Rozdział 11. Podziemia Mgły Merlina

Albus zauważył, że przez następnych kilka tygodni prowadził swojego rodzaju podwójne życie; pierwsze z nich składało się z długich posiedzeń w bibliotece z Morrisonem, Scorpiusem, Mirrą i Rose, ponieważ wszyscy uczyli się do szybko zbliżających się egzaminów.

Mimo że troje z ich paczki mogło powiedzieć o sobie, że są dobrze przygotowani, Albus i Morrison wciąż mieli trudności z transmutacją. Scorpius, któremu udawało się wszystko, za co tylko się zabrał, postanowił udzielać im lekcji, które przynosiły w większości całkiem dobre rezultaty. Podczas gdy Rose i Mirra przepytywały się z rodzajów magii, co do której Albus był pewien, że nie będą jej używać przynajmniej do trzeciej klasy, Scorpius spędzał więcej czasu pomagając mu w nauce niż ucząc się sam.

Na początku Albusowi było głupio z tego powodu, ponieważ jeśli Scorpius wypadłby źle na egzaminach, byłaby to z pewnością po części wina jego i Morrisona. Zapewnił ich jednak, że uczył się więcej niż trzeba przez pierwszy semestr roku szkolnego, i teraz z dumą obserwował ich postępy.

Mimo że czuł się nieco winny, z przyjemnością obserwował, jak jego paczka zdaje się ze sobą zaprzyjaźniać i czują się między sobą o wiele bardziej swobodnie podczas dzielonych lekcji, bez wątpienia z powodu zwiększonej ilości wspólnej nauki. Często dobierali się w pary na zajęciach i zaczęli nawet opowiadać sobie historie o swoich rodzinach. A podczas jednej z lekcji eliksirów, Scorpius kichnął, co poskutkowało prawie niedosłyszalnym, ale bezsprzecznie prawdziwym „Na zdrowie" wypowiedzianym przez Rose.

Druga część jego podwójnego życia wydawała się kłócić z pierwszą i spychać ją na drugi plan. Również wiązała się ze spędzaniem mnóstwa czasu w bibliotece, jednak zdarzało się to zazwyczaj w późnych godzinach nocnych, albo podczas przerwy obiadowej czy kolacji, kiedy było mniej prawdopodobne, że ktoś im przeszkodzi.

Od kiedy Albus usłyszał o kluczu, który wszędzie nosi ze sobą Mirra, zaczął razem ze Scorpiusem i Morrisonem przekopywać się przez wszystkie księgi w skórzanych okładkach dotyczące Merlina. Ustalili, że Mirra potrzebowała trzech rzeczy, żeby zrobić to, co zamierzała – motywu, lokalizacji podziemi, oraz sposobu, aby tam wejść.

Z pewnością miała motyw, dowodziły tego pełne złości listy od rodziców. Miała również sposób, aby otworzyć podziemia, ten, który ciągle nosiła wokół szyi. Jedynym problemem była więc lokalizacja lochów. Albus był pewien, że Mirra się tego nie dowiedziała; gdyby to zrobiła, z pewnością do tej pory już by dokonała tego co planowała. A Albus wierzył, że jeśli sam najpierw odkryje to miejsce, z całą pewnością uda mu się ją powstrzymać.

Scorpius jako pierwszy zauważył, że ten tok myślenia przynosił więcej pytań niż odpowiedzi. Gdyby naprawdę nie znała lokalizacji lochów, co oznaczała mgła wewnątrz nich, która przesiąkała już do powierzchni? Centaury to wiedziały, ale Albus raczej nie mógł liczyć na ponowne spotkanie z Firenzo, i utknął czytając w większości bezużyteczne książki, począwszy od Magicznych Lokalizacji Tajemnic a skończywszy na Miejscach, Które Istnieją, Nieważne, Czy o Tym Wiesz, Czy Nie.

Reszta szkoły jednak wydawała się o wiele bardziej zainteresowana nadchodzącym finałem quidditcha. Hufflepuff pokonał Ravenclaw niewielką ilością punktów, jednak ich wyniki były na tyle niskie, że Slytherin miał drugie miejsce pod względem ilości zdobytych punktów, co zapewniło mu miejsce w finale przeciwko swojemu odwiecznemu wrogowi.

