuły punkt, bo jego ciotka natychmiast uciekła do kuchni. Harry zauważył, że Dursleyowie nie mieli żadnych gości od czasu incydentu z Marge…
Uniósł brwi i Tom mrugnął do niego w odpowiedzi, po czym spoważniał.
- Co dokładnie znaczyło to „zapracujesz na swoje utrzymanie"? – zażądał dziedzic Slytherina. Harry wzruszył ramionami.
- Niezbyt wiele, tylko prace domowe – odparł. – Chodź, zaraz śniadanie. – Zaczął oddalać się w kierunku, w który udała się wcześniej Petunia. Zmuszony do podążania za nim Tom zmarszczył brwi.
- Wiesz, twój zwyczaj do dodawania „tylko" przed różnymi słowami, w przeciwieństwie do tego, co wydajesz się myśleć, tak naprawdę wcale nie przekonuje i nie uspokaja ludzi – zauważył. Harry skrzywił się, nieco przyśpieszając. Jedyne, co musiał zrobić, to dotrzeć do kuchni i wymyślić jakiś dobry pretekst do uniknięcia rozmowy…
- Harry. – Tom złapał go za ramię, jak gdyby domyślił się, o czym myślał.
- Na Merlina – warknął Harry. – Nie możesz odpuścić?
- Nie – odpowiedział spokojnie Tom, wyjątkowo bezceremonialnie jak na mistrza gierek słownych. Harry westchnął.
- Tylko gotowanie, sprzątanie, pracowanie nad ogródkiem… tego typu rzeczy – powiedział, przewracając oczami. – Za bardzo się tym przejmujesz, naprawdę, to nic takiego. – Tom zacisnął szczękę.
- A ty za mało – mruknął w odpowiedzi.
- Uważaj, Tom, jesteś niebezpiecznie blisko zrujnowania swojej reputacji kogoś nieposiadającego serca.
Tom obdarzył go spojrzeniem tak intensywnym, że nie powstydziłby się go sam bazyliszek.
Weszli do kuchni.
Trójka Dursleyów siedziała skulona na kanapie, niezwykle cicho i spokojnie. Musiały włączyć się wszystkie instynkty przetrwania, jakie posiadali, ostrzegając ich, że ten wysoki nastolatek, który stał przed nimi nie był kimś, komu mogliby się przeciwstawić. Powietrze wokół Toma było przesycone niebezpieczeństwem. Harry zawsze uważał pojęcie spadku temperatury, kiedy ktoś jest naprawdę wściekły, za mit. Okazało się, że nim nie był. W tym momencie nie byłby w ogóle zdziwiony, gdyby na dywanie zaczęły pojawiać się sopelki lodu.
- Nie jesteście zbyt bystrzy, co? – zapytał Tom.
Podczas tego krótkiego czasu, który Tom spędził w kuchni, młodemu Czarnemu Panu najwyraźniej udało się natychmiast znienawidzić pozostałych męskich mieszkańców Privet Drive. Dudley był wystarczająco głupi, by spróbować zastraszyć Ślizgona, bo ten usiadł na „jego" krześle i Tom natychmiast uderzył głową blondyna o stół, ostrzegając, by ten nigdy go nie dotykał.
Jedynie wiedza, że Tom śmiertelnie brzydził się mugolami, powstrzymała Harry'ego od roześmiania się – jego przyjaciel z pewnością nie potrzebował, by jeszcze bardziej zachęcano go do tej nienawiści. Vernon spojrzał na nich, purpurowo-brązowy na twarzy.
- Słuchaj, chłopcze… - huknął.
- Zamknij się – rozkazał cicho Tom i natychmiast posłuchany został przez starszego mężczyznę; nawet jeśli było to tylko chwilowe, biorąc pod uwagę jego głupotę i gadulstwo. – Nie jestem tutaj, by słuchać waszej bezmyślnej paplaniny ani waszego sprzeciwu, tylko by powiedzieć wam, jak będzie wyglądać to lato.
Harry poruszył się niespokojnie, przyciągając spojrzenie dziedzica Slytherina.
