Rozdział 11
– Interesujące – mruknął Dumbledore. Jeszcze przez chwilę patrzył na pergamin, po czym zerknął na siedzącego po drugiej stronie biurka chłopaka.
Mimo że trwały wakacje, przebywał w Hogwarcie niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Przed nastaniem września musiał dopilnować niezliczonej ilości spraw. Jako że zmuszony był dzielić swój czas między Ministerstwo, Zakon, Radę, Lord Voldemorta i jego kumpli, horkruksy, Dracona, Harry'ego, poszukiwania Horacy'ego i zwykłe hogwarckie sprawy, nawet nie łudził się, że w przeciągu roku zdoła zobaczyć wnętrze swojego domu.
– Naprawdę niezwykle interesujące – wymamrotał, czytając dalej.
Draco Malfoy wiercił się niespokojnie na krześle. Obserwowanie dyrektora Hogwartu czytającego jego esej na temat kontrolowanego rzucania zaklęć było ponad jego nerwy. Jak dotąd, Albus Dumbledore ani razu nie użył pióra, by poprawić to, co napisał Draco. Chłopak zesztywniał, kiedy dyrektor wykonał nieznaczny ruch dłonią, by w zamyśleniu zatrzymać pióro cal nad pergaminem.
– Nie, nie, jeśli weźmie się pod uwagę teorię Kolinsky'ego, to również jest możliwe – mruknął do siebie, po czym odłożył pióro, które znów nie tknęło pergaminu.
Draco bardzo starał się nie patrzeć na zasuszoną rękę czarodzieja, ale jakimś sposobem jego wzrok wciąż się na niej zatrzymywał. Na Merlina, tylko wyświadczy temu staremu prykowi przysługę, uwalniając go od nieszczęścia. Wyglądało na to, że zaczynał gnić, jeszcze zanim Draco posłał go do grobu. Chłopak zmarszczył nos. To naprawdę było obrzydliwe. Dlaczego ten starzec nie nosił chociaż rękawiczki, by to zakryć? Czy naprawdę musiał tak narzucać się innym ze swoimi ułomnościami? Ohyda!
W końcu Dumbledore odłożył pergamin i spojrzał na Dracona przez swoje okularki w kształcie półksiężyca.
– Ten esej jest akceptowalny – oznajmił, składając dłonie. Oparł łokcie na biurku, co spowodowało, że rękawy ciemnoniebieskich szat opadły, ukazując różdżkę. Była w jakiś magiczny sposób przytwierdzona do jego przedramienia.
Akceptowalny?, pomyślał zdenerwowany Draco, akceptowalny! Nie naniósł żadnych poprawek! Akceptowalny esej nie był jego celem, nie, kiedy ta szlama…
– Byłbym wdzięczny, gdybyś powstrzymał się przed używaniem takich uwłaczających terminów w moim gabinecie, Draco.
Chłopak pobladł. Czarodziej był w jego umyśle, a on nawet się nie spostrzegł. Ile to trwało?
– Czy to jasne? – zapytał Dumbledore, nie słysząc odpowiedzi.
– Tak, panie profesorze – mruknął cicho Draco.
– Dobrze – powiedział dyrektor, z powrotem przenosząc wzrok na pergamin. – Tak jak powiedziałem, to akceptowalny pierwszy szkic. Omówiłeś wszystkie podstawy, co z pewnością zadowoli Opiekunów. Jednakże obawiam się, że część tych teorii okaże się niemożliwa do zamienienia w praktykę, a z esejem wiąże się przecież egzamin praktyczny. – Uniósł wzrok. – Powiedz mi, Draco, jak planujesz dowieść swoich teorii na temat kontrolowanego rzucania zaklęć?
Draco zmarszczył brwi. Jak planował ich dowieść? Czy aby nie powinien dowiedzieć się tego cholerstwa od Dumbledore'a? W końcu – jeśli go pamięć nie myliła – to ten maniak słodyczy miał szczęśliwie wskazywać mu drogę, a nie odwrotnie. Dlaczego więc musiał tyle główkować nad odpowiedzią? Dumbledore powinien mu ją dostarczyć. Był jego cholernym przewodnikiem. Na brodę Merlina, po takiej ilości cytrynowych dropsów nie było nic dziwnego w tym, że gniła mu ręka. Zastanawiał się, jakim uszkodzeniom uległ jego mózg. Biorąc pod uwagę nudne, coroczne przemówienia, musiały być znacznie poważniejsze od obrażeń dłoni.
Dumbledore zachichotał.
