~o~

Sebastian przyglądał się uważnie Rolandowi MacCoy'owi, nie mogąc nadziwić się, jak bardzo zmienił się on w ciągu ostatniego dziesięciolecia. W jego wspomnieniach mały Roly był ciągle potarganym, pulchniutkim blondynkiem, chowającym się za sukienką matki. Za czasów panowania rodziców Vaela MacCoy'owie byli mało znaczącym rodem, mieszkającym na dalekiej prowincji, z rzadka pojawiającym się na dworze książęcym. Sebastian nie miał wielu wspomnień związanych z młodymi latoroślami tej rodziny.

W ciągu lat nieobecności Sebastiana musiało się to jednak zmienić. Niesforny Roland wyrósł na pewnego siebie magnata, który przemawiał do zgromadzonego w komnacie sztabu doradców i sojuszników Sebastiana ze śmiałością i rozwagą.

– Dlatego fortece wzdłuż rzeki są kluczowe – powiedział, spoglądając wyczekująco na Sebastiana. Książę przytaknął i MacCoy pochylił się nad mapą rozciągniętą nad stołem. Palcem wskazał kolejno trzy duże garnizony.

– Wiem ze swoich źródeł, że dowodzący tymi placówkami nie są zadowoleni z rządów Gorana, nasza siła argumentów powinna przekonać ich do słusznej sprawy.

Siła argumentów – pomyślał Sebastian. Z chwilą, gdy Roland dołączył do sojuszu, wraz z ośmiotysięczną armią, która miała poprzednio zmieść z powierzchni ziemi powstańców, siła argumentów Vaela wzrosła znacząco. Pod swoją władzą miał już południową cześć kraju, kolejni zapewnie dołączą, gdy dowiedzą się o przejściu na jego stronę MacCoy'ów. Jeśli Stwórca pozwoli, Sebastian zdobędzie tron nim dojdzie do prawdziwej wojny domowej.

Łucznik obrócił się do okna, jego myśli poszybowały ponad górami do Kirkwall. Żegnając się z Reiven obiecał jej, że zrobi wszystko, by jak najszybciej zakończyć konflikt, tak by mógł wreszcie spełnić daną jej obietnicę. Z pomocą Rolanda i jego armii był w stanie dokonać tego nim nastanie zima. Kto wie, może zdąży jeszcze złożyć oficjalną wizytę w Kirkwall, nim przełęcze zostaną zasypane. Tylko czy dla własnych pragnień i marzeń może zaufać człowiekowi, który do niedawna służył jego kuzynowi?

– …jeśli wymaszerujemy przed końcem tygodnia. – zakończył MacCoy, znów spoglądając na Sebastiana. Książę przyglądał się przez chwilę twarzy nowego towarzysza. Nic, co było wymalowane w jego oczach, nie dawało Vaelowi podstaw do nieufności. A jednak… doświadczenie nauczyło Sebastiana, że czasem nawet najbliższy przyjaciel może stać się wrogiem. Jego rodzice przekonali się o tym zbyt późno. On sam też już poznał jak boli, gdy przyjaciel nagle zmienia się we wroga. Chociaż w przypadku Fenrisa było to zrozumiałe…

Przez wzgląd na naszą przyjaźń ostrzegam cię – oczy elfa lśniły niebezpiecznie. – Trzymaj się od niej z daleka…

Sebastian zmarszczył brwi. Sposób, w jaki Fenris starał się kontrolować Hawke, ograniczać ją, coraz bardziej go drażnił.

Nie ty o tym będziesz decydował.

Fenris potrzasnął białą grzywą.

Nie będę musiał. Wycofasz się.

Vael prychnął gniewnie. Dłonie same zaciskały mu się w pięści.

Ona ma wolną wolę, sama może podejmować decyzje dotyczące jej życia, nie traktuj Hawke jak swoją własność… jakby była twoją… – w ostatniej chwili ugryzł się w język, było jednak za późno, obaj dobrze wiedzieli, co miał zamiar powiedzieć.

Spomiędzy ust wojownika dobył się niski pomruk, tatuaże raptownie rozbłysły na jego przedramionach. Elf podszedł powoli do księcia, na jego twarzy wymalowana była furia…

Jak śmiesz sugerować… – Jego dłoń zacisnęła się na połach kaftana Vaela, przyciągając go bliżej tak, że Fenris dyszał mu teraz wprost w twarz.

Spróbuj mi ją ukraść, a wyrwę ci to twoje zakłamane serce…

Odepchnął Sebastiana i równie niespodziewanie, co się pojawił, zniknął.

