Rozdział 11 – lśnienie księżyca
Była przepiękna księżycowa noc. Soo-Won w milczeniu kroczył po blankach i błądził wzrokiem po wyglądającym niczym kraina z baśni mieście. W odległych domach paliło się wiele lampionów, kaganków i świec, rozwieszonych w bramach i ogrodach. Wyżej, na parapecie osłaniającym mur, siedział Hak. Od audiencji miał zamęt w głowie i był pełen obaw. Wkrótce kraj rozedrze wojna, jak ta sprzed siedmiu lat, podczas której zginął jego ojciec.
– O czym myślisz? – zagadnął książę.
Mimo że byli sami, mówił cicho, zdając sobie sprawę, że nigdzie wewnątrz zamkowych murów nie jest naprawdę bezpiecznie.
– Zastanawiam się, co czeka nas dalej? – odparł równie cicho Hak.
– Generał Joo-Doh uważa, że niedługo uderzy Sei. Jego zdaniem lordowie Hotsumo i Kushibi wcale ze sobą nie rywalizują i tylko wyglądają okazji.
– Mają wystarczające siły?
– Razem dysponują ponad trzydziestoma tysiącami żołnierzy.
– Hm... – mruknął. – Skąd to wiesz?
– Mam swoje źródła.
Oczywiście, cesarz miał szpiegów. Hak też ich miał. Czy Sun-Zi* nie pisał, że armia pozbawiona tajnych agentów jest jak człowiek ślepy lub głuchy?
– Jak pewne są te źródła?
– Bardzo. Te dodatkowe forty, ruchy ich wojsk, to więcej niż się wydaje na pierwszy rzut oka.
Hak zmarszczył czoło, zastanawiając się nad tym, co właśnie usłyszał.
– Jeśli tak, prowincja Wody nie utrzyma się długo – stwierdził.
– Możliwe – odparł. – Miejmy jednak nadzieję, że Joo-Doh się myli.
– Obawiam się, że nadzieja zda się na nic przeciw mieczom.
Książę nie wiedział, co odpowiedzieć. Zerknął na tereny przed pałacem, na obszerne kamienne fortyfikacje, monstrualne mury i umocnienia nie do zdobycia. Regularne i delikatnie rzeźbione rysy nadawały jego twarzy dystynkcję, ale jej wyraz był ponury.
– Nie martw się. Nie dopuszczę do tego – usłyszał.
Odwrócił się i spojrzał na Haka z nowym podziwem. W przygaszonym świetle księżyca, w ciemnym kimonie, z zatkniętymi za pas mieczami, prezentował się jeszcze groźniej niż zazwyczaj. Biła od niego jakaś siła, która już w tej chwili zdawała się dosięgać ich wrogów. Jego obecność działała na Soo-Wona bardzo kojąco. Był pewien, że nie przegrają, dopóki on jest z nimi.
– To takie przykre, że niedługo musisz wyjechać – powiedział. – Wiesz już kiedy?
– Za parę dni odbędzie się spotkanie szogunów, po nim, mam nadzieję, będę mógł wrócić do Fuugi.
– Zabierzesz Yonę ze sobą?
– Chciałbym, ale to zależy od niej. Jeśli będzie wolała odłożyć ślub, poczekam.
– Myślę, że nie musisz się tego obawiać.
Zamiast odpowiedzieć, Hak oparł się dłońmi o parapet i wyciągnął do góry, przyglądając się świecącemu wysoko księżycowi.
Nie był pewien, co naprawdę myśli i czuje Yona. To, że się zgodziła, niczego nie oznaczało. Zaakceptowanie przez dziewczynę kandydata wybranego przez ojca, było zazwyczaj formalnością. A jego znała przecież od dzieciństwa i darzyła sympatią, do tego ocalił jej ojca. Jak więc mogłaby tego nie zrobić? Posłuszeństwo było wielką cnotą w ich społeczeństwie, zwłaszcza posłuszeństwo wobec rodziców. Uważano, że miłość nie jest potrzebna do zawarcia udanego małżeństwa, że między mężem a żoną jest wiele ważniejszych spraw, takich jak pokora, szacunek, czy obowiązek. Doskonale o tym wiedział i fakt, że Yona lubiła go i była mu wdzięczna, powinien był mu wystarczyć. Nic jednak nie mógł poradzić na to, że w głębi duszy pragnął, aby było w tym coś więcej. Westchnął.