- Nie chcę, żebyś szedł, będziesz za bardzo rozczarowany, jak moja drużyna zdmuchnie twoją z boiska. – zażartowała Mirra do Albusa podczas lekcji zielarstwa.

- No cóż, raczej na to nie licz. Widziałem Atticusa wczoraj na treningu, i Gryffindor nawet nie dotknie kafla, jeśli on go będzie prowadził. – odpowiedział zgodnie z prawdą Albus. Oglądał trening Ślizgonów i musiał przyznać, że byli o wiele lepsi niż podczas poprzedniego meczu z Gryffindorem.

Jednak ze wszystkich ludzi skupionych na nadchodzącym meczu, nikt nie wydawał się bardziej pewny rezultatu niż James. Mimo że siedział tak daleko od niego jak to możliwe w Wielkiej Sali, spał w dormitorium najbardziej oddalonym od jego, i nie miał z nim żadnych zajęć, Albus i tak słyszał więcej przechwałek Jamesa niż jakiejkolwiek innej osoby. Wyglądało to tak, jakby za każdym razem wiedział, gdzie jest Albus, i biegał do niego nie dając mu spokoju.

- Więc... nie staram się być nadmiernie pewny siebie, czy coś w tym stylu... naprawdę... ale z pewnością mógłbym strzelić wam przynajmniej z połowę goli z jedną ręką za plecami. Z zawiązanymi oczami. Bez miotły. – zadrwił, kiedy Albus natknął się na niego wychodzącego z toalety dla chłopców.

- Nie mogę się doczekać, aż odszczekasz te słowa. – uśmiechnął się do niego.

- Coś ci powiem, za każdym razem jak strzelę gola, zrobię jedno dodatkowe kółko wokół boiska, specjalnie dla mojego małego braciszka.

- W takim razie nie oczekuj zbyt wielu takich zwycięskich okrążeń.

Finał qudditcha miał mieć miejsce w najbliższy weekend, i Albus zauważył, że nawet nauczyciele – a w szczególności Darvy i Neville – wydawali się być mniej zainteresowani lekcjami, a bardziej upewnieniem się, że ich drużyna wygra.

- W porządku – zaczął Darvy podczas ostatniej lekcji eliksirów przed finałami – Czy mamy tutaj kogoś ze szkolnej drużyny?

Rozległ się przeczący pomruk. Bartleby podniósł rękę.

- No, moja siostra gra...

- A czy jesteś swoją siostrą? – uciął mu profesor Darvy.

- Ehm.. no nie, ale...

- W takim razie nie obchodzi mnie to! – wybuchnął. – Slytherin nie zdobył Pucharu Qudditcha od dziesięciu lat. Nawet nie uczę od tak dawna. Dziesięć lat. Ślizgoni, dziś nie ma pracy domowej. Macie za zadanie pomóc się zrelaksować kolegom z drużyny, przynosić im wszystko, o co poproszą, i upewnić się, że jest im wygodnie.

- A co z nami, Gryfonami? – Albus usłyszał za sobą głos Eckleya.

- Możecie napisać stopę pergaminu na temat powiązań eliksirowarstwa z qudditchem. – powiedział z uśmiechem.

Podniecenie z powodu meczu panujące w niedzielny poranek było niemal namacalne. Albus usiadł razem ze Scorpiusem i Morrisonem i jadł kawałki bekonu, podczas gdy próbowali, z marnym rezultatem, przekonać Atticusa, że pokładają w nim pełne zaufanie.

- Wiem, że wygracie. – powiedział Albus, przysuwając przez stół talerz z grzankami. – Nasza drużyna grała coraz lepiej w ciągu roku, a Gryffindor wcale się nie poprawił.

Wymamrotał coś, co zabrzmiało jak „Dzięki" i złapał kawałek posmarowanej masłem grzanki. Ugryzł maleńki kawałek, położył rękę na ustach jakby powstrzymywał wymioty, po czym oddalił się w pośpiechu.

Scorpius zmarszczył czoło i odwrócił się do Albusa. – Miejmy tylko nadzieję, że nie będzie tak robił na boisku. Chcesz skoczyć do biblioteki i poszukać informacji o Merlinie zanim zacznie się mecz?