Otóż to. Ten koleś był pomylony. Z pewnością nie było się z czego śmiać... Na Salazara, nie znowu.
Potrzebował więc tych lekcji u ciotki nie tylko ze względu na Snape'a. Tyle że nie był w stanie odszukać w domowej bibliotece żadnej z tych przeklętych ksiąg o Oklumencji. Cała sekcja została zupełnie wyczyszczona – najpewniej na skutek ministerialnego rajdu na ich dom, który miał miejsce zaraz po aresztowaniu ojca. Po tym spotkaniu będzie musiał udać się do Esów i Floresów, by odkupić brakujące tomy. Dość dziwne jednak, że zabrali te książki. Przecież nie znaleźli w domu żadnych czarnomagicznych przedmiotów, a te pozycje nie były nielegalne. I dlaczego teraz o tym myślał? Głupi, głupi, głupi. Powinien wpierw uporać się z innym bieżącym problemem.
– Czy mam nauczyć się kontrolowanego rzucania zaklęć od pana, profesorze? – zapytał Draco, bawiąc się dłońmi. Naprawdę nie miał pojęcia, jak mógłby wcielić w życie teorię McMullena. Czegośtam próbował, ale bez skutku.
– Tak, ale jako twój przewodnik mam obowiązek nauczyć cię wszystkiego, co będzie stało w zgodzie z teorią, na której się oprzesz – powiedział Dumbledore, odchylając się na krześle.
Draco zmarszczył brwi.
– Co jeśli teoria McMullena jest niepoprawna? – zapytał, zmartwiony.
– Wtedy ci się nie powiedzie.
Zapowietrzając się, Draco zapatrzył się na Dumbledore'a.
– Ale… ale…
– Twój esej spełnia standardy. Teoria, której się trzymasz, jest powszechnie uznawana za prawdziwą. Jednakże – powiedział Dumbledore, powstając z krzesła – nigdy nikomu, kto opierał się na Teorii Wszystkiego McMullena, nie udało się cofnąć wcześniej rzuconego zaklęcia. Niektórzy twierdzą, że przyczyną jest brak mocy, który uniemożliwia czarodziejom udowodnienie tego twierdzenia. Jest też niewielu, którzy uważają teorię za błędną.
– Jeśli nikomu nigdy się nie udało, to dlaczego wyznaczyliście nam taki cel? – zapytał Draco, zdezorientowany, a po części również zirytowany głupotą Opiekunów. W końcu nie było to pierwsze, niedorzeczne zadanie, którego musiał się podjąć. Wodził wzrokiem za Dumbledore'em, kiedy czarodziej przechadzał się po pomieszczeniu.
– Kontrolowane rzucanie zaklęć to cel ostateczny, taki święty Graal, można powiedzieć. A ponieważ staramy się, by naszą radę zasilali najlepsi z najlepszych, czasem prosimy o coś, czego nie oczekujemy dostać – tylko po to, by sprawdzić kreatywność i moc naszych kandydatów.
Dumbledore przerwał swoją przechadzkę, by podrapać Fawkesa pod dziobkiem. Feniks przymknął oczy i zadowolony odchylił głowę, podczas gdy Dumbledore wpatrzył się przed siebie. Draco z niecierpliwością oczekiwał dalszych wyjaśnień.
– Przez te wszystkie lata istnienia Rady Czternastu, był tylko jeden kandydat, któremu się powiodło. Nie był on jednak entuzjastą teorii McMullena – powiedział Dumbledore, uśmiechając się nieznacznie.
– To był pan, profesorze? – zapytał Draco, pochylając się ochoczo naprzód.
– Nie – odparł dyrektor z błyszczącymi oczami. – Nie, mogę ci powiedzieć z całą stanowczością, że to nie byłem ja. Nie jestem wykwalifikowany ani skłonny, by nauczać tej metody. Istnieją pewne… niedogodności, z którymi trzeba się uporać, by z niej skorzystać. Jestem głęboko przekonany, że cena jest zbyt wysoka.
Draco opadł rozczarowany na krzesło.
– Możesz dostać się do następnego etapu, nawet jeśli nie będziesz w stanie wypełnić praktycznej części w stu procentach – powiedział pocieszająco Dumbledore. – Będziesz jednak musiał wykazać się wystarczającą kontrolą nad swoimi magicznymi mocami podczas rzucania zaklęć i to w zgodzie z teorią zawartą w twoim eseju.
Draco spojrzał w zamyśleniu na podłogę, zastanawiając się nad odpowiedzią.