Łucznik przez długi moment patrzał na ścianę naprzeciwko, czując się tak, jakby Fenris rzeczywiście wyrwał mu serce. Ich przyjaźń wydawała się ugruntowana. Przez długie lata stawali ramię w ramię naprzeciw wszelkim niebezpieczeństwom. Powoli Vael zdobył zaufanie i szacunek eksniewolnika. Bardzo wysoko cenił tę przyjaźń. Gdy w końcu po latach wypierania zdał sobie sprawę z tego, co czuł do Reiven, miał nadzieję, że Fenris to zrozumie… że ich przyjaźń przetrwa…

~o~

Delikatnie odgarnął z bladej twarzy kosmyki ciemnych włosów. Opuszkami palców przesunął po zasklepionych cięciach na jej policzku. Powinien czuć ulgę. Hawke była bezpieczna. Spoczywała w największej kajucie statku Isabeli. Złożona w koi, opatulona w kraciaste koce, wydawała się drobniutka i tak delikatna.

Merrill zapewniła go, że wszystko będzie w porządku. Reiven została uleczona, ale jej organizm potrzebował wypoczynku. Niepokoił go jednak fakt, że do tej pory nie odzyskała przytomności. Fenris chciałby móc spojrzeć w jej lazurowe oczy i upewnić się, że lśnią nadal niepohamowanym blaskiem życia. Strach, który nosił w sobie od przeszło trzech tygodni, nadal pozostawał w nim, teraz nieco bardziej zduszony. Żywy jednak, dopóki Fenris nie spojrzy w jej oczy, usłyszy jej głos, zobaczy choćby najsłabszy uśmiech.

Poruszył się ostrożnie przekręcając na bok. Ramieniem opasał ją, przyciągając delikatnie do siebie. Poprzez koce i ubrania czuł jej filigranowe ciało. To przynosiło ukojenie. Przy niej jego sny były spokojne.

Dłoń elfa powędrowała do czerwonych blizn na jej szyi. Jak przez mgłę pamiętał ostatnie cztery dni. Najpierw były tygodnie oczekiwania i bezsilności. Potem zdająca się nie mieć końca droga, z każdym krokiem wzmagająca się tęsknota i niepewność. Gdy ją wreszcie zobaczył, taką bezbronną i złamaną, w łapach fanatycznego oprawcy, z żelazną obrożą na poranionym karku… W pewnym sensie był to gorsze niż wszystko, co widział i czego doświadczył w czasach swojej niewoli. Widzieć tę silną, niezależną kobietę, tak złamaną, przyniosło mu dotkliwy ból psychiczny. To było tak, jakby ktoś pogwałcił największą świętość, sprofanował jego prywatne sacrum. Gniew podążył zaraz potem, jego lyrium drgało, krzyczało o zemstę…

Elf westchnął ciężko, jego oczy spoczęły na bandażu zawiniętym wkoło lewego nadgarstka.

Nigdy, przenigdy nie uwierzyłby w to, że kiedyś będzie wdzięczny za istnienie magii, tym bardziej za istnienie magii krwi. Uśmiechnął się rozbawiony wspomnieniem, które wykwitło w jego umyśle.

Reiven umazana krwią od stóp do głów, wyszarpnęła kostur z ciała ostatniego z templariuszy.

Po czym z rozmachem kopnęła nieboszczyka w głowę.

A masz! I spróbuj mi jeszcze raz wstać – rzuciła, odgarniając grzywkę z oczu, oczywiście przy okazji usmarowała sobie czoło krwią. Fenris nic nie odpowiedział na taką profanację zwłok. Ogólnie nie miał nic przeciwko mordowaniu zbirów, rabusiów i magów. Templariusze nie mieścili się w jego spisie ulubionego mięsa do porąbania. Niemniej jednak, gdy kilku z nich zastąpiło im drogę podczas jednej z wypraw na Rozdarty Grzbiet, nie wahał się.

Reiven nie zasługiwała, by nazywać ją wiedźmą i zaciągnąć do Katowni w kajdanach po to, by ją zamknąć w lochu lub wyciszyć. To był pierwszy raz od czasu, gdy obronił maga przed templariuszami. Powstrzymał ich przed wypełnieniem obowiązku. Dziwne, nie czuł się wcale winny z tego powodu.

Reiven przeczesała kieszenie ostatniego z martwych mężczyzn.