Albus wzruszył ramionami. – Nie ma sensu. I tak nie uda nam się znaleźć tego, czego szukamy. Przecież my nawet nie wiemy, czego szukamy.

- A ja jestem pewny, że jest przynajmniej jedna książka w bibliotece, która zawiera interesującą nas informację. Jest pewnie gdzieś, gdzie nikt by nawet nie popatrzył. – twarz Scorpiusa nagle zastygła. – No właśnie – wymamrotał nie oddychając.

- O co chodzi? – zapytał go Albus. Ale ledwo skończył mówić te słowa, a Scorpius wstał ze swojego miejsca i wybiegł nie oglądając się za siebie.

Albus i jego koledzy Ślizgoni, za wyjątkiem Scorpiusa, zeszli na boisko qudditcha w południe, wszyscy szeptali do siebie nerwowo. Zajął swoje zwykłe miejsce pośrodku trybun obok Morrisona, czując się przy tym bardzo dziwnie. Gdzie poszedł Scorpius? To nie było w jego stylu, opuszczanie meczu quidditcha...

Jego tok rozmyślań został nagle przerwany przez ogłuszający aplauz, który dobiegł z trzech rogów boiska. Na boisko wkroczyła drużyna Gryfonów, i właśnie latali dookoła w powietrzu, witając się z publicznością. Zobaczył jak Mirra i Rose klaszczą naprzeciwko niego.

Teraz nadeszła kolej Ślizgonów na wyjście na boisko. Jak Albus już zdążył do tej pory przywyknąć, głośne klaskanie z trybuny zajętej przez niego z łatwością zostało zagłuszone buczeniem ze strony reszty szkoły. Zobaczył na boisku rozglądającego się nerwowo Atticusa, podczas gdy do obydwu drużyn nadlatywał Pan Wood.

- Hej, a gdzie Scorpius? – zapytał go Morrison.

- Co?

- Scorpius? Widziałeś go?

- Ach, tak... nie, nie widziałem. Też się nad tym zastanawiałem.

Rozmowa urwała się nagle na dźwięk gwizdka pana Wooda. W przeciągu kilku sekund, obydwie drużyny wzbiły się w niebo.

Z pewnością był to najbardziej brutalny mecz tego roku. Pałkarze tak wściekle uderzali w tłuczki, że Albus pomyślał, że mogą pęknąć, i w rzeczy samej, w ciągu paru pierwszych minut doszło do kilku przypadków złamanych kości. Ścigający zderzali się ze sobą w nadziei spowolnienia ruchów przeciwnika, a szukający byli uwięzieni pośrodku tej całej sytuacji, okrążając boisko w poszukiwaniu śladów małego złotego znicza.

Co gorsza, lało bardziej niż podczas pierwszego meczu sezonu. Albus nie miał pojęcia, jakim cudem gracze widzą wyraźnie w deszczu i błyskawicach, ale wyglądało na to, że przez większość czasu szło im całkiem nieźle. Z powodu deszczu nie słyszał komentarza (i był za to wdzięczny), ale był w stanie usłyszeć, która część tłumu klaszcze, i mógł stwierdzić, że wynik był dość wyrównany.

Po dziesięciu minutach w końcu odwrócił się do Morrisona.

- Masz jakieś pojęcie, jaki może być wynik? – zapytał go.

- Dziewięćdziesiąt do siedemdziesięciu dla Gryffindoru. Twój brat strzelił sześć z tych goli.

Albus jęknął. Jeśli skończy się tak, że James wypadnie rewelacyjnie w meczu i Gryffindor wygra, brat nigdy nie pozwoli mu o tym zapomnieć.

Deszcz na krótko ustał, co pozwoliło komentatorowi potwierdzić wynik podany przez Morrisona.

- A teraz Finnigan zostaje zrzucony z miotły przez Golgomotha. Kafel upada do Watsona... który podaje do Sandersa... Sanders robi unik przed tłuczkiem... i tak, strzela! Mamy też rzut wolny! Golgomoth został uderzony przez pałkarza. Kurczę, przecież to nie była raczej jego wina, Golgomoth powinien spojrzeć, gdzie jest pałka, kiedy leciał...

Atticus wykonał rzut wolny dla Slytherinu, trafiając i otrzymując w zamian głośne buczenie.