– A co pan by zrobił, profesorze? Zostawiłby pan esej w tym kształcie czy może coś by w nim zmienił?
– To twoja ścieżka życia i to twoje decyzje, które zaważą na tym, gdzie skończysz – czy w świetle, szarości czy ciemności.
A co to miało znowu znaczyć? To dlatego właśnie potrzebował nowego nauczyciela. Ten doprowadzał go do szaleństwa swoimi ciągłymi, mętnymi stwierdzeniami.
– Są mętne tylko dla tych, którzy nie znają swej ścieżki.
Draco jęknął i zamknął oczy.
– Wiem, co chcę osiągnąć.
– Naprawdę? – zapytał Dumbledore, przerywając swój spacer kilka stóp od krzesła, na którym siedział chłopak. Spoglądając w dół, zapytał poważnie: – A może jedynie wykonujesz polecenia, Draco? Może zamiast zdać się na własne serce i rozum, mówisz tym dużo potężniejszym od ciebie to, co chcą usłyszeć?
– Jestem samodzielną osobą! Sam o sobie decyduję! – krzyknął Draco, zrywając się na równe nogi, by w jakikolwiek sposób zrównać się ze stojącym naprzeciw czarodziejem. Odbywał już podobną dyskusję ze swoją matką i nie miał ochoty na powtórkę.
– Mój drogi chłopcze, mam taką nadzieję – powiedział Dumbledore, wzdychając ciężko. – Ponieważ naśladowanie tych, którzy sieją strach i zniszczenie nigdy nie prowadzi do szczęścia.
– Czy możemy przejść do sedna? – wysyczał wściekle Draco. – Może i jestem twoim praktykantem, ale nie interesują mnie tego typu pouczenia.
– Byłyby one do uniknięcia, gdybyś przeczytał mój list – powiedział Dumbledore, kładąc dłoń na ramieniu chłopaka.
– Widziałem, co przytrafiło się Granger – warknął Draco, wydostając ramię z uścisku. – Uważa mnie pan za głupca?
Dumbledore potrząsnął głową i odszedł.
– Nie – powiedział, zatrzymując się naprzeciw okna i spoglądając na boisko do Quidditcha i góry w oddali. – Nie, nigdy nie wziąłbym cię za głupca. Jednakże bycie praktykantem to nie tylko przygotowywanie tych esejów. Esej powinien być skutkiem, a nie środkiem, Draco. Jeszcze to zrozumiesz... – Skinął do siebie w zamyśleniu. – Zrozumiesz to. I masz wielkie szczęście, że ja – w przeciwieństwie do przewodnika Hermiony – nie czerpię przyjemności z zadawania innym bólu.
Odwrócił się i machnął różdżką. Draco nie zdołał nawet mrugnąć, nim trafiło go Zaklęciu Snu i opadł nieprzytomnie na krzesło.
~o~o~o~
Kiedy Lord Voldemort zamknął za sobą drzwi, Hermiona uprzytomniła sobie, że czuje się lepiej i pewniej z sobą i ze swoimi umiejętnościami; nawet pomimo krańcowego wyczerpania, nadciągającego, tępego bólu głowy i lekkich mdłości. Przepełniona satysfakcją uśmiechnęła się do siebie i wstała z krzesła. Poleży trochę na łóżku i odpocznie. A potem dokona niemożliwego – weźmie prysznic. Odetchnąwszy, opadła na łóżko i zatopiła twarz w dużej, miękkiej poduszce. Ooo. Znacznie lepiej.
To był bardzo pouczający dzień. Nie przypominała sobie, by kiedykolwiek nauczyła się w jakiejś dziedzinie tak wiele i tak szybko. Wiedza Lorda Voldemorta na ten temat z pewnością była rozległa. Przynajmniej udało jej się nie zrobić z siebie idiotki podczas prób zatrzymania go poza swoim umysłem. Martwiła się o to wcześniej, kiedy czytała książki dotyczące Legilimencji i Oklumencji. Obawiała się, że nie wytrwa przy nim nawet sekundy. Był w końcu znany ze swoich umiejętności w tej dziedzinie, a kiedy to ona była jego praktykantką, ona – mugolaczka, fatalnie byłoby polec. Ale nawet ją pochwalił. Napełniło ją to ogromną ulgą. Wyciągnęła jedną z poduszek spod głowy i przycisnęła do brzucha. Być może wcale nie będzie tak strasznie, jak to sobie wyobrażała. Traktował ją w sposób całkiem cywilizowany, pomyślała… a potem powoli powtórzyła to sobie w myślach.