Soo-Won milczał przez jakiś czas, pozwalając mu zatopić się w myślach.
– Jest coś jeszcze, o czym musimy porozmawiać – odezwał się po chwili.
– Co takiego?
– Chodzi o Yonę... no niezupełnie... bardziej o Xing... ale jako jej mąż i tak niedługo będziesz o wszystkim wiedział – rzekł nieco tajemniczym tonem i pochylił się w jego stronę, tak, by to, co mówi, nie doszło do podsłuchujących uszu. – Zdradziła mi, że od kilku miesięcy, mniej więcej od jej urodzin, król Wang-He nie pisze już do niej własnoręcznie. Zaciekawiło mnie to, więc porównałem jego wcześniejsze listy z ostatnimi. Rzeczywiście są napisane przez dwie różne osoby.
– To nic nie znaczy. Wiele osób korzysta z pomocy skrybów, nawet przy osobistej korespondencji.
– Owszem, ale odniosłem wrażenie, że nowe listy w ogóle pochodzą od innej osoby. Ich styl, słownictwo za bardzo różnią się od siebie – kontynuował ściszonym głosem. – Wiem, że jakiś czas temu król podupadł na zdrowiu, ale nie przypuszczałem, że jego choroba może być, aż tak poważna...
– Sądzisz, że został odsunięty od władzy? – dopytywał Hak.
Soo-Won wzruszył ramionami.
– Albo nie jest jej w stanie sprawować. W każdym razie ktoś inny robi to za niego.
– Hm... co twierdzą twoje źródła?
– W tym cały problem – wyszeptał. – Nie mam żadnych w Xing, a ty?
Hak pokręcił głową. Był zbyt ostrożny, by ujawnić cały zakres swojej wiedzy, ale i tak posiadał jedynie informacje o stanie i ruchach wojska sąsiada. Nie miał szpiega w stolicy Xing, a już tym bardziej żadnego w królewskim pałacu.
– Co na to nasz ambasador?
Lazurowe oczy księcia zwęziły się.
– To, że o niczym nie wiemy, dowodzi, iż jest źródłem straconym – odpowiedział lodowatym tonem.
– To znaczy zdrajcą – wysyczał Hak przez zaciśnięte zęby. – Cesarz go odwoła?
– To wzbudziłoby podejrzenia.
Przytaknął. Soo-Won miał rację, pochopne działania mogły jedynie narobić szkód.
– Jak się o tym wszystkim dowiedziałeś?
– Yona była zaniepokojona o króla i próbowała wypytać o jego zdrowie ambasadora Seusonga – wyjaśnił cicho. – Poznałeś go?
– Tak. Szczwany z niego lis.
– Owszem – potwierdził. – No ale, jak mówiłem, razem z Lili postanowiły z nim porozmawiać. Oczywiście, niczego nie zdradził, ale rzadko widuje się dwie piękne damy w urzędniczej części zamku. Wzbudziło to nie lada zainteresowanie, a plotki o całym zajściu dotarły do mnie. Naturalnie zapytałem, co tam robiły i ot, tak właśnie się o wszystkim dowiedziałem.
Niesamowite, jak dobrze Soo-Won orientował się w tym, co się działo wokół niego. Bez trudu dostrzegł drobiazg, który inni mogli przeoczyć. Odsunięcie króla od władzy, zdrada ambasadora, to mogło się okazać kluczowe w negocjacjach z Xing.
– Ciągle mnie zadziwiasz... – zaczął Hak i urwał, bo nagle doznał olśnienia. – Chcesz powiedzieć, że nie mielibyśmy o niczym pojęcia, gdyby nie Yona?
– Dokładnie – potwierdził.
Hak roześmiał się.
– A dopiero co, zapewniałem Kiję, że nam się nie przyda w negocjacjach z Xing – oznajmił.