- No więc mamy remis! – rozbrzmiał głos komentatora. – Sanders strzela z rzutu wolnego, ale strzał pobiegł wręcz niewiarygodnie prosto... wcale nie mówię, że oszukiwał, ale z pewnością nie wyglądało to na grę fair... a teraz co? Wiley zobaczył znicza!

Nie było mowy o pomyłce – Sheldon rzeczywiście zanurkował spektakularnie dokładnie pośrodku boiska. I wtedy, w tym samym czasie, Hawthin, szukający Gryfonów, popędził w jego stronę od lewej, całkowicie nieświadomy, że Sheldon przyspiesza dokładnie ponad nim.

Albus wiedział sekundę wcześniej, co się stanie. Sheldon uderzył głową prosto w plecy Hawthin'a – rozległ się okropny trzask, kiedy dwójka zawodników zderzyła się w powietrzu. Obydwoje zaczęli spadać w stronę ziemi z wysokości pięćdziesięciu stóp, i wszyscy w tłumie gwałtownie zaczerpnęli powietrza.

Gracze spadli ze swoich mioteł i toczyli się po boisku. Znicz już nie migotał nad nimi, ktoś musiał go złapać. Ale zanim wyjaśniło się, kto wygrał, Werth, pałkarz Gryfonów, posłał tłuczka prosto na ziemię, mając nadzieję oddzielić znicza od Wileya, jeśli to ten go złapał.

Albus zobaczył jak Atticus, chcąc osłonić swojego szukającego, wystrzela w kierunku teraz już znieruchomiałej pary na murawie i dostaje tłuczka przeznaczonego dla Wileya – prosto w twarz. Tłum znowu mocno wciągnął powietrze, kiedy pałkarz Ślizgonów podleciał dokładnie za Wertha i walnął go w tył głowy swoją pałką, wysyłając go na dół boiska, gdzie dołączył do szukających i Atticusa.

Scena przed Albusem rozgrywała się w ciszy, skupił się na chaosie na boisku. Obydwie drużyny najwidoczniej podejrzewały się wzajemnie o faulowanie, a ich kibice chcieli coś z tym zrobić. Wszystkich czternaścioro zawodników na boisku zaczęło bić się na pięści na murawie, a fani zarówno Gryffindoru jak i Slyhterinu zaczęli wychodzić ze swoich trybun, żeby poprzeć swoich graczy.

- Tak! Tak! Dalej, Gryffindor! – usłyszał jakby z bardzo daleka głos komentatora. Rozległo się głośne „BUM" i błysk purpurowego światła z tłumu poniżej – komuś najwidoczniej wrócił zdrowy rozsądek i sięgnął po różdżkę.

Zobaczył, jak profesor Bellinger i profesor Handit biegną w kierunku boiska wyciągając różdżki, wrzeszcząc na uczniów, żeby przestali. Pan Wood stał z szeroką otwartą buzią w rogu boiska, najwidoczniej zbyt zbulwersowany, żeby się poruszyć.

Mimo interwencji nauczycieli, bójka nadal trwała. W środku tłumu zobaczył Jamesa, strzelającego dziko czerwonymi zaklęciami do wielu uczniów, nawet siedmioklasistów, którzy padali nieprzytomni na podłoże. Nie było jednak w tłumie Mirry i Rose, mimo że zauważył, że przyłączyło się sporo pierwszorocznych. Nawet Bartleby rzucił się do boju, ale teraz leżał na ziemi nieruchomo, bez wątpienia trafiło go jakieś zaklęcie oszałamiające.

Krukoni i Puchoni na trybunach nie poruszyli się, klaskali tylko, podjudzając do walki. Było już na boisku nie mniej niż sześćdziesięciu uczniów, którzy walczyli zarówno przy pomocy pięści, jak i różdżek, podczas gdy więcej nauczycieli weszło na boisko starając się przerwać bójkę bez robienia krzywdy jej uczestnikom.

Albus rozejrzał się wokół dziko i zauważył, ku swojemu przerażeniu, że był jedną z zaledwie czterech lub pięciu osób, które zostały na ich trybunie, włączając w to Morrisona. Trybuna Gryffindoru była całkowicie pusta – wszyscy teraz przyłączyli się do potyczki.