- Będziemy tutaj spać w nocy, bo nie mam wątpliwości, że ten manipulacyjny zgred ma jakiś sposób na to, by nas nadzorować. Poza tym znikniemy i żaden z nas nie ma absolutnie żadnej ochoty na wytrzymywanie waszego towarzystwa. Mamy lepsze rzeczy do roboty. Kiedy wrócimy, oczekuję, że pokój Harry'ego będzie zdolny do użytku, czysty i że znajdą się w nim dwa wygodne łóżka, a wszystkie zamki i kraty znikną. Pozbędziecie się zalegających w nim śmieci lub umieścicie je gdzieś indziej, aby nam nie przeszkadzały. Czy to jasne?
- Tato – jęknął Dudley. – Nie możesz pozwolić im pozbyć się moich rzeczy. – Usta Petunii zacisnęły się, a w jej oczach pojawił się dziki błysk.
- A jeśli się nie zgodzimy? – zapytała wyniośle. – Ludzie waszego pokroju nie mogą używać magii w czasie wakacji. – Vernon wydawał się nabrać siły, kiedy o tym przypomniała i wysunął do przodu swoją klatkę piersiową. Tom przemówił, zanim ten tłuścioch miałby na to okazję:
- Jestem jednak pewien, że służby socjalne bardzo zainteresowane będą tym, co dzieje się pod tym dachem. – Ślizgon uśmiechnął się lodowato. – Z tego, co słyszałem, w więzieniach nie za bardzo lubią tych, którzy znęcali się nad dziećmi. Ale jestem pewien, że skorzystacie z szansy, którą wam daję…?
Petunia zbladła.
- Nie wiem, o czym mówisz – spróbowała. Tom uniósł brwi.
- Twoja wiedza nie ma dla mnie znaczenia, umiem rozpoznać oznaki znęcania się, kiedy mam je przed oczami – jego głos był chłodny. Harry usiłował pozostać tak niewzruszony, jak to tylko możliwe, całym sobą pragnąć skurczyć się, kiedy Dursleyowie zaczęli gapić się na niego z groźbą w oczach.
- Z pewnością taki mądry młodzieniec jak ty nie wierzy temu chłopcu, kiedy opowiada takie bajeczki? – Vernon wyprostował się, uśmiechając wazeliniarsko. Harry poczuł rosnący w nim gniew, tlący się w powietrzu jako zupełne przeciwieństwo chłodu, który promieniował od Toma. Na twarzy Ślizgona pojawił się uśmieszek, złowrogo wykrzywiając jego usta.
- Raczej nie – odparł. Wyraz satysfakcji zaczął rozprzestrzeniać się po twarzy Vernona, a Harry poczuł, że coś lekko ściska go za serce. Było dokładnie tak, jak zawsze, dlaczego w ogóle oczekiwał, że Tom będzie w jakikolwiek sposób inny? Naprawdę musiał pozbyć się w końcu nawyku do myślenia życzeniowego. – Tyle że Harry nie rozpowiada ich zbyt często. – Uśmiech zniknął. – Właściwie… - Tom pochylił głowę z udawanym zamyśleniem. - …na waszym miejscu w tej chwili padłbym przed nim na kolana i dziękował mu, bo jest jedynym powodem, dla którego nie zwijacie się teraz na podłodze z bólu, który tak bardzo pragnę wam zadać. – Dudley wytrzeszczył oczy. Wszyscy Dursleyowie spojrzeli na niego, tym razem z lękiem. Harry czuł się nieswojo. – Tak więc, rozumiecie? – Jego krewni natychmiast przytaknęli.
Po tym wydarzeniu lato przebiegło zdecydowanie spokojniej. Dursleyowie zrobili wszystko, czego żądał Tom, zostawili ich w spokoju i uciekali, kiedy tylko wchodzili do pokoju.
Harry zauważył, że może nie jest z tego jakoś szczególnie zadowolony, ale z pewnością czuje ulgę. Oczywiście, przeraźliwie denerwowały go lękliwe spojrzenia, które mu wysyłali – z czego Tom śmiał się niezmiernie – ale poza tym było to najlepsze lato, jakie kiedykolwiek przeżył.