Zszokowana, wybałuszyła oczy, bo oto dotarł do niej prawdziwy powód jego zachowania. Ujrzał jej strach przed porażką – sama pokazała mu przecież odpowiednie wspomnienie – i nie wykorzystał go przeciw niej. Nie wykorzystał wiedzy na temat żadnej z tych okropnych słabości, które mu pokazała. Zamiast tego pocieszył ją, sprawił, że poczuła się lepiej. Pochwalił ją – szlamę! Musiał coś knuć, z pewnością coś dotyczącego Harry'ego. W końcu była jego najlepszą przyjaciółką. Podejrzliwość zaczęła dominować w jej umyśle i wraz z nią szybko pojawiła się złość na samą siebie.
Na Merlina, ten czarodziej naprawdę był Mistrzem Manipulacji i ona dała mu się nabrać.
Uderzyła się w czoło za bycie na tyle głupią, by uwierzyć w jakiekolwiek pocieszanie ze strony Lorda Voldemorta. Argh! Musiała być naprawdę wykończona, skoro dała się nabrać w ten sposób – naprawdę wykończona. Po wszystkim, co usłyszała od Ginny od Tomie Marvolo Riddle'u, wciąż tak łatwo dała się zwieść. Nawet przez chwilę nie spostrzegła, że karmił jej ego stekiem bzdur. Z pewnością dobrze bawił się teraz jej kosztem, kpiąc sobie z jej naiwności.
Głupia, głupia, głupia.
Na Boga, dlaczego w ogóle myślała o jego akceptacji? Nie, żeby zdanie takich osobników miało dla niej jakiekolwiek znaczenie. Doprawdy, czy kiedykolwiek przestanie przejmować się tym, co myślała o niej każda osoba na świecie? Zirytowana samą sobą, przekręciła się na bok. Musiała się upewnić, że to się nie powtórzy, nigdy, nigdy więcej, już ona się o to postara. Była tu tylko i wyłącznie z powodu wyznaczonego jej zadania. Tylko i wyłącznie.
Wciąż zła na swoją głupotę, szybko zasnęła, nawet nie przypuszczając, że dojście do siebie zajmie jej więcej niż czterdzieści osiem godzin. A ten prosty fakt miał jedynie umocni
przekonanie Czarnego Pana, że była cenna i że musi nieco przyspieszyć realizację swoich związanych z nią planów.
~o~o~o~
Hermiona obudziła się, czując się z lekka chybotliwie. Spuściła nogi z łóżka na podłogę i usiadła, spoglądając na rozmazany Pałac Buckingham w zaczarowanym oknie. Westchnęła i potarła oczy, próbując przywrócić ostrość obrazu. Niewiele to pomogło.
Po tym jak Lord Voldemort wyszedł, miała zamiar poleżeć trochę, a potem zebrać się i iść pod prysznic. Zamiast tego usnęła w ubraniach. Dlatego teraz bez wątpienia potrzebowała prysznica. Powąchała ubranie i skrzywiła się. Cuchnęła.
Tyle że nie czuła się najlepiej. Ostrożnie przebrnęła do krawędzi łóżka i wstała, wspomagając się kolumną. Lekko chwiejąc się na nogach, trzymała się jej obiema rękoma i czekała, aż pokój przestanie wirować. Wydawało się to trwać całą wieczność, więc zamknęła oczy i oparła o kolumnę czoło.
No dobrze, jak miała dostać się do łazienki bez wywinięcia orła?
Czystą siłą woli, zdecydowała. Pokój był w końcu nieruchomy. To tylko płatający jej figle umysł. Nabrała powietrza, otworzyła oczy, puściła kolumnę, postąpiła krok naprzód i wyrypała się prosto na twarz.
To by było na tyle, jeśli chodzi o siłę woli.
Cóż, czołganie z pewnością też było jakąś opcją. Miała już zacząć, kiedy jakby znikąd zabrzmiał jego głos.
– Wygodnie się leży? – zakpił.
– Takie wczesnoranne ćwiczenia – zaszydziła.
Prychnięcie uprzedziło skrzypienie krzesła, kiedy Lord Voldemort porzucił swoje krzesło i podszedł do niej. Szaty kołysały się wokół czarnych, lśniących butów, aż zatrzymał się w okolicach jej głowy. Naprawdę miała nadzieję, że nosił coś pod spodem, jeśli planował się zbliżyć, ponieważ mogło być tam coś, czego naprawdę nie chciała widzieć.
Ughhh… oczy wbite w podłogę, Granger.
