1980

Alastor Moody, pięćdziesięciosześcioletni auror i członek Zakonu Feniksa, z znudzeniem siedział w kwaterze głównej Zakonu, w magicznie powiększonym domku profesora Dumbledore w Irlandii.

Oprócz niego obecni byli również inni członkowie tajnej organizacji. Bracia Prewettowie, mili i uczynni, rozkładali talerze z ciastkami, upieczonymi przez Emmelinę Vance i Marlenę McKinnon, dwie utalentowane w wielu dziedzinach wiedźmy. Frank Longbottom rozmawiał cicho ze swoją ciężarną żoną, Alicją – Moody lubił ich – znał chłopaka od dziecka i mógł z pełnym przekonaniem stwierdzić, że był zupełnie podobny do ojca, sławnego Lucasa Longbottoma. Dedalus Digle, Sturgis Podmore i Elfias Doge grali w Eksplodującego Durnia dla zabicia czasu. Rubeus Hagrid, zajmujący największy stołek, siedział obok Alastora i chrapał cicho, odsypiając kolejną misję.

Centrum toczącej się obecnie przy stole konwersacji stanowiła nowo przyjęta do Zakonu grupa Huncwotów, jak nazywano Jamesa Pottera, Syriusza Blacka, Remusa Lupina i Petera Pettigrewa, z uroczym dodatkiem w postaci żony Jamesa, Lily Potter. Podobnie jak Alicja, Lily była w ciąży i teraz matczynym gestem gładziła jeszcze zupełnie płaski brzuch. Alastor szybko polubił rudowłosą czarownicę, natomiast mniejszą sympatią pałał do jej pewnego siebie męża i jego nonszalanckiego przyjaciela, Blacka. Zbyt szybko chcieli decydować o Zakonie, jak na jego gust. Ich szaleńczy entuzjazm młodości hamował nieco Remus Lupin – rozsądny wilkołak, którego Alastor nie miał jeszcze okazji bliżej poznać – wiele misji i spotkań wypadało przypadkowo w czasie pełni. Peter Pettigrew, salonowy piesek Pottera i Blacka, nie budził jego zaufania, ale Alastor ignorował instynkt nakazujący mu dokładnie sprawdzać każdego napotkanego człowieka – wszyscy ufali Peterowi, więc on też powinien.

Wszyscy czekali na władze Zakonu. Dumbledore miał przybyć z Poppy Pomfrey za pomocą swojego feniksa. Nieobecność zasadniczej pielęgniarki skutkowała rozluźnioną atmosferą – wszyscy czuli respekt przed medyczną wiedzą Poppy – wiedzieli, że tylko ona może uratować ich, gdy pokrwawieni wrócą z akcji. Albus, jako przywódca Zakonu, samym swoim nazwiskiem wzbudzał szacunek – nikt nie ważył mu się sprzeciwić.

Poza jedną osobą. Brakowało dziś również prawej ręki Albusa, Minerwy McGonagall.

Miała zjawić się ostatnia – Rada Nadzorcza Hogwartu akurat dziś zwołała zebranie – Minerwa musiała być na nim, by reprezentować dyrekcję Hogwartu w zastępstwie Albusa.

To właśnie jej dotyczyła obecnie prowadzona rozmowa.

- McGonagall w swojej kociej postaci dostałaby się niezauważona do domu Lestrange'ów. Załatwiłaby Bellę i jej męża we śnie – nie musiałaby nawet budzić reszty śmierciożerców, a my byśmy ją ubezpieczali. - planował Black, gestykulując żywo.

- Tak! Zawsze mogłaby się wycofać, gdyby okazało się, że w domu akurat przebywa Sami-Wiecie- Kto. – wtórował mu Potter.

- Wyśmienity pomysł! – wykrzyknął Pettigrew.

Alastor nie wytrzymał. Prychnął, zwracając na siebie powszechną uwagę.

- Nie powinniście planować misji za kogoś. – rzekł ostrzegawczym tonem. Potter i Black wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia, co jeszcze bardziej go zirytowało.