Phi… pomyślałby kto, że posłuszne owieczki Zakonu powinny być przykładem ubóstwa i skromności – rzuciła, uwalniając trupa z całkiem okazałego złotego sygnetu. Rzuciła pierścień Varricowi. Krasnolud przyjrzał się kamieniowi oprawionemu w złocie.

Brylant – zawyrokował. – Co najmniej trzy karaty.

Fenris otarł miecz o płaszcz umarlaka krzywiąc się.

Coś nie tak? – zapytała go czarodziejka, gdy schodzili ścieżką w dół, do miasta.

Na jego uniesione brwi pomachała dłonią wokół twarzy.

Masz taki dziwny wyraz, jakbyś zjadł coś kwaśnego.

Właśnie zaszlachtowałem templariuszy próbujących pochwycić niebezpiecznego maga. Zaczynam myśleć, że świat staje na głowie. … – stwierdził po chwili milczenia.

Nie jestem niebezpieczna – oburzyła się Hawke, na sceptyczne spojrzenia jej towarzyszy dodała – kobieta musi się umieć bronić, mag czy nie.

Hawke ma to do siebie, że potrafi wywrócić twoje życie do góry nogami– powiedział z jowialnym uśmieszkiem Varric. Tym razem nawet Magnus biegnący tuż przed nimi potwierdził szczeknięciem.

Zdrajcy– wymruczała magini, przybierając minę nadąsanego dzieciaka.

Fenris mimowolnie uśmiechnął się.

Prowadzisz mnie w dziwne miejsca – powiedział po chwili. Reiven obróciła się ku niemu, zaskoczenie wymalowane na jej twarzy szybko przeistoczyło się w drapieżny uśmieszek, jej oczy lśniły figlarnie.

Zaprowadzę cię w jeszcze dziwniejsze, tylko poczekaj… – wymruczała, nachylając się ku niemu tak, że miał „rozległy" widok na jej piersi odziane wydekoltowaną koszulę i skórzany gorset naszywany metalowymi łuskami. Do jego nosa doleciał zapach jej perfum. Jak to się stało, że pod tą krwią i brudem pachniała tak słodko? Fenris odwrócił twarz, czując, jak czubki uszu robią mu się gorące…

Z poczuciem pewnej rezygnacji i jednocześnie tryumfem, wziął nieprzytomną za rękę. Ta kobieta, od której nie mógł się uwolnić, od której nie chciał się nigdy uwolnić, sprawiła, że po kolei łamał wszystkie swoje reguły. Począwszy od samego początku. Pozostał w Kirkwall pomagając magowi, mordował dla niej templariuszy. Za nią wkroczył w Pustkę. Ofiarował jej swoje lyrium dobrowolnie, a teraz nawet krew.

– Ona umiera – usłyszał cichy głos Merrill.

W jego głowie jedno potężne „NIE!, to się nie może stać". Ze ściśniętym sercem i niedowierzaniem słuchał paplaniny elfki. To było nierealne, to się nie działo naprawdę. Popatrzył na Reiven ułożoną w jego ramionach. Wyglądała spokojnie, za spokojnie.

Nic nie mogę zrobić – pochlipywała Merrill, patrząc to na Avelinę, to na Fenrisa, jakby szukając w nich przebaczenia.

Próbuj, aż ci się uda… albo na wszystko, co święte… – zamilkł nagle niepewny, co właściwie chciał powiedzieć. W jego głowie tylko jedna myśl. Co się stanie, gdy jej zabraknie? Fenris pojął nagle, że bez Hawke pozostanie bezrozumnym potworem, oszalałym z bólu i nienawiści. Bez niej zostanie bestią, jaką stworzył Danarius. Reiven – to było najlepsze, co było w nim. – Ona nie umrze – wycedził.

To na nic … nie dam rady… za mało many… – odparła Merrill na pytanie, które zadała Avelina, a którego Fenris nie usłyszał. Nagle wszystko było jasne. Wiedział, co trzeba zrobić.

Weź moją krew – odezwał się.

Co? – Wojowniczka popatrzyła na niego z niezrozumieniem. – Fenris, nie sądzę…

Weź moją krew.

Czy to w ogóle możliwe?– Avelina potarła czoło, na jej twarzy gościła niepewność.

Merrill zagryzła wargę.

Chyba rozumiesz… magia krwi może leczyć…

Fenris przytaknął. Widział, jak to działa, wiedział, co to oznacza.

–… uzdrawianie jest przeciwne magii krwi, dlatego za jej pomocą bardzo ciężko się leczy, trzeba mieć dużo many… dużo krwi.