Dzięki Merlinowi, leżała na brzuchu. Było jej stosunkowo łatwo oprzeć czoło na złożonych dłoniach i nie widzieć tego cholernego czegoś.
– Szukasz śladów po kornikach? – kontynuował.
– Nie, ale ktoś z pewnością powinien zamieść pod tym łóżkiem – skwitowała.
– Załatwię ci miotłę – odparł luźno, przykucając obok.
– Nie lubię latać.
– Doprawdy? – zapytał Voldemort, nagle zainteresowany. – Mówisz, że nie lubisz czy… naprawdę nie lubisz?
Zbyt wiele informacji, Granger, przymknij się choć ten jeden raz.
Jej milczenie wywołało jego śmiech.
– Ach, więc naprawdę tego nie lubisz – skonkludował poprawnie, stawiając przed nią fiolkę z brązowawym, mętnym syropem.
Hermiona, słysząc ciche brzęknięcie, uniosła lekko głowę.
– Co to jest, do licha? – spytała, kręcąc nosem.
– Kombinacja Eliksiru Wzmacniającego i Eliksiru Pamięci. Z małym dodatkiem – wyjaśnił wymijająco.
– Wygląda przepysznie – skomentowała, kładąc głowę z powrotem na dłonie i nie tykając fiolki.
– Chodzi o ten mały dodatek, prawda? – zapytał rozbawiony.
– Nie, chodzi raczej o całą zawartość. – Stała czujność.Nawet kiedy leżysz na parkiecie, nad tobą kuca Lorda Voldemort i wiruje ci cały świat.
– Może zmienisz zdanie, kiedy powiem ci, że uwarzył to Severus Snape?
– Dla kogo? – zapytała podejrzliwie Hermiona. Z pewnością nie miała zamiaru tego łykać, jeśli profesor Snape zrobił to dla niego. Nie miała ochoty na powolną śmierć w męczarniach.
Voldemort zaśmiał się.
– Zrobił to dla samego siebie. Nigdy nie piję czyichś eliksirów, o ile nie obserwuję ich warzenia.
– Paranoja?
– To nie ja leżę twarzą na podłodze, odmawiając wzięcia czegoś, co niezwłocznie złagodziłoby moje dolegliwości.
– Touché. – Hermiona podniosła przelotnie wzrok i znów opuściła głowę.
– Wciąż nie wierzysz, że to nie jest trucizna? – zaszydził.
– Nie wygląda lepiej na drugi rzut oka.
Prychnął. Usłyszała szelest szat tuż koło głowy i ciche „pop", które uznała za odgłos odkorkowania flaszeczki.
– Wolisz Imperiusa czy mam użyć siły, by wlać ci to do gardła? – zagroził.
Hermiona westchnęła, wyciągnęła rękę spod głowy i na ślepo sięgnęła po fiolkę. Chłodna, gładka powierzchnia szkła natychmiast zetknęła się z jej dłonią. Zacisnęła wokół fiolki palce i przywiodła ją do ust.
– Jak miło mieć taki szeroki wybór – wymamrotała cierpko, po czym wypiła eliksir duszkiem. – Bleee… – Zadrżała. – Nie wspomnę o tym, że smakuje to podobnie, jak wygląda.
– Myślę, że lekcje Eliksirów na szóstym roku będą dla ciebie niesamowitą przyjemnością po tym, jak poinformuję Severusa, że według Hermiony Granger jego eliksiry wymagają poprawy.
– Skarżypyta.
– Zawsze, gdy przynosi mi to korzyść.
Tkwili przez pewien czas w ciszy i bezruchu. Hermiona oczekiwała nadejścia przerażającego bólu. Była pewna, że profesor Snape zdołałby znaleźć sposób, by czegoś dosypać do eliksiru tak, by Voldemort się nie spostrzegł. Mógłby pomyśleć, że Lord Voldemort skłamał, mówiąc, że potrzebuje eliksiru dla kogo innego. Lord Voldemort czekał natomiast, aż Hermiona znów zacznie się poruszać. Był pewien, że Snape nie odważyłby się zrobić niczego niewskazanego z eliksirem, którego od niego wymagał; nawet jeśli nie powiedział, dla kogo jest przeznaczony.
– Czujesz się już lepiej? – zapytał Voldemort, odczuwając przypływ irytacji.
Ku zaskoczeniu Hermiony odpowiedź brzmiała: tak. Mroczki, zawroty głowy i zmęczenie zniknęły – nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo jest zmęczona, dopóki to nie minęło. Ostrożnie podźwignęła się na ręce i kolana i pokręciła głową. Wirowanie ustało. Przed jej twarzą wyrosła dłoń. Pochwyciła ją.