- Nie rozumiem, dlaczego McGonagall nie wykorzystuje swoich animagicznych zdolności. Dlaczego nie walczy, skoro jest taka potężna? – zapytał buńczucznie Syriusz.

- Właśnie! Ciągle tylko szepczecie o jej mocy, ale nigdy nie widzieliśmy jej w akcji! – dodał James.

- Może wcale nie jest tak silna. – zasugerował Pettigrew, wyraźnie dumny z siebie. Moody zacisnął palce na różdżce i policzył w myślach do dziesięciu.

- Nie powinniście podważać autorytetu naszych przywódców, szczególnie, że sami niedawno dołączyliście do Zakonu. – spokojnie rzekł Frank, wtrącając się do rozmowy. Jego dobroduszna twarz była teraz poznaczona zmarszczkami niezadowolenia. Moody miał ochotę poklepać Longbottoma po plecach.

- Szczerze, Frank, czy widziałeś ją kiedykolwiek w walce? Poza szkoleniami, twarzą w twarz ze śmierciożercami? – zapytał James. Frank nie odpowiedział, ale na jego policzkach pojawiły się rumieńce.

- Tak myślałem. – zakończył James z triumfem.

- James, ona praktycznie kieruje Hogwartem, a i tak jeszcze znajduje czas na przygotowywanie dla nas planów. To nasz najlepszy strateg – byłoby nas tu o połowę mniej, gdyby nie jej plany. – w obronie Minerwy stanął nieoczekiwanie Gideon Prewett.

- Tak, wszyscy jesteśmy jej za to wdzięczni, ale gdyby ona i Dumbledore ruszyli do prawdziwej walki, cała ta wojna mogłaby skończyć się dużo szybciej. – pewnie stwierdził Black.

- O ile rzeczywiście jest tak potężna, jak wszyscy twierdzicie. – rzucił z przekąsem James. Moody tym razem nie wytrzymał.

Stojący na stole ogromny świecznik nagle zgasł. Teraz siedzieli przy poświacie kandelabrów przymocowanych do ścian. Wszyscy natychmiast odwrócili się do Moody'iego – tylko jego mogli podejrzewać o użycie magii bez różdżki. On sam z wściekłością machnął różdżką, przywracając świecom z świecznika ich pomarańczowe płomyki.

- Minerwa McGonagall bez różdżki zmiotłaby cię z powierzchni ziemi, zanim zdążyłbyś otworzyć swoją brzydką gębę. – warknął Alastor. Potter zbladł, ale w jego oczach zapaliły się wściekłe błyski.

- Dlaczego więc zatem ty i Dumbledore zamykacie ją w Hogwarcie jak jakąś zaklętą księżniczkę? Jeśli jej moc jest tak duża, to dlaczego jeszcze nie stanęła naprzeciw Tego- Którego-Imienia- Nie – Wolno – Wymawiać? Z jego brzydką gębą pewnie też by sobie poradziła. – odpowiedział James. Alice zasłoniła dłonią usta, a Lily rzuciła mu ostre spojrzenie:

- James, przesadzasz! – rudowłosa czarownica pacnęła go w ramię.

- Nie, ma rację! Ilu jeszcze zginie, zanim ktoś o odpowiedniej mocy zdecyduje się przeciwstawić Sami- Wiecie- Komu?! – wrzasnął Syriusz.

Alastor jednak już nie mógł powstrzymać krwi wrzącej w żyłach. Minerwa miałaby stanąć naprzeciw Voldemorta? Jego umysł zalała fala wspomnień – przystojny Riddle, śledzący czarnowłosą Gryfonkę, potem triumfalnie okręcający ją w tańcu, wreszcie wrzeszczący z bólu pod wpływem jej gniewu.

- Ty głupi szczeniaku! Czy żaden z was nie pomyślał, że Albus musi mieć dobry powód, by trzymać ją z tyłu? – Moody uniósł się, górując nad stołem.

- No proszę, oświeć nas! – wtrącił się Pettigrew. James posłał mu zirytowane spojrzenie, ale potem wbił wzrok w Alastora.

