Rozdział jedenasty: Kim właściwie jestem?


O tym, co się stało z Morganem, nie rozmawiałam z nikim – nawet z Jeremym. Tak delikatny i niewinny chłopak jak on nie zasługiwał na opisy takich makabrycznych rzeczy. Liczyło się teraz tylko jedno – że ten brutalny akt zapewnił nam długo wyczekiwany spokój.

Jak na razie nikt nowy nie został wysłany do Wheaton. Nikt z miejscowych nie odnalazł też ciała Morgana, co oznaczało, że miałam rację – był tu z nim drugi agent, który znalazł go i zabrał ze sobą. Organizacja dowiedziała się, że nie żartuję, gdy chodzi o bezpieczeństwo moje i moich bliskich, i że jestem gotowa do najgorszych czynów, aby ich bronić. Prędko nie wyślą tu kolejnego nadprzyrodzonego.

W miasteczku tymczasem wszystko wróciło do normy. Szeryf został osobiście przeze mnie poinformowany, że zajęłam się sprawą sobowtóra. Dociekał trochę, co się z nim stało, ale i jemu nie wyjawiłam szczegółów. Zapewniłam go tylko, że sprawa została rozwiązana, i że przez długi czas nikt taki już ich raczej nie nawiedzi. Uspokoiło go to na tyle, że po jakimś czasie odłożył akta tej sprawy do teczki spraw „zakończonych". W mediach pojawiła się tylko krótka wzmianka o tym, że morderca rzekomo został zastrzelony podczas próby ucieczki. Szeryf dopilnował, aby nikt nie dociekał, co się stało z jego ciałem. Wiadomość ta uspokoiła wszystkich.

Wszystkich poza mną.

Powoli zaczęłam się zastanawiać, czy dobrze robię, pozostając tu po tym, co się stało. Narażałam tych ludzi na zbyt duże niebezpieczeństwo. A co, jeśli Morgan nie kłamał? A jeśli Caleb naprawdę wytworzył w sobie te wszystkie moce kinetyczne? Organizacja mogłaby wówczas go wysłać przeciwko mnie, aby sprawdzić, które z nas wygra pojedynek. A wtedy każdy, kto znalazłby się w naszym pobliżu, jak nic by ucierpiał.

Nie chciałam jednak stąd wyjeżdżać. Zżyłam się z wieloma ludźmi mieszkającymi tu. No i Jeremy… on też miał tu bliskich, których kochał, i których nie chciał jeszcze zostawiać. Nie mogłam mu tego zrobić. A przynajmniej jeszcze nie teraz. Niech ma choć trochę z tego życia, póki może. W przyszłości jeszcze nie raz go ono zawiedzie i zrani. Lepiej, żeby teraz zaznał choć trochę szczęścia.

Mimo tego postanowiłam przeprowadzić rozmowę na ten temat z Jeremym. Teraz może stąd jeszcze nie wyjeżdżaliśmy, ale kiedyś ten dzień nastanie – prędzej czy później. I Jeremy powinien być na ten dzień przygotowany.

- Prędzej czy później do tego dojdzie. – przyznał mi rację Jeremy, gdy siedzieliśmy sami w jego pokoju. Dopiero co podjęłam ten temat. Sądziłam, że chłopak będzie bardziej się stawiał, ale zareagował bardzo spokojnie na wieść o tym, że najdalej za pół roku trzeba będzie się stąd zmyć, przynajmniej na jakiś czas. – Jestem na gotowy, Raven. Chociaż sądzę, że przy następnym nadprzyrodzonym dalibyśmy sobie znacznie lepiej radę?

- Och, czyżby? – uśmiechnęłam się mimowolnie na te słowa. – Twierdzisz, że poradziłbyś sobie tak samo, jak z Morganem?

- Dobrze wiesz, co mam na myśli. – odparł Jeremy poważnym tonem głosu, choć z trudem powstrzymywał się, żeby się nie uśmiechnąć. – Teraz już wiem, z czym mamy do czynienia. Na drugi raz będę już gotowy. Nie dam się tak łatwo podejść.

- To dobrze. – odpowiedziałam. – Ale lepiej dla nas wszystkich będzie, jeśli tę drugą walkę stoczysz już dala od Wheaton. Nie chcemy przecież narażać tych wszystkich niewinnych mieszkańców.

- Naprawdę chcesz to wszystko zostawić? – spytał się mnie nagle Jeremy. Zamilkłam, przyglądając mu się uważnie. Wiedziałam już, do czego pije, ale cierpliwie czekałam na to, aż nie wypowie swoich myśli na głos. – Jesteś gotowa zostawić za sobą ich wszystkich? Johna również?

Jeremy trafił w samo sedno. Gdy tu przyjechałam, w życiu bym nie podejrzewała, że obiektem moich zainteresowań stanie się właśnie John Box. Uznawałam go za kolejnego tępaka, który nie ma bladego pojęcia o takich jak ja czy Jeremy, i który jedyne, co w nas widzi, to potwory.