Eh, jeśli ten eliksir zawierał podle działającą truciznę, która rozprzestrzenia się przez dotyk, przynajmniej pociągnie go za sobą.
Jednak kiedy pomógł jej wstać,nie stało się nic nikczemnego. Nigdy nie czuła się lepiej. To było niesamowite.
– Krew salamandry? – zapytała Voldemorta, przypominając sobie, że to był zasadniczy składnik roztworu wzmacniającego.
Przytaknął.
– I co jeszcze?
Hermiona zmarszczyła brwi. To było niemożliwe, ale wyczuła woń, którymi pachniały ostatnio ręce Rona.
– Pachniało trochę Oczywistym Rozwiązaniem Dra Ubblysa, ale to jest maść – mruknęła niepewnie.
– Maść przeciw bliznom wywołanym myślami – wyjaśnił Voldemort. – Dziesięciokrotnie rozcieńczona. Dodajesz trzy krople do eliksiru, co sprzyja depolaryzacji włókien nerwowych w mózgu po głębokim ataku Legilimencji.
Aha.
Lord Voldemort spojrzał na nią poważnie.
– Jesteś pewna, że już wszystko w porządku?
Hermiona przytaknęła.
– Czuję się dobrze, nawet lepiej niż dobrze.
– Wymień wszystkie składniki Eliksiru Wielosokowego – nakazał.
Co? Dlaczego? Zdziwiła się.
– Zabaw mnie.
Hermiona wzruszyła ramionani, jednak posłuchała tak czy siak.
– Muchy siatkoskrzydłe warzone przez dwadzieścia jeden dni, pijawki, starty róg dwurożca, rdest ptasi, ślaz zrywany w pełnię księżyca, rozdrobniona skórka boomslanga i odrobina kogoś, w kogo chcesz się zamienić – wyliczyła, patrząc na niego w zadziwieniu.
– Wszystkie siedem składników, bez zbędnych detali. To znaczy, że twoja pamięć jest nieuszkodzona.
– Nieuszkodzona? – Hermiona wybałuszyła oczy. Czyli że istniała taka możliwość?
– Posiadasz jeden z niewielu umysłów, które zdolne są do tak daleko idącego szufladkowania, że albo całkowicie się załamujesz albo wciąż funkcjonujesz. To jedyne wyjaśnienie objawów, których dopiero co doświadczałaś. Stanowi to również wyjaśnienie tego, że byłaś w stanie powstrzymać mnie tak długo. Dobrze, że musieliśmy to przerwać. Miałem zamiar poszukać ograniczeń twojego umysłu, sprawdzić, jak długo możesz wytrzymać, ale to byłoby zbyt ryzykowne, biorąc pod uwagę fizjologię twojego mózgu.
– Coś jest nie tak z fizjologią mojego mózgu? – wykrzyknęła Hermiona, zmartwiona.
– Wręcz przeciwnie, to bardzo przydatna cecha. To znaczy, że – po odpowiednim treningu – możesz wytrzymać atak do stopnia, którego nikt nie będzie się spodziewał. To znaczy, że nawet kiedy jesteś torturowana, nie zmniejsza się twoja zdolność do myślenia. – Spostrzegła to osobliwe spojrzenie, które jej posłał, wypowiadając ostatnie zdanie. Nie miała możliwości zapytać, ponieważ kontynuował. – Problemem, Hermiono, jest to, że nie otrzymasz żadnego ostrzeżenia przed całkowitym zastojem neurologicznym. U innych pojawią się poważne objawy, ale u ciebie będą one lekkie, wydawałoby się, że nic nieznaczące – jak przejściowa niepamięć, małe błędy, których normalnie byś nie popełniła – aż wreszcie: BUM! – Klasnął dłońmi tuż przed jej twarzą, aż podskoczyła. – Będzie po wszystkim, ostatecznie.
Hermiona pobladła, cofnęła niezdarnie i nieco bezsilnie opadła na łóżko. Czy to oznaczało, że nie będzie już mógł uczyć jej Oklumencji? Na Boga, utknie tu na całą wieczność!
Lord Voldemort zaczął przemierzać pokój w tę i nazad.
– Będę musiał powiedzieć Dumbledore'owi – oznajmił tonem, jakby posmakował czegoś wyjątkowo obleśnego i zgniłego. – Moc jego Legilimencji jest zbyt duża, by mógł używać jej na tobie w całej sile. A nie cofnie się przed niczym, sądząc, że ja to uczyniłem lub mam taki zamiar. Szukając ograniczeń twojego umysłu, zamieni cię w warzywo. Nie, ryzyko jest zbyt duże, bym był skłonny je podjąć.