Bójka trwała przez kolejne kilka minut, zanim zobaczył, jak na boisko wbiega profesor Ares. Najwidoczniej nie oglądał meczu, a dopiero teraz dostał informację o zamieszkach. Popędził w sam środek tłumu, gdzie toczyło się najwięcej potyczek, i następną rzeczą, jaką zauważył Albus, był błysk jasnego światła, kilkanaście huków, i chmura czarnego dymu.

Kiedy rozmył się dym, Albus wyraźnie zobaczył, jak wszyscy uczniowie – a nawet niektórzy nauczyciele, którzy musieli przypadkowo zostać rażeni zaklęciem – leżą związani grubymi czarnymi linami, siedząc i walcząc ze swoim uwięzieniem. Nie przyniosło to jednak rezultatu. Mimo że sporo z nich wciąż miało różdżki, żaden uczeń – ani nauczyciel, żeby być szczerym – nie zdołał uwolnić się z więzów.

Profesor Ares wycelował różdżką w swoje gardło i coś wymamrotał. Kilka sekund później, jego głośny głoś rozbrzmiał echem po boisku.

- Nikczemne i haniebne! – warknął. Nie był to już jego zwykły spokojny znudzony głos, lecz bardzo zirytowany i rozzłoszczony, przypominał głos, którego używał, kiedy posłano Albusa do jego gabinetu. – Krukoni i Puchoni, wracajcie do swoich dormitoriów, natychmiast!

Jego głos był tak głośny, że kilkoro najbliższych mu uczniów krzyknęło. Zignorował ich i kontynuował.

- Ślizgoni i Gryfoni obecni nadal na trybunach, wy także wracajcie.

Albus razem z małą grupką Ślizgonów zszedł z trybun na boisko i udał się w stronę Wielkiej Sali. Odwrócił się, żeby zobaczyć, kto jest wśród związanych uczniów, ponieważ nauczyciele zostali już uwolnieni. Zobaczył jak James walczy z linami, pomiędzy Bartlebym a Charlesem Eckleyem.

Kiedy odwracał się z powrotem, żeby opuścić boisko, usłyszał groźny głos:

- Nawet nie pomogłeś swoim kolegom z domu, co nie?

Albus odwrócił się gwałtownie i zobaczył, że powiedział to Eckley.

- Wiedziałem! Teraz już temu nie zaprzeczysz, jesteś tchórzem!

Albus patrzył się na niego, nie wiedząc, co powiedzieć. Jednak oszczędzono mu zakłopotania wynikającego z tego, że nie miał jak się odciąć, dzięki dyrektorowi, który wycelował różdżką w tłum i krzyknął:

- Silencio Maximus!

W grupie próbujących się oswobodzić uczniów natychmiast zapadła cisza, mimo że usta wielu z nich, w tym Eckleya, wciąż się poruszały.

- Wracajcie do dormitoriów! – warknął profesor Ares do Albusa i pozostałych Ślizgonów, po czym odwrócił się do związanych uczniów z wymalowaną na twarzy złośliwością.

Albus i Morrison dosłownie pobiegli schodami prowadzącymi do dormitoriów, za nimi pozostali Ślizgoni.

- Fineas! – powiedział Morrison do pustej ściany.

Ściana otworzyła się i Albus razem z pozostałymi uczniami wpadł do pokoju. Reszta rozmawiała o tym co się wydarzyło, ale Albus jakoś nie miał ochoty. Zrobiło mu się niedobrze od tego co zobaczył i usłyszał.

- Zaraz wracam – usłyszał mówiącego Morrisona. – Muszę wysłać mamie list, opowiedzieć jej o tym wszystkim! – wydawał się niemal podekscytowany. Pobiegł do dormitorium, podczas gdy pozostali Ślizgoni rozeszli się w swoich kierunkach, zostawiając Albusa samemu sobie.

Co się teraz działo z uczniami, którzy uczestniczyli w bójce? Czy profesor Ares stracił nad sobą panowanie? Czy wznowiono walkę? Pomyślał o tym, co powiedział dyrektor. Nikczemne i haniebne. Musiał się z tym zgodzić. Nigdy jeszcze nie widział, żeby jego koledzy z domu w taki sposób stracili kontrolę. Czy naprawdę było aż tyle nienawiści pomiędzy tymi dwoma domami? A on, Albus, nie zrobił nic konkretnego, tylko stał i się patrzył...