- Profesor McGonagall to broń ostateczna. Użycie jej jest o tyle niebezpieczne, że Ten –Którego –Imienia -Nie- Wolno –Wymawiać zrobi wszystko, by zdobyć ją, jak trofeum, i użyć przeciwko nam. – ku zdumieniu wszystkich, odezwał się Remus Lupin. Syriusz i James rzucili mu zdziwione spojrzenia, ale Moody był pod wrażeniem.

- Widzę, że tylko Lupin ma trochę rozumu. – rzekł auror.

Wtem drzwi do pomieszczenia się otworzyły. W nich stał Albus Dumbledore, zza jego ramienia wychylała się Poppy Pomfrey. Dyrektor Hogwartu natychmiast wyczuł napiętą atmosferę, bo z troską powiódł wzrokiem pomiędzy stojącym Alastorem a siedzącym z założonymi rękami i obrażoną miną Potterem.

- Witamy, profesorze. – odezwał się Moody, siadając. Reszta również wymamrotała uprzejme słowa powitania, jedynie Syriusz i James ograniczyli się do kiwnięcia głową. Dumbledore zdjął płaszcz podróżny, odsunął dla Poppy krzesło obok Lily, a sam usiadł po prawej stronie Alastora.

- Odniosłem wrażenie, że weszliśmy w trakcie jakiejś dyskusji. Coś się stało? – zaczął Albus, kładąc przed sobą swoją dziwną różdżkę.

- Nie, możemy przejść do omówienia bieżących spraw i ewentualnych planów. – szybko odpowiedział Moody. Black posłał mu nieufne spojrzenie. Auror jednak był zdeterminowany, by nie włączać Albusa w tę dziecinną kłótnię.

- Dobrze, zatem zaczniemy od raportów, a z planami poczekamy na Minerwę. Miała spławić Radę Nadzorczą jak najszybciej. – Dumbledore wyciągnął z kieszeni swój szkarłatny notatnik – tak naprawdę nikt nie wiedział, co w nim zapisywał.

- Nie, może najpierw powie nam pan, profesorze, dlaczego McGonagall nie bierze udziału w żadnej akcji? – wypalił Black.

W sali zapadła cisza. Albus powoli uniósł głowę sponad swojego notatnika, by spojrzeć Blackowi prosto w oczy. Młodzieniec aż się skulił pod wpływem tego spojrzenia.

- Profesor McGonagall nie bierze udziału w misjach, bo jej tego zabroniłem, panie Black. – odpowiedział powoli dyrektor, jego głos zimny, ale stanowczy. Lupin niezauważalnie pokręcił głową, sygnalizując Blackowi, by nie ciągnął tematu.

- A moglibyśmy poznać powód tego zakazu? –tym razem odezwał się Potter. Lily ostrzegawczo położyła dłoń na jego ramieniu, a Alastor w myślach przeklinał gryfońską odwagę.

Dumbledore tymczasem przeniósł wzrok na Jamesa. Splótł dłonie i jedynie zupełnie białe knykcie zdradzały jego zdenerwowanie, bo jego twarz w dalszym ciągu była niewzruszona.

- Minerwa jest zbyt cenna dla Zakonu, bym lekkomyślnie wystawiał ją na jakiekolwiek niebezpieczeństwo, panie Potter. – odpowiedział przywódca Zakonu. Moody nie mógł wyjść z podziwu dla jego opanowania.

Nagle drzwi znów stanęły otworem. Stała w nich oczywiście sama zainteresowana.

Alastor jak zwykle przyglądał się jej uważnie. Prezentowała się imponująco, w czarnych szatach odpowiednio podkreślających jej perfekcyjną sylwetkę, z ciemnymi lokami spiętymi w prosty kok i surowymi, nauczycielskimi okularami tkwiącymi mocno na jej nosie. Przenikliwym spojrzeniem szmaragdowych oczu powiodła po całym pomieszczeniu, wreszcie zatrzymując je na Albusie. Posłała swój podróżny płaszcz na wieszak, a następnie zajęła miejsce po prawej stronie Albusa.

- Przepraszam za spóźnienie. Ominęło mnie coś istotnego? – zapytała, ze zmarszczonymi brwiami patrząc na splecione ciasno dłonie Albusa. Alastor wiedział, że czarownica już wyczuła napiętą atmosferę.