– No widzisz – rzekł Soo-Won z półuśmiechem – tymczasem wasz ślub to świetny moment na wybadanie sytuacji. Może nawet, za twoim pozwoleniem oczywiście – dodał układnie – Yona zaprosiłaby na niego księżniczki Kouren i Tao? – Hak zawahał się, wolałby, aby wszystko odbyło się szybko i po cichu. – Zgadzasz się? – dopytywał Soo-Won.
– Chyba nie mam wyjścia – odparł z westchnięciem. – Chociaż nie sądzę, by któraś z księżniczek przyjechała.
– Dziękuję. Wiem, że to nagła prośba, ale warto wykorzystać każdą możliwość zdobycia informacji.
W odpowiedzi Hak skinął głową. Soo-Won miał w sobie jakąś niezwykłą pewność siebie, która przyciągała do niego ludzi, i bez problemu potrafił namówić ich do działania w zaplanowany przez siebie sposób. Wiedział o tym. Mimo to był pod wrażeniem każdego słowa, które dowodziło błyskotliwości i jasności jego umysłu. Wyraźnie widział w nim swojego przyszłego monarchę i rozpierała go z tego powodu duma, jednak nadal czuł się nieco zawiedziony. Ponownie westchnął.
– Hak...?
– Mam niezwykłe szczęście, że będziesz kiedyś moim cesarzem. Gdy to nastąpi, z dumą będę stał u twego boku.
– To ja mam szczęście, że jesteś moim przyjacielem – odpowiedział Soo-Won pewnym siebie głosem. – Nie ma przeszkody, jakiej nie mógłbym pokonać, gdy jesteś ze mną.
– Nie jestem godny takiego zaufania – odparł poważnie i zapatrzył się w mrok.
Na moment osaczyła ich nieznośna cisza. Hak zdawał sobie sprawę, że choć ma największą siłę militarną i poparcie swoich ludzi, to jest najmłodszy i najmniej doświadczony ze wszystkich szogunów. Soo-Won spostrzegł, że rysy jego twarzy zdają się ostrzejsze niż zazwyczaj. Nieoczekiwanie uśmiechnął się.
– Jesteś zbyt poważny! – krzyknął, uznając, że należy rozwiać jego posępny nastrój. – Powiedz lepiej, chcesz, bym jutro poszedł z tobą do pałacu matki?
– Dziękuję, ale muszę to załatwić sam.
– Niech tak będzie – zgodził się i po chwili dodał: – Tak czy inaczej, zrobiło się późno i pora zakończyć ten wieczór.
Hak przytaknął, zeskoczył zwinnie z parapetu i ramię w ramię zaczęli opuszczać oświetlone blaskiem księżyca blanki. Schodzili w dół po schodach, ku dziedzińcowi.
– Jakieś rady na jutro? – spytał.
Książę obrzucił przyjaciela szybkim spojrzeniem. Na pierwszy rzut oka nie różnił się niczym od eskortujących ich samurai.
– Hm... ubierz się odpowiednio do swojego statusu – zasugerował.
– Coś nie tak z moim strojem? – odparł, udając, że nie rozumie, co ma na myśli.
Soo-Won pokręcił głową.
– Dobrze wiesz, o co chodzi, i biorąc pod uwagę twój wyrafinowany gust – powiedział z nutą ironii w głosie – powinieneś po prostu założyć najlepszy i najdroższy strój, jaki ze sobą masz.
– Mam się ubrać w zbroję? – zagadnął z przekorą.
Soo-Won parsknął śmiechem.
– Może lepiej nie, ale musisz mieć świadomość, że twój tytuł szoguna, przyjaźń ze mną, okoliczności uwolnienia stryja i związek z Yoną, stanowią wspaniałą pożywkę dla plotek i wzbudzają wielkie emocje w zamku, a zwłaszcza – podkreślił – w pałacu mojej matki.
– Domyślam się.
– Zastanawiałeś się już, co sprezentujesz Yonie? – Hak zaprzeczył. Nie miał kiedy. – Teraz, gdy możecie bez przeszkód korespondować, najodpowiedniejszy byłby wiersz – doradził.
Zapewne dobrze orientował się w dworskiej etykiecie, ale naprawdę... wiersz? Hak spojrzał na niego z niedowierzaniem. Płomień, zawieszonej w pobliżu pochodni, zamigotał zawadiacko na jego jasnych włosach, ale nie był w stanie niczego wyczytać z jego twarzy. Malował się na niej jedynie niewiele mówiący, spokojny uśmiech.