Nie wiedział jak długo tak siedział gapiąc się na kominek, ale następną rzeczą, jaką zauważył, były otwierające się gwałtownie drzwi i wyglądający na radosnego Scorpius, który pobiegł w jego kierunku. Trzymał niewiarygodnie dużą, czarną książkę.

- Nie uwierzysz, co znalazłem! – wykrzyknął. Ale podniecony wyraz jego twarzy osłabł, kiedy zobaczył smutne spojrzenie przyjaciela. – Co się stało? – zapytał.

- Znaczy się, ty nic nie wiesz?

- A co mam wiedzieć? Byłem w Pokoju Życzeń. A co, Gryffindor wygrał?

- Nie mam pojęcia. – odpowiedział zgodnie z prawdą. O ile było mu wiadomo, o zwycięstwie jeszcze nie zadecydowano.

Scorpius zmieszany pochylił głowę w bok. – Albusie... mecz quidditcha musi się jakoś zakończyć, nie ma remisów. Pierwsza drużyna, która złapie zni...

- Wiem, jak się w to gra! – parsknął Albus, i mimo że nie zdawał sobie sprawy z powodu, poczuł się nagle bardzo wściekły na Scorpiusa. – Na boisku wybuchła ogromna bójka. Każdy wziął udział, z obydwu domów. Musiał przyjść dyrektor i ich rozdzielić.

Scorpiusowi opadła szczęka. – Ominęło mnie coś takiego? – powiedział po chwili.

Albus zmarszczył czoło. On żałował, że miał takiego pecha, żeby być świadkiem czegoś podobnego. Nie rozumiał, dlaczego Scorpius jest zawiedziony.

- Ale poczekaj... już cię wypuścił?

- Że co?

- No jesteś tutaj!

Albus poczuł się, jakby połknął swoje własne serce. Scorpius pomyślał, że on też brał udział w bójce.

- Scorpiusie, my... ja i Morrison... my się nie biliśmy.

- Czemu nie?

Albus rzucił mu najbardziej żałosne spojrzenie z możliwych. – Stchórzyłem. – powiedział. To słowo zdawało się uderzać go po głowie podczas wypowiadania. Poczuł nagłe zawroty głowy.

- Och.

Scorpius udawał, jakby nie stało się nic wielkiego, ale Albus znał prawdę. Gdyby to on uczestniczył w meczu, jako pierwszy dołączyłby się do bójki.

- No cóż... to może pokażę ci to później. – powiedział, zaczynając wpychać czarną książkę do torby.

- Nie! – zawył Albus. – Pokaż mi, co to jest! Czy jest o Podziemiach?

- No... w pewnym sensie. Ale może powinienem odczekać chwilę, zanim ci ją pokażę. Może ci się nie spodobać. – powiedział ostrożnie.

- Nie, chcę ją zobaczyć. – odpowiedział, wyciągając rękę po książkę. – Gdzie ją znalazłeś?

- Pokój Życzeń – wymamrotał Scorpius, podając mu tom. – Wieki mi zabrało, zanim ją znalazłem. Musisz być naprawdę szczegółowy, jeśli chodzi o to, czego żądasz od tego pokoju. W zasadzie musiałem wprost powiedzieć Chcę znaleźć książkę z informacjami na temat Podziemi Mgły Merlina. A nawet wtedy, o tym określeniu wspominano w wielu książkach, dlatego ciężko było znaleźć tą właściwą.

Albus przewrócił parę kartek ogromnej książki. Zauważył, że miała tytuł Lista Potencjalnych Epidemii Czarodziejskich. Po przebiegnięciu wzrokiem wielu stron, dotarł do strony mniej więcej w połowie książki, która miała wypisany dużymi czarnymi literami nagłówek:

Mgła Merlina

Mimo że dla wielu czarodziejskich epidemii wymyślono plany awaryjne lub możliwe do zastosowania lekarstwa, niektórych lepiej unikać za wszelką cenę. Najlepszym przykładem takiej epidemii jest ta powiązana z Mgłą Merlina.