Avelina dopiero teraz pojęła.

Fenris zmarszczył brwi, spojrzał na Reiven, potem po kobietach klęczących obok. Zdjął rękawicę, czułym gestem pogładził rozpalony policzek czarodziejki.

Weź moją krew – powiedział cicho, wyciągając dłoń do elfki.

Merrill zawahała się.

Weź ją – rzucił ostrzej.

To może być za mało – szepnęła Merrill, dobywając swojego noża.

Fenris przytaknął. Jego wzrok powędrował do jeńca siedzącego dwa kroki od nich, ze związanymi rękami i nogami. Avelina podążyła za jego wzrokiem, jej oczy rozwarły się szeroko z niedowierzania.

Nie, nie zrobisz z niego ofiary magii… – oświadczyła.

Avelina – jego ostry ton uciszył ją. Elf popatrzał na nią twardo – Jeśli będę musiał, wymorduję całą wioskę niewinnych po to, żeby ją ratować… nie powstrzymasz mnie.

Gwardzistka zamilkła zszokowana. Znała to spojrzenie.

Merrill – złożył swoją dłoń na jej kolanach. Drugą ręką opasywał nieprzytomną Hawke.

Gdy ostrze noża przecięło jego skórę, patrzał na nią.

Dasz radę – szepnął.

Słowa zaklęcia wypowiedziane melodyjnym głosem Dalijki dźwięczały mu w uszach. Krew płynęła teraz szybciej, wszystko wkoło spowijała czerwona mgiełka. Poprzez zasłonę rozbłyskujących kropel krwi wirujących w powietrzu, dostrzegał uśpioną Hawke. Wszystko inne było odległe, nieistotne. Nigdy wcześniej nie czuł takiego połączenia z inną osobą. Zastanawiał się, czy tak działo się z tymi, których krew ratowała innych. Za czasów swojej niewoli nigdy nie był wykorzystywany do takich celów, był zbyt cenny. Do tego wykorzystywano starych, kalekich, niepotrzebnych niewolników. Jego myśli rozproszyły się, rubinowe krople wirowały wokoło niego, chłód powoli wsiąkał w jego ciało. Wydawało mu się, że on sam, jakaś wewnętrzna część jego jestestwa, wsiąka w kobietę, którą trzymał w ramionach. Wrażenie to wcale nie było niemiłe, wręcz przeciwne, pragnął z całych siły zlać się z nią w jedno. – Teraz już nic nas nie rozdzieli – pomyślał nim stracił przytomność.

~o~

Na jej oczach z iglicy centralnej wieży Świątyni wyprysł słup białego ognia. Potworny huk wstrząsnął posadami miasta. Ogień buchnął w niebo, na jej głowę posypał się pył i gruz. Obraz przysłonił szary tuman kurzu. Wkoło zapanowała śmiertelna cisza. Postawiła krok w przód, jeden, drugi, trzeci. W myślach cały czas powtarzała sobie, że to nie jest świat realny, to tylko Pustka. Wizja katastrofy groziła wessaniem w wir nierealnych udręk. Brnąc na przód czuła wyraźnie wolę potężnej istoty kreującej tę wizję. I ta obecność, nieuchwytna, a jednak wyczuwalna. Nawet gdy śniła o zakrwawionych ciałach na dziedzińcu Katowni, też ją czuła. Wtedy jednak nie zdawała sobie z tego sprawy. Poczucie beznadziei i rozpaczy było tak przytłaczające. Teraz mocno trzymając się faktów szła naprzód, gotowa skonfrontować się z demonem, który obrał ją sobie za cel.

Nie bała się. Nie było czego. Spośród natłoku wspomnień i obrazów wyłoniła ostatnie. Jej przyjaciele, jej rodzina, byli bezpieczni. Ona była chora, zmęczona. Może właśnie umierała, a może jej oprawcy wreszcie postanowili pozbyć się niewygodnego jeńca. Była więc w Pustce. Jej wola była silna, żaden demon nie zdoła jej opętać. Jedyne, co może zrobić, to zerwać ostatnią więź z jej słabnącym ciałem, jeśli jakakolwiek jeszcze pozostała.

Wzięła głęboki oddech. Pył w powietrzu był nierealny, wiedziała to, więc nie miała problemów z oddychaniem. Po długiej chwili dobrnęła do wielkiego rumowiska kamieni.