– Żartujesz sobie ze mnie? – spytał.
– Nigdy bym się nie odważył – rzekł z powagą. Widząc jednak niewyraźną minę przyjaciela, wybuchł śmiechem. Ten przewrócił oczami i mruknął coś niewyraźnie. – Nie przejmuj się tak! Wystarczy cokolwiek, tak naprawdę liczy się gest. I nie bądź taki markotny, przynajmniej nie musisz się obawiać, że Yona zwróci prezent.
– Lady Lili? – zagadnął Hak. – Nadal to robi?
– Nie – wyznał. – Ostatnio już nie... – Na usta Haka wypłynął lubieżny uśmiech. – Hak!
– Przecież nic nie powiedziałem!
– Ale pomyślałeś!
– Wcale nie... – bronił się.
– Możesz mówić, co chcesz, ale twoja mina świadczy, o czymś zupełnie innym. I nie mówmy już więcej na ten temat – uciął.
– Jak sobie życzysz, panie – odparł z udawaną powagą i złożył wyszukany ukłon.
Soo-Won znów się zaśmiał. Chwilę jeszcze rozmawiali równie swobodnie. Wkrótce jednak książę pożegnał się z przyjacielem i udał się do swojego pałacu.
Hak tymczasem poszedł do ogrodu. Dzisiejszego wieczoru zebrało się za dużo zawiłych kwestii, by mógł spokojnie zasnąć. Przez jakiś czas spacerował. Nocne powietrze było ciepłe i pachniało nikłą wonią letnich kwiatów. W plamach cienia odznaczały się rosnące gdzieniegdzie drzewa, błyszcząca tafla stawu i maleńki mostek.
Towarzyszący mu samuraje, osobiście wybrani przez generała Joo-Doh, najlepsi spośród najlepszych, przyglądali się mu z uwagą. Wszyscy poznali już szczegóły walki w Awie. Pewni byli, że jest godnym potomkiem legendarnego wojownika, lorda Araki, i godnie nosi jego nazwisko. Pełni szacunku i podziwu dla niego, dumni byli, że to im powierzono odpowiedzialność za jego bezpieczeństwo i zdrowie.
W pewnej chwili Hak przysiadł na trawie i przez dłuższy czas niewidzącym wzrokiem wpatrywał się przed siebie. Niebo było czyste, ale w dole pośród drzew zalegała mgła, snująca się po bladych brzegach jeziora.
Obowiązkiem władcy prowincji jest zapewnić pokój i bezpieczeństwo jej mieszkańcom, to twoje najważniejsze zadanie, wbił mu do głowy ojciec. Hak błogosławił go za wszystkie nauki, jakich mu udzielił. To przez niego i dzięki niemu był, jaki był i rozumiał, jak ważne jest to, co robi.
Nie mogę go zawieść, pomyślał, ale czy podołam? To nie czas na wymówki! Jesteś szogunem i musisz zaakceptować to, co przed tobą stoi!
Wyciągnął swój miecz i dokładnie mu się przyjrzał. Wyglądał zwyczajnie, ale został wykonany przez najlepszego mistrza płatnerskiego. Wysunął klingę na kilka centymetrów z pochwy. Lekko zakrzywione, gładkie jak tafla wody ostrze błysnęło w świetle księżyca. Było ostre i twarde jak diament. Rękojeść została pokryta tradycyjnym splotem ze skóry, a miedzianą gardę zdobiły rzeźbione, pozłacane tygrysy. Katana należała kiedyś do jego ojca.
Ostatnim życzeniem lorda Araki było, aby została przekazana jego następcy. Hak pamiętał ten dzień, jakby wydarzył się wczoraj. Żołnierza, który przedarł się przez linię wroga i wycieńczony wrócił do Fuugi oraz to, jak padł przed nim na kolana, podając mu miecz. Nic nie powiedział, ale nie było to konieczne. W takich razach wyraz oczu i gesty mówią same za siebie. Pozostali również uklękli, nawet jego dziadek. Zdawali sobie sprawę, że dwunastoletni Hak, stał się właśnie ich szogunem. On zaś powoli wyciągnął rękę i drżącymi palcami dotknął rękojeści. Nie był w stanie wypowiedzieć ani słowa. Niczym wielka fala tsunami, wzbierały w nim wszystkie uczucia, których nie chciał okazać. Rozpacz, bezsilność, poczucie straty. Zacisnął zęby, próbując zapobiec nieuniknionemu. Gdy jednak poczuł, że wbrew jego woli, oczy zachodzą mu łzami, wybiegł z sali bez żadnych wyjaśnień.