Ale jednak to wszystko się zmieniło. John przekonał się do nas, a ja przekonałam się do niego. Jeremy miał rację – nie chciałam go tu zostawiać. Chciałam, aby mógł wyruszyć w dalszą podróż z nami. Wiedziałam jednak, że byłoby to dla niego zbyt niebezpieczne. Był tylko zwykłym człowiekiem, nikim więcej. Członkowie naszej rasy, którzy by nas ścigali, bardzo szybko obraliby go na swój główny cel. A wtedy nie wiem, czy zdołałabym go ocalić przed wszystkimi atakami.

- Wiesz, co jest najgorsze? – spytałam się nagle Jeremy'ego. Chłopak nic nie odpowiedział; spojrzał się tylko na mnie znacząco, dając mi tym znak, żebym kontynuowała swoją wypowiedź. – Po raz pierwszy od wielu lat czuję, że mogłoby mi się udać stworzyć zdrowy, szczęśliwy związek. Ale los jak zwykle sprawia, że nie będzie mi to dane. Będziemy musieli się wkrótce stąd wynieść, a wtedy znów zostanę sama.

- Tym razem nie będzie tak, jak dotychczas. – zauważył Jeremy cichym głosem. – Tym razem będziesz miała przy sobie mnie.

Uśmiechnęłam się słabo, słysząc to.

- Tak… to prawda. Ale to wciąż nie to samo. – odpowiedziałam. – Tobie też nie będzie pewnie łatwo stąd wyjechać. Związałeś się z Lindsey i nie chciałbyś jej tu zostawić równie mocno, jak ja nie chciałabym zostawić tu Johna. Ale nie mamy wyjścia. Jeśli chcemy, aby mogli dożyć starości w spokoju, to będziemy musieli ich opuścić.

- Tego jeszcze nie wiesz. – powiedział Jeremy. – Nie wiesz przecież, jak sprawy się potoczą. Być może będziemy mieli jeszcze szansę z nimi być.

- Chciałabym, aby to była prawda, Jeremy. – mruknęłam cichym, smutnym głosem, zniżając wzrok do poziomu podłogi. – Ale raczej nie będzie to możliwe.

Następne dni wyglądały w sumie tak samo. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy o przyszłości, aby w końcu zmienić temat, gdy atmosfera stawała się zbyt napięta i nieznośna. W międzyczasie zajęłam się dalszym nauczaniem Jeremy'ego – chłopak miał mnóstwo zaległości, które trzeba było nadrobić. Musielibyśmy też być pewni, że gdy nadejdzie następny członek organizacji, to Jeremy będzie już na sto procent gotów do walki u mojego boku.

- Wciąż nie rozkminiliśmy, dlaczego przestałaś słyszeć moje myśli. – przypomniał mi John podczas jednego z takich treningów. Właśnie próbowałam nauczyć Jeremy'ego kontrolowania mocy elektrokinezy. Szło to nam jak na razie bardzo miernie. Jeremy wciąż bał się wszelkiej maści elektronicznych urządzeń, a przy każdej burzy chował się w piwnicach lub schowkach, drżąc przy tym jak osika. – Na początku byłaś przecież w stanie to robić.

- Wiem o tym, John. – odparłam krótko, za bardzo skupiona w tej chwili na Jeremym. Przed nami stało urządzenie emitujące fale elektromagnetyczne, które wypożyczył nam znajomy Jeremy'ego, niejaki Donald Ripley, który uczył fizyki w pobliskiej szkole. Fale stały się już bardzo duże, i lada moment miały ruszyć w stronę Jeremy'ego. A ja musiałabym być przy nim, aby pomóc mu nad tym zapanować. Chłopak musi w końcu przestać się bać swoich mocy. Musi je zaakceptować i nauczyć się nad nimi panować, jeśli faktycznie chce mi w przyszłości pomóc. Innego wyjścia nie ma. – Też próbuję to rozgryźć.

Dokładnie w tej samej chwili fale oderwały się od urządzenia i ruszyły na Jeremy'ego. Chłopak instynktownie skulił się, przerażony.

- Przejmij nad tym kontrolę! – zawołałam. Nie mieliśmy czasu na powolne nauki. W tym przypadku trzeba było zastosować tryb „trudnej miłości". Jeśli Jeremy'emu się nie uda, to go porazi. Tylko w ten sposób nauczy się, że aby się przed tym chronić, musi umieć to kontrolować.

O dziwo, Jeremy się mnie posłuchał. Wyprostował się w tej samej chwili, w której łamane linie prądu dosięgły go. Początkowo trafiły go w sam środek klatki piersiowej, ale zaraz potem Jeremy odsunął je od siebie siłą woli, rozkładając przy tym do pomocy ramiona. Niecałe dwie minuty później odrzucił wszystko od siebie. Urządzenie wybuchło i upadło na ziemię, dymiąc obficie.

- Dobra robota. – pochwaliłam go, uśmiechając się radośnie. No, chociaż w tej kwestii mamy jakiś postęp. Zawsze to coś.