Znikła strzelista wieża z białego piaskowca. Znikły marmurowe kolumny podtrzymujące wysoko sklepiony dach. Białe schody wiodące ku głównemu wejściu pokrywały tony gruzu.

Wiem, że tu jesteś – krzyknęła. Wydawało się, jakby spowijający wszystko tuman kurzu pochłonął jej słowa. Wytężyła siłę swojego umysłu, naginając przestrzeń do własnej woli. Na niebie ponad nią uformowały się szare chmury brzemienne w deszcze. Pierwsze zimne krople spadły na jej dłonie, niemal czarne od pyłu unoszącego się w powietrzu. Wszystko wkoło zmieniło się w szarość pokrytą mokrą breją, ale powietrze stało się bardziej przejrzyste.

Reiven zacisnęła dłoń na swoim kosturze. Znajomy odzew Klucza Malkolma dodał jej otuchy. W oddali, pośród rumowiska, dostrzegała teraz masywny kształt. Coś, co nie do końca przypominało demona, ale też nie mogło być żadnym duchem. Wokół niego wibrowała energia. Nawet z tej odległości czuła jej negatywny wpływ, sprawdzając ze sobą uczucie złości, gniewu, poczucia krzywdy i niesprawiedliwości. Reiven zaczerpnęła głośno powietrza.

Aby określić to, co stało w oddali, miała tylko jedno stwierdzenie – zemsta.

Dała krok w przód zdecydowana stawić czoła koszmarnej istocie, ale coś nie pozwalało jej iść dalej, coś ciągnęło ją do tyłu, powoli acz systematycznie wyplątując ją z wizji zawalonej Świątyni, zwiększając dystans pomiędzy nią a demonem. Jeszcze raz natężyła swój umysł próbując uwolnić się z nici ciągnących ją w przód. Wtedy doleciał ją z oddali cichy głos, coś jakby echo odległego wołania, szept.

Wracaj do mnie!

Wynurzała się z nieświadomości powoli, jakby wypływała na powierzchnię z mętnych wód. Wszystkiemu towarzyszyło lekkie kołysanie, chlupot wody gdzieś z oddali, zapach soli morskiej. Zapach – a więc to nie Pustka – pomyślała z ulgą. Zaraz potem przyszła świadomość jej sytuacji. Jeśli była na statku, to znaczy, że jej porywacze znaleźli łódź. Była w drodze do Orlais. Prawie życzyła sobie utonąć raz jeszcze w odmętach Pustki, zdać się na pastwę demonów.

Sen jednak nie chciał przyjść, z każdą mijającą minutą stawała się bardziej świadoma otoczenia. Jej zmysły nie szwankowały, wyglądało na to, że gorączka opadła, pozostawiając jedynie zmęczenie głęboko w kościach. Coś przyjemnie ciepłego leżało u jej boku, otulona była w jakiś koc, miła odmiana po mokrych i zimnych nocach spędzonych na mchu leśnym.

Gdzieś z góry dobiegł ją głos męski, pokrzykujący na kogoś, zapewne na leniwych marynarzy. Znacznie bliżej słychać było trzeszczenie pracującego drewna. Musieli płynąć pełną parą. W chwili zupełnej ciszy usłyszała coś jeszcze… spokojny oddech. Spięła się. Ta ciepła obecność po lewej. Ktoś był przy niej.

Skupiła się na podzwanianiu w jej żyłach. Z wielką ulgą, ale i zdziwieniem, odkryła, że jej zasoby many, jakkolwiek mizerne, zaczynały się odbudowywać. To radosne drganie pod skórą powitała z radością, jak dawno niewidzianego krewniaka. Ostrożnie zaczerpnęła małą dawkę, skupiła ją na koniuszkach palców. Zaryzykowała i otwarła oczy. Zaklęcie rozproszyło się w chwili, gdy dostrzegła srebrne pasma włosów spoczywające na poduszce obok. Te białe kosmyki przyczepione były do skalpu bardzo przystojnego, śpiącego obok elfa.

Nie dbając o nic wyciągnęła dłoń, z obawą dotykając jego unoszącej się w takt oddechu piersi. Zaczerpnęła powietrza. Był ciepły, był żywy i pachniał cedrem, olejem do czyszczenia zbroi i niepowtarzalnym aromatem lyrium.

Westchnęła nie wiedząc, czy chce się jej płakać, czy śmiać. Zamiast tego przysunęła się ostrożnie bliżej, wtulając się w śpiącego Fenrisa.

Tym razem zasnęła głęboko i spokojnie, bez snów.