Dotarł do swojego pokoju i cisnął z całej siły mieczem w drewnianą kolumnę, znajdującą się pośrodku pomieszczenia. Był wściekły! Na wszystkich i wszystko! Na żołnierza, który przyniósł mu te wieści! Na dziadka, za to, że znosił to w milczeniu! Na szlochającą służbę! Na siebie samego, że uwierzył ojcu w to, iż niedługo wróci! I przede wszystkim na niego, za to, że nie dotrzyma tej obietnicy!
Chwiejnym krokiem doszedł do kolumny i zaczął walić w nią pięściami. Robił to, dopóki ból w jego rękach, choć trochę nie zagłuszył tego, rozrywającego mu piersi. Wtedy osunął się na ziemię i z głową schowaną w kolanach, cicho załkał. Płakał, wiedząc, że już nigdy więcej nie ujrzy ojca, że opuścił go na zawsze. Szlochał, do czasu, aż obok nie zjawił się dziadek i nie utulił go w swoich ramionach, jak dziecko, którym jeszcze był. Tego dnia Hak pozwolił mu na to po raz ostatni.
Schował ostrze z powrotem do pochwy i położył się na ziemi. Co ojciec by mi doradził? Zastanawiał się. Przede wszystkim spokój. Okazywanie strachu uważał za wielki wstyd. Oczywiście, że on i jego synowie, czasem się bali, ale nie wolno im było tego pokazać. Zamknął oczy. Skupił się na szumie liści i drzew, graniu świerszczy. Rozkoszował się bliskością ziemi i czerpał z niej siły. Starał się odsunąć od siebie lęk i niepewność. Wszystko to karma, powtarzał sobie w myślach, nic jest ważne, nie ma strachu przed śmiercią, jesteś wolny od życiowych przeszkód, jesteś jak skała, w którą nadaremno biją fale...
Wtedy usłyszał charakterystyczny, klekoczący dźwięk drewnianych klapek na kamiennej ścieżce i towarzyszące im cztery pary żołnierskich sandałów. Nie otworzył jednak oczu. Leżał cały czas plecami na ziemi. Po chwili dobiegł go, ledwo uchwytny, szelest jedwabiu i poczuł subtelną, delikatną woń jaśminowych perfum. Gdy się zbliżała, twarz mu się wygładziła i złagodniała, jednak rękę wciąż trzymał, na położonym na piersi mieczu. Przykucnęła koło jego głowy.
– Dostałeś, aż tak niewygodne łóżko? – odezwała się miękko.
– Nadrabiam popołudniową drzemkę – odparł.
Zaśmiała się i przypomniało mu to śpiew unoszącego się rankiem w przestrzeni skowronka.
– Co tu robisz? – spytał, mimo niepewności i zmartwień, zniewolony jej urodą.
Patrzył jej prosto w oczy i nagle zdała sobie sprawę z tego, jak trudno jest jej zachować przy nim spokój. Przez cały wieczór o nim rozmyślała, pragnęła znaleźć się przy nim, zobaczyć go, porozmawiać. Gdy więc usłyszała od strażników, że siedzi w ogrodzie, natychmiast postanowiła tam pójść. Jednak w ciemnościach nocy, obawy wzięły górę nad jej pewnością siebie. I teraz gdy mogła mu powiedzieć wszystko, brakowało jej słów.
– Nie mogłam spać... – wymamrotała.
– Dlaczego? Czy coś się stało?
– Nie... ja tylko...
Nie potrafię przestać o tobie myśleć, przemknęło jej przez głowę. Jednak nie mogła mu przecież tego powiedzieć!
Widział, że jest zdenerwowana i nie wiedział, jak się zachować. Obawiał się, że może ją bardziej speszyć. Sam zresztą był dość oszołomiony. Nie zrobił więc nic.
Powoli Yonie wróciło nieco śmiałości i zdobyła się na to, by zagadnąć:
– Możemy chwilę porozmawiać? Nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli tu z tobą posiedzę?
Pokręcił głową, odłożył miecz na bok i usiadł. Yona przysiadła przy nim. Hak milczał, a ona zaczęła się zastanawiać, dlaczego? Czy już wie, że zgodziła się zostać jego żoną? Wydawało jej się, że jest spięty. Czy to przez nią? Zakłóciła jego spokój? Może jest zły? Może jednak nie powinna tu przychodzić? Denerwowała się coraz bardziej.
On jednak rozważał jedynie, co teraz powiedzieć. Przyjrzał jej się uważnie. Natychmiast spuściła wzrok, jeszcze bardziej niespokojna.
– Jestem zaszczycony, że zgodziłaś się zostać moją żoną – oznajmił tak po prostu.
Jej serce zatrzepotało.
– To ja jestem zaszczycona – wyszeptała, lekko drżącym głosem.
Nie podniosła na niego wzroku, ale wydało mu się, że dostrzegł na jej ustach cień uśmiechu. Ucieszył się, ledwo wierząc własnemu szczęściu. Nie dość jednak, by w jego duszy nadal nie rozbrzmiewało jedno proste pytanie: zgodziła się z poczucia obowiązku czy dla niego? Spojrzał w niebo. Księżyc świecił jasno, między koronami drzew, przyćmiewając nawet gwiazdy. Odpowiem na to później, we właściwym czasie, pomyślał. W tej chwili to nie jest ważne. Teraz wiem jedynie, że chcę ją mieć przy sobie.
To wszystko?! Tylko grzecznościowe formułki?! Zastanawiała się. Natychmiast ogarnęły ją wątpliwości, czy rzeczywiście zależy mu na niej, tak jak sądziła? To przecież niemożliwe, by coś do niej czuł, skoro teraz jest taki spokojny. Co powinna zrobić?! Co powiedzieć?! Dawniej mówiła przy nim wszystko, co przychodziło jej na myśl. Nigdy nie zastanawiała się nad tym, co to ma być. Obecnie czuła, że jej usta drżą, a serce bije boleśnie.
Wtedy wyciągnął rękę i ujął jej dłoń, nie mówiąc nic, a jednocześnie wszystko.
Zerknęła na jego majaczącą w półmroku sylwetkę. Siedział na trawie obok, oparty drugą ręką o ziemię i spoglądał w niebo. Wyglądał spokojnie i bardzo poważnie. Był od niej o wiele potężniejszy, miał szerokie i mocne ramiona, silne ręce, w całym jego profilu było coś groźnego, a jednak nie budził w niej żadnego lęku. To takie dziwne, pomyślała, mimo że znam go tak długo, nie wiem nawet, co właściwie do niego czuję? Kiedyś myślałam, że jestem zakochana w Soo-Wonie. Przy nim zawsze czułam się szczęśliwa, ale z Hakiem jest zupełnie inaczej... o wiele bardziej intensywnie. Nawet mówienie i oddychanie przy nim zdaje się trudne. Kocham go? Nie jestem pewna, ale lubię go bardziej niż innych mężczyzn.
Przeniosła wzrok na leżący przy nim miecz, a później na jego twarz.
– Hak... – wyszeptała.
– Co takiego, „księżniczko"? – pieszczotliwie wymówił jej przezwisko.
Nadal trzymał ją za rękę. Uśmiechnęła się, marszcząc nosek. Tylko tym potrafiłaby mu rozjaśnić najczarniejsze dni.
– Wiem, że jestem kapryśna i sprawiam wiele kłopotu, ale miałeś mnie tak więcej nie nazywać! – zaprotestowała.
Jego śmiech rozniósł się echem po ogrodzie. Zrobiło jej się cieplej na duszy. Chciała, by zawsze się tak śmiał. Ponownie zerknęła na katanę. Gdyby tylko mogła poznać jego myśli, zrozumieć.
– O czym tak tutaj dumałeś?
– O niczym ważnym – odparł.