Nie musieli wiele robić, ale zwiedził zdecydowanie więcej Wielkiej Brytanii i zyskał jakieś doświadczenie życiowe. Brał udział w tourné po czystokrwistej Anglii, zabrał Toma do kina. Kiedy jego przyjaciel nie przerażał do szaleństwa jego krewnych, był bardzo dobrym towarzyszem. Godzinami rozmawiali o wszystkim, co tylko możliwe. To było miłe. Nigdy wcześniej tak naprawdę nie miał nikogo, z kim mógłby porozmawiać w czasie lata, a Tom był interesującym rozmówcą. Wciąż sprzeczali się, mieli też kilka godnych uwagi walk (które nie były jego winą…) i wychodzili gdzieś na własną rękę, by raz na jakiś czas od siebie uciec, ale ogólnie był… naprawdę zadowolony.
Powinien wiedzieć, że wszystko, co dobre, w końcu się kończy.
Tom był zdecydowanie zbyt zaciekawiony jego życiem.
Ślizgon przez cały dzień był nienaturalnie cichy, a jego oczy były ponure i zamyślone. Właśnie wychodzili z restauracji, kiedy jego przyjaciel najwyraźniej nie potrafił już ani chwilę dłużej powstrzymać swojego języka (Harry przez cały dzień ignorował oznaki zbliżających się kłopotów, wiedząc, że to najprawdopodobniej sprawi, iż Tom powie mu, co go gryzie).
- Wiesz, myślałem, że po całym tym czasie nawet tobie w końcu powinno przejść przez myśl, by powiedzieć mi o komórce pod schodami – jego ton był lekki i konwersacyjny. Zbyt lekki.
- Co? – zapytał Harry. – Myślałem, że o niej wiesz. Drzwi do niej nie są jakoś specjalnie ukryte. – Jakaś malutka część jego mózgu przypomniała mu, że drażnienie i tak już wściekłego Czarnego Pana, z którym znajdował się sam na sam w jakiejś przypadkowej, bocznej uliczce, nie było może najrozsądniejszym ruchem z jego strony.
Tom spojrzał na niego, zaciskając pięści.
- Miałem na myśli tą część, w której w niej mieszkałeś – odpowiedział ostro. Harry w milczeniu rozmyślał, jak poradzić sobie z oczywistym gniewem swojego towarzysza. Tom zrobił krok w jego stronę, a jego oczy błyszczały w ciemności. – Dlaczego mi nie powiedziałeś?
- Nie było okazji – odparł prosto.
Tom nie wyglądał na zadowolonego.
- Zabiję ich.
Harry zbladł. Kurwa. To właśnie dokładnie dlatego nie powiedział Tomowi.
- Nie, nie zabijesz! – oświadczył. – Absolutnie nie ma mowy. To moja rodzina.
- To szumowiny – splunął Tom, obracając się ku niemu. – Nie są twoją rodziną, przestań ich bronić. Nie zasługują na to.
- Powiedziałem: nie. – Oczy Harry'ego zabłysły. – To był rozkaz.
Tom wyglądał, jakby miał go zaraz uderzyć. Dosłownie.
- Rozkaz? – wyszeptał szorstko. – Zapomniałeś, z kim rozmawiasz, Potter. Nie przyjmuję od ciebie rozkazów.
- Tom – warknął. – Och, na miłość boską, po prostu to zostaw. I tak jutro wracamy do Hogwartu. To nie ma znaczenia.
- Oczywiście, że to ma znaczenie – syknął Ślizgon. – Twoją sypialnią była komórka pod schodami, a ty jakoś nie pomyślałeś, aby o tym wspomnieć!
- Odpuść – powiedział dosadnie. – Bo nie zamierzam ci, do cholery jasnej, pozwolić ich torturować. – Tom wyglądał nagle przerażająco spokojnie.
- I nic, co powiem, nie przekona cię do zmiany zdania?
- Nie.
- W takim razie, okej. – Tom wzruszył ramionami. Harry spojrzał na niego, skonsternowany.
- Okej? To wszystko? – Łał.
- Tak, to wszystko. Nie zamierzam tracić czasu na zmienianie twojej opinii na ten temat. Jak sam powiedziałeś, wracamy jutro do Hogwartu.
- No to dobrze – zgodził się, podejrzliwie przypatrując się swojemu przyjacielowi. Takie łatwe ustępowanie nie było w stylu Toma. Musiał uważnie mu się teraz przypatrywać. Tom machnął różdżką na Błędnego Rycerza, po czym wysłał w jego kierunku olśniewający uśmiech.
- W końcu to nie tak, że potrzebuję twojej zgody.
Cholera.