Albus milczał. Tym razem zarówno James jak i Syriusz byli zbyt zmieszani, by się odezwać. Alastor przypuszczał, że ich szacunek i przywiązanie do Minerwy są daleko większe niż do Albusa. Tym bardziej, że Szkotka stanowiła swego rodzaju matczyną figurę w życiu Lily.

- Nie, przybyłaś wcześniej, niż się spodziewaliśmy. – odezwał się wreszcie Alastor, przerywając niezręczną ciszę. Minerwa posłała mu przeciągłe spojrzenie, dając do zrozumienia, że natychmiast przejrzała jego kłamstwo.

- Dobrze, skoro nikt nie chce mi powiedzieć, przejdźmy do spraw bieżących. Myślałam nieco nad atakiem na Belatriks Lestrange i uważam, że jeśli to musi być misja otwarta, to będzie potrzeba dużo więcej sił niż do poprzednich misji. – mówiła Minerwa, wyciągając jakieś papiery ze swojej nauczycielskiej teczki.

- A musi to być misja otwarta? Może wystarczyłby jeden cichy skryty zabójca? – wtrącił się Black. Minerwa zmierzyła go wzrokiem.

- Nie dostaniesz się niedostrzeżony do gniazda żmii. Zaklęcia cię wykryją, a potem nie zdołasz się ukryć – przeczeszą całą posiadłość, aż cię znajdą. Nawet gdybyś umiał zamienić się w mysz, to nie wydostałbyś się stamtąd. – wyjaśniła Minerwa. Alastor zauważył, że James wymienia rozbawione spojrzenie z Lupinem, a potem oboje patrzą na pobladłego Petera.

- No mnie to by się na pewno nie udało. Ale pani, pani profesor, ma przewagę w postaci swojej animagicznej formy. – rzekł Syriusz, z triumfalnym uśmiechem.

W jednym potężnym uwolnieniu energii talerz z ciastkami, stojący przed Albusem, pękł na dwoje. Wszyscy oprócz Minerwy podskoczyli na swoich miejscach. Ona rzuciła jedynie szybkie spojrzenie na dyrektora Hogwartu. Następnie wyciągnęła różdżkę i mruknęła:

- Reparo!

Talerz wrócił do poprzedniej postaci. Alastor sięgnął po jedno z ciastek – zapowiadał się ciekawy wieczór.

- To bardzo interesujący pomysł, panie Black. Może rzeczywiście powinniśmy go merytorycznie rozważyć. – rzekła Minerwa ze spokojem. Alastor spojrzał na nią ze zdumieniem. Z tego wszystkiego nikt nie wziął pod uwagę jednego – co sama Minerwa myślała o swoim udziale w niebezpiecznych misjach. Znając jej uparty charakter i szkocki temperament, jeśli nie zgadzała się w tej kwestii z Albusem, to nie będzie bała się tego wyartykułować.

Sam Alastor nie zamierzał przyglądać się z założonymi rękami, jak młode pokolenie bagatelizuje zagrożenie, jakie takie misje stanowią dla Minerwy – on pamiętał. I kochał ją za bardzo, by pozwolić jej ryzykować.

- Taka misja jest wykluczona. Sam-Wiesz- Kto najczęściej gości w domu Bellatriks. A on wyczułby cię nawet w kociej formie. – odezwał się Alastor, z trudem patrząc w głęboki szmaragd jej oczu.

- Oczywiście dlatego wybrałabym się tam, mając pewność, że on przebywa w innym miejscu. – odpowiedziała Minerwa. Alastor stłumił przekleństwo – zapomniał, że ona miała odpowiedź na wszystko.

- Nikt nie będzie w stanie szybko ci pomóc w razie wykrycia. – wtrąciła się Poppy. Alastor skinął jej głową z wdzięcznością – czasem mógł przysiąc, że ta kobieta myśli identycznie jak on.

- Jestem w stanie poradzić sobie z Bellatriks i jej mężem, nie atakowałabym, gdyby w domu przebywało więcej osób. – odparła Minerwa.

- Takie czekanie na dogodny moment może trwać dni, a nawet tygodnie i zawsze może pojawić się Sama-Wiesz-Kto. – dodał Alastor, wzrokiem szukając pomocy u reszty, ale starsi wbili wzrok w blat stołu, a młodzi oczywiście byli przeciwko niemu.

- Och, takie czekanie jest mi nieobce. – rzekła Minerwa, ale zamiast zabawnie zabrzmiało to groźnie, poważnie. Alastor otworzył usta ze zdumienia – Minerwa nigdy, przenigdy nie wracała do wydarzeń z czasu wojny.

- Nie. – Albus wypowiedział tylko jedno słowo. Wszyscy wstrzymali oddech. Minerwa odwróciła się do przełożonego, a na jej bladych policzkach pojawiły się rumieńce.

- Słucham? – zapytała, a jej dłoń zacisnęła się na leżącej na stole różdżce.

- Nie będziesz brała czynnego udziału w żadnej misji. Jako dowódca Zakonu Feniksa i twój bezpośredni przełożony, nie pozwalam ci na to. – Albus mówił cicho, ale jego głos wibrował gniewem.

- Dlaczego?- pytanie czarownicy przez moment zawisło w powietrzu. Alastor czuł gęsią skórkę – atmosfera była napięta do granic możliwości. Wyczuwali to wszyscy – zderzenie tak potężnych magicznie i charakternie jednostek było przerażające. Lupin z dezaprobatą patrzył na Jamesa i Syriusza, którzy mieli niepewne miny. Pettigrew obgryzał paznokcie, a Lily intensywnie gładziła brzuch. Frank ściskał Alicję za rękę. Poppy przymknęła oczy, jakby przyzywała wszystkie bóstwa na pomoc.

- Nie dopuszczę, byś wpadła w ręce Toma. – wyszeptał Albus, podnosząc głowę, by z godnym podziwu zdecydowaniem patrzeć jej w twarz.

- Przeciwnie do tego, co wszyscy myślą, nie oddycham na twoje życzenie. Potrafię działać samodzielnie. – gdy to mówiła, Alastor przypomniał sobie, że pamięta tylko jeden raz, gdy ta dwójka kłóciła się tak poważnie – i jak spowodowane tym napięcie było odczuwane przez wszystkich współpracujących z nimi. Poza tym, Minerwa była jedyną osobą, która była w stanie zupełnie zapomnieć o mocach i pozycji Dumbledore'a i traktować go jak zwykłego człowieka. Jej praktyczność i zwracanie uwagi na szczegóły balansowały niekonwencjonalny styl Albusa i jego tendencję do skupiania się na całościowym obrazie. Niewątpliwie on cenił ją wysoko, co znaczyło, że nie zniósłby łatwo pomysłu zrobienia z Minerwy ofiary by zniszczyć Tego-Którego Imienia –Nie-Wolno-Wymawiać. ,,Lecz Minerwa nigdy nie będzie ofiarą. Ta kobieta przetrwała dekady jako prawa ręka Dumbledore'a."- pomyślał Moody.

- Ktoś musi go pokonać, Albusie. –dodała miękko, wypowiadając jego imię z wyczuwalnym sentymentem.

- Ale to nie będziesz ty. – rzekł. Teraz już wszyscy zauważyli, że jego ręce lśnią lekko – Alastor jeszcze nigdy nie widział go tak wyprowadzonego z równowagi – no może poza momentem, w którym Minerwa leżała nieprzytomna w św. Mungu zaraz po upadku Grindelwalda.

- Albus, życie jednej osoby to nie jest wygórowana cena za bezpieczną przyszłość tysięcy innych. – odrzekła, teraz już z większym drżeniem w głosie. Dumbledore pokręcił głową.

- Pamiętasz Minnie, przepowiednię profesor Vatblasky? Tę o gruzach Hogwartu? – zapytał nagle czarodziej, ni z gruszki ni z pietruszki.

Minerwa zbladła, a potem upewniła się:

- Tę o gorszej przyszłości? Przecież wiesz, że nigdy nie wierzyłam w te brednie jasnowidzów.

- Profesor Vatblasky udała, że nie pamięta oczu tamtej kobiety. Ale gdy wyszłaś, zdradziła, że były szmaragdowe. – wyjawił Albus. Alastor nie miał zielonego pojęcia, co jest tematem rozmowy, ale cokolwiek to było, miało ogromny wpływ na Albusa.

- To nic nie znaczy. To jakieś mrzonki. Chyba się nie kierujesz czymś takim! – Minerwa zaatakowała z nową determinacją.

Albus popatrzył na nią, niemal czule. A potem zapytał zupełnie zimno, beznamiętnie:

- Zacząłem już zastanawiać się nad tą wizją podczas twojego ostatniego roku. Zbyt wiele elementów pasuje, bym mógł ją zignorować.

Minerwa rzuciła szybkie spojrzenie na Alastora, który jednak nadal nie miał zielonego pojęcia, o czym jest mowa. Zaraz potem czarownica wykrzyczała z desperacją:

- Jakie elementy? To twoja wyobraźnia, nic więcej! Jak możesz w ogóle o tym myśleć w ten sposób?! – jej klatka piersiowa falowała w dziwnym rytmie, a oczy błyszczały groźnie.

- Niezdrowa fascynacja Toma Riddle twoją osobą to też jedynie wytwór mojej wyobraźni, tak?! – tym razem Albus również podniósł głos. Wszyscy jakby wstrzymali oddech. Prawie zwierzęcy instynkt podpowiadał Alastorowi, by uciekał jak najdalej od kłócących się magów, ale jego ciało jakby wrosło w krzesło – nie ruszył się nawet, gdy stół uniósł się samorzutnie na kilka centymetrów w górę. Reszta Zakonu również nie ważyła się poruszyć. Mogli jedynie być niemymi, biernymi świadkami starcia dwóch magicznych potęg.

Minerwa McGonagall wstała z szelestem szat. Wyprostowała się na pełną wysokość, by móc patrzeć z góry na Albusa. Jej oczy zdawały się ciskać gromy, a prawą dłoń zaciskała na różdżce tak mocno, że zbielały jej kostki. Spojrzała na Albusa ze wzgardą. Jej uraza od razu skojarzyła się Alastorowi z typową reakcją czystokrwistej Ślizgonki na niegodnego jej uwagi mugola. Było w niej coś zimnego, okrutnego, straszliwego. Alastor wręcz przeczuwał, że zaraz nastąpi zupełne zmiażdżenie Albusa, zniszczenie jego istoty do granic jestestwa.

Gdy Minerwa się odezwała, jej głos ociekał jadem:

- Nie on jeden niezdrowo fascynował się moją osobą.

Poppy zasłoniła dłonią usta – teraz już wszyscy wiedzieli, że Minerwa posunęła się za daleko. Alastor czuł mocne, stabilne uderzenia swojego serca. Wodził wzrokiem pomiędzy twarzą Minerwy a obliczem Albusa. Dyrektor Hogwartu aż odchylił się do tyłu, jakby słowa Minerwy sprawiły mu fizyczny ból. Patrzył na nią z niedowierzaniem, z czystym zdumieniem. Wtedy do Alastora dotarło, jak poważna jest sytuacja - Albus Dumbledore nie był przyzwyczajony do nieposłuszeństwa. Był ostoją siły i odwagi, pierwszym przeciwnikiem sił zła. Jego zdanie było decydujące, jego słowa stawały się prawem, przynajmniej jeśli chodziło o Zakon Feniksa. Ale teraz, w osobie Minerwy McGonagall, Dumbledore chyba znalazł osobę równie upartą i nie wahającą się głośno sprzeciwić jego autorytarnemu stylowi dowodzenia. Była przy tym jedyną, która miała w rękawie najtrudniejsze argumenty do odparcia – emocjonalne, bazujące na jej długoletniej i swoiście enigmatycznej relacji z dyrektorem.

Minerwa, utwierdzona o swoim pyrrusowym zwycięstwie, obrzuciła zgromadzonych ostatnim pogardliwym spojrzeniem, a potem przywołała swój płaszcz. Następnie zniknęła, w głośnym trzasku teleportacji.

- Czy ona właśnie się teleportowała z naszej kwatery głównej? – głuchą ciszę przecięło pytanie Syriusza.