Voldemort zatrzymał się naprzeciw lustra, rozluźnił ramiona, nabrał głęboko powietrza i wrócił do kroczenia w tę i z powrotem.
– Nie uwierzy mi, kiedy poinformuję go o stanie twojego umysłu. Pomyśli, że to podstęp, sztuczka mająca na celu powstrzymanie go przed sprawdzeniem twoich słabości w Oklumencji, bym po twoim powrocie sam mógł wydobyć z ciebie każdy sekret Zakonu. – Zatrzymał się, przechylił głowę i uśmiechnął się przebiegle. – W innym przypadku to byłoby warte próby – powiedział, prychając, po czym na nowo zaczął przemierzać pokój.
– Choć to nie jest takie złe. Kiedy wreszcie wyćwiczymy cię odpowiednio w Oklumencji, będę musiał się martwić wyłącznie innym Mistrzem Legilimencji. Który byłby w stanie uzyska
od ciebie informacje tylko, jeśli zdecydowałby się zniszczyć całkowicie twój umysł. Poza Dumbledore'em i mną, jest tylko czterech, którzy zasługują na ten tytuł. Zarówno Li, jak i Volkova są zbyt święte, by choćby rozważać tego typu ryzyko. Gellert nie ma różdżki, co czyni go niezdolnym do czynienia najgorszego. To oznacza, że musimy się martwić tylko Nathairą i Dumbledore'em. Nathaira – ciągnął, pukając różdżką o nogę. – Nathaira może być problemem. – Obrócił się. – I Dumbledore… jak go powstrzymać? – mamrotał, przemierzając pokój.
To oglądanie przemykających jej co chwila przed nosem czarnych szat, kiedy mamrotał pod nosem o możliwości tego, że zamieni się w warzywo, zdecydowanie zaczynało grać jej na nerwach.
– Wybaczysz? – krzyknęła wreszcie, skacząc na równe nogi, do reszty przeniknięta strachem związanym z marną przyszłością jej umysłu.
Zatrzymał się gwałtownie i powoli ku niej odwrócił.
– Przepraszam? – zapytał cicho.
Dopiero miała się nauczyć, że kiedy przemawiał tym spokojnym, opanowanym tonem, był w najbardziej niebezpiecznym nastroju. Harry mógłby ją ostrzec, by nie kontynuowała, by lepiej szybko odnalazła jakieś schronienie, ale Harry'ego tam nie było, a ona zaczęła wygłaszać swoją tyradę.
– Naprawdę, czy uważasz, że łatwo mi słuchać o możliwości utraty zmysłów? Albo o tym, że być może ze względu na ryzyko utknę tu na dobre? W dodatku bez przerwy miotasz się po pokoju, w tę i nazad – wydyszała bez tchu, naśladując rękoma jego ruchy. – Jak jakiś nakręcony króliczek na baterię, nie dochodząc do żadnych rozwiązań. Doprowadzasz mnie do…
– Crucio!
Przewróciła się i runęła na podłogę, chwytając się za brzuch. Ogarnął ją ból niepodobny do żadnego, którego wcześniej doświadczyła. Miała wrażenie, że ktoś obdziera ją ze skóry przy pomocy tępego noża. Jej organy skręciły się, jakby oddzielone od siebie, z gardła wydobywał się nieziemski krzyk.
Do zapamiętania – nigdy więcej nie nazywać Voldemorta nakręconym króliczkiem na baterie.
Przeszło jej to przez myśl, gdy chwyciła za deski, łamiąc paznokcie i rozkrwawiając sobie palce. Ból ogarnął każdą kończynę, całe jej ciało, i nie kończył się, trwał… Jej plecy wygięły się gwałtownie, niemal podniosła się z posadzki. Kolejny wysoki krzyk opuścił jej usta.
Jeśli potrwa to dłużej, będzie mogła powiedzieć cześć rodzicom Neville'a.
Opadła na posadzkę, drżąc i dysząc ciężko, kiedy wreszcie uwolnił ją spod klątwy.
– Tak jak cię ostrzegałem, Hermiono Granger – powiedział łagodnie Voldemort, opierając się ramieniem o jedną z kolumn łóżka. – Taki umysł jak twój potrafi wytrzymać duże obciążenie ciała bez ryzyka szaleństwa. – Uśmiechnął się podle. – Bardzo dobrze, że o tym wiem. Nie będę musiał być ostrożny czy powstrzymać swojej mocy przy którymkolwiek z moich… – poderwał luźno różdżkę w jej stronę – Crucio!
Nastąpiła kolejna runda jej wrzasków i miotania się po podłodze, aż wreszcie znudziło mu się i zniósł klątwę. Oderwał się od kolumny i zbliżył do niej niespiesznie.
– I naprawdę nie ma nic, co lepiej pozwala rozważyć Lordowi Voldemortowi jego własne możliwości, niż wykonanie paru zgrabnych rundek Cruciatusa – powiedział niskim, nieco syczącym tonem głosu, okrążając jej ciało jak drapieżnik, którym przecież był.
Hermiona nie odważyła się poruszyć, odezwać czy zrobić cokolwiek, co mogłoby sprowokować go do dalszych tortur. Po prostu leżała tam, na boku, zwinięta w kłębek, gotując się w napięciu na kolejne uderzenie. Które wydawało się jej bardzo prawdopodobnym scenariuszem, zwłaszcza że ten pomyleniec znowu zaczął odnosić się do siebie w trzeciej osobie.
– Byłoby dobrze, gdybyś to zapamiętała, Hermiono. Nie chciałabyś, by Lord Voldemort musiał się powtarzać, prawda? – zagroził zimnym i spokojnym tonem głosu.
Cholera. Powinna odpowiedzieć czy może otwieranie ust było niewskazane?
Jeśli się nie odezwie, a on tego sobie życzył, wtedy sprawi, że będzie się powtarzał, co z pewnością mogłoby być wymówką, by torturować ją dalej. Jednak mogło być też tak, że chciał tylko sprawdzić, czy pamiętała, dlaczego w ogóle zaczął ją torturować i ponowne otworzenie ust byłoby pretekstem, by znów ją przekląć. O, do diaska, to było podchwytliwe pytanie. Nie było właściwej odpowiedzi.
Skoro to jej paplanina była przyczyną, dla której znajdowała się teraz w tej sytuacji, zdecydowała się zachować milczenie. Godryk jeden wiedział, jaki drobiazg mógłby wywołać jego niepożądaną reakcję.
Lord Voldemort usiadł przed nią na piętach i zacisnął palce na cisowej różdżce, która znalazła się jednocześnie w zasięgu jej wzroku. Marzyła w duchu, żeby złamała się na pół w tej chwili. Tyle że nie miała szczęścia widzieć spadającej gwiazdy, nie potarła trzykrotnie żadnej butelki, by pogadać z dżinem w środku – więc, cóż – mogła sobie marzyć.
Uniósł różdżkę ku jej twarzy. Wstrzymała oddech i zamknęła oczy. Jej mięśnie napięły się do granic wytrzymałości. Skrupulatnie, powiódł końcem różdżki wzdłuż krawędzi jej twarzy, i dalej wzdłuż tętnicy szyjnej, mijając dołek nadmostkowy, by wrócić w górę tą samą drogą. Drżąc widocznie, Hermiona wydobyła z siebie urwany oddech, kiedy nieco mocniej przycisnął koniec różdżki do jej szyi.
– Zdaje się, że wreszcie poznałaś swoje miejsce, mała praktykantko – wyszeptał zimno do jej ucha – jego oddech muskający jej skórę, poruszający jej włosami. – Kiedy skończysz trząść się na podłodze jak cuchnąca świnia, sugeruję, byś wzięła się za poprawianie swoich zapisków. Wrócę za cztery godziny i oczekuję czegoś wartego więcej niż te bzdury.
Kiedy powstał, długi zwój pergaminu wylądował na czubku jej głowy.
– Cztery godziny – wysyczał groźnie i opuścił pokój.
Hermiona odetchnęła z ulgą, kiedy usłyszała wskakujące na miejsce bariery. W końcu odważyła się otworzyć oczy. Wciąż się trzęsąc, sięgnęła po zwój i zdjęła go sobie z głowy. Obróciła go na stronę, którą pokrywały jej zapiski, by szybko spostrzec, że teraz uzupełniały je czerwone skreślenia, adnotacje i podkreślenia ze strzałkami prowadzącymi do pytań, komentarzy albo wyjaśnień, które zapisał na marginesie. Mrugnęła i natychmiast usiadła. Świeżo nabyte doświadczenie zepchnęła niezwłocznie w głąb umysłu jako nieistotny szczegół. Przeniosła szybko wzrok na początek pergaminu i z zapałem zaczęła czytać liczne dodatki, którymi Lord Voldemort ozdobił jej esej.