Sposób, w jaki powstała Mgła, jest właściwie nieznany (w gruncie rzeczy niektórzy twierdzą, że jest to jedynie czcza pogróżka), jednak większość źródeł podaje dwa możliwe sposoby, które mogły się przyczynić do jej utworzenia. Pierwsza hipoteza głosi, że Merlin sam stworzył potężną Mgłę, jako środek bezpieczeństwa dla swoich rozlicznych skarbów. Inni twierdzą, że Mgła jest jego tożsamością i istotą; że odmówił poddania się śmierci i zamiast tego przetransformował się w kłąb magicznej energii. W każdym razie, Merlin z upodobaniem wspominał o tej możliwości w ostatnich dniach przed śmiercią.

Merlin twierdził, że Mgła będzie posiadać wiele szczególnych cech. Jak on sam, będzie przyciągała naturę, a natura będzie przyciągała ją, co zaowocuje czymś, co jak mniemał, będzie można nazwać „aktami niespotykanej dotąd magii". Mgła sama w sobie jest jednak śmiertelna dla ludzi. Merlin zapewniał, że wdychanie Mgły spowoduje u ludzi pogrążenie w głębokim śnie, i, zostawieni bez pomocy, umrą oni w przeciągu kilku godzin. Twierdził także, że istotą Mgły jest zarówno chronić i niszczyć, a tym, którzy są „bezwartościowi", nie dany będzie luksus głębokiego snu, ale prawie natychmiastowa śmierć, jeśli będą ją wdychać.

- „Bezwartościowi"? – zapytał Albus.

- To znaczy mugole – powiedział mu Scorpius.

- Dlaczego mugole mieliby być niewarci sięgnięcia po jego skarby?

Scorpius zmarszczył brwi.

- Człowieku, koncepcja czystej krwi nie jest jakąś nową sprawą. W tamtych czasach każdy, kto nie był czarodziejem, był uważany za bezwartościowego. To znaczy, według standardów czarodziejów. Mogę się założyć, że ten cały Merlin zaplanował to tak, żeby ktoś zechciał uwolnić Mgłę. Żeby zabić wszystkich mugoli.

Albus gapił się na niego przez sekundę, zastanawiając się, jakim cudem wpadł na coś takiego, ale z powrotem podjął lekturę.

Najbardziej tajemnicza jest w tym wszystkim lokalizacja Mgły. Jest sprawą niemal bezsporną, że Mgłę umieszczono wewnątrz podziemi – podziemi, w których trzymał swoje skarby. Na nieszczęście, Merlin był znany z posiadania niezliczonej ilości bezcennych artefaktów, więc stworzył setki lochów, żeby je ukryć. Drobiazgowe ukrycie Mgły wydaje się być silnym dowodem potwierdzającym geniusz Merlina. Jeśli ktoś zechce szukać ukrytego w niej przedmiotu (co do którego wielu ludzi sądzi, że należał do jego osobistej kolekcji), prawie z całą pewnością napotka się na Mgłę, która po uwolnieniu, spowoduje śmierć zarówno szukającego jak i wielu innych, którzy byliby uważani za „bezwartościowych" według standardów Merlina.

Ze względu na praktycznie niemożliwą do odkrycia lokalizację, a także zdolność do oddziaływania natychmiastowo na tych w pobliżu oraz zabicia milionów po wzniesieniu się w powietrze, Mgła Merlina jest uważana za jedną z najbardziej śmiertelnych potencjalnych epidemii na świecie, pomimo tego, że mugole nie mają pojęcia o jej istnieniu.

- Tutaj się kończy. – powiedział mu Scorpius. – Na następnej stronie mamy Syndrom Magicznych Mutacji.

Albus podniósł wzrok znad książki, zapominając języka w gębie. Więc właśnie to planuje Mirra? Zniszczenie całego świata mugoli? Czy naprawdę miała zamiar uwolnić tę okropną Mgłę w powietrze? I w imię czego? Jakiegoś bezużytecznego przedmiotu wewnątrz?

Zatonął w fotelu obok kominka, na twarzy miał wyraz kompletnego zniesmaczenia. Scorpius zamknął książkę, wymamrotał coś co brzmiało jak „Mówiłem, żebyś nie czytał", po czym pobiegł schodami w górę do dormitorium. Ale Albus nie był w stanie się poruszyć. Dziś miał jeden z najgorszych dni w swoim życiu. Był tchórzem. A Mirra... Mirra mogła się stać masową morderczynią.