Ciężko było w to uwierzyć, ale nie miała odwagi dopytywać. Znów zamilkli, jednak tym razem, to on pierwszy się odezwał.
– Dobrze się spisałaś z listami od króla – powiedział.
– Naprawdę tak sądzisz?
Jej oczy rozbłysły z ożywieniem. To podniecenie rozbawiło go.
– Wspominałaś o nich komuś poza Soo-Wonem i Lili? – Zaprzeczyła. – To dobrze.
– Co zamierzasz? – spytała.
– To, co zasugerował Soo-Won, zaprosić księżniczki na nasz ślub. Zgadzasz się? – Pokiwała głową. Jak on może mówić o takich sprawach, tak zupełnie normalnie? – Trzeba będzie dać im czas na przygotowania – dodał. – Myślę, że moglibyśmy zorganizować wszystko, gdzieś pod koniec siódmego miesiąca. Dobrze?
– Dobrze – odpowiedziała lekko drżącym głosem.
– Chociaż – westchnął – nie sądzę, by udało nam się czegoś dowiedzieć.
– Nie zamierzam się poddać!
Uśmiechnął się.
– Czasem zapominam, jaka jesteś nieugięta.
– Hak, nie bądź niemiły...
– Mówię szczerze. Twoja determinacja jest godna podziwu.
Chyba nigdy wcześniej nie słyszała, by ją pochwalił. Poczuła, jak krew zalewa ją gorącą falą i nie przyszło jej nic lepszego do głowy, jak ukryć buzię w jego ramieniu. Przylgnęła do niego. Serce zabiło mu szybciej.
– Yona...?
– Jesteś zadziwiająco miły... – powiedziała speszona.
– No wiesz co?! To oburzające, czy kiedykolwiek nie byłem?!
– I bardzo zabawny...
Zaśmiał się i delikatnie pogłaskał ją po włosach. Poczuła ciepło jego dłoni i jakąś kuszącą bliskość. Jak to możliwe, że dotyk Haka jest tak naturalny? Nie rozumiała dlaczego, ale wydawało jej się, że wreszcie wszystko jest dokładnie na swoim miejscu. Chciała, by to trwało. Pragnęła znaleźć się w jego objęciach, położyć głowę na jego piersi, wtulić się w ramiona.
– Mógłbyś mnie przytulić? – usłyszał jej słodki głos.
– Słucham...?
Była tak onieśmielona, że zdołała tylko wymamrotać coś niewyraźnie pod nosem i z głową spuszczoną w dół, zaczęła się powoli od niego odsuwać. Wtedy jednak oplotła ją para silnych ramion i przyciągnęła do siebie. Przez ubranie poczuł krągłości jej ciała i oczami wyobraźni ujrzał nagą, piękną, niczym obraz ze snu.
– Hak, nie zmuszaj się...
– Nie zmuszam się. Jeśli coś, to jest raczej odwrotnie.
– Nie rozumiem...
Zupełnie nie zdawała sobie sprawy z jego pożądania, ale serce łomotało jej równie mocno, jak jemu. Zawsze był jej bliski, ale teraz... teraz pragnęła dla niego wszystkiego, co najlepsze. Zaczynała rozumieć uczucia, jakie do niego żywiła i zastanawiała się tylko nad jednym, od jak dawna był jej tak drogi?
– Chciałabym, abyś zawsze był szczęśliwy – powiedziała.
Odsunął się odrobinę, by spojrzeć jej w oczy. Zobaczył w nich szczerość, niezłomność i coś jeszcze, czego nie potrafił nazwać, ale, co wypełniło jego serce wszechogarniającą go do niej miłością. Pocałował ją delikatnie w czoło i znów przygarnął do siebie.
– Hak...?
– Jeśli ty będziesz szczęśliwa, to ja również – szepnął, starając się opanować drżenie własnego głosu.
Dawno już pierzchły gdzieś wszystkie jego lęki. Odzyskał spokój i minęło napięcie. Kochał ją i teraz nie liczyło się nic więcej, poza tym, że ona jest blisko. Była bardzo młoda i niewinna, wiedział o tym, ale była jego.
*Sun-Zi – jeden z największych starożytnych myślicieli Dalekiego Wschodu, autor najstarszego na świecie podręcznika sztuki wojennej