- Ona i Albus umieją naginać zaklęcia uniemożliwiające teleportację do swoich potrzeb. – wyjaśnił mu niecierpliwie Dedalus Digle.

Alastor przełknął ślinę. Albus siedział nieporuszony, choć jego oczy straciły swoje legendarne migotanie. Jego szok i powoli budująca się złość były prawie namacalne. Auror zerknął na Poppy. Pielęgniarka pokiwała głową – jak zwykle wiedziała, o czym myślał.

- Dzisiejsze zebranie dobiegło końca. Wracajcie do swoich domów i kryjówek, ale bądźcie ostrożni. – zarządził Moody. Nikt jednak nie odważył się poruszyć, wszyscy wbili wzrok w dyrektora.

- Albus, powinieneś wracać do szkoły. – odezwała się delikatnie Poppy. Dumbledore zerknął na nią jakby nieprzytomnie, ale potem skinął głową, wstał i zniknął z trzaskiem.

Wszyscy odetchnęli z ulgą. Przez chwilę siedzieli nieruchomo, jakby chłonąc wyraźnie luźniejszą atmosferę. Moody nie chciał plotek w kwaterze głównej, dlatego teraz był bardziej stanowczy.

- No dalej, zbierać się! Zostaniecie powiadomieni o następnym zebraniu. Tylko pamiętajcie, stała czujność!

Członkowie Zakonu wstali z krzeseł i w małych grupkach opuszczali dom Albusa, by teleportować się poza granicami zaklęć ochronnych. Po jakimś kwadransie w sali narad został jedynie Alastor i Poppy.

- Ja pozamykam i oddam klucze Albusowi. Mam nadzieję, że on wrócił do zamku. – mruknęła Poppy, zbierając talerze. Moody rzucił się do pomocy.

- A Minerwa? – spytał, rzucając zaklęcie zmywające na stertę talerzy.

- Nie wiem. Może w rezydencji? Wróci w swoim czasie. Nie porzuci Hogwartu. – Poppy chyba usiłowała przekonać samą siebie. Alastor lekko dotknął jej ramienia:

- Też pomyślałaś o tym, prawda? Po tym co powiedziała? – spytał cicho. Pielęgniarka obróciła się, by spojrzeć mu w twarz. Była smutna i przerażona, ale to jakby dodawało jej urody.

- Zawsze wyrzucałam takie myśli z głowy. Nigdy nie wnikałam w łączące ich relacje, ale dzisiaj… - pokręciła głową.

Alastor nie odpowiedział. Rozumiał. Oni oboje pamiętali. Oboje byli w stanie przywołać obraz wykrzywionej grymasem twarzy Toma Riddle, drącego się wniebogłosy. Znali Minerwę i Albusa prawie od samego początku. Lecz tak naprawdę ani on, ani Poppy nie wiedzieli, co tak naprawdę połączyło parę najpotężniejszych magów XX wieku.

Moody niezdarnie przytulił pielęgniarkę. Pachniała leczniczymi ziołami – ten zapach towarzyszył mu, gdy odzyskał świadomość po utracie nogi. Czuł szybkie bicie jej serca, przyśpieszony, niespokojny oddech.

Gdyby Alastor Moody miał pewność, że wojna niedługo się skończy upadkiem Tego-Którego- Imienia- Nie- Wolno- Wymawiać, być może teraz pocałowałby pannę Pomfrey i oświadczył się jej. Już dawno porzucił swoje szczeniackie zauroczenie Minerwą – ona była poza czyimkolwiek zasięgiem. Poppy, jako jedna z nielicznych kobiet, rozumiała jego paranoje, dzieliła jego lęki i chęć niesienia dobra. Byłaby dla niego wspaniałą towarzyszką życia.

Prawda była jednak taka, że w okrutnym świecie, w którym przyszło im funkcjonować, niczego nie mogli być pewni. Równie dobrze jutro Alastor mógł już się nie obudzić. I dlatego zamiast wyznać Poppy swoje uczucia, delikatnie głaskał jej plecy w czysto przyjacielskim uścisku.

Wszystko się waliło.