Usieliśmy razem z Jeremym obok Johna. Teraz mogłam się już w pełni skupić na podjętym przez chłopaka temacie.

- Nie jestem do końca pewna tej teorii, ale to jedyne, co w tej chwili przychodzi mi do głowy. – zaczęłam. John i Jeremy uważnie mnie słuchali, ani razu mi nie przerywając. – Sądzę, że przez to, że ja i Jeremy tu jesteśmy, w jakiś sposób twój organizm wytworzył w sobie coś na rodzaj tarczy mentalnej. To dzięki niej wszyscy nadprzyrodzeni nie mogą wejść do twojej głowy bez twojego pozwolenia.

- To normalne? – spytał się John. – Inni mieszkańcy ośrodka nie wykształcili przecież takiej mocy. Tylko u mnie się to pojawiło.

- No właśnie. – odpowiedziałam. – Niewielu nadprzyrodzonych wie o tym, bo zanim się tego domyślą, objawiają się o nich już inne, bardziej wyraziste zdolności. Utworzenie wokół umysłu tarczy mentalnej jest zwykle jednym z pierwszych etapów przemiany w nadczłowieka. Dlatego właśnie sądzę, że istnieje spora szansa, że w przyszłości – czy to za rok, czy za dwa, czy za pięć – możesz stać się taki jak my.

Po moich słowach na jakiś czas zapadła iście grobowa cisza. Ani John, ani Jeremy nie wiedzieli, jak na tę sensację zareagować. Chyba waga tych słów jeszcze do nich nie dotarła.

- Żartujesz sobie. – powiedział w końcu John. Pokręciłam przecząco głową, uśmiechając się szeroko. – Serio? Mam… mam szansę stać się taki sam jak wy? Naprawdę?

- Tak mi się wydaje. – odparłam. – I dlatego właśnie sądzę, że ja i Jeremy powinniśmy tu jeszcze trochę zostać. Muszę się upewnić, że moja teoria jest prawdziwa. Jeśli się nie mylę, za jakiś czas objawi się kolejna z subtelniejszych, podświadomych mocy. Nie wiem jednak jeszcze, jaka to będzie moc. – dodałam szybko, gdy John już chciał zadać mi kolejne pytanie. – Wiem tylko jedno: jeśli pojawi się jakaś nowa moc, będzie to oznaczało, że jesteś na pewnej drodze do stania się jednym z nas.

- A wtedy będę mógł wyruszyć z wami w dalszą podróż, gdy się już na nią zdecydujecie. – dokończył za mnie John. Kiwnęłam tylko głową na znak, że chłopak ma rację.

Ucieszyło go to niezmiernie. Przez te ostatnie tygodnie staliśmy się sobie naprawdę bliscy. John nie chciał, abym opuściła Wheaton i zostawiła go tutaj. Teraz jednak otrzymał realną szansę na to, że w przyszłości wciąż będziemy mogli być razem. I że nie będzie dla nas zbędnym balastem, gdy przyjdzie do kolejnej walki z innymi wysłanymi przeciwko nam nadprzyrodzonymi.

Ja również się z tego cieszyłam – i to jeszcze jak! Oznaczało to nie tylko to, że John będzie mógł z nami stąd wyjechać. Jako nadczłowiek przestałby się starzeć, albo niedługo, albo najdalej za kilka lat. Oznaczało to też, że nie będę musiała znów przeżywać traumy związanej z odejściem kolejnej bliskiej mi osoby.

Wreszcie naprawdę miałam szansę na własne szczęśliwe zakończenie. Musiałam tylko zaczekać jeszcze trochę i udowodnić, że moja teoria nie była mylna. A gdy już wszystko się potwierdzi, wtedy dopiero wyruszymy w dalszą drogę. Ale tym razem nie będę już sama. Będę miała u swojego boku nie tylko bliskiego przyjaciela. Będę też miała partnera, z którym wreszcie będę mogła być szczęśliwa.

O tym właśnie od lat marzyłam. I to właśnie wkrótce mogłam otrzymać. Lepiej już być chyba nie mogło.


A/N: Streszczenie do tego opowiadania jest już skończone – przed nami jeszcze tylko siedem rozdziałów, i nastąpi koniec opowiadania. Nie będzie do niego żadnego sequelu. Planuję jednak napisać jeszcze dwa opowiadania z tego fandomu – jedno o pairingu Jeremy/OC, a drugie o pairingu Mitch/OC. Nie będą ze sobą w żaden sposób powiązane. Nie wiem jeszcze, kiedy dokładnie się za nie wezmę, ale obstawiam, że będzie to miało miejsce gdzieś w którymś miesiącu następnego roku. Za kilka/kilkanaście dni siądę do laptopa i zrobię porządną listę nadchodzących fanfików, za jakie mam się w niedalekiej przyszłości na poważnie wziąć. Na chwilę obecną mogę zdradzić tylko jedno na temat swoich przyszłych planów – następny rok będzie obfitował w fanfiki z fandomu „Naruto